• Wpisów:1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:320 159 / 2114 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Katrin uśmiechnęła się, patrząc jak delikatne i miękkie niczym puch płatki śniegu otulają Rivendell. Siedziała na jednym z tarasów domu Elronda, okryta ciepłym wełnianym pledem, wciąż jednak usiłując rozgrzać zmarznięte palce.
- Obiecałaś mi zostać w środku. - dziewczyna odwróciła się, słysząc głos Legolasa i zaklęła pod nosem. Jak zwykle nie dosłyszała kroków elfa. Legolas musnął ustami jej zaczerwieniony od mrozu policzek.
- Nie mam już gorączki. - odpowiedziała, odwzajemniając pocałunek.
- Ale długo chorowałaś. - odpowiedział elf. - Martwię się, to wszystko. - Katrin oparła głowę na dłoni, spoglądając na niego kątem oka. Legolas westchnął. - Dobrze, jeśli teraz wrócisz do środka, zabiorę cię na spacer po kolacji. - Katrin odwróciła wzrok ku niemu.
- Naprawdę? - spytała z niedowierzaniem. Legolas skinął głową.
- Słowo króla... Wobec królowej... - powiedział poważnie i wyciągnął ku niej dłoń, którą Katrin po chwili ujęła, dając się zaprowadzić do pokoju. Legolas odprowadził ja aż do komnaty.
- Odpocznij jeszcze. - poprosił, gdy usiadła na krawędzi łóżka. Katrin przewróciła oczami.
- Jak było na zwiadzie? - spytała, zmieniając temat. Legolas uśmiechnął się, siadając obok niej. Opowiedział. Potem przeszedł do ulubionej ballady ich obojga, a w końcu do opowieści z dawnych czasów, opowieści o elfach z drugiej ery Śródziemia. I opowiadał, dopóki głowa Katrin nie spoczęła na jego ramieniu, oczy dziewczyny nie zamknęły się, a ona sama nie zasnęła.
Elf spojrzał na delikatnie zarysowany profil małżonki i uśmiechnąwszy się, powoli wysunął swoje ramię spod głowy Katrin, a ją samą troskliwie okrył kołdrą i bezszelestnie wyszedł z komnaty. Miała prawo być jeszcze zmęczona...
 

 
Wczoraj skończyłam osiemnaście lat. Nie czuję się z tym jakoś specjalnie, nie odczuwam żadnej zmiany, ale zobaczymy niedługo jak to będzie wyglądać w praktyce. Jestem dorosła, niezależna, odpowiadam za siebie i zamierzam z tego czerpać garściami (nareszcie!). Ponieważ wszyscy inni mnie olali, nie mieli dla mnie czasu, albo zwyczajnie o mnie zapomnieli (nic nowego, przechodzę przez to co roku) z jedną tylko bliską przyjaciółką poszłam do kina na film urodzinowy, a potem w sumie spędziłyśmy większość dnia na lataniu po sklepach. Niby nic specjalnego, ale było naprawdę fajnie (jeszcze nigdy nie zjadłam w jednym dniu tyle fast-foodów co wczoraj :3). Zdecydowanie trzeba to kiedyś powtórzyć.

Do kina poszłyśmy na "Mroczne umysły". Od początku kojarzyłam, że jest książka o takim samym tytule, zresztą kiedyś czytała ją koleżanka z internatu, poza tym sam zwiastun zrobił na mnie ogromne wrażenie, a kiedy go zobaczyłam pierwszy raz w bloku reklamowym przed "Deadpool'em 2" wiedziałam, że to będzie coś dobrego i że muszę to zobaczyć na dużym ekranie. Nie pomyliłam się ani o jotę, zresztą już sama bytność tam młodej aktorki znanej mi już z "Ponad wszystko"zrobiła swoje (kto nie obejrzał niech natychmiast nadrabia).

Nie rozumiem fali hejtu, która zalewa ten film. wystarczy poczytać recenzje w internecie, żeby zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno chcemy iść na to do kina, a ci którzy się recenzjami pokierują prawdopodobnie wiele stracą (właśnie dlatego przed obejrzeniem/przeczytaniem czegokolwiek nie czytam recenzji). Młodzieżowe kino dystopijne szczerze mówiąc nigdy ani trochę mnie nie pociągało. Przez "Igrzyska śmierci" nie przebrnęłam, przyznaję się bez bicia, z "Więźniem labiryntu" było jeszcze gorzej. Nie dla mnie taki filmy. Na "Mroczne umysły" poszłam zakochana w zwiastunie i ten film to było dla mnie swego rodzaju objawienie. Nie czytałam książki, więc nie postrzegałam go przez pryzmat powieści (i chyba wyszło mi to na dobre), nie mogłam też widzieć żadnych ewentualnych niedociągnięć fabuły, albo szczegółów figurujących książce.

Akcja dosłownie leci tutaj do przodu (i to już od pierwszej sceny), co napędza cały film. Poszczególne postaci również poznajemy przez pryzmat wydarzeń, które dane nam jest śledzić. Jedynie główny czarny charakter zostaje wprowadzony odrobinę za późno, przez co nie jesteśmy w stanie odczuć wagi jego roli (choć ja tam od początku nie mogłam patrzeć na jego ryj). Mamy niebanalnych bohaterów, złych ludzi siejących pożogę i zniszczenie, tylko zakończenie trochę niesprawiedliwe i odrobinę rozczarowuje. Ruby (czyli główna bohaterka) jest super, pałam do niej nieuzasadnioną sympatią, ale moje serce do szczętu skradła Zu (w tej roli młodziutka Miya Cech). Ta dziewczyna jest tak urocza, że nic tylko tulić...

Film otwiera tez furtkę kontynuacji i miejmy nadzieję, że takowa będzie, bo "Mroczne umysły" skończyły się tak jak się skończyły i kto jak kto, ale ja chcę wiedzieć co z tego dalej wyniknie.
  • awatar Sweet Dreams~!♥: Zapowiada się ciekawie musze się wybrać koniecznie :D
  • awatar Kate - Writes: @Angel Girl: Może i bym mogła, ale jak już to niedziela albo poniedziałek.
  • awatar Gość: Mogłabyś proszę zrobić post o swoim życiu w internacie? Ja właśnie będę chodzić to takiego liceum w tym roku i chciałabym dowiedzieć się jak to mniej więcej wyglada^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Liz ciaśniej otuliła się płaszczem Jacka, starając się nadążyć za Czarnobrodym, Angelicą i Sparrowem, szybkim krokiem przemierzających plażę zatoki.
- Wykaż się Sparrow. - rzucił krótko Teach.
- Jasne. - Jack odpiął od paska swój niezawodny kompas. - Poproszę o okręt Ponce de Leona. - pirat uśmiechnął się, gdy igła zawirowała i wskazała kierunek, a on poprowadził załogę w głąb wyspy.
Przedzierali się przez bagno. Liz starała się teraz nie przewrócić, kurczowo chwytając za zwieszające się z drzew liany, jednocześnie słuchając rozmów Jacka z Angelicą. Kobieta słabła, poprzedniego wieczoru znów zaczęła gorączkować, ciągle była tez popędzana i popychana.
- To jak to jest z tym rytuałem? - spytał wreszcie Jack.
- Woda ze Źródła i łza syreny. No i dwa srebrne kielichy. - odparła Angelica. - Jeden ze łzą, drugi bez.
- Jeden zawiera łzę, ale oba wodę? Nieco to skomplikowane.
- Oba zawierają wodę, ale tylko jeden łzę. - tłumaczyła cierpliwie Angelica. - Osoba, w której kielichu jest łza, zabiera lata życia drugiemu uczestnikowi rytuału.
- Ile lat? - Jack uśmiechnął się zalotnie do kobiety.
- Wszystkie, które ów przeżył i jeszcze mógł przeżyć, gdyby los był dla niego łaskawszy. - oboje odwrócili się natychmiast, słysząc plusk i angelica rzuciła się wyciągać z wody Liz. Kobieta niemalże uwiesiła się na niej, zaraz jednak zatoczyła się na Jacka. Sparrow podtrzymał ją, omal samemu się nie wywracając.
- Dlaczego ty to robisz, Jack? - wyszeptała gorączkowo Liz. - Czy może właściwie brzmiałoby... Do czego ja ci jestem potrzebna? Nie jestem głupia, Sparrow. Wiem, że potrzebna ci ofiara. - wysyczała przez zęby. - Ja cię darzyłam uczuciem, jak przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. A ty mnie wrednie wrobiłeś.
- Lizzie, posłuchaj mnie... - Jack ujął kobietę pod ramię. - Nie masz sobie czym zaprzątać tej swojej ślicznej główki, bo włos ci z niej nie spadnie. Mam plan i dobrze wiem co robię. - Liz parsknęła.
- Wiesz do czego potrzebuje cię Czarnobrody? Nie po to, żebyś doprowadził go do Źródła czy kielichów, choć to też... Nie. On cię potrzebuje, żeby mieć z czego czerpać, Jack. Kiedy będziesz się tego najmniej spodziewał, podsunie ci kielich, ten bez łzy i wydoi jak mleczną krowę. Na tym skończy się twoje marzenie o wiecznej sławie ostatniego pirata. - kobieta odepchnęła go od siebie, przedzierając się przez bagno już o własnych siłach.

Liz klapnęła ciężko na ziemię pod grubym drzewem, gdy Angelica zarządziła przerwę na odpoczynek. Kobieta otarła pot z czoła i zdjęła płaszcz, który przewiesiła sobie przez ramię. Wokół rozciągał się wilgotny las równikowy, było parno i duszno a to na pewno nie wpływało dobrze na rozpaloną gorączką, chorą kobietę. Liz zamknęła oczy, oddychając z trudem i otworzyła je dopiero, czując czyjąś chłodną dłoń na czole. Tuż przy niej ukucnęła Angelica.
- Jak się czujesz? - spytała, podając jej manierkę z woda.
- Bywało gorzej. - odpowiedziała oschle Liz.
- Jesteś rozpalona gorączką. - zaprotestowała tamta. - Jeśli nie dasz rady iść, chcę być natychmiast poinformowana.
- Jasne. - dziewczyna podniosła wzrok na Jacka, kręcącego się obok. "Po moim trupie" przemknęło jej przez głowę.
Jack postukał palcem w kompas. Igła wirowała wokół własnej osi, nie wskazując żadnego konkretnego kierunku. Pirat odgarnął z drogi kolejne liście, omal nie spadając w kilkunastometrową przepaść. Zachwiał się na krawędzi urwiska, nie od razu łapiąc równowagę. Tuż za nim stanęła Angelica.
- To właściwa trasa? - spytała z powątpiewaniom.
- Oczywiście. - zapewnił ją Jack. - Musimy się kierować na wschód. Obejdziemy rozpadlinę.
- Sparrow tam pójdzie. - odezwał się Czarnobrody. - Wskoczy do rozpadliny, odnajdzie okręt, odzyska kielichy... - Jack z niemałym strachem zerknął na wstążkę rzeki w dole.
- Mam skakać? Nie mogę się doczekać widoku. - zripostował.
- Nie można mu ufać, ojcze. - zaprotestowała Angelica. - Skąd pewność, że wróci?
- No właśnie, skąd? - podłapał natychmiast Jack. Czarnobrody uśmiechnął się chytrze, przyciągając do siebie Liz. Przystawił jej do skroni lufę pistoletu. Sparrow pokręcił głową.
- Wiedziałem, że do tego dojdzie. - powiedział. Angelica spojrzała na niego z wyczekiwaniem, Liz niemal błagalnie. Jack wychylił się za krawędź przepaści. - Lizzie, skarbie... - odezwał się znowu. - Znasz to uczucie gdy stojąc gdzieś wysoko, nagle czujesz potrzebę by skoczyć? Ja nie...
- Zatłukę cię... Poczekaj tylko... - warknęła Liz, szarpiąc się w uścisku Czarnobrodego. Tamten cmoknął niezadowolony.
- No już. - uspokoił ją. - Potrzebuję tych kielichów. Pójdziesz, a potem wrócisz. Inaczej ją zabiję. - Jack złożył ręce na piersi.
- Blefujesz. - powiedział, pewny swego. Teach spojrzał na niego ironicznie. Liz pisnęła krótko, gdy nacisnął spust. Rozległ się huk wystrzału, kula śmignęła tuż nad jej głową, a Czarnobrody na powrót przystawił jej pistolet do skroni.
- Następna utkwi w jej głowie. - zagroził.
- Przekonałeś mnie. - rzucił krótko Jack i z rozpędu wskoczył w przepaść, krzycząc dopóki nie uderzył w powierzchnię wody. Zaraz też się wynurzył. Przeżył. angelica uśmiechnęła się.
- Dobrze to rozegrałeś. - powiedziała, spoglądając na ojca. - Ruszamy! - rozkazała. - Na północ, w stronę Źródła!
 

 
Jack odwrócił się od okna, kiedy Alice wyszła z łazienki.
- Słuchaj... - odezwała się kobieta, podchodząc do niego. - Zajęty jesteś? Bo trzeba pójść do apteki, potrzebuję podpasek. - powiedziała, stając obok. Jack zaniemówił.
- Co? - zapytał wreszcie. - Że niby ja? Nie ma mowy, nigdzie nie pójdę.
- Sama raczej też nie pójdę. Nie chcemy strzelaniny na ulicy, co? - Jack westchnął.
- Mam cię tu... Samą zostawić? - rzucił jedynym racjonalnym argumentem, jaki mu przyszedł do głowy, ale skapitulował, kiedy Alice spojrzała na niego wyzywająco, składając ramiona na piersi. - Zamknij drzwi i okno, trzymaj przy sobie broń i pod żadnym pozorem stąd nie wychodź. - powiedział, zdejmując z oparcia fotela swoją kurtkę. - Wracam za pięć minut.
Jack wszedł do apteki na tej samej ulicy i nerwowo postukał palcami w ladę.
- Dzień dobry. - odezwał się niepewnie. Młoda ekspedientka odwróciła się od szafek z lekami i uśmiechnęła się podchodząc do niego.
- Proszę, co podać? - spytała. Jack obejrzał się na dwóch mężczyzn stojących kolejce za nim.
- Podpaski poproszę. - odpowiedział, z zażenowaniem odwracając wzrok. - Paczkę podpasek. - dodał dobitniej, widząc nieco zdziwioną minę ekspedientki.
- A, tak. - zreflektowała się tamta. - Rozumiem. To jakie mają być? - Jack przekrzywił głowę.
- No jak to jakie? Te damskie... - odparł. Kobieta uśmiechnęła się.
- Jakie? Cieniutkie, grube, ze skrzydełkami, bez skrzydełek? Medyczne? Zapachowe...? - mężczyzna wcisnął dłonie głębiej w kieszenie. Uśmiechnął się nerwowo.
- Ok, pani da jakieś grubsze, ze skrzydełkami. Dwie paczki najlepiej. - ekspedientka uśmiechnęła się, a po chwili położyła na ladzie dwa fioletowo-różowe opakowania, które Jack od razu wsunął do kieszeni.
- Trzy funty. - powiedziała jeszcze kobieta, a on położył na ladzie pięciofuntówkę i rzucając przez ramię, że reszty nie trzeba, skierował się ku drzwiom, słysząc jeszcze chichot dwóch kobiet stojących w kolejce i widząc porozumiewawczy uśmiech mężczyzny za nimi.
- Masz? - spytała Alice, kiedy tylko jej partner przekroczył próg pokoju i natychmiast wyjęła mu z ręki opakowanie, które jej podał, zamykając się w łazience. Jack stał w miejscu osłupiały.
- Zaraz, a gdzie proste dziękuję?! - zawołał za nią. - To człowiek się naraża, własne dobre imię na zszarganie wystawia w tym boju aptecznym, a tu nawet zwykłego dziękuję nie usłyszy? - zapytał, zaczynając się śmiać. Zza drzwi toalety dobiegł go śmiech Alice.
- Dzięki bohaterze! - zawołała kobieta.
- Nie ma za co. - odpowiedział z uśmiechem Jack, zdejmując z siebie kurtkę.

Emily stała pod kamienicą na St. Martin’s Lane, czekając na rozwój wydarzeń. Jeszcze tego samego dnia udało im się namierzyć Toma Reeda, który - postrzelony w nogę - ukrywał się teraz w mieszkaniu matki.
- W mieszkaniu go nie ma, a przynajmniej tak twierdzi starsza pani. - kobieta usłyszała w bezprzewodowej słuchawce głos Romley’a.
- Pofatyguj się na dół, widzę go. - odpowiedziała, poprawiając sobie niewielki mikrofon, wpięty w klapę płaszcza. Mężczyzna rzeczywiście nieporadnie przełaził przez balustradę balkonu na pierwszym piętrze, a nieprzytomnym wzrokiem oceniwszy odległość od ziemi, zeskoczył na chodnik, jęknąwszy przy tym. Emily uśmiechnęła się.
- No proszę, jaki piękny skok. - odezwała się, gdy mężczyźnie udało pozbierać się z ziemi. Był kompletnie pijany. - A teraz... Zapraszam tędy. - powiedziała, skinąwszy na niego głową.
- A gdzie mnie pani zaprasza? - spytał tamten, oceniając sytuację.
- A na przesłuchanko. - Emily pomachała mu przed nosem legitymacją. - CIA. Tom, jesteś facetem, ja jestem kobietą, trochę głupio będzie wyglądać, jak ci dziób oklepię przy kolegach, nie? - spytała zerkając na trzech facetów, stojących niedaleko z butelką piwa w dłoni każdy. - Jeszcze się jakieś zbiegowisko zrobi. - kontynuowała.
- No dobra już. - Reed pociągnął nosem, ruszając za funkcjonariuszką, a kiedy odwróciła się od niego, zamachnął się na jej głowę. Emily uchyliła się zgrabnie i kopnęła w przestrzeloną nogę, wyrywając mu z gardła wrzask bólu. Obejrzał się na kumpli, zwijających się ze śmiechu, gdy kobieta zakładała mu kajdanki. Emily spojrzała na Romley’a wychodzącego właśnie z kamienicy.
- Nie śpieszyło ci się. - zauważyła.
- Dobrze sobie poradziłaś i beze mnie. - odpowiedział mężczyzna, podrywając z klęczek Reedda..
- Ał, moja noga! - zaprotestował tamten. Emily skinęła głową kolegom Toma.
- Zdrówko, chłopaki! - rzuciła w odpowiedzi na toast wzniesiony w jej stronę.
 

 
Jakby trochę kończą mi się wakacje i postanowiłam sobie bardzo mocno w serduszku wykorzystać ten ostatni tydzień najlepiej, jak tylko się da. Bo w następną niedzielę o tej porze to już będę od dawna siedzieć w internacie. Pogoda też się zaczyna robić coraz bardziej jesienna... I to jest tak bardzo niesprawiedliwe...
Z wakacji jestem bardzo zadowolona, zastanawiam się poniekąd nad małym podsumowaniem lata (a co z tego wyjdzie nie wiadomo), zrobiłam większość z tych rzeczy, które sobie zaplanowałam, oprócz tego było mnóstwo spontanicznych chwil i te chyba były jeszcze lepsze. Tymczasem we wtorek skończę osiemnaście lat... Będzie urodzinowy wypad do kina, urodzinowe zakupy, przedpołudnie spędzone w miejscu stylizowanym na żywcem wyjęte z powieści fantasy, a to wszystko w asyście dobrej przyjaciółki (bo cała reszta mnie olała - jak zwykle zresztą - przez co trzeba było też zmieniać urodzinowe plany). To będą najlepsze urodziny na świecie!

No i koniec końców ląduję w klasie maturalnej i o ile ta wizja była jeszcze niedawno całkiem przyjemna, o tyle teraz zaczęła mnie przerażać. Dzisiaj zdążyłam sobie uświadomić, że mam osiem miesięcy na wbicie sobie do głowy trzech przedmiotów podstawowych i dwóch rozszerzonych i zaczęłam się zastanawiać, jak ja to w ogóle zrobię, bo to jest dość trudne w wykonaniu. Przeraża mnie wizja ośmiu miesięcy uczenia się całymi dniami, a w efekcie końcowym powtórkami po nocach (bo to podobno tak wygląda) i ani chwili czasu dla siebie. Już się miałam zastanawiać, czy dobrze zrobiłam ani razu w wakacje nie mając podręcznika w ręce... Ale litości, kto normalny uczy się w wakacje... Niemniej egzamin dojrzałości wciąż krańcowo mnie przeraża (przydałby się jeszcze jeden dodatkowy rok ogólniaka).

Z ogłoszeń parafialnych bardziej; przez większą część lata jeździłam więc gdzie popadło, wyszalałam się (może nie za wszystkie czasy, ale jednak), czytałam sporo i tyleż samo pisałam. Fanfiction z Piratami posuwa się wciąż do przodu, mam nadzieję, że spodobała wam się również "Tożsamość wroga", w planach coś lżejszego, bardziej takie romansidło. Udało mi się machnąć całkiem sporo fajnych urywków z pałacowego życia Katrin i Legolasa, ten one-shot z wycieczką do Dale i mam nadzieję jeszcze jednym pięknie zakończyć wakacyjny grafik, bo fabuła siedzi mi w głowie już od jakiegoś czasu.
 

 
- Zatoka Białych Pian! - po pokładzie poniósł się okrzyk i Jack odwrócił wzrok od Angeliki. Tamta uśmiechnęła się.
- Wszyscy na pokład! - wrzasnęła, wychodząc na zewnątrz. - Do szalup! - zbudzona brutalnie Liz rozejrzała się zdezorientowana. Kiedy stanęła na lądzie wraz z Jackiem, na brzegu już rozkładano sieci.
- Niech się nie zaplączą! - przypomniał Czarnobrody. - Mają być godne naszych szlachetnych gości. Potrzebujemy światła. - zwrócił się do córki. - Dużo światła. - dodał, po czym skinął na Sparrowa. - Za mną. - rzucił krótko. Jack odwrócił się jeszcze ku Liz. Bez wahania podążyła za nim.
Teach poprowadził ich na szczyt starej latarni morskiej, której powtórnym rozświetleniem zajęło się dwóch bardziej rozgarniętych załogantów. Jack podszedł do jednego z okien.
- Początek księżycowego cyklu, pierwszego tego lata. - odezwała się Angelica, stając obok. - Idealny moment, żeby zdobyć łzę syreny. - oboje odwrócili się, gdy latarnia rozbłysła światłem. - Nareszcie. - Angelica uśmiechnęła się. Liz patrzyła w milczeniu na szalupę z szóstką załogantów, wysłaną w morze. Byli przynętą. Wiedziała co się z nimi stanie, znała opowieści o syrenach. Wkrótce dobiegł ją cichy śpiew Scrum'a - syreny lubiły kiedy się im śpiewało - i wkrótce woda zafalowała, a na powierzchnię wynurzyła się jedna z nich, opierając się o burtę. Posadzeni w szalupie marynarze wpatrywali się w osłupieniu w spoglądającą na nich z ciekawością młodą dziewczynę.
- Umiesz mówić? - spytał w końcu Scrum.
- Tak. - syrena uśmiechnęła się, a mężczyzna zbliżył do niej.
- Piękna jesteś. - wyszeptał.
- To ty tak śpiewasz? - spytała syrena. Scrum skinął głową. - "Żeglarzu mój, dla ciebie ja jedyna"? - marynarz znów potaknął, ale towarzysze natychmiast odciągnęli go w tył, każąc się otrząsnąć.
- Przestańcie! - Scrum wyrwał się im. - Wiele dobrego w moim krótkim życiu się nie wydarzyło, ale chce móc powiedzieć, że Scrum pocałował prawdziwą syrenę. Więc puśćcie mnie do cholery! - krzyknął, uwalniając się z ich uścisku. Na powrót zbliżył się do syreny i zamknął oczy, muskając wargami jej usta. Tamta uśmiechnęła się z rozkoszą i zsunęła pod wodę, ciągnąc go za sobą. Dopiero gdy zanurzył głowę w morzu, Scrum otrząsnął się i z wrzaskiem usiadł z powrotem w lodzi. W wodzie natychmiast zakotłowało się od syren chcących wywrócić łódkę. Liz odwróciła wzrok.
- Do dzieła! - zawołał Czarnobrody. - Zaczęło się! - Liz pobiegła w ślad za Jackiem, zmierzającym z powrotem na pomost.
- Przyciągnijcie je na brzeg! - zawołał pirat, wrzucając do wody pierwszą baryłkę z prochem. Oślepione i wystraszone wybuchami syreny rzeczywiście kierowały się ku plaży.
- Sieci do wody! - wydała rozkaz Angelica. - Szybko! - syreny wreszcie dopięły swego i łódź wywróciła się do góry dnem. Szóstka załogantów została wciągnięta pod wodę. Teraz zajęły się mężczyznami, zarzucającymi sieci. Jeden po drugim, opleceni linami z wodorostów, tracili grunt pod nogami i byli ciągnięci na głębinę. Liz patrzyła na to z przerażeniem.
- Wycofać się! - krzyknęła w końcu. - Wycofać się do lądu!
- Ratujcie się! Wycofujcie! - podłapał Jack. Czarnobrody pokręcił głową z politowaniem.
- Tchórze... - wysyczał. - Na lądzie nie znajdziecie ratunku. Daję słowo. - powiedział, ujmując pistolet po czym zastrzelił jednego ze swoich ludzi. Wśród załogantów zawrzała panika.
Liz wrzasnęła, gdy zniszczony przez syreny pomost runął do wody, a ona wraz z nim. Jej nogę oplotły wodorosty. Złapała się kurczowo belki. Zaraz też dopadł do niej Jack i rozciąwszy więzy, pomógł jej wydostać się na brzeg.
- To nie polowanie, to rzeź. - odezwała się kobieta. - W której łowca staje się zwierzyną. - Angelica cisnęła do wody ostatnią baryłkę prochu, a wybuch doszczętnie zniszczył pomost, odegnał jednak syreny. Nie złapali ani jednej. Czarnobrody zmarszczył brwi i odchrząknął z niezadowoleniem.
- Opatrzcie rannych! - nakazał. - Sprawdźcie, czy któraś syrena jeszcze żyje! - Liz wstała z piasku, wspierając się na Jacku i odbiegła w stronę, gdzie nastąpił wybuch. Pod grubą, drewnianą belką, trzepotał się syreni ogon. Ona sama zaplątana była w sieć, a gdy kobiecie udało się odrzucić ciężką belkę, spojrzała na nią wystraszona. Liz odwzajemniła spojrzenie. Zaraz potem krzyknęła i zakryła dłonią usta, gdy Czarnobrody przebił szablą serce syreny. Wydała z siebie ciche westchnienie i skonała, uroniwszy jedyną łzę, którą Teach złapał do niewielkiej fiolki. Angelica uklękła obok, obejmując ramionami szlochającą cicho Liz.
- Dobra robota, Harrington. - rzucił Czarnobrody. - Wracamy na okręt! Skierujemy się do jakiejś bezpiecznej zatoki. - Angelica odprowadziła go wzrokiem. Chciała zdobyć tę łzę, fakt. Ale nie za taką cenę.
  • awatar Kate - Writes: @gość: To nie najlepsze miejsce, żeby o tym opowiadać...
  • awatar Gość: Katie, przepraszam, że tutaj, ale to jedyna opcji konaktu z Tobą - nie mam konta na pingerze. Polecisz kilka książek? Gatunek obojenty, najlepiej Twoje ulubione.
  • awatar Gość: @Kate - Writes: Kate, nie jestem anonimem, ponieżej, ale mnie interesowałaś... Czemu Pingwiny, odeszły?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
- Ascott na dwójce! - krzyknął jeden z agentów CIA i Ed Romley natychmiast dopadł do telefonu.
- Liczę na to, że jesteście bezpieczni - rzucił do słuchawki. - Gdzie jesteście?
- Ktoś zna nasze posunięcia, nie wiem komu ufać! - wypalił Jack. Oboje z Alice stali pod niewielkim daszkiem przy wejściu do małego motelu, a od dobrych kilku chwil nieprzerwanie lał deszcz.
- Co ty gadasz? - zdziwił się Romley. David Mercer uśmiechnął się, wciskając niewielką bezprzewodową słuchawkę głębiej do ucha. Zainstalowanie podsłuchu okazało się całkiem proste i niezwykle przydatne. - Co z Alice?
- Bezpieczna. Ze mną. Przynajmniej na razie. - Jack odgarnął z czoła mokre kosmyki włosów. - Chcieli nas powystrzelać. Albo powiesz mi co tu jest grane, albo to z Langely będziesz rozmawiał! Jeśli ktoś z naszych jest podejrzany...
- Uspokój się Ascott. - przerwał mu Ed. - Dacie sobie radę. Zawsze dajecie. Wasza dwójka jest praktycznie niezniszczalna. Nie wiem jakim cudem znaleźli was w Glasgow, ale dowiem się tego. Trzymajcie się. - powiedział jeszcze, odkładając słuchawkę.
Jack z westchnieniem odjął telefon komórkowy od ucha. Alice położyła mu dłoń na ramieniu, przysuwając się bliżej, a usłyszawszy westchnienie, spojrzała pytająco na partnera. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie.
- Wejdźmy do środka. - odezwał się. - Nie będziemy stać na tym deszczu i czekać na cud. - powiedział, obejmując partnerkę ramieniem.

Alice wbrew sobie odprowadziła wzrokiem kobietę w garsonce i z drogą torebką w dłoni, która trzymała za rękę córeczkę , ciągnąc ją za sobą. Dziecko wyraźnie próbowało się opierać, ale kobieta nie zwracała na nie uwagi, krzycząc na córkę i próbując jej coś tłumaczyć, aż wreszcie przy drzwiach hotelu uderzyła małą. Tamta natychmiast zaniosła się płaczem, tuląc do siebie trzymaną lalkę. Alice zrobiła krok w ich stronę, ale Jack natychmiast złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie.
- Nie wolno nam się rzucać w oczy. - przypomniał jednocześnie podając mężczyźnie siedzącemu w recepcji dowód osobisty. Po namyśle położył przed nim również legitymację CIA. Tamten popatrzył na Jacka zdezorientowany, potem przeniósł wzrok na Alice.
- Państwo ze służb specjalnych... - zaczął. - Czy coś... - Jack przyłożył palec do ust.
- Zależałoby nam na dyskrecji. - powiedział. - Niech nikt nie wie, że tu jesteśmy.
- Oczywiście. - potaknął gorliwie recepcjonista, podając mężczyźnie klucze. - Drugie piętro. Pokój trzysta sześć. - Jack skinął mu głową, kierując się do windy.
Pokój przywodził na myśl ten, który dostali do dyspozycji w pierwszym hotelu, w którym się zameldowali, był jednak większy i przestronniejszy. Jack westchnął, odkładając broń na stół pod oknem i odwrócił się, gdy rozdzwoniła się komórka Alice.
- Emily? - odezwała się kobieta, przykładając słuchawkę do ucha.
- Wiemy z jakiej broni do ciebie strzelano, niestety jest nierejestrowana, więc mamy niewielkie pole do popisu. Ale pod Whiteleys zabezpieczyliśmy odcisk buta... Może się coś uda dopasować w bazie danych? - Alice pokręciła głową.
- Przestań. - westchnęła tylko.
- Mamy za to zdjęcia i profile tych, którzy ostatnio wyszli na wolność. Co najmniej trzech z nich pracowało dla Mercera, bądź miało z nim styczność. Może któregoś z nich widziałaś wtedy.
- Wyślij mi te zdjęcia na komputer Romley’a. Mam go ze sobą. - powiedziała Alice. - Przejrzę je i dam ci znać. Na razie.

- Kurwa mać! - wrzasnął Romley, uderzając dłonią w stół. A potem jeszcze raz. - Jak to jest możliwe?! Jak?! Co przeoczyliśmy?
- Szefie, MI5. - odezwał się któryś z podwładnych, przekazując mu słuchawkę. Mężczyzna od razu wziął od niego telefon.
- Cześć, Ed. - odezwała się Emily. - Przesyłam ci właśnie maila od Alice. Wśród tych ośmiu zdjęć, które jej przekazałam, rozpoznała mężczyznę, którego postrzeliła pod Whiteleys. - Romley wklepał kilka poleceń w pierwszy lepszy komputer i wyświetlił na ekranie rzutnika wiadomość. - Szukacie tego człowieka. - kontynuowała agentka.
- Ja go znam, nazywa się Tom Reed. Zamordował dwie młode kobiety, ale skazano go tylko za jedno zabójstwo. Skazany na osiemnaście lat więzienia, po dziesięciu wyszedł na wolność.
- Po dziesięciu? Jak to możliwe? - spytała Emily.
- Udana resocjalizacja. Przynajmniej tak twierdził jego prawnik. - odparł Romley.
- Łaskawca. - w głosie kobiety słychać było wyraźny sarkazm. - W każdym razie wyszedł tydzień temu. Zgadnij kto go wsadził.
- Ale skąd on się w ogóle wziął? Awanturował się, odgrażał przy aresztowaniu, czy to po prostu zwykły świr?
- Moim zdaniem leci na grubą kasę, a przy okazji pracuje przecież dla człowieka, który chce się zemścić na agentce, która i jego wsadziła. Jestem do waszych usług Ed. Powodzenia. - Romley zacisnął zęby, słysząc odgłos przerywanego połączenia i resztką silnej woli powstrzymał się przed ciśnięciem komórki o ścianę.
 

 
- Katrin, anglezuj! Anglezuj! - zawołał Legolas, prowadząc konia Katrin na lonży. Dziewczyna podskakiwała bezradnie w siodle.
- Ale on się... Rusza! - krzyknęła w odpowiedzi.
- Czasem tak ma. - uśmiechnął się elf. - Katrin to naprawdę nie jest trudne. Masz tylko wstawać i siadać w siodle, rytmicznie, nic więcej.
- Może kiedy się patrzy z boku to rzeczywiście nie jest trudne. - dziewczyna nerwowo ścisnęła lejce, kuląc się w siodle.
- To tylko kłus, wyobraź sobie co będzie, kiedy on zacznie galopować. - Legolas popędził konia, a kiedy Katrin pisnęła wystraszona, roześmiał się i ściągnął lonżę. - Przepraszam, nie powinienem... - powiedział. - Ale przestań proszę kulić się w siodle za każdym razem, kiedy tracisz równowagę. Zawsze, kiedy ucieka ci strzemię, albo koń szarpnie głową, zaciskasz palce na lejcach, garbisz plecy i pochylasz się nad jego szyją. A to najprostsza droga do tego, żeby spaść. - Katrin spojrzała na elfa,a jej oczy zaszły mgłą.
- A może ja się po prostu nie nadaję do siodła... - odezwała się ściszonym głosem, spuszczając głowę. Legolas podszedł do niej i biorąc za rękę, pomógł jej zsiąść. Dziewczyna otarła oczy dłonią.
- Niektórzy rzeczywiście nie mają problemu z jazdą konną, innym poczucie się pewnie w siodle zajmuje tygodnie. My ćwiczymy dopiero cztery dni. - pocieszył ją Legolas.
- Tak, ćwiczymy... Codziennie to samo. - Katrin westchnęła zrezygnowana, składając ręce na piersi. Legolas odpiął konia od lonży i poklepał po szyi, a potem podszedł do niej.
- A jak inaczej chcesz zobaczyć efekty? - spytał z uśmiechem. - Chodź, wracamy. Ale możemy spróbować znów po obiedzie. - Katrin skinęła głową. Samo przebywanie z księciem Mrocznej Puszczy sprawiało, że czuła się lepiej w świecie, który znała od tak niedawna.
 

 
Liz stała pod ściana kajuty kapitańskiej, śledząc wzrokiem Czarnobrodego. Jeden z oficerów pchnął Jacka bliżej biurka przy którym z rozmachem usiał kapitan i przyszpilił jego koszulę do drewnianej kolumny sztyletem. Czarnobrody skinął głową pozwalając mu odejść. Jack odprowadził go wzrokiem.
- Źródło zupełnie mnie nie interesuje, więc możesz nas wysadzić w dowolnym miejscu. - powiedział.
- Twoje słowa są jak mgła, w której się chowasz. - odparł Czarnobrody. - Bosman ma dar widzenia przyszłości. Przepowiedział mi śmierć. Mój los jest przesądzony. Nić przeznaczenia spleciona. - Liz spojrzała na Jacka.
- nie wierzę w przewidywalność zdarzeń i moją własną. - odpowiedział tamten odważnie. Powoli sięgnął ku sztyletowi, który trzymał go w miejscu i gdy udało mu się do wyciągnąć, powoli ruszył ku Czarnobrodemu.
- Tylko szaleniec walczy z losem. - kontynuował tamten. - Ale kusi mnie, by go oszukać. Dotrę do Źródła Wiecznej Młodości. Ty wskażesz mi drogę. - Teach podniósł głowę. - Będziesz miał z tego ostrza tyle pożytku, co ze swego buntu. - Jack skrzywił się, odrzucając sztylet na bok.
- Bunt się opłacił. - odparł. - Mogłem z tobą porozmawiać. By cię ostrzec. Twój pierwszy oficer udaje kogoś, kim nie jest. - Czarnobrody spojrzał na niego zdumiony. Liz również podniosła głowę. - Nie jest twoją córką.
- Ośmielasz się tak mówić o krwi z krwi mojej?
- Ta kobieta jest mistrzynią sztuki podstępu. Wiem o tym, bo sam pchnąłem ją niechcący na ścieżkę podłości. Choć nie mogę jej odmówić sporych wrodzonych zdolności.
- Angelica? Moja ukochana córka? Jedyne dobro jakie po mnie zostanie? I twierdzisz, że to ty ją zdeprawowałeś.
- Panie, ta kobieta to zło wcielone. Groźniejsza od dzikiej bestii. Wygłodzonej, dzikiej bestii, zgrzytającej zębami. To mściwy, nienasycony, piekielny...
- Ojcze! - jego wywód przerwało wejście do kajuty osoby, która była jednocześnie przedmiotem rozmowy. Czarnobrody wziął w dłoń niewielką laleczkę voodoo, do złudzenia przypominającą Jacka, a następnie od niechcenia podniósł ze stołu sztylet, wbijając go w brzuch laleczki. Liz natychmiast rzuciła się podtrzymać Jacka, który - zgięty wpół - wsparł się na ramieniu towarzyszki. Oddychał głęboko, kiedy pirat wiercił mu ostrzem we wnętrznościach, a z gardła wyrwał mu się zduszony jęk.
- Jack... - odezwała się Liz. - Nie róbcie mu krzywdy. - poprosiła, podnosząc wzrok na starego pirata.
- Poprowadzisz mnie do Źródła. - powiedział Czarnobrody, odejmując sztylet od laleczki. Jack odetchnął głęboko, przykładając rękę do brzucha. Podtrzymywany przez Liz, zatoczył się na ścianę kajuty. - Ujmę to inaczej. Jeśli nie dotrę do Źródła na czas... - pirat przyłożył główkę laleczki do płomienia świecy. - Tobie też się to nie uda. - Jack padł na kolana, obejmując dłońmi głowę. Palący ból promieniował na całe ciało, pozbawiając go oddechu. Zanim się zorientował, z oczu popłynęły mu łzy, a z gardła znów wydobył jęk.
- Jack... - Liz klęknęła przy nim. - Przestańcie! - krzyknęła ku Czarnobrodemu. - Jego to boli! Przestańcie!
- Masz wierną towarzyszkę, panie Sparrow. - odezwała się milcząca dotąd Angelica. - Która na pewno będzie pamiętać, co cię czeka, jeśli zawiedziesz. - Liz przełknęła ślinę, patrząc na kapitana, zwijającego się z bólu na podłodze. Kobieta od niechcenia zakręciła młynka sztyletem i wbiła go prosto w krocze laleczki. Jack padł na deski, krzycząc z bólu. Angelica uśmiechnęła się.
- Cieszę się, że się rozumiemy. - powiedziała.

Oparty o burtę Zemsty Królowej Anny Jack podniósł głowę, widząc wychodzącą spod pokładu Angelicę. Na jego dyskretny znak Scrum, siedzący na schodach, trącił struny niewielkiej gitary.
- Witaj... - Jack posłał kobiecie uśmiech. - Napijesz się? - spytał, postukując palcem w butelkę trunku i podał jej kieliszek.
- Wino, muzyka, blask świec... - Angelica westchnęła rozmarzona. - Już to kiedyś przerabialiśmy.
- W rzeczy samej. - Jack nalał jej wina. - Doskonale to pamiętam.
- Pamiętasz Saint Dominic? La Martinique? Na Saint Dominic próbowałam cię zabić. - kobieta upiła łyk alkoholu. - Umiesz być czarujący, gdy ci na czymś zależy. Pytanie, na czym?
- Czas wyjawić prawdę. - Jack poprowadził ją w rytm tanga. - Czarnobrody spełnił swoją rolę. Teraz możemy dotrzeć do Źródła razem, by pławić się pospołu w sławie.
- Opowiem ci o rytuale Źródła. Tylko... Czy mogę ci zaufać? Potrzebuję wsparcia.
- Najdroższa Angelico... Ty i ja jesteśmy nierozłączni. Zdradź tajemnicę.
- Woda ze Źródła Wiecznej Młodości... Połyskliwa łza syreny. Kielichy Ponce de Leona. Te przedmioty pozwolą odebrać drugiej osobie lata życia, więc wiesz co to znaczy. Nie możemy tam iść sami. Rytuał wymaga ofiary.
- Hm... Nagle mój zapał do Źródła dziwnie oklapł.
- Ale jest na pokładzie coś, o czym marzysz. - Angelica pociągnęła go za sobą do kajuty ojca i teraz zręcznie zdejmowała kłódkę z drzwi starej szafy. Jack rozejrzał się w popłochu.
- A Czarnobrody? - spytał z zaniepokojeniem.
- Jest w mapiarni. Śpieszmy się. - Angelica otworzyła drzwi szafy, a Jack podszedł bliżej. Półki były wypełnione statkami w butelkach. co więcej, wyglądały niezwykle autentycznie. - Zachowuje każdy zdobyczny okręt. - wyjaśniła kobieta. - Pomóż mi, a ja ci pozwolę wybrać. Ale chyba wiem, na którym ci zależy. - Angelica podała mu butelkę z uwięzioną weń Czarną Perłą. Jack przyjrzał się jej bliżej. - Potrzebuję lat. Nie dla siebie, dla ojca. Jestem córką Czarnobrodego. To mój ojciec. Kłamstwa, które ci mówiłam, nie kłamały. - Jack oderwał oczy od Perły w butelce.
- Okłamałaś mnie, mówiąc prawdę? - Angelica skinęła głową. - Dobre. Mogę to kiedyś wykorzystać?
- I tak to zrobisz. - kobieta uśmiechnęła się. - Chcę mieć ojca. Nigdy nie miałam. - Jack położył jej dłonie na ramionach.
- Angelico... Czarnobrody to drań, który cię przy pierwszej okazji uśmierci. Nie zbawisz go.
- A co ty wiesz o odkupieniu? Pomożesz mi, lub nie. Ale jeśli nie... - Angelica podniosła ze stołu dobrze już znaną Jackowi laleczkę voodoo. - Wiesz co cię czeka.
 

 
- Łącznie ośmiu. - odezwał się jeden z agentów, przeglądając bazy danych. - Wszyscy wyszli w ciągu ostatnich trzech miesięcy, no... Nie licząc tych, którzy są na przepustkach.
- Ilu z nich kiedykolwiek pracowało dla Mercera? - spytał Ed Romley, przechadzający się między podległymi mu ludźmi.
- Sprawdzam to. - odpowiedział mu tamten.
- Dobrze... - Romley potarł twarz dłonią. - Alice prawie setkę wsadziła za kraty.
- Jest skuteczna. - odezwała się Emily, wchodząca do pokoju. - Sama chciałabym mieć takie wyniki. Mam raport dotyczący broni, z jakiej ją postrzelono. Amunicja 300 Win Mag, Karabin snajperski AT3008C z tłumikiem. - kobieta westchnęła. - Broń produkowana na zamówienie, ale nierejestrowana. Prawdopodobnie z przemytu.
- No to możemy liczyć tylko na te zdjęcia. - Romley pokazał na ekran rzutnika na ścianie. - Tych ośmiu ostatnio wyszło. A propos... Widziałaś ostatnio mojego MacBook’a? Mogę przysiąc, że miałem go na ostatniej odprawie. - Emily pokręciła głową powoli, żeby zaraz się roześmiać.
- Nie powiesz mi, że Alice gwizdnęła ci sprzęt. - powiedziała. Romley zacisnął usta i pokręcił głową.
- Zatłukę ją, niech tylko wróci do Londynu. - odparł.

Jack zamknął za sobą drzwi pokoju i postawił na stoliku tuż przy wejściu talerz z kilkoma kromkami chleba.
- Śniadania już nie podawali, ale udało mi się zdobyć dla ciebie tosty. - odezwał się, zdejmując bluzę. - Alice? - zagadnął, wchodząc głębiej do pokoju i uśmiechnął się. Kobieta zasnęła, skulona na dużym łóżku, bez prysznica i w ubraniach z podróży. Tuż przy niej leżał laptop przełożonego i pistolet wyjęty zza paska dżinsów. Jack przełożył obie te rzeczy na stół i okrył partnerkę kocem znalezionym w szafie. Miała prawo odpocząć.
Sam skierował się do łazienki po drodze zdejmując wczorajszą koszulkę. Wszedł pod prysznic, odchylając głowę w tył, tak żeby woda spływała mu po twarzy i westchnął, wciąż jednak starał się nasłuchiwać, czy Alice się nie obudziła. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, mimo to mężczyzna drgnął, słysząc podejrzany dźwięk, jakby uderzenie ciała o drzwi szafy. Zakręcił wodę, jednocześnie sięgając po ręcznik, a uporawszy się z włożeniem dżinsów, wyszedł z łazienki.
- Alice? - odezwał się, zaglądając do pokoju. Odrzucony koc leżał na łóżku, a kobieta zniknęła, mimo, że jej pistolet wciąż leżał na stoliku pod oknem. Jack zmarszczył brwi. Wiedział, że jego partnerka przenigdy nie ruszyłaby się nigdzie bez broni. Przeładował swojego glocka. - Alice? - powtórzył, wchodząc głębiej.
- Odłóż broń, albo ją zastrzelę. - odezwała się średniego wzrostu brunetka, wyłaniając się zza szafy, przed sobą popychając funkcjonariuszkę CIA z lufą pistoletu przy skroni. Jack spojrzał w twarz partnerki, starając się ją uspokoić. Alice oddychała spazmatycznie, miała rozciętą wargę i łuk brwiowy, po jej policzku spływała krew.
- Puść ją. - wysyczał Jack przez zęby.
- Ani mi się śni. - odpowiedziała tamta. - Najpierw wpakuję jej kulkę w głowę, potem zajmę się tobą. Ciebie również mój szef chce widzieć martwego. A teraz rzuć broń! - mężczyzna powoli uniósł obie ręce, przenosząc wzrok na Alice. Niemal niedostrzegalnie skinął głową. Agentka natychmiast wpakowała swój łokieć w brzuch kobiety, a kiedy tamta zgięła się wpół z jękiem, Jack natychmiast wycelował i strzelił. Rozległ się pojedynczy wystrzał i brunetka padła na podłogę. Po jej szyi spłynęła cieniutka strużka krwi.
Alice opadła na kolana, kiedy ugięły się pod nią nogi. Jack przypadł do niej, łapiąc ją za ramiona.
- Wszystko w porządku? - spytał, odgarniając jej z twarzy zwichrzone włosy i zajrzał jej w oczy. - Co ja bredzę, oczywiście, że nie. - odpowiedział sobie, pomagając jej wstać. Kobieta z rozmachem usiadła na łóżku. Chwilę potem Jack uklęknął obok, mokrym ręcznikiem obmywając jej twarz z krwi. - Musimy stąd zniknąć. Nie jesteś tu bezpieczna. Idziemy. - zarządził, biorąc ją za nadgarstek. Alice bez słowa pobiegła za nim po drodze, wsuwając sobie broń za pasek i zgarniając laptopa ze stolika.

Jack zaciskał dłonie na kierownicy, z trudem powstrzymując się przed przyspieszeniem.
- Co się właściwie stało? - spytała Alice, siedząca na fotelu pasażera obok.
- Nie mam pojęcia. Znaleźli nas. - odpowiedział mężczyzna. - Kryjówka miała być pewna. Poza mną i Hunterem zna ją tylko parę osób.
- Chyba trzeba powiadomić szefostwo. - Jack tylko skinął głową, choć nie był co do tego przekonany. Nie wiedział już, komu może ufać. Alice westchnęła, odgarniając włosy z twarzy i przyłożyła palce do rozciętej wargi, z której wciąż leciała krew.
- Co teraz zrobimy? - spytała bezradnie.
- Znajdziemy inną kryjówkę. Na własną rękę. - jej partner zjechał na niewielki parking przy supermarkecie, a przypływie odwagi ujął jej twarz w obie dłonie i pocałował w czoło. - Będzie dobrze. - obiecał.
 

 
"Gniew" to w gruncie rzeczy studium rozdartej postaci, czyli spektakl Orlando Blooma. Malky nie przepracował traumy z dzieciństwa, dlatego nie może zintegrować się z własnym środowiskiem. Buduje toksyczną wieź z matką (Anne Reid), a jego kolegą zostaje molestowany mężczyzna, który w młodości nie zbudował fundamentów przyszłego życia. Bloom stworzył w "Gniewie" najlepszą rolę w karierze. Długo operuje ciszą, pauzami, pozostawiony w długich scenach przez kilka minut potrafi oddać pełnie emocji – pokazać co dzieje się z pokrzywdzonym, jakie brzemię dźwiga i jak bardzo obciąża nim otoczenie. Jak wypacza życie emocjonalne, a co za tym idzie więzi rodzinne i podejście do seksualności. Bloom przyćmiewa swoją rolą resztę obsady, warto jednak uważnie przyglądać się też Emmie, jego filmowej partnerce, czyli Janet Montgomery.

Problemem dla wielu może być język filmu – narzucony zarówno przez Thompsona, jaki braci Shammashianów. Porównania i metafory, bliższe i dalsze nawiązania biblijne sprawiają, że z niezwykle mocnej historii uczyniono z "Gniewu" domorosły traktat filozoficzny (i może właśnie stąd tyle negatywnych recenzji?). Pod presją katolickiej nauki o wybaczeniu uginają się kategorie moralne i prawne, racjonalny żal i pretensja do winowajcy staje się jakimś rodzajem słabości, którą dobry katolik powinien umieć odrzucić (za to minusik).

Mimo to występ Blooma będzie dla wielu zaskoczeniem. Rola milczącego, pokaleczonego emocjonalnie faceta z tajemnicą to być może najmocniejszy występ w jego dorobku i jasny punkt tego interesującego i mocnego filmu. Jest jeszcze końcowa scena, która zamiast przynosić ukojenie rozczarowuje i każe sobie zadać pytanie dlaczego. Dlaczego wybaczenie nie działa, dlaczego kościół ukrywa grzechy i dlaczego film trzeba było zakończyć w ten sposób.
 

 
Załoga podburzona przez Jacka z krzykiem rozbiegła się po pokładzie, wcześniej uwalniając wszelkich więźniów, których Czarnobrody trzymał pod pokładem. Oni rzucili się bez wahania do walki wręcz. Oprócz szabli, których było za mało dla wszystkich, podawano sobie haki, liny i przedmioty codziennego użytku. Bunt rozgorzał na dobre.
Jack uzbrojony w szablę, wślizgnął się do kajuty zajmowanej przez Angelicę. Powoli i z bronią w pogotowiu podszedł do śpiącej kobiety. Opuścił szablę, delikatnie muskając palcami jej szyję i policzek. Angelica otworzyła oczy, uśmiechając się.
- Jack... - odezwała się z rozmarzeniem, gdy położył się obok. - Jeśli to sen, nie zdejmuj szabli i butów. A jeśli nie... - dodała, rozbudzając się.
- To sen. - zapewnił ją natychmiast Jack. Angelica podniosła się do pozycji siedzącej, słysząc zamieszanie na pokładzie.
- Nieprawda. - odpowiedziała.
- Uprzedzam, że przejmujemy okręt. - Jack uśmiechnął się, dopadając drzwi. - Może lepiej się w to nie mieszaj! - zawołał jeszcze, zamykając jej za sobą i opierając się o nie. Chwilę słuchał obelg padających z ust kobiety, dopiero gdy w drewno tuż obok jego głowy wbiła się szabla, stwierdził, że czas znikać.
Na pokładzie wrzało. Oficerowie próbowali zaprowadzić porządek przemocą, jednak również przemocą im odpowiadano i z czterema zombie rozprawiono się dosyć szybko. Niemały problem stanowiła natomiast angelica, walcząca jak młoda lwica.
Jack uniósł głowę, spoglądając na wciąż przywiązanego do masztu misjonarza. Skinął głową na Scrum'a. Oboje wspięli się po olinowaniu na górę.
- Jesteś z nami, czy przeciw nam? - Scrum przyłożył szablę do szyi mężczyzny. Tamten pokręcił głową.
- Ani z wami, ani przeciw wam. - odpowiedział.
- Może tak? - spytał Scrum, tracąc rezon.
- To duchowny, chyba musi. - odparł Jack, wzruszając ramionami i przeciął więzy, a potem zsunął się po olinowaniu na dół. - Walczcie do końca, małpy pokładowe! - krzyknął, krzyżując ostrza z ostatnim walczącym zombie, aż w końcu wydarł mu broń z ręki i kopnięciem posłał na deski. - Mocno związać! - polecił, wbiegając na mostek kapitański. - Łajba jest nasza! - obwieścił w chwilę potem. Zaraz też poczuł powiew lodowatego powietrza na karku, gdy drzwi kajuty kapitańskiej otworzyły się. Jack odwrócił się powoli, gdy na mostek wyszedł Edward Teach we własnej osobie. Załoga natychmiast opuściła broń, oficerom pozwolono wyplątać się z lin i sieci, Angelica wyswobodziła się z uścisku dwóch mężczyzn. Czarnobrody powiódł wzrokiem po pokładzie.
- Panowie... - zaczął, a pociągnąwszy łyk rumu z trzymanej w dłoni butelki, roztrzaskał ją o pokład. Jack powoli schodzący z mostka, drgnął, stając w miejscu. - Nie posiadam się ze zdumienia. - kontynuował Teach. - Zażywam sobie spoczynku... I nagle słyszę z pokładu piekielny harmider. - Czarnobrody położył dłoń na rękojeści swojej szabli. - Marynarze opuszczają stanowiska bez rozkazu, zwykli majtkowie przejmują dowodzenie... Jak to się nazywa?
- Bunt, kapitanie. - odpowiedziała Angelica, stając przy nim. Czarnobrody pokiwał głową z zadowoleniem.
- Właśnie. - uśmiechnął się. - Bunt. - powtórzył i wyszarpnął szablę z pochwy. - A jaki jest los buntowników? Znamy chyba odpowiedź, prawda? Buntowników się wiesza! - liny ożyły, oplątując i podrywając w górę wszystkich załogantów i każdego z osobna. Niektórzy próbowali ratować się ucieczką. Bezskutecznie. Wszyscy zawiśli do góry nogami przed Czarnobrodym, który ogarnął pokład wzrokiem i wreszcie spojrzał na Jacka.
- Melduję, że doszło do buntu. - wypalił tamten. - Wymienię palcem i wskażę nazwiska.
- Nie trzeba, panie Sparrow. To tylko owce, a ty je pasiesz. - Teach schował broń, a Jack jęknął, padając twardo na pokład.
- Mówiłem już, że masz śliczną córkę? - spytał, gdy czarnobrody pochylił się nad nim z pistoletem w garści.
- W sam raz na ostatni widok dla skazańca.
- Ojcze! - zaprotestowała Angelica, chwytając go za ramię. - Jest nam potrzebny.
- Jack, co się dzieje? - wszyscy troje odwrócili się ku schodom prowadzącym pod pokład, skąd właśnie dobiegł słaby głosik Liz. Kobieta przespała większość dnia w kajucie, w której pozwoliła jej zostać Angelica, zbudził ją dopiero chaos, jaki zapanował na statku. Rozejrzała się wokół wciąż osłabiona. Czarnobrodemu drgnęła brew.
- Tych dwoje chce widzieć u siebie. - nakazał.
 

 
Alice przeciągnęła się pod kocem i spróbowała znaleźć jakąś wygodniejszą pozycję w fotelu samochodowym. Na zewnątrz zaczynało się przejaśniać. Kobieta przetarła oczy dłonią, wyglądając na zewnątrz.
- Dzień dobry, śpiochu. - odezwał się Jack.
- Cześć... - odpowiedziała Alice, siadając prosto. Mężczyzna zaparkował przy informacji turystycznej, co przyjęła z ulgą i wysiadła w ślad za nim. Miała zdrętwiałe mięśnie nóg, a plecy bolały chyba w każdym możliwym miejscu. Przeciągnęła się i ziewnęła.
- Może coś przegryziesz? - spytał Jack, spoglądając na niewielki sklepik z przekąskami.
- Wystarczy mi kawa. - odparła kobieta, opierając się o samochód.
- Jasne. - mężczyzna skinął głową. - Zresztą za godzinkę i tak powinniśmy być na miejscu. Gdybyś chciała skorzystać z toalety, to musisz wejść do informacji i drugie drzwi na prawo. - dodał Jack, a kiedy Alice odpowiedziała mu skinieniem głowy, uśmiechnął się i skierował w stronę sklepiku.
Po wyjściu z toalety, Alice zastała Jacka z dwoma kubkami kawy, pochylonego nad mapą rozłożoną na masce samochodu.
- Co robisz? - odezwała się, biorąc łyk kawy.
- Trochę się chyba zgubiłem. Jeśli dobrze myślę, teraz musimy zjechać na M74. I najlepiej by nam było jechać autostradą aż do Glasgow. To już niedaleko.
- Najwyżej będziemy pytać po drodze. Nie mogę się doczekać prysznica i porządnego miejsca do spania. - stwierdziła Alice, wsiadając z powrotem do auta. - Dasz mi prowadzić? - spytała jeszcze, wychylając się przez okno.
- Żebyś nas pozabijała? - roześmiał się Jack. - Nie ma mowy.

Mercer siedział na fotelu pasażera samochodu jednego ze swoich ludzi. Siedząca na kanapie z tyłu kobieta pochylała się nad niewielkim przenośnym komputerem.
- Masz dane o celu? - spytał przełożony, nawet na nią nie patrząc.
- Znam nawet numer jej bielizny. - odpowiedziała mu tamta. - Lepiej niż ona sama. - Mercer uśmiechnął się.
- Dobrze. - powiedział. - Więc pewnie wiesz gdzie teraz jest?
- M74 i kieruje się w stronę Glasgow. Nie jest sama.
- Nie? Kto jeszcze z nią jest? - warknął Mercer, odwracając się.
- Sprawdźmy co to za jeden. - kobieta uśmiechnęła się, wcisnąwszy kilka klawiszy. - Jack Ascott. - powiedziała. - No proszę. Jeden z pana byłych ludzi, prawda? Cwana bestia. - Mercer zaklął wściekle, uderzając dłonią o tablicę rozdzielczą.
- Jego życie powoli dobiega kresu. - powiedział. - A mogłem cię zabić, gdy miałem ku temu okazję. Cóż... Za błędy się płaci. A ja popełniłem błąd, zostawiając cię wtedy przy życiu. Właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci, Ascott. - Mercer uśmiechnął się złowróżbnie do swojego odbicia w szybie.

- Jesteśmy na miejscu, panno Racine. - powiedział Jack, parkując pod niewielkim hotelem. Alice wysiadła z samochodu i razem z partnerem skierowała się ku recepcji.
- Dzień dobry. - przywitał się mężczyzna. - Mamy rezerwację...
- Nazwisko? - przerwała mu recepcjonistka, odkładając słuchawkę telefonu.
- Noomi Rapace. - odpowiedziała za niego Alice, podając kobiecie świeżutki dowód tożsamości, który ledwie dzień wcześniej dostała od szefa. Tamta ledwie rzuciła na niego okiem, sprawdzając coś w komputerze.
- Zgadza się. - stwierdziła w końcu, kładąc na blacie klucze. - Pokój na górze. - dodała.
Pokoju nie szukali długo, choć musieli kierować się jedynie numerkiem na plastikowym breloczku przy kluczu, bo recepcjonistka nie udzieliła im dodatkowych wskazówek.
- Nie przeszkadza ci, że mamy wspólny pokój? - spytał Jack, otwierając drzwi. - Może nawet zdążymy jeszcze na śniadanie?
- Jak widzę, oprócz pokoju mamy też wspólne łóżko. - odezwała się Alice, stając w drzwiach. Pokój był przytulny, choć niewielki. Z lewej strony ustawiono duże dwuosobowe łóżko, z prawej szafę z rozsuwanymi drzwiami. Naprzeciwko drzwi znajdowało się okno, a pod nim komoda i niewielki stolik z dwoma fotelami, na którym Jack położył klucz.
- Pewnie zaszła jakaś pomyłka. - stwierdził, wyraźnie zmieszany. - Zapytam w recepcji, jeśli...
- Przestań, nie trzeba. - odpowiedziała kobieta, siadając na krawędzi łóżka.
- Jak się czujesz? - zagadnął ją Jack, siadając obok.
- Rozbita. - Alice spojrzała mu w oczy. - Co to za miejsce? Dlaczego Glasgow? - mężczyzna uśmiechnął się odwróciwszy wzrok.
- Nie wiem, czy powinienem ci mówić. Jeszcze do niedawna zwykły hotel, teraz służy CIA jako kryjówka dla świadków. - Alice powoli pokręciła głową.
- Raczej celów zamachów. - skwitowała.
- Ja tego nie powiedziałem. - mężczyzna wstał z łóżka. - Odpocznij.
- Co będzie później? - spytała kobieta. Jack zawahał się, ale podał jej niewielki komputer z logo CIA.
- Znajdziesz tego, kto na ciebie poluje. - odpowiedział. Alice spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Zabrałeś go ze sobą? Nie oddałeś Romley’owi. Przecież zabronili mi prowadzić równoległe śledztwo.
- A od kiedy robisz to, co ci się karze? - Jack uśmiechnął się.
 

 
Wczoraj miał być największy wysyp spadających gwiazd i strasznie chciałam powtórzyć zeszłoroczny spektakl - może nie na dworze, pod gołym niebem, ale chociaż na balkonie... Znowu zobaczyć błyski na niebie, wszechogarniająca ciemność, białe światło przenikające powietrze... I oczywiście nic z tego nie wyszło, bo jak coś jest z góry zaplanowane i człowiek się na to cieszy, to przecież musi się rypnąć. Chmur nie było, widoczność idealna (jakby były to bym może przeżyła), ale siedzę jak głupia do pierwszej w nocy na parapecie i ani jednej. Ani jedna nie spadła. Żadnego błysku. Nic. Ja się przygotowałam, super legowisko sobie zrobiłam na balkonie, przed północą się wyniosłam z powrotem do domu, bo się czułam trochę jak idiotka i pozawijałam się w kocyk na parapecie. Ani jednej nie było. A może ja po prostu patrzę w jakieś inne niebo?
  • awatar SugarFirefly: Ja byłam na spacerze, szliśmy drogą między polami i widoczność nieba była świetna. Niebo rozgwieżdżone, a mimo to spadło tylko kilka :( Więc tak coś z tymi gwiazdami kiepsko było w tym roku.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Katrin... - Legolas położył dłoń na ramieniu dziewczyny pochylonej nad książką. Tamta powiodła palcem po tekście, kończąc czytanie zdania i podniosła wzrok, spoglądając na niego pytająco. - chce ci coś pokazać. - elf uśmiechnął się, biorąc ją za rękę.
Katrin dała się poprowadzić przez korytarze domu Elronda, pogrążone w ciszy (co nie było znowu niczym niezwykłym o tak później porze) i uśpieniu na najwyżej położony taras i uniosła głowę, wystawiając twarz na delikatne podmuchy nocnego wiatru. Westchnęła z błogim zadowoleniem, otwierając oczy. Niebo było usiane gwiazdami. Legolas podprowadził ją delikatnie do miękkiego siedziska, na tyle dużego, że oboje spokojnie mogli się na nim zmieścić i okrył ich miękkim pledem. Katrin wtuliła się w ukochanego, układając się wygodniej.
- A teraz pomyśl życzenie. - poprosił szeptem Legolas, wskazując na błysk białego światła w górze. Katrin drgnęła, widząc pierwszą tego roku spadającą gwiazdę. I kolejną. I jeszcze.
- To nie wszystko, prawda? - spytała, również szeptem. - Nie przyprowadziłbyś mnie tu dla kilku spadających gwiazd.
- Nie, nie ostatnia. - Legolas uśmiechnął się. - Tej nocy będą ich setki. Jutro Mereth-en-Gilith. - powiedział, przygarniając ją do siebie.
- Uczta światła gwiazd. - wyszeptała. Jak mogłaby zapomnieć? To w przeddzień tego święta Legolas poprosił ją o rękę. Katrin uśmiechnęła się, składając na jego wargach pocałunek.
- Dziękuję. - wyszeptała, muskając palcami policzek elfa. - Za wszystko. - Legolas uśmiechnął się i tym razem to on pocałował ją. Śmiech Katrin zmącił ciszę nocy, gdy elf nakrył ich oboje puchową kołdrą, zsuwając suknię z ramion małżonki. Katrin zamknęła oczy, westchnąwszy z rozkoszą. Na niebie znów błysnęła smuga światła.
 

 
Inna wersja fragmentu z "Historii naturalnej smoków";

Katrin siedziała na leżance na tarasie jednego z górnych poziomów pałacu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w dziedziniec i otaczający go las. Odetchnęła głębiej, gdy po policzku spłynęła jej pojedyncza łza i otarła ją wierzchem dłoni.
- Katrin? - odezwał się Legolas, dołączając do niej. Dziewczyna odwróciła się odrobinę wystraszona. - Coś się stało? - zmartwił się elf, widząc ją podenerwowaną i usiadł obok jej.
- Nie, nic. - Katrin pokręciła głową, zerkając w jego kierunku. znów otarła oczy, starając się pohamować lecące po policzkach łzy.
- Na pewno? - nie zabrzmiała chyba zbyt przekonująco, bo Legolas położył jej dłoń na plecach. - Jesteś spięta. - zauważył, wyczuwając, że dziewczyna siedzi wyprostowana jak struna, a wszystkie mięśnie ma napięte. - Coś nie tak? Kochanie...
- Jestem w ciąży. - odpowiedziała dziewczyna, niemal od razu zaczynając szlochać. Ukryła twarz w dłoniach. Legolas natomiast uśmiechnął się szeroko i rzucił się ją uściskać.
- To wspaniale. - odpowiedział. - Dlaczego płaczesz? Coś z dzieckiem? - przestraszył się. Katrin pokręciła głową przecząco.
- Z dzieckiem wszystko w porządku. - odpowiedziała. - To po prostu za wcześnie. - dodała, przytulając się do małżonka. - Nie chciałam... Nie teraz... - Legolas objął ją, kołysząc delikatnie w ramionach.
- A moim zdaniem to odpowiedni moment. - powiedział. - Zaopiekuję się wami. - obiecał. - I tobą... I maleństwem...
 

 
A w ogóle to jeszcze o tym co wyniosłam z oglądanych dzisiaj przez większość dnia nagrywek (oprócz oczywiście silnych emocji (które na żywo byłyby na pewno jeszcze silniejsze) i swoistego żalu, że jak mogło mnie tam nie być). Bardzo liczyłam na to, że Ed zaśpiewa zarówno swoje perfekcyjne "Perfect" jak i "Castle On The Hill" i rzuciło mi się w oczy (czy może raczej w uszy), że wykonanie tej pierwszej piosenki było odrobinę gorsze od oryginału, ale może to tylko moje subiektywne wrażenie, nie wiem. Urzekł mnie natomiast bardzo ten jednogłośny śpiew całej publiki, te światełka, kiedy się zrobiło już ciemno i w ogóle atmosfera panująca podczas imprezy. To, że podczas śpiewania bodajże "Shape of You" Ed włożył koszulkę w barwach polski i z orzełkiem samo w sobie jest bezcenne.

Ta istota w centrum fotografii to Aśka właśnie. Zdjęcia wykorzystane w tym i poprzednim wpisie są jej własnością, a ja publikuję je za jej zgodą (są zresztą na jej instagramie).
  • awatar SugarFirefly: Zdarza się , że utwory, które lubimy, na żywo brzmią nieco gorzej. Dlatego doceniam artystów, którzy na scenie potrafią zaśpiewać tak samo (lub nawet lepiej) niż "z krążka" :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Odkąd zaczął się sierpień wakacje lecą jak szalone i chociaż zostały już tylko trzy tygodnie (a może właśnie aż trzy tygodnie), zamierzam je wykorzystać jak najlepiej się da. W najbliższym na pewno wyjście do kina, kolejny wypad na zakupy, jazda konna i wreszcie wycieczka do Krakowa planowana od początku lata. Moja kochana Natka znalazła jakimś cudem dwa dni wolnego w pracy i wreszcie pojedziemy tam we dwie. Ja już raz byłam, ona pewnie też widziała Kraków, ale osobno a razem to co innego. Niedługo moja osiemnastka, wtedy chcemy odhaczyć ten Lublin (również planowany od początku lata), ale jak to będzie to też nie wiadomo (w końcu jeszcze dwa i pół tygodnia).

Na wczorajszy dzień nie zamierzam narzekać bo jak mnie wzięło to machnęłam dwa i pół rozdziału "Tożsamości wroga" w trzy godziny, co uważam za wspaniały wynik, dzisiaj udało się sklecić kolejny rozdział fanfica, ale tę niedzielę mogłam spędzić jednak trochę bardziej produktywnie, niż tylko oglądać w internetach nagrywki z wczorajszego koncertu.

Mnie tam zabrakło, była natomiast moja kuzynka, która hojnie mnie potem obdarowała zdjęciami i dużą porcją filmików, przez co zazdrość mnie zżerała jeszcze większa, ale nie tracę nadziei, że skoro ten niesamowity wokalista cieszy się w naszym kraju taką popularnością (podobno jeszcze nigdy nie spotkał się z tak głośnym przywitaniem jak to wczorajsze na stadionie) to przyjedzie kolejny raz, a wtedy będę na niego czekać z biletem i dużą dawką pozytywnej energii.

W tym roku przegapiłam bilety, co już samo w sobie było potworne, bo kiedy się ogarnęłam, że Sheeran będzie grał na narodowym były już kosmicznie drogie, a moi rodzice dodatkowo bali się mnie puścić samą do stolicy (jestem dzieckiem z prowincji, cóż poradzę). Zdecydowanie za późno dowiedziałam się, że Aśka jedzie i tak jakoś wyszło... W sumie to trochę mi było smutno na początku, ale cieszę się, że w ogóle o mnie pomyślała i dostałam te wszystkie filmiki (Asiu, kocham cię). Poza tym podobno leci do mnie pocztą "mała niespodzianka", więc czekam z niecierpliwością.

Kto mnie zna ten wie, że Sheeran'a poprostu uwielbiam, kto nie wiedział to też już wie. Tak więc czekam na następny koncert i szanse na swój wymarzony bilet, bo jednak słuchanie muzyki na żywo to zupełnie co innego niż z płyty i powtórzę się, ale co z tego; Rudy, szykuj gitarę i nak***wiaj piosenki, bo widzimy się następnym razem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Liz zmywała pokład pociągając nosem i pokasłując. Otuliła się szczelniej płaszczem Jacka, drżąc z zimna. Od wczoraj trawiła ją gorączka, nie mogła też nic zjeść, jej żołądek buntował się przed przyjmowaniem stałego pokarmu.
- Hej, ty! - Liz z trudem podniosła głowę, słysząc kobiecy głos. - Jak sobie radzisz z igłą i nitką? - spytała angelica, stając przed nią. Liz wsparła się na kiju mopa.
- Nie najgorzej. - odpowiedziała.
- Świetnie. Zszyj mi to. - poleciła sucho kobieta, rzuciwszy jej swoją kurtkę rozdartą na ramieniu. Liz przysiadła na schodach, w głębi duszy ciesząc się chwilą wytchnienia i od razu zabrała się za szycie. Kręciło jej się w głowie, było jej niedobrze, a niedługo potem stwierdziła, że musi pójśc do wygódki i że musi tam pójśc od razu. Z jękiem wstała ze swojego miejsca i skierowała pod pokład, łatana kurtkę zostawiając na schodach.
W chwilę potem zamknęła za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia i z ulga opadła na drewniany sedes, opierając głowę o ścianę. Najchętniej przesiedziałaby tak cały dzień. N to jednak nie mogła liczyć. Otworzyła oczy, słysząc łomotanie w drzwi.
- Już! - odkrzyknęła, a doprowadziwszy się do porządku, wyszła na zewnątrz, mijając w drzwiach jednego z oficerów.
Jack przyglądał się z troską kobiecie, mechanicznie przesuwającej szczotką po deskach.
- Lizzie... - odezwał się, gdy kobieta odetchnęła głębiej, przykładając dłoń do żołądka. Nie odpowiedziała.
- szoruj! - nakazał jej, klęczący obok Scrum. - Bo wszystkim nam się oberwie. - Liz pokręciła głowa przecząco.
- Nie mogę. - powiedziała tylko, a czując nawracającą falę mdłości, powlekła się w stronę burty i przechyliwszy na drugą stronę, zwymiotowała. Wciąż jeszcze się krztusiła, gdy ktoś szarpnął ją w tył i pchnął z powrotem na stanowisko. Padła ciężko na deski pokładu, nie mając siły wstać, a chwilę potem poczuła smagniecie bicza na plecach. z gardła wyrwał jej się jęk bólu, ale tylko nieporadnie osłoniła twarz ramieniem. Jack rzucił się w jej stronę.
- Zostaw ją! - na jego krzyk nałożył się rozkaz pierwszego oficera. Zombie z nahajką w ręku posłusznie wycofał się, widząc zmierzającą w ich stronę Angelicę.
- Liz Harrington, tak? - kobieta dźwignęła Liz z pokładu.
- Tak. - odpowiedziała jej tamta słabo.
- Chodź ze mną. - poleciła już łagodniej Angelica.

Płomień świecy zapalonej przez Jacka rozjaśnił mrok panujący pod pokładem. Załoga zebrała się wokół pirata, wpatrując się w niego z oczekiwaniem.
- Pogadajmy panowie o buncie. - odezwał się Sparrow. - O buncie ze wszech miar ohydnym.
- Zamustrowałem się u Czarnobrodego, nie u jakiegoś oszusta. - rzucił jeden z załogantów.
- I to kobiety. - dorzucił Scrum. - Załoga tez jest osobliwa.
- Az ciarki przechodzą. - dodał ktoś.
- Mam je! - zawołał młody mężczyzna, dołączając do kręgu i położył na drewnianym stole naręcze szabli. - Wszystkie.
- Brawo chłopcze! - jeden z załogantów poklepał go po ramieniu.
- Kontynuujmy. - poprosił Jack. - Czarnobrody. Jego zwyczaje.
- Siedzi w swojej kajucie. - powiedział Scrum, ignorując słowa tego, który wciąż twierdził, że to nie Edward Teach, a oszust.
- Tak. Zawsze. - potwierdził mężczyzna, siedzący obok Jacka.
- Ale kiedy wychodzi? - spytał Sparrow.
- Nie wychodzi. - młody chłopak pokręcił głową.
- Czasem chyba musi. - Scrum również zaprzeczył.
- Raczej nie. - powiedział. Inni tylko w zamyśleniu pokiwali głowami.
- Ktoś już z nim pływał? - wypytywał Jack. - Znów odpowiedziały mu przeczące ruchy. - Ktoś już go widział? - zaprzeczenie. - Siedzi w kajucie, nikt z nim nie pływał, nikt go nie widział. Dobra nasza. To rzeczywiście nie jego statek. To nie Zemsta Królowej Anny. - załoganci popatrzyli po sobie w uniesieniu.
- A właśnie, że Zemsta. - odparł Scrum. - widziałem nazwę. Na rufie. - Jack westchnął z rezygnacją.
- Panowie... Zamustrowani bracia... - zaczął. - Zostaliście haniebnie oszukani. Nie znacie prawdziwego celu podróży. Grozi nam niechybna śmierć ponieważ płyniemy do Źródła Wiecznej Młodości. Czeka nas marny los, kamraci. - załogancie wlepili w niego przerażone spojrzenia. - Chyba, że przejmiemy okręt.
- Przejmijmy go więc! - wrzasnął Scrum, chwytając za szablę. - Już! - dodał, wypadając z krzykiem z kajuty. Odprowadziły go osłupiałe spojrzenia załogi, która potem zwróciła głowy ku Jackowi, jakby oczekując poleceń. Sparrow popatrzył po nich.
- Do dzieła. - zachęcił. Odpowiedziały mu wojownicze okrzyki.
 

 
Katrin siedziała na sofie, na jednym z tarasów domu Elronda, zajmując się haftem i jednocześnie nucąc jedną z pieśni, które tak bardzo lubiła. Legolas uśmiechnął się, stając w drzwiach i opierając się o framugę.
- Mae govennen, słonko. - odezwał się. Katrin natychmiast umilkła, piosenka urwała się jak ucięta nożem, a dziewczyna odwróciła głowę. Uśmiechnęła się, widząc narzeczonego i przygryzła wargę, tłumiąc radosny pisk. Legolas odwzajemnił uśmiech, podchodząc do niej.
- Nie mówiłeś, że dziś przyjedziesz. - odezwała się dziewczyna, zarzucając ramiona na szyję narzeczonego. Elf złożył na jej ustach pocałunek.
- Na hyarin. (Ale jestem.) - odpowiedział elf, przysiadając obok i objął ją ramieniem. - Co byś powiedziała na małą przejażdżkę? Nie byłaś jeszcze w Dale. - Katrin bez słowa pokiwała głową. Bardzo chciała jechać.

Katrin siedziała w siodle tuż za Legolasem, obejmując go mocno. Policzek przyłożyła do jego płaszcza i zamknąwszy oczy przytuliła się do ukochanego, westchnąwszy z cicha. Elf uśmiechnął się. Kochał ją mocno. I nic nie liczyło się dla niego bardziej niż ona.
- Prawie jesteśmy, skarbie. - odezwał się. Katrin natychmiast podniosła głowę. Przed nimi rozpościerało się Dale. Dziewczyna rozejrzała się wokół oczarowana, gdy przez kamienny most przekraczali Celduinę.
- Ojej... - westchnęła z zachwytem, podziwiając kamienne domy, bramę i wąskie uliczki. Legolas zwinnie zeskoczył z siodła i podał dłoń narzeczonej, a Katrin uśmiechnęła się, ujmując ją. Przez chwilę przyglądała się Legolasowi, gdy ten oddawał wierzchowca w ręce stajennego, przy niewielkiej gospodzie, polecając mu napojenie konia i zajęcie się nim do ich powrotu. Elf wsunął mu w dłoń dwie monety i wrócił do dziewczyny.
- Co chciałabyś zobaczyć? - spytał. Katrin zastanowiła się przez chwilę.
- Wszystko. - odpowiedziała bez chwili wahania. Legolas roześmiał się.
- To chodź. - powiedział, biorąc ją za rękę. - Możemy zacząć od Starego Rynku, dzisiaj jest dzień targowy, więc na pewno wiele się tam dzieje. - dziewczyna podążyła za elfem, wciąż rozglądając się naokoło z zachwytem. Nie zauważyła, gdy dłoń Legolasa wyślizgnęła jej się z ręki, oprzytomniała dopiero zderzywszy się z mężczyzną o obfitych kształtach.
- Prze-przepraszam... - zająknęła się, pochylając głowę ze wstydem. Tamten pokręcił głową, mamrocząc coś o przyjezdnych chodzących środkiem ulicy, jak im się podoba. Katrin obejrzała się, gdy ktoś ją potrącił i spróbowała odsunąć się na bok, zderzając się dla odmiany ze starszą kobietą.
- Uważaj jak chodzisz dziecko! - warknęła na nią tamta.
- Przepraszam... - dziewczyna spuściła głowę i zaczerwieniła, coraz bardziej zawstydzona. Dopiero teraz zorientowała się, że gdzieś w tym tłumie zgubiła Legolasa. Rozejrzała się spanikowana, nie mogąc jednak dostrzec nic poza kupcami zmierzającymi w różne strony.
- Legolas! - zawołała, odrobinę tylko drżącym głosem. - Legolas! - powtórzyła już głośniej. Do oczu napłynęły jej niechciane łzy. Elf odwrócił się w kierunku, z którego dobiegło go wołanie.
- Katrin! - odkrzyknął, rzucając się biegiem w tamtą stronę. Przeciskał się między ludźmi dopóki nie dostrzegł ukochanej, stojącej pod kamienną ścianą jednego z domów, wspartej o mur i szlochającej cichutko. - Katrin! - zawołał jeszcze raz. Dziewczyna od razu poderwała głowę, a dostrzegłszy go pośród ludzi, dopadła do niego i mocno wtuliła się w jego płaszcz, drżąc od szlochu. - Przepraszam, nie chciałem cię zgubić. - powiedział elf, delikatnie gładząc ja po plecach. - Nie płacz. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez ciebie. - Legolas pocałował ją w czubek głowy. Katrin podniosła głowę, ocierając łzy wierzchem dłoni. Udało jej się nawet uśmiechnąć.
- W porządku? - spytał Legolas, zakładając jej za ucho kosmyk włosów. Dziewczyna pokiwała głową, nie puściła jednak jego ramienia. - Nie musisz mnie trzymać aż tak kurczowo. - elf uśmiechnął się, próbując ją od siebie odkleić. - Katrin... - Legolas złapał ją delikatnie za nadgarstek i włożył jej dłoń w swoją. - To wystarczy. Naprawdę. Już cię nie zgubię, maleńka.

Katrin z uśmiechem przyglądała się mijanym na targu stoiskom z zabawkami dla dzieci, drewnianymi przedmiotami codziennego użytku, ale też tkaninami, ubraniami i prostą biżuterią.
- Większość z tego to krasnoludzka robota. - odezwał się Legolas, pochylając ku niej. - Solidne rzemiosło. Może chciałabyś coś dostać? - zagadnął. Katrin rozejrzała się po straganach. - Skoro już tu jesteś, możesz wziąć coś na pamiątkę.
- Nie wiem... - dziewczyna uśmiechnęła się. - Nie umiem wybrać.
- Poczekaj. - Legolas uśmiechnął się, wysuwając rękę z jej dłoni. - Nie ruszaj się stąd. - przykazał, podchodząc do jednego ze stoisk. Chwilę rozmawiał z handlarką, aż w końcu włożył jej w dłoń kilka monet, a wróciwszy do narzeczonej, podał jej niewielki kawałek materiału. - Proszę. - Katrin rozwinęła zawiniątko, dostrzegając w nim chusteczkę z haftem w zielone liście. Uśmiechnęła się, całując narzeczonego w policzek.
- Nie jesteś głodna? - zagadnął Legolas. - Pora obiadowa dawno już minęła. Nie jadłaś nic od śniadania.
- Odrobinę. - Katrin skinęła głową. - Przez to zamieszanie nie zauważyłam, że już tak późno.
Chwilę potem siedzieli na drewnianej ławeczce pod drzewem przy placu kamiennym, każde z ciepłym plackiem z warzywami w dłoni. Katrin wpatrywała się w słońce, zniżające się ku zachodowi i różowiejące niebo. Westchnęła z cicha.
- Zmęczona? - zagadnął Legolas, spoglądając na nią, a dziewczyna pokiwała głową, opierając głowę na jego ramieniu. - Przysypiasz. - uśmiechnął się elf. - Chyba pora wracać. Odwiozę cię do Rivendell.

Elrond podniósł wzrok znad przeglądanego woluminu, gdy z ciemności wyłonił się koń Legolasa. Elf zamknął książkę, wychodząc z oświetlonej altany i skierował ku podróżnym.
- Spodziewałem się was wcześniej. - odezwał się. Legolas przyłożył palec do ust, pokazując na Katrin śpiącą w siodle.
- Przepraszam. - odpowiedział ściszonym głosem, biorąc ukochaną w ramiona. - Zaniosę ją do łóżka i będę się żegnał. - Elrond uśmiechnął się.
- Może zostaniesz z nią na noc? - zaproponował. - Ucieszy się, gdy cię rano zobaczy.
 

 
Pierwszy oficer Zemsty Królowej Anny zeszła pod pokład, rozglądając się za Jackiem.
- Sparrow? - odezwała się w końcu. Pirat natychmiast wysunął się z cienia i zaszedł kobietę od tyłu, przykładając jej do szyi hak. Szabla i pistolet zniknęły wraz z kapeluszem.
- Witaj, Angelico. - powiedział, uśmiechnąwszy się.
- Cześć, Jack. - odparła tamta. - Pod wrażeniem?
- Nie zgrywaj niewiniątka. Czego chcesz? Ty bezwzględna, bezduszna, zrzędliwa łajzo... Do czego ci jestem potrzebny?
- Chodzą słuchy, że dotarłeś do Źródła, Jack. Do Źródła Wiecznej Młodości. Czarnobrody pragnie, aby również do niego dotrzeć.
- Czarnobrody. Edward Teach. Pirat budzący grozę wśród piratów. W czasie wolnym wskrzesiciel trupów.
- Jestem jego córką. - powiedziała Angelica. Jacka zamurowało.
- Córką... Przez niego poczętą? - spytał w końcu.
- Dawno zaginioną. Niedawno odzyskaną. Kochającą drogiego papę z całej duszy.- Jack zmarszczył nos.
- Kupił to? - nie czekając na odpowiedź, odjął Angelice od gardła hak i wepchnął ją za stos skrzyń, gdy pod pokład zszedł jeden z oficerów. - Źródło Młodości ma być dla niego, albo dla was obojga, ale nie dla nas. - podsumował.
- Nie, Jack. - Angelica pokręciła głową. - Już nie będzie żył.
- Sama tego dopilnujesz?
- Istnieje pewna przepowiednia. Czarnobrody sczeźnie nim miną dwa tygodnie. Za sprawą jednonogiego. Dlatego tak mu spieszno do Źródła. - powiedziała kobieta i odeszła. Jack zmarszczył brwi. Jednonogiego?

- Jack, czy ty siebie w ogóle słyszysz? - Liz wściekle przejechała mopem po deskach pokładu. - Uśpiła nas, podstępem zawlokła na statek, Stwórca jeden wie co z Perłą, naszą załogą, czy oni w ogóle jeszcze żyją, a ty chcesz jej jeszcze pomagać?
- To chyba jedyny sposób, żeby nas z tego wyciągnąć. - odparował Jack, pochylony nad szczotką.
- Czarnobrody potrzebuje Źródła, żeby nie pozwolić wypełnić się przepowiedni, Angelica wręcz przeciwnie, chce się pozbyć ojczulka i zagarnąć dla siebie wieczną młodość, ale nie może, bo nie zna drogi do Źródła. Znasz ją natomiast ty. I... Właściwie jaki ty masz w tym wszystkim interes? - spytała Liz, kończąc wywód.
- Wieczna młodość, Lizzie. - Jack wstał, odrzucając szczotkę na bok. - Wolność od śmierci. Możliwość pływania po wszystkich siedmiu morzach po kres świata. Kapitan Jack Sparrow, ostatni pirat.
- Jack... - Liz przełożyła mop w drugą dłoń. - Z byciem ostatnim wiąże się pewien szkopuł. Wkrótce nie ostanie się żaden. - pirat spojrzał na nią już bez uśmiechu. - A jednonogi? Wiesz o kogo chodzi? Wystarczy choć podejrzenie.
- Nie znam żadnego pirata bez nogi. - odpowiedział Sparrow, podnosząc szczotkę z podłogi i skierował się pod pokład. Liz odprowadziła go wzrokiem, ale pokręciwszy głową z rezygnacją, wróciła do przerwanej roboty. Zaklęła cicho. Mogła się domyślić, że w obecności Jacka nie da się uniknąć kłopotów.

Liz jęknęła, uderzając o twardą podłogę i podniosła wzrok. Jeden z oficerów brutalnie ją obudził, zrzucając z hamaka. Kobieta jęknęła powtórnie, przykładając palce do pulsującej skroni. Głowa pękała jej z bólu. Mimo to powoli wciągnęła na nogi buty i wstała, a biorąc od mężczyzny zombie szczotkę na długim kiju, zmierzyła go wrogim spojrzeniem. Ani trochę go to nie ruszyło.
Liz westchnęła, osłaniając oczy przed ostrym słońcem. Czy pokład naprawdę wymagał codziennego szorowania? Kobieta bez jednego słowa pochyliła się, zaczynając zmiatać z desek śmieci i resztki posiłków. Ból głowy stopniowo się nasilał, chyba miała też gorączkę, łamało ją w krzyżu. Czuła się potwornie.
- Liz, Lizzie! - kobieta powoli podniosła głowę, nie wiedząc jak znalazła się w ramionach Jacka. Sparrow patrzył na nią z troską, obok dostrzegła też Scrum'a z jej szczotką w ręce. Spojrzała pytająco w twarz pirata.
- Zasłabłaś, Liz. - wyjaśnił Jack. Kobieta wsparła się na nim, gdy prowadził ją ku schodom, prowadzącym na mostek kapitański. - Usiądź. - poprosił, podtrzymując ją za ramię. Liz natychmiast wcisnęła głowę między kolana. Było jej potwornie słabo. - Rozpalona jesteś. - usłyszała jeszcze, zanim przez dźwięki życia pokładowego przedarł się ryk jednego z oficerów. W następnej chwili ktoś szarpnął ją za ramię, podrywając do góry i pchnął ku innym załogantom. Z jękiem upadła na deski, słysząc jeszcze zuchwałe odzywki Jacka i świst nahajki. Udało jej się pozbierać z podłogi i chwycić Sparrowa za rękaw płaszcza.
- Jack... Jack! - zawołała, przekrzykując go. - Nic mi nie będzie, wracajmy do pracy. - powiedziała. - Nic mi nie będzie. - powtórzyła twardo, widząc bunt w oczach pirata.
 

 
"Miłość jest irracjonalna. Nie trzyma się żadnych zasad. Nawet własnych. Miłość to jedyna rzecz we wszechświecie, której nie da się przewidzieć." - "Piąta fala; Bezkresne morze" - Rick Yancey

Wczoraj obejrzałam w końcu "Elizabethtown", zabierając się za ten film od dobrych dwóch tygodni i całkowicie zauroczyła mnie jego atmosfera. Komedie romantyczne jako takie oglądam rzadko (a już polskich to wcale), bo takie kino zawsze było dla mnie zbyt cukierkowe, zbyt idealne, te wszystkie "niesamowite zbiegi okoliczności" i tym podobne (wystarczy włączyć pierwszy lepszy polski serial - tego też nie trawię - i wiadomo o co chodzi)... Ten taki nie jest! Ten jest... Specyficzny, bo chyba właśnie to słowo określa go najlepiej. To nie jest film, który można zoczaczyć tylko raz. To jest w nim fajne: przyjemny film, z którego można wiele wyciągnąć. Ale oglądając go po raz kolejny. To trochę jak z dziełami Profesora Tolkiena (bo to zawsze moje ulubione porównanie), nie da się w nich zobaczyć wszystkiego od razu. Na pewno jest to film z drugim dnem (a ja się chwalę, że się do niego dokopałam). Jego wielką zaletą jest kompletny barak schematu (nareszcie). Myślę, że wielowątkowość to zamierzony przez autorów zabieg. Film zmienia się znacznie parę razy podczas jego trwania i właściwie jest podzielona trzy części. Pokazuje nam to jakie życie jest złożone i problem relacji międzyludzkich bez zbędnych... Manewrów. To też jego urok.

Kocham ten film. Od pierwszego wejrzenia i za wszystko. Za muzykę (bo dzisiaj cały soundtrack przesłuchałam na nowo), za zdjęcia, za amerykańskie przedmieścia i wioski, za zobrazowanie stosunków rodzinnych, których ukazanie to coś pięknego, za monologi, za Claire (moja osobista bohaterka), po prostu za klimat. Przywodzi mina myśl powieści Nicholasa Sparksa, za to też ogromny plus, bo kocham jego historie (zawsze mnie potrafi ten autor wyciągnąć z dołka) no i... Orlando! Perfekcyjny, kochany, subtelny, ciepły, uroczy... Kochany... Do filmu na pewno wrócę jeszcze niejeden raz, jest super, szkoda tylko, że tak bardzo niedoceniony (jak czytałam niektóre recenzje na platformie Filmweb to aż mi smutno było). Jeśli o mnie chodzi to polecam, na jakiś gorszy wieczór jest w sam raz.
Edit; Claire... Kocham cię (i scenarzystę też) za tę wypowiedź:
  • awatar SugarFirefly: Filmu nie znam, ale zaciekawiłaś mnie :) Ja po raz kolejny oglądam "Dumę i uprzedzenie" - uwielbiam!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nie przepadam za musicalami. Nigdy jakoś specjalnie nie jarał mnie ten gatunek, a oglądanie ludzi, którzy nagle zaczynają śpiewać i tańczyć w filmie, było dla mnie widokiem, w który średnio mogłam uwierzyć. Mimo to są takie musicale, które pokochałam... I jednym z nich jest niewątpliwie "Mamma Mia!". Na małą grecką wysepkę Kalokairi wracamy po pięciu latach od wydarzeń, które mieliśmy okazje śledzić przy okazji pierwszej części musicalu. Sophie udało się wyremontować hotel, należący niegdyś do jej matki, a na jego ponowne wielkie otwarcie zaprasza masę (i jeszcze więcej) wpływowych i nie tylko ludzi. Z drugiej zaś strony poznajemy historię młodej Donny, która dopiero co skończyła studia i wybiera się w podróż swojego życia, mającą pomóc jej odnaleźć siebie. Po drodze spotyka trzech przystojnych, tajemniczych mężczyzn.

Powiem tak; scenariuszowo punkcik niżej niż jedynka, za to pod względem realizacyjnym punkcik wyżej. I niech wam to wystarczy. W związku z przedstawioną sytuacją fabularną, film ma ambicje być jednocześnie prequelem i sequelem "Mamma Mii!" i jakimś cudem mu się to udaje. Tak samo jak jej poprzedniczka "Mamma Mia: Here We Go Again" to przede wszystkim rodzinne kino rozrywkowe, a z drugiej strony (co mnie osobiście dość zaskoczyło) kino melancholijne, nostalgiczne, potrafiące grać na emocjach i sprawiające, że łza się w oku zakręci (tak jak nie płaczę na filmach, tak na tym płakałam dwa razy). Może to właśnie w budowaniu tej historii w ten sposób zabieg połączenia prequela i sequela się udał i to udał się bardzo dobrze.

Z sequelami zazwyczaj jest tak, że twórcy nie mogą zaskoczyć już odbiorcy żadnym świeżym pomysłem, dlatego jedynym sensownym rozwiązaniem jest opowiedzenie zupełnie nowej historii z zupełnie innym kontekstem, albo postawienie na więcej, lepiej, głośniej. Mam wrażenie, że tutaj pod kątem choreografii do niektórych piosenek (nie mówię, ze do wszystkich, ale i tak) twórcy zrobili coś niesamowitego i przebili oryginał. Oprócz tego reżyser zrobił co mógł, żeby całość oglądało się przyjemnie i z zadowoleniem, ponieważ ilość przeskoków czasowych, jaką tutaj dostajemy wymagała na pewno ogromu pracy, jaką włożono w to, żeby wszystko przechodziło płynnie jedno w drugie i żeby w końcu powstał jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy. Zarówno sceny teraźniejsze jak i retrospekcje są perfekcyjnie zgrane, a to na pewno stanowiło dla montażystów największe wyzwanie przy pracy nad tym filmem.

Twórcy mieli ambitny plan, ponieważ obsada musicalu powiększyła się dwukrotnie w stosunku do pierwszego filmu. Trzeba w końcu ukazać życie młodej Donny, jej młode przyjaciółki, młodych trzech tatusiów... I tak dalej... I na pewno trudno jest wykreować film, który jest lekki, zabawny, uroczy, a przy tym nie przytłacza ilością wątków i bohaterów biegających po ekranie. Zazwyczaj się nie udaje, a tu proszę... Musical skupia się na dwóch głównych wątkach, fabuła jest prosta, nie ma w niej nic skomplikowanego i to jest właśnie małym zwycięstwem osób pracujących nad tym filmem. Dzięki temu to się sprawdza, dobrze się ogląda i jeszcze dobrze przy tym bawi.

Mimo to w stosunku do pierwszej części, ten film jest o wiele bardziej melancholijny. Pierwsza część miała takie momenty, w których akcentowała, że w życiu nie zawsze bywa łatwo i kolorowo, była celebracją życia. W tym filmie również mamy tą celebrację życia, jednak więcej jest scen smutnych i przejmujących (o wiele więcej), tego, że coś przemija, że się zmienia. Również piosenki zespołu Abba zostały zaczerpnięte z tego smutnego okresu, kiedy zespół się już rozpadał. Równocześnie fajne jest to, że wykorzystano te piosenki w twórczy sposób, dzięki któremu opowiedziana historia została przedstawiona w odrobinę inny sposób niż pierwowzór.

Sceptycy pękną przy "Dancing Queen" gdy pojawi się Colin Firth na łodzi. Zdecydowanie najlepszy plan zdjęciowy Colina - przygoda życia. Ze wszystkich tatuśków to on był najbardziej naturalny w tych swoich pląsach. Biła od niego czysta radość. Nie dość, że się tak wybawił to jeszcze mu za to zapłacili. Pozostaje mi tylko polecić całym sercem i życzyć dobrej zabawy.
 

 
Jack przebudził się po tym, jak ktoś brutalnie zrzucił go z hamaka. Pirat rozejrzał się wokół zdezorientowany.
- Do roboty, majtku! - zawołał ktoś, stojący nad nim.
- Tak jest! - odpowiedział odruchowo Jack, zanim dotarło do niego, że to przecież on jest kapitanem i jeśli ktoś powinien leżeć teraz na podłodze, to na pewno nie on. - Że jak? - odezwał się, wstając z desek. Liz wrzasnęła, z hukiem lądując na podłodze, a Jack odwrócił się ku niej, gdy z jękiem siadała.
- O, moja głowa. - jęknęła, podnosząc się do pionu. zaraz też ktoś popchnął ją brutalnie w stronę schodów prowadzących na pokład.
- Zaszła okropna pomyłka. - odezwał się Jack, próbując tłumaczyć cokolwiek mężczyźnie, który wcisnął mu w dłoń kij od mopa. - Nie powinno mnie tu być.
- Niejeden budzi się na morzu, nie wiedząc co, gdzie, kiedy i jak. Nie pamiętając, jak poprzedniej noc zaciągnął się i przepił zaliczkę. - odpowiedział jeden z marynarzy, zmywających pokład. Liz przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc.
- Jestem kapitan Jack Sparrow! - zawołał pirat. - Jeden jedyny! - niewiele to pomogło.
- Ruszaj się! - wrzasnął barczysty mężczyzna, popychając Jacka do pracy. Liz natychmiast pociągnęła go za rękaw koszuli, orientując się, że dopóki będą robić co im się każe, będą mogli liczyć na zostawienie ich w spokoju.
- Ej, ty! - odezwała się, stając ze swoją szczotką obok marynarza, klęczącego na deskach i zawzięcie szorującego pokład. - Gdzie my jesteśmy? - spytała, mocząc swój mop w wiadrze.
- Panienka wybaczy... - odpowiedział. - Mam honor powitać na pokładzie okrytej paskudną sławą Zemsty Królowej Anny. - Jack wyprostował się na te słowa.
- Czarnobrody... - rzucił, mrużąc oczy. Zaraz też uchylił się przed biczem, który trzasnął mu koło ucha.
- Do roboty! - wrzasnął umięśniony mężczyzna, zmuszając go do pochylenia się nad mopem. Liz wymieniła spojrzenia z Jackiem.
- Ciekawy okaz. - odezwał się pirat.
- Przerobiony na zombie. - odpowiedział marynarz, szorujący pokład. Liz spojrzała na niego. - Przez Czarnobrodego. - wyjaśnił tamten. - Jak pozostali oficerowie. Gwarancja większej uległości. - Liz skuliła się odruchowo, słysząc krzyk jednego z załogantów, który oberwał biczem.
- I wiecznego niezadowolenia. - dodał Sparrow, spoglądając na oficera, a kiedy tamten odwzajemnił spojrzenie, natychmiast spuścił głowę.
- Chyba nie do końca taki był plan, prawda? - wysyczała przez zęby Liz. Jack uśmiechnął się do niej, ale nie odpowiedział.

Liz wykonywała swoje obowiązki, po cichu marząc o powrocie na Czarną Perłę. Na pokładzie Zemsty Królowej Anny panował terror, a jej kapitan miał tu całkowitą kontrolę nad wszystkimi i wszystkim, choć od rozpoczęcia rejsu ani razu nie wyszedł ze swojej kajuty. Na tym okręcie również śpiewano piosenki, były jednak tak różne od przyśpiewek nuconych na Perle. Liz próbowała odrobinę rozluźnić atmosferę panująca na statku, co spotkało się z wesołą aprobatą załogi, ale niestety nie oficerów. Biczem i wrzaskiem szybko została zagoniona z powrotem do szczotki. Teraz szorowała pokład z ponurą miną, przyglądając się jednocześnie Jackowi, pomagającemu wiązać liny. Załoganta, który pierwszego dnia wprowadził ich w zasady obowiązujące na okręcie traktowali teraz jako ewentualnego sprzymierzeńca.
Jack zawiązał kolejny węzeł, spoglądając przy tym na mężczyznę przywiązanego do masztu, jakieś dwa metry wyżej.
- A ten biedak co przeskrobał? - zapytał. - I jak się tego ustrzec?
- On? - załogant - chyba miał na imię Scrum - spojrzał w górę. - Ciągle ględzi o Wszechmocnym.
- Kaznodzieja na tym statku? - zdziwił się Sparrow.
- Ponoć misjonarz. Porwany podczas abordażu. Resztę wycięli, on jeden przeżył. Pierwszy oficer nie dała go tknąć, bo ma fory u Boga. Pierwszy oficer nadstawiała karku dla zakładnika, a to rzadki widok...
- Ona? - przerwał Scrum'owi Jack. - Pierwszy jest kobietą?
- Wszyscy wracać do roboty! - po pokładzie poniósł się kobiecy głos. Jack machinalnie chwycił za linę, ale zaraz podniósł głowę. Przez pokład szła wyprostowana jak struna kobieta. Brązowe włosy powiewały na wietrze, a ciemne oczy rozglądały się wokół. Lewa dłoń spoczywała na rękojeści szabli. Liz odprowadziła ją wzrokiem, kiedy tamta przeszła obok niej, nie zaszczyciwszy kobiety najmniejszym spojrzeniem.
- Utrzymaj kurs! - krzyknęła do oficera, stojącego przy sterze. Jej spojrzenie zatrzymało się na Jacku, a kącik ust drgnął w lekkim uśmiechu, gdy się odwracała. Sparrow wrócił do lin. Zanosiło się na burzę z piorunami.