• Wpisów:1442
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:304 056 / 1809 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kate stała przy regale z literaturą kobiecą w bibliotece publicznej, z niechęcią czytając opis jednej z najnowszych książek poleconego jej Nicholasa Sparksa. Westchnęła, ale koniec końców zdecydowała, że książkę weźmie ze sobą. Nie miała w końcu nic do stracenia, a może ten autor rzeczywiście jest taki dobry?
- Kate? - dziewczyna odwróciła się, słysząc znajomy głos.
- Loic. - odpowiedziała, odrobinę jednak zaskoczona, że widzi kolegę z klasy w takim miejscu. - Co ty tu robisz?
- Szukam czegoś do czytania. - odpowiedział jej chłopak, pokazując na regał z fantastyką. - Podobnie chyba jak ty. Ale spodziewałbym się ciebie w dziale z thrillerami. Mówiłaś, że nie czytasz obyczajówek. - Kate pogrzebała chwilę w pamięci. Rzeczywiście, rozmawiała z nim kiedyś o filmach i książkach właśnie.
- Bo nie czytam. - odpowiedziała, markotniejąc. Loic uśmiechnął się. - Może zacznę. - dodała, odwracając wzrok. - A ty co tam znalazłeś?
- To o piratach. - odpowiedział chłopak, pokazując na okładkę książki, którą trzymał w ręce. - Uwielbiam przygody na otwartym oceanie. Masz jutro czas? - spytał niespodziewanie.
- Czas na co? - zapytała niepewna, czy powinna drążyć tę dyskusję.
- Niedaleko jakiś Włoch otworzył nową restaurację. Pierwsza klasa! Może zjemy tam pizzę? Albo pójdziemy do kina? Oczywiście, jeśli masz na to ochotę? - spojrzała na niego. Niemal się uśmiechnęła. Był równie zdenerwowany jak ona. Czy miała ochotę na pizzę, a może na kino? Czy w ogóle powinna gdzieś z nim wychodzić? Byli przecież tylko kolegami z klasy. Nie parą, nic w tym stylu. Mimo wszystko odpowiedziała;
- Jak się nazywa ta pizzeria?
 

 
- Długo się u mnie nie pokazywałaś. - odezwała się pani Irena, kiedy któregoś dnia, razem z Kate sprzątały salę biologiczną po zajęciach.
- Musiałam sobie przemyśleć kilka spraw. - odpowiedziała Kate. - Ale już wszystko w porządku.
- Jeśli masz jakiś problem, to oczywiście spróbuję ci pomóc.
- Wszystko w porządku, naprawdę. - powtórzyła dziewczyna, zamykając szafkę z preparatami na klucz.
- Ja za to muszę cię bardzo pochwalić. - zmieniła temat nauczycielka. - Wszystkie jedynki poprawione na czwórki i piątki. Jestem z ciebie dumna.
- Nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pomagała mi pani po lekcjach. To nie tylko moja zasługa. - nauczycielka uśmiechnęła się, stwierdzając, że da dziewczynie spokój. Mogłyby się jeszcze długo przekomarzać, ale nie było w tym najmniejszego sensu.
- Widziałam cię dzisiaj na korytarzu z książką. - zmieniła temat pani Irena. - Co czytasz?
- Jeśli spodziewa się pani jakiegoś romansu, albo młodzieżówki to muszę panią rozczarować. - Kate sięgnęła do torby. - Remigiusz Mróz. - powiedziała, wyjmując stamtąd książkę.
- Lubisz dobre kryminały. - stwierdziła nauczycielka, zbierając z biurka podręczniki.
- Nic innego właściwie nie czytam. Nie lubię szczęśliwych zakończeń. - powiedziała, ubiegając pytanie pani Ireny. - Życie nie wygląda tak, jak opisują to autorzy tych wszystkich powieści obyczajowych. W prawdziwym świecie nie można liczyć na szczęśliwe zakończenie.
- Mimo wszystko polecę ci Nicholasa Sparksa. - odezwała się nauczycielka, kierując się już w stronę pokoju nauczycielskiego. - Potrafi pięknie grać na emocjach. - dodała jeszcze.
 

 

"Lab Girl" to opowieść o kobiecie naukowcu, pasjonatce, dla której rośliny są wszystkim, o drzewach i miłości. Hope Jahren jest geobiologiem, kobietą, która od najmłodszych dziecięcych lat obracała się wokół laboratoryjnych stołów, mikroskopów i probówek. Jej konik to botanika i to właśnie tej nauce o życiu roślin postanowiła poświęcić całe swoje życie. Jednak bycie kobietą naukowcem to wcale nie jest taka prost sprawa, jak mogłoby się wydawać w tym progresywnym przecież świecie badaczy. Układy, układziki, można prowadzić swoje laboratoria, badania, można pisać mi wydawać książki, a jednak płeć determinuje tutaj tak naprawdę wszystko. Hope Jahren udowadnia, że można podążać ścieżką swoich pasji, a przy tym osiągnąć bardzo wiele nawet kiedy świat nie stoi wcale po naszej stronie.

Ale "Lab Girl" to nie jest wyłącznie historia Hope Jahren. To też opowieść wypełniona anegdotkami, ciekawostkami i faktami z życia roślin. Świat botaniki już dawno nie był tak pasjonujący, tak poruszający, tak bardzo odnoszący się do naszego ludzkiego życia na co dzień. Rośliny posłużyły Hope do stworzenia metafory, która przemawia tą swoją życiodajną siłą. Czytamy o korzeniach, o liściach, o nasionkach, o całych tych systemach powiązań i powiem wam, że my też w tym momencie czujemy się powiązani z całym tym światem. Taki krąg życia, jeśli wiecie co mam na myśli.

"Lab Girl" z miejsca stała się bestsellerem za oceanem, była nawet uznana za książkę roku 2016 i zdobyła wiele prestiżowych tytułów i wyróżnień. Z pewnością jest to pasjonująca historia, dlatego że Hope Jahren motywuje i inspiruje do sięgania do gwiazd, do spełniania swoich marzeń, do podążania swoimi ścieżkami bez względu na wszystko. Sama Hope zapłaciła za to wszystko bardzo wysoką cenę, ale wydaje mi się, że pracoholizm tego botanicznego świata naukowego właśnie tak wygląda, szczególnie kiedy jest się kobietą. To właśnie ze względu na tę kobiecość "Lab Girl" jest tak wyjątkowa i wyróżnia się na tle innych publikacji. To prawdziwa historia napisana lekko, napisana zabawnie, napisana miejscami wzruszająco, miejscami poetycko, więc jeśli lubicie fascynujące autobiografie to koniecznie sięgnijcie po opowieść Hope Jahren.
 

 
Ten wyjazd był dla mnie czymś niesamowitym. Nie tylko wielką przygodą - bo nie licząc ciągłych przeprowadzek z miejsca na miejsce, tak naprawdę nigdzie nie wyjeżdżałam - ale dzięki niemu mogłam choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Mogłam wyobrazić sobie, że moje życie tak naprawdę nie jest moje, że należy do kogoś innego, a ja jestem kimś zupełnie innym. Sierociniec zostawiłam wtedy daleko za sobą, zniknął z moich myśli na calutki dzień i choć przez chwilę nie musiałam się przejmować szkołą, czy litościwymi spojrzeniami rzucanymi w stronę ”sierotki”.
Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby pani Jarocka była moją mamą? Tak nas postrzegali ludzie z muzeum, ta kelnerka w restauracji, nawet ludzie na ulicy. Jakaś starsza pani zwróciła nawet uwagę, że ”strasznie jestem do mamy podobna”, a pani Jarocka wcale tej uwagi nie naprostowała. Tylko, że to chyba były tylko takie marzenia. To rozmyślanie o prawdziwym domu. W najśmielszych snach bym nie przypuszczała, że istnieje choćby cień szansy na to, że w końcu ktoś mnie do siebie weźmie. Nikt nigdy nie adoptował nastoletnich mieszkańców sierocińca. Ludzie przychodzili po małe dzieci, nie po takich jak my. A mi wydawało się, że już dawno temu pogodziłam się z tą ponurą perspektywą. Cóż... Najwyraźniej nie do końca... Skoro moja podświadomość wciąż podsuwała mi te wszystkie wyobrażenia o małym, białym domku na obrzeżach miasta.
 

 

Historia miłości Berena i Lúthien jest dość prosta. Oto człowiek spotyka elfkę, ale nie taką zwykłą, bo najpiękniejszą z istot, jakie kiedykolwiek chodziły po Ziemi. Widzi ją, jak śpiewa i tańczy w lesie, zakochuje się i ostatecznie prosi jej ojca, Thingola, o rękę. Ten jednak stawia mu pewien, zdawałoby się niemożliwy do wypełnienia, warunek – Beren musi zdobyć Silmaril z korony Morgotha. Czy będzie w stanie to zrobić, skoro Morgoth jest tak potężnym wrogiem? I jak potoczą się losy jego miłości?

Historia o Berenie i Lúthien była tak istotna dla twórczości Tolkiena, że nawet imiona pary kochanków znalazły się wypisane na nagrobku pisarza i jego żony. A przecież za życia autora czytelnicy niewiele dowiedzieli się na temat tych postaci – poznali jedynie krótki poemat, który we „Władcy Pierścieni: Drużynie Pierścienia” przytoczył swoim towarzyszom Aragorn (poemat będący poniekąd odbiciem jego własnych losów). W pełni tę historię mogli przeczytać dopiero w „Silmarillionie”, wydanym trzy lata po śmierci Tolkiena. Była jednak nie autonomiczny tworem, a częścią olbrzymiej całości, bardzo istotną, bo mającą wielki wpływ na opisywane wydarzenia. Pomysł syna autora, Christophera, by zaprezentować ją czytelniom jako samodzielną opowieść wydawał się więc dość karkołomnym wyczynem. Z drugiej strony podobna sztuka udała się już wcześniej, kiedy inna z ważnych historii „Silmarillionu”, „Dzieci Húrina” ukazały się jako powieść. Tym razem jednak Christopher chciał ukazać za pomocą książki także coś jeszcze, ewolucję samej historii. Czy to wszystko udało się w tym przypadku?

Nie ulega wątpliwości, że tak. W ręce czytelników trafia pełna wersja opowieści o miłości Berena i Lúthien, wzbogacona o wątki, które dotychczas znali jedynie czytelnicy „The History of Middle-earth”, ale wreszcie ułożone chronologicznie i złączone w jedną, fascynującą całość. Jednocześnie możemy śledzić, jak rozwijał się sam tekst, dostajemy bowiem zarówno ten pisany prozą, jak i „Balladę o Leithian”, nigdy niedokończoną, wczesną wersję tytułowej historii (tę otrzymujemy w wersji polskiej oraz oryginalnej). Wszelkie watki wymagające szerszego kontekstu i znajomości „Silmarillionu” zostają tu wyjaśnione, a w ręce czytelników trafia niezwykła opowieść o miłości człowieka i elfki – pierwszej takiej w historii Śródziemia – ale też i zapis pracy twórczej, pokazujący ewolucję całości od poematu, do wersji ostatecznej.

A wszystko to w przepięknie wydanej książce. Wzbogacone o dziewięć kolorowych ilustracji Alana Lee, artysty, który swoimi pracami ozdobił nie tylko „Władcę Pierścieni”, ale też i był autorem szkiców konceptualnych do filmowej adaptacji, a także otrzymał Oscara za najlepszą scenografię do „Powrotu Króla”. Oczywiście grafik w „Berenie i Lúthien” jest zdecydowanie więcej, pozostałe są wprawdzie czarno-białe, ale robią równie wielkie wrażenie, co te barwne. A wszystko to w bardzo ładnie stylizowanym tomie, zamkniętym w twardej oprawie, który pięknie prezentuje się na półce. Dla miłośników Tolkiena to absolutne musisz-to-mieć, fani fantasy też będą bawić się doskonale, nawet jeśli nie znają „Silmarillionu”. Polecam zatem bardzo gorąco.
 

 
- Jak ci się podobało? - zagadnęła pani Irena, kiedy obie już wyszły z muzeum.
- No... Dość ciekawe przeżycie. - odpowiedziała Kate, ciągle nie mogąc się otrząsnąć po tym, co zobaczyła.
- Fantastyczne, prawda? - poparła ją nauczycielka. - Kiedy byłam tam pierwszy raz, miałam podobne odczucia co ty.
- Umie pani czytać w myślach? - wystraszyła się nagle dziewczyna.
- Nie, ale daj mi trochę czasu, a na pewno to opatentuję. - roześmiała się pani Irena. - Widzę po tobie, że jesteś poruszona. Czytam z twojej twarzy jak z otwartej księgi. - Kate natychmiast opuściła głowę i zgarnęła włosy na twarz. - Nie miałam na myśli nic złego. - dodała zaraz nauczycielka. - Jesteś głodna? Tu blisko jest fantastyczna restauracja. - dziewczyna zerknęła na nią, czując dłoń kobiety na swoim nadgarstku i posłusznie poszła za nią, czując, że w środku cała się rozpływa.
- No to na co masz ochotę? - spytała nauczycielka chwilę później, kładąc przed dziewczyną kartę dań. - Wybierz sobie coś, tak żebyś się najadła, dobrze?
- Ale.. - zaczęła Kate, ale umilkła, kiedy pani Irena spiorunowała ją wzrokiem.
- Akurat pieniądze szczęścia nie dają. Nie chcę, żebyś chodziła głodna, to wszystko.
- Dobrze. - westchnęła Kate. - Porcja pierogów mi wystarczy. - nauczycielka uśmiechnęła się i zaraz zaczepiła przechodząca obok kelnerkę. Dziewczyna patrzyła na nią, niepewna, skąd nauczycielka zawsze bierze tyle energii.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No... To jak wam minęły święta kochani? Moje o dziwo nie były wcale takie złe. Nielubiana część rodzinki wyniosła się po dwóch godzinach nie mogąc znieść albo naszego towarzystwa, albo naszych tradycji, albo jednego i drugiego i reszta wieczoru wigilijnego upłynęła w miłej atmosferze, a zakończyła się obejrzeniem "Alicji w Krainie Czarów", zamiast tego całego Kevina, którego mam już powyżej uszu, a tak naprawdę nigdy nie obejrzałam w całości żadnej części.

Pozostałe dwa dni świąt zleciały na jedzeniu, śpiewaniu kolęd i nadrabianiu zaległości filmowych i książkowych - wreszcie przeczytałam cześć tego co dostałam na Mikołajki i jestem w trakcie czytania reszty (więc w najbliższym czasie duuużo będzie recenzji). Zaczęłam nawet czytać "Dziady" do szkoły, ale to nudne. Oprócz tego próbuję się przemóc i zabrać do tych podręczników studenckich z ekologii, bo dziesiątego stycznia konkurs (ściślej rzecz ujmując olimpiada), a Sylwestra jak zwykle spędzam w domku.

Prezent nieco skromniejszy niż w Mikołajki, ale przecież to nie jest najważniejsze, a i tak zostałam mocno uszczęśliwiona, bo stałam się posiadaczka pierwszej serii Scherlocka na DVD, a do tego odcinka specjalnego. Będę miała co robić w ferie, piękna rzecz.

A wena dalej nie wróciła i to jest okropne. Wiem, co chce napisać, wiem jak, ale nie jestem w stanie. Nie cierpię tego! Chcę zrobić coś twórczego, ale koniec końców tylko siedzę nad pustym zeszytem w poczuciu własnej beznadziei. Ten stan zawieszenia nigdy jeszcze nie trwał tak długo, nie wiem co jest grane.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Czekam na recenzje tych wszystkich książek ;). Uwielbiam książki, ale co do lektur szkolnych, to racja, są nudne... Całe technikum przeleciałam na streszczeniacb i maturę zdałam całą za pierwszym razem, a mówili, że tak się nie da, hehe :P. Ja mam teraz do przeczytania na studiach 3 książki: Jerzy Bralczyk "Język na sprzedaż", Kazimierz Ożóg "Język w służbie polityki" i Irena Kamińska-Szmaj "Słowa na wolności". Teraz czytam Bralczyka i powiem, że książka jest super, bardziej się zastanawiam jak zniosę Ożoga... Nie cierpię polityki... Pewnie, po prostu tego nie przeczytam ;). Co do Twojej weny, to nie masz co się martwić, wróci na pewno ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Złapałam dzisiaj za ogon przeznaczenie, co sprawiło, że udzielił mi się świąteczny nastrój. Mnie, gdzie za świętami niespecjalnie przepadam. Choć od zeszłego roku coś się jednak zmieniło. I teraz nawet na święta czekałam z utęsknieniem. A ściślej mówiąc na wigilię klasową. Na ten jeden moment, kiedy będę mogła chwycić za opłatek, stanąć pod jemiołą... Boże, ja oszalałam. Co miłość potrafi zrobić z człowiekiem... Poniżej króciutki świąteczny fragmencik w formie prezentu. Obiecałam coś wyjątkowego i mam nadzieję, że moje osobiste zamierzenie zostało spełnione, bo z tego krótkiego fragmentu miała promieniować duża dawka miłości. Chyba się udało.

A korzystając z chwili wolnego czasu, chciałabym wam wszystkim, co do jednego, jak to czytacie, życzyć zdrowych, radosnych świąt Bożego Narodzenia spędzanych w gronie rodzinnym. Żebyście zawsze byli szczęśliwi, żebyście potrafili cieszyć się nawet z małych rzeczy, bo wbrew pozorom właśnie one są najważniejsze. Zdrowia, spełnienia marzeń, realizacji planów, osiągania wszystkiego, do czego dążycie, a przede wszystkim miłości. Dużo, dużo miłości.
 

 
- W przyszłą niedzielę wybieram się do Krakowa, do Muzeum Anatomii. Na Uniwersytecie Jagiellońskim. - odezwała się któregoś dnia Irena, stawiając przed Kate kubek parującej herbaty. Dziewczyna podniosła wzrok znad zeszytu do polskiego. - Zastanawiałam się, czy nie pojechałabyś ze mną.
- Mogę? - odezwała się niepewnie Kate. - Naprawdę? - nauczycielka pokiwała głową twierdząco.
- Porozmawiam o tym z twoimi wychowawcami w domu dziecka. Chciałabyś?
- Pewnie! - dziewczyna rozpromieniła się. - Jeśli tylko mogę spędzić cały dzień poza sierocińcem, to zawsze chętnie.
- To świetnie. - pani Irena uśmiechnęła się. - Dogadam się z którąś z twoich wychowawczyń i przyjadę po ciebie w niedzielę. To może... Siódma trzydzieści, co?
- Nie mam problemu z wczesnym wstawaniem. Siódma trzydzieści. - potaknęła Kate.

Kate stała pod budynkiem sierocińca, opatulona bluzą. Był koniec października, a poranek chłodny. Dziewczyna znów przestąpiła z nogi na nogę. Marzła. Znoszone tenisówki wcale nie chroniły przed zimnem, wręcz przeciwnie. A na nowe buty niespecjalnie było ją stać. Kate zapatrzyła się w kostkę chodnika, mocniej ściskając w dłoni pasek torby i starając się nie myśleć o zimnie, ale podniosła głowę, kiedy na pobocze zjechała znajoma czarna honda civic.
- Gotowa? - spytała pani Irena, kiedy dziewczyna zajęła już miejsce pasażera.
- Jeszcze jak gotowa. - odpowiedziała Kate, zapinając pas bezpieczeństwa.
- Planowany czas podróży; trzy godziny, trzydzieści dziewięć minut. - poinformowała ją wobec tego nauczycielka, ruszając z miejsca. Kate uśmiechnęła się słabo. Nie okazywała niepotrzebnych emocji, ale w duchu aż skakała z radości w oczekiwaniu na ten wyjazd.
Zaraz jednak uświadomiła sobie, że o czymś zapomniała, że coś jeszcze powinna była zrobić. Przeszukała torbę, sprawdziła, czy wzięła portfel, kosmetyczkę... Niczego nie brakowało, a mimo to miała nieodparte wrażenie, że coś nie gra.
- Coś się stało? - spytała pani Irena, kątem oka rejestrując nerwowe przetrząsanie torby.
- Nie, nie, wszystko ok. - zaprotestowała dziewczyna, kładąc torbę na samochodowym dywaniku, pod nogami. Wtedy właśnie stwierdziła, że chce jej się siku i uświadomiła sobie, że to pełny pęcherz dawał jej te znaki. Nie na tyle jednak pełny, żeby musiały się z tego powodu zatrzymywać. Wytrzymam, stwierdziła.
- Jaki mamy plan? - spytała, zerkając na nauczycielkę. - Pani Bożena powiedziała, że ma mnie pani odwieźć koło dwudziestej drugiej. Nie będziemy przecież cały dzień siedzieć w muzeum.
- Kate, ty nie wiesz jakie ogromne jest to muzeum. - uśmiechnęła się pani Irena. - Nie pod względem wielkości w ogóle, ale ilości zgromadzonych tam preparatów... A zresztą sama zobaczysz. Ale potem chciałam cię jeszcze zabrać na obiad, a po południu może pospacerować po rynku?
- Aha. - dziewczyna zgrabnie podsumowała wypowiedź nauczycielki. Kątem oka zobaczyła, że minęły stację benzynową. Benzyna nie była im wprawdzie potrzebna - wskaźnik paliwa wskazywał, że bak jest prawie pełny - ale na stacjach benzynowych są toalety.
Rafinerie wielkiego miasta zostały za nimi. Tu i ówdzie stały jakie magazyny i domki jednorodzinne, ale z każdym kilometrem okolica wydawała się coraz bardziej sielska. I z każdym kilometrem Kate coraz bardziej potrzebowała toalety. Tłumaczyła sobie wprawdzie, że nie ma w tym nic wstydliwego. Mimo to uznała, że byłoby trochę głupio zaraz na początku wycieczki prosić o postój.
- Czy ty w ogóle jadłaś śniadanie? - spytała nauczycielka, spoglądając na nią.
- Nie. - Kate powoli pokręciła głową. - Niewiele byłam w stanie zjeść. Zwykle rano nic nie jem, nie potrafię.
- Wyjmij sobie kanapki ze schowka. - poleciła pani Irena. - Będę ja cię musiała tego oduczyć. Śniadanie to bardzo ważny posiłek. - Kate przewróciła oczami, słysząc dobrze znane gadanie, ale posłusznie wzięła sobie kanapkę. A potem kolejną.
Kate obserwowała przez okno mijane na przemian, wsie, lasy, czasem większe miasteczka. Powiodła wzrokiem za mijaną stacją benzynową. Już od jakiegoś czasu ściskała kolana, ale teraz zaczęła to robić tak nerwowo, że siłą rzeczy pani Irena nie mogła tego nie zauważyć.
- Kate... - odezwała się. - Chce ci się siku?
- Okropnie. - przyznała. Była nauczycielce dozgonnie wdzięczna za zadanie tego pytania.
- Dlaczego nie powiedziałaś? Przed chwilą mijałyśmy stację benzynową.
- Widziałam. - Kate odwróciła wzrok.
- Następna jest dopiero za jakieś czterdzieści kilometrów.
- Wytrzymam. - rzuciła. W jej głosie było chyba mało przekonania, bo pani Irena popatrzyła na nią pytająco.
- Nie, nie wytrzymam. - przyznała.
- Spróbuję zawrócić.
- Nie, mogłaby się pani zatrzymać gdzieś przy drodze? - nie czuła się zbyt komfortowo ze świadomością, że staną gdzieś na poboczu i pójdzie w krzaki, żeby zrobić co trzeba. Poza tym była na siebie zła, że przez własną głupotę tak długo z tym czekała. Nauczycielka musiała zorientować się w sytuacji, bo pół minuty później zaparkowała w zatoce przy drodze.
- Ale nie odchodź za daleko. - powiedziała, gdy dziewczyna wysiadła z auta. Po pierwsze, nie musiała tego robić, bo kilka metrów dalej były gęste krzaki, stanowiące dobrą zasłonę, a po drugie, nie byłaby w stanie dojść dalej. Kiedy wreszcie przykucnęła, miała wrażenie, że był to ostatni moment.
- W porządku? - spytała pani Irena, kiedy Kate wróciła do samochodu.
- Tak, przepraszam. - dziewczyna odwróciła wzrok zmieszana i zawstydzona. Na policzki wypłynął jej delikatny rumieniec.
- Kate, to jest jak najbardziej naturalna rzecz. Poza tym... Ja jestem biologiem, a to tylko fizjologia.
- Dobrze, jedźmy już. - rzuciła Kate. - Proszę. - dodała. Nauczycielka usłuchała. Ale ze zdziwieniem zaobserwowała, że nawet zazwyczaj opanowaną Kate, da się wyprowadzić z równowagi.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Kate ma chyba "syndrom pingwinka" ;). Następnym razem trzeba mówić i już ;). Ale jestem ciekawa tego muzeum. Uwielbiam wycieczki! :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate skończyła stroić gitarę i niepewnie rozchyliła palcami kurtynę. Widownia była już pełna, nic dziwnego zresztą, bo tegoroczny program bożonarodzeniowy był wyjątkowy i dopracowany, a wszystko dopięte na ostatni guzik. Dziewczyna chwilę wodziła wzrokiem po widowni, ale nie dojrzała osoby, na której najbardziej jej zależało. Nie było jej mamy. Bez niej przecież nie zaśpiewa! Zwłaszcza, że to pani Irena wrobiła ją w ten występ...
- Kate... Za chwilę zaczynamy, powinnaś być za kulisami. - odezwała się pani Bożena, stając za dziewczyną. Kate spojrzała na kobietę.
- Nie ma jej jeszcze. Bez niej nie zacznę. - odpowiedziała zdecydowanie. Pani Bożena uśmiechnęła się.
- Nie martw się, przyjdzie. - odpowiedziała. - Biegnij za kulisy i pamiętaj, wszystko będzie dobrze.

Kate stanęła przy mikrofonie, w wolnej dłoni ściskając nerwowo gryf gitary. Jeszcze raz obrzuciła wzrokiem widownię. Mimo, że minęła już połowa występów mamy nigdzie nie było. Dziewczyna poczuła, że uchodzą z niej wszystkie emocje. Mimo to musnęła palcem struny, z ust popłynęły słowa tak dobrze wyćwiczonej pastorałki.
Pani Irena wślizgnęła się na widownię zdyszana i spóźniona. Stanęła z boku, nie chcąc przeciskać się między rzędami foteli i tym samym robiąc zamieszania. Spojrzała na przybraną córkę, stojącą na scenie. Uśmiechnęła się. W tym samym momencie padł na nią wzrok Kate. Dziewczyna natychmiast rozpromieniła się uszczęśliwiona, pewniej ścisnęła gitarę i mocniej trąciła struny. Jej głos też brzmiał teraz o wiele pewniej. Teraz mogła grać.

Kate przeciskała się między ludźmi. Niektórzy zaczepiali ją i chwalili piękną grę, ale to nie ich chciała teraz słuchać. Wreszcie dopadła do stojącej pod ścianą nauczycielki i przytuliła do niej mocno. Pani Irena odwzajemniła uścisk. Kate potarła policzkiem o jej sweterek.
- Kocham cię mamo... - wyszeptała.
 

 
Strasznie was ostatnio zaniedbuję za co okropnie przepraszam, ale wszyscy nauczyciele uparli się, że musimy napisać przed świętami większość sprawdzianów i zabiegana jestem, po świętach będzie to samo, ale po prostu trzeba to przeżyć. Póki mam chwilę wolnego stwierdziłam, że się odezwę, a w ramach wynagrodzenia dwa rozdziały opowiadania, których szukajcie poniżej. Jeden krótszy, drugi troszkę dłuższy, oba przepełnione uczuciem, także zapraszam do czytania, komentowania i tak dalej, zresztą wiadomo.

Za świętami jakoś niespecjalnie przepadam, ale nawet mi udzieliła się atmosfera i w sumie nawet zaczęłam czekać. Zobaczymy co z tego będzie, bo zeszłoroczne święta to był jedne z najlepszych w moim życiu. Poza tym odnalazła się moja zaginiona paczka z książkami i wczoraj kochana Poczta Polska raczyła wreszcie (po miesiącu) dostarczyć mi ją pod drzwi, więc w domu czeka na mnie duży prezent, który sama sobie sprawiłam.

Dzielę się ostatnią inspiracją. Piosenka piracka "Hoist The Colours" inspiruje jak najbardziej, choć na razie tylko w sferze duchowej. Fizycznie nie jestem w stanie nic napisać, siadam przed notatnikiem i czuję pustkę. Długopis drży w dłoni i najprostszego zdania nie jestem w stanie sklecić. Natchnienie gdzieś uciekło i nie napiszę, no nie napiszę. Piosenkę oczywiście wklejam, a sama wracam do matematyki. Potem poszukam natchnienia...
  • awatar SugarFirefly: Ja tak samo - nie mam czasu wstawić wpisu, ani komentować. Mam nadzieję nadrobić to w najbliższych dniach :D Z okazji Nowego Roku życzę powrotu natchnienia ;)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Nie zaniedbujesz ;). Przecież są rzeczy ważne i ważniejsze ;). Mi w tym roku święta się udały i jestem jak najbardziej zadowolona ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Długo zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, zabierając Kate do siebie do domu, ale kiedy w końcu zauważyłam, jak bezpiecznie się u mnie czuje, wszelkie wątpliwości przeminęły jak ten wiatr. Na początku przychodziła do mnie dwa razy w tygodniu, potem coraz częściej, aż w końcu codziennie zaczęła wyczekiwać mnie po lekcjach. Siadała na murku, tuż przy budynku naszego liceum skąd miała dobry widok na drzwi wejściowe i rozkładała się tam z zadanymi lekcjami. Za każdym razem, kiedy wychodziłam za szkoły, widziałam ją pochyloną nad podręcznikiem, albo zeszytem, zawsze siedzącą na tym murku. Potem podnosiła głowę i za każdym razem kiedy mnie widziała, na jej twarzy pojawiał się cień uśmiechu.
Nie mogłam nie zauważyć, że odkąd Kate przychodzi do mnie po lekcjach, stała się o wiele pogodniejsza i bardziej kontaktowa. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie tego właśnie potrzebowała najbardziej. Odrobiny czułości i czyjegoś zainteresowania. W domu dziecka przecież nie było miejsca na takie rzeczy, które jednak były bardzo ważne.
U mnie zawsze czekała na nią herbata i coś ciepłego do jedzenia, często też starałam się jej robić kanapki do szkoły. Nie prosiła o to, wręcz przeciwnie, na początku próbowała protestować wobec takiego obrotu spraw, ale w końcu uległa. A ja odkryłam, że lubię to robić. Może dlatego, że nie miałam własnych dzieci. Często zostawała u mnie do wieczora. Ja poprawiałam sprawdziany, kartkówki, albo zajmowałam cię czymś innym, ona odrabiała lekcje, uczyła się... Czasem we dwie próbowałyśmy opanować stosunkowo trudne zagadnienia.
Z czasem dla nas obu stało się to rutyną. Nie było dla mnie już niczym niezwykłym, że mam jednego domownika więcej, a w końcu sama zaczęłam wyczekiwać wizyt Kate. Wieczorami i w weekendy dom wydawał mi się teraz strasznie pusty, a w mojej podświadomości zaczął się rodzić pomysł z rodzaju tych naprawdę szalonych.
 

 
Pierwszego września zobaczyłam ich wszystkich po raz pierwszy i po raz pierwszy naprawdę na serio się przestraszyłam. Nie wyglądali na nieśmiałych. W każdym razie na pewno większość z nich do nieśmiałych nie należała.
Dziewczyny podzieliłam od razu na dwie grupy. Jedna to były ”chichotki” - roześmiane, uważnie obserwujące wszystkich dookoła, a drugą grupę stanowiły ”intelektualistki” - spokojne, pewne siebie, dosyć protekcjonalne w sposobie bycia. Dominika i Karina stanowiły typ pośredni i może dlatego przez krótki czas wydawało mi się, że mogłabym się z nimi zaprzyjaźnić. Nie potrafiłam jednak nic zrobić w tym kierunku, ale na moje szczęście to Karina właśnie zrobiła pierwszy krok. Dominikę dopasowałam potem do tej pierwszej grupy. Nie ma co ukrywać, denerwowała mnie swoim sposobem bycia, swoimi niewyszukanymi komentarzami, tym w jaki sposób wykrzywiała twarz, kiedy tylko mnie widziała. Wiedziałam, że uważała mnie za kogoś gorszego i sama też zaczęłam się za taką uważać.
Na chłopców na początku nawet nie zwracałam uwagi. Dopiero po kilku dniach zaczęłam im się przyglądać, ale to też była porażka. Kilku sportowców, dwóch gitarzystów, ze trzech zupełnych palantów, no i Loic. Chłopak o dziwnym imieniu i tak swobodnym sposobie bycia, jakby cały świat należał do niego. Na początku starałam się trzymać od niego jak najdalej. Nie było to zresztą wcale trudne, dopóki nie zaczął zwracać na mnie uwagi. A w dodatku ja sama zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że ten niezwykły chłopak zaczyna mi się podobać. Czy można zakochać się w kimś, kogo się praktycznie wcale nie zna? No właśnie...
Fantastycznie dogadywałam się z panią Ireną i byłam szczęśliwa, że dzięki pani Bożenie znalazłam sobie w szkole dobry azyl. W sali biologicznej spędzałam większość przerw, a po zajęciach zostawałam, żeby pomóc w sprzątaniu, albo składaniu sprzętu.
Spędzałam mnóstwo czasu na obserwowaniu kolegów i koleżanek z klasy. Zastanawiałam się, jacy są, jakie mają domy i gdzie mieszkają. Nie byłam od nich gorzej ubrana ani brzydsza, ale czułam się gorsza, a przez to wiedziałam, że nie jestem tu na swoim miejscu. Wdarłam się do świata, który do mnie nie należał. I który wcale nie oczekiwał mnie z otwartymi ramionami.
Przez kilka tygodni, obserwując uczniów w klasie, obiecywałam sobie, że za nic w świecie nie powiem im, gdzie mieszkam. Po prostu nie i już. Nie zamierzałam nikomu opowiadać o moim życiu ani tym bardziej znosić ich litościwych spojrzeń. Już raz to przeżywałam w gimnazjum i chociaż szybko sobie z tym poradziłam, to jednak przecież tam byli ludzie, których znałam wcześniej. Teraz wiedzą wszyscy. Teraz ja sama widzę, jaka byłam wtedy głupia. A chyba naprawdę trzeba było splotu tych dziwnych wydarzeń, które następowały po sobie nie wiadomo kiedy, żebym wreszcie się otworzyła.
 

 
Kate stała przy biurku w sali biologicznej, ze spuszczoną głową. Włosy opadły jej na twarz. Wydawać by się mogło, że czeka na ścięcie.
- Kate, to jest twoja trzecia jedynka. - odezwała się wreszcie pani Irena, kładąc przed sobą kartkówkę dziewczyny. - Niedługo będziemy pisać sprawdzian, jak ty to sobie wyobrażasz? - Kate nie odpowiedziała. Nie drgnęła nawet. Nauczycielka westchnęła. - Będę z tobą szczera. Długo próbowałam zrozumieć, z czego wynika to, że w ciągu trzech tygodni tak bardzo opuściłaś się w nauce, ale chyba jest to dla mnie nie do pojęcia. Jesteś zdolną dziewczyną, mądrą, pojętną, więc skąd nagle trzy jedynki? Kate...
- Przepraszam... - odezwała się wreszcie dziewczyna.
- Nie, tu nie ma za co przepraszać. Nie gniewam się na ciebie, w porządku. - dziewczyna podniosła głowę, patrząc na nauczycielkę. Lubiła ją najbardziej z całego grona pedagogicznego i za nic na świecie nie chciała przysparzać jej powodów do zmartwień. - Chcę ci po prostu pomóc to wszystko nadrobić. Ale nie będę w stanie tego zrobić, jeśli nie dowiem się w czym problem. Ostatnio przysypiałaś mi na lekcji.
- Przepraszam. - powtórzyła Kate.
- Czy ty masz zapewnione warunki do nauki? W domu dziecka?
- Nieszczególnie. Młodsze dzieci często biegają po korytarzu, krzyczą, a wychowawcy niewiele robią, żeby to zmienić. - powiedziała wreszcie. Pani Irena uśmiechnęła się.
- W takim razie ci te warunki stworzymy. Poczekaj na mnie dzisiaj po lekcjach. - nauczycielka zgarnęła z biurka papiery i podręczniki i wyszła z klasy, nie oglądając się więcej na dziewczynę. Kate powiodła za nią wzrokiem. W tej chwili jedyne czego chciała o uciec. Byle gdzieś daleko.
Kate z rosnącym przerażeniem rozglądała się po mieszkaniu nauczycielki, do którego pani Irena zabrała ją po lekcjach. Miała nieodparte wrażenie, że nie powinno jej tu być. Dokładnie oglądała delikatne tapety w korytarzu, zdejmując buty. Przy okazji stwierdziła, że potrzebuje cieplejszych. Jej stare tenisówki, które od dawna praktycznie nie nadawały się do chodzenia, zdecydowanie nie były odpowiednie na zimną jesień. Mocniej ścisnęła pasek torby.
- Nie bój się. - odezwała się pani Irena. - Nie zamierzam cię przecież pożreć. - dodała, zdejmując płaszczyk. Kate uśmiechnęła się słabo. - Chodź do kuchni. - nauczycielka posadziła ją przy stole, na którym dziewczyna mogła się rozłożyć z podręcznikami. Nauka rzeczywiście szła szybciej, kiedy wokół panowała cisza. Nie było dzieci, krzyczących na korytarzu, nie było pokrzykujących na nie wychowawczyń, a co chyba najważniejsze, nie było jej rówieśniczek, kłócących się o pomadki, albo tusze do rzęs. Kate spoglądała od czasu do czasu na panią Irenę, która zachowywała się tak, jakby obecność Kate w jej domu była czymś najzupełniej normalnym.
- Przerwij sobie, dobrze? - odezwała się w końcu nauczycielka, stawiając przed dziewczyną talerz parującego spaghetti, posypanego hojnie parmezanem. Dziewczyna spojrzała na nią spłoszona. - No, jedz. - uśmiechnęła się pani Irena. Kate niepewnie wzięła w dłoń widelec i włożyła do ust pierwszy kęs makaronu z sosem. Z trudem przełknęła, kiedy gardło ścisnęło jej się, a do oczu napłynęły łzy. Westchnęła cichutko, kiedy poleciały jej po policzkach i otarła oczy wierzchem dłoni.
- Kate... - odezwała się znowu nauczycielka. - Coś się stało?
- Nie. - Kate pokręciła głową. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam domowy obiad, to wszystko. - pani Irena uśmiechnęła się, siadając na krześle obok niej.
- Możesz tu do mnie przychodzić po lekcjach. - powiedziała. - Zawsze będziesz mogła przyjść się pouczyć. I zawsze będzie tu na ciebie czekał ciepły obiad. Skończ jedzenie, a potem spróbujemy pomyśleć, co można zrobić z tymi jedynkami.
- Poprawić? - zaproponowała Kate niepewnie.
- Na pewno. - potaknęła nauczycielka. - Ale żeby je poprawić, najpierw trzeba wytłumaczyć ci od nowa parę zagadnień. - dziewczyna znowu przywołała na twarz cień uśmiechu, sięgając po podręcznik.
 

 
Nigdy nie pomyślałabym, że Kate mieszka w domu dziecka. Grzeczna, kulturalna, trochę mało pewna siebie, ale przede wszystkim ciekawa świata. Taka wydawała mi się od początku i to właśnie było dla mnie dosyć zaskakujące.
Początkowo wstydziła się ze mną rozmawiać. Codziennie zostawała po lekcjach, pomagała mi sprzątać salę, ale gdy tylko skończyłyśmy składanie sprzętu, uciekała. Przyglądałam się Kate ukradkiem, coraz częściej próbując nakłonić ją do rozmowy, choć to wcale nie było łatwe. Najczęściej podejmowała jakiś temat, gdy zostawałyśmy same. Kiedy niedaleko byli inni uczniowie, albo nauczyciele, Kate wyraźnie starała się mnie unikać. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, więc zadzwoniłam do Bożeny. Chciałam powiedzieć jej o swoich spostrzeżeniach.
- Nie dziw jej się. Kate uparła się, żeby nikomu nie mówić o tym, że mieszka w domu dziecka. Próbowałam jej to jakoś przetłumaczyć, ale mi się nie udało i już. Nic to moje gadanie nie pomogło.
- Nikt z klasy o tym nie wie? - zapytałam trochę zdziwiona.
- W całej szkole wie tylko dyrektor, ty i pielęgniarka. - oznajmiła Bożena, a ja nagle uświadomiłam sobie, że ta wiedza chyba w jakiś sposób mnie obciąża.
Nie wiedziałam czy w tej sytuacji fakt wtajemniczenia w życiorys Kate powinnam traktować jako wyróżnienie czy próbę charakteru. Przecież taka informacja mogła być ważna też dla innych nauczycieli... Skoro jednak dziewczyna tak sobie życzyła, a dyrektor zaakceptował jej prośbę, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko się dostosować.
Nagle poczułam się bardzo nieswojo. Zastanawiałam się, czy przypadkiem za dużo komuś nie powiedziałam, lub może zrobiłam jakąś niepotrzebną uwagę. Zaczęłam się trochę dręczyć.
Nie czułam się z tym dobrze i dla odmiany to ja wolałam unikać Kate. Sytuacja tak trwała ze dwa tygodnie, aż w końcu stanęłam przed lustrem i zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. Zrozumiałam, że zachowuję się jak ktoś, kto udaje, że u osoby niepełnosprawnej nie widzi kul albo inwalidzkiego wózka. Żeby nie urazić Kate, wolałam jej unikać. Przez swoją niezręczność nie zachowywałam się wobec niej, tak jak wobec innych uczniów. Na szczęście w porę uprzytomniłam sobie bezsens własnego postępowania i znowu zaczęłam z nią rozmawiać.
- Już myślałam, że się pani na mnie obraziła. - powiedziała. Byłyśmy same w sali biologicznej i jak zwykle sprzątałyśmy razem po zajęciach. Na poczekaniu wymyśliłam jakąś wymówkę, ale nie umiałam przekonująco kłamać, wiec pewnie mi nie uwierzyła. Na szczęście sama najwidoczniej miała ochotę ze mną pogadać, więc temat mojego dwutygodniowego milczenia pozostawiłyśmy nieomówiony.
Od tego czasu starałam się wcale nie myśleć o tym, gdzie dziewczyna mieszka i co się stało z jej rodziną. Traktowałam ją tak jak innych, z tą jedynie różnicą, że Kate naprawdę polubiłam. Nie wydaje mi się, żeby było w tym jakieś współczucie - Kate po prostu była super, tylko trzeba było trochę czasu i cierpliwości, żeby to zauważyć. W sali biologicznej przebywała jednak na tyle często i na tyle długo, że ja to zobaczyłam. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim odważyłam się zapytać:
- Dlaczego nie chcesz powiedzieć kolegom i koleżankom z klasy, że mieszkasz w domu dziecka?
- Nie chcę. - odpowiedziała krótko, o czym i tak już wiedziałam i zmieniła temat, ja jednak nie dałam za wygraną.
- Czy nie uważasz, że takie ukrywanie twojej sytuacji może przynieść więcej szkody, niż pożytku? - szłyśmy razem w kierunku pokoju nauczycielskiego i trochę trudno było mi obserwować twarz Kate, ale i tak odniosłam wrażenie, że speszyła się i odwróciła wzrok.
- Nie wiem. - odpowiedziała. - Ale naprawdę nie zamierzam im o niczym mówić. Nie sądzę, żeby ich to w ogóle obchodziło, a na dodatek wolę, żeby podarowali sobie gesty miłosierdzia wobec ”sierotki”. Nie potrzebuję niczyjego współczucia. Odkąd pamiętam świetnie sobie radzę.
- Radzisz sobie... - powiedziałam, w duchu jednak zadałam pytanie, którego nie odważyłam się wypowiedzieć głośno: - Ale czy naprawdę świetnie?
Tego już nie byłam taka pewna. Kate rzadko rozmawiała z kimś w szkole, może z wyjątkiem Kariny i Anniki, z którymi zwykle siadała w ławce, a już na pewno nigdy nie widziałam, żeby z kimś szła gdzieś po lekcjach. Istniała możliwość, że dziewczyna jest samotniczką. Brałam też pod uwagę fakt, że mieszkając w domu dziecka z grupą rówieśników może nie mieć ochoty na dodatkowe kontakty z koleżankami i kolegami z klasy. Mimo wszystko wydawało mi się to jednak dziwne, ale nie drążyłam już tego tematu.
W końcu jednak pojechałam do Bożeny i podzieliłam się z nią moimi wątpliwościami.
- Też o tym myślałam. - powiedziała, kiedy zapytałam ją, czy nie uważa, że Kate robi błąd, ukrywając przed rówieśnikami prawdę o sobie.
- Nawet zapytałam ją o to niedawno. - odpowiedziała. - Ale tylko się zdenerwowała i prosiła, żebyśmy o tym nie rozmawiały. Teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, namawiając ją na to liceum. Mam chyba za mało doświadczenia i nie rozumiem, co w różnych sytuacjach czują nasi wychowankowie. Nie przypuszczałam, że dla Kate będzie to aż tak trudne. Na razie zostawmy ją w spokoju. Porozmawiam z dyrektorką domu dziecka, ona na pewno coś mądrego wymyśli.
Nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać na pomysł dyrektorki domu dziecka. Nie zadawałam już Kate niewygodnych pytań, tym bardziej, że ostatnio nie miała zbyt wiele czasu na rozmowy.
Wkrótce coś się jednak zmieniło i zauważyłam, że wokół Kate zaczyna kręcić się ten chłopak - Loic. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi, ale w końcu zaobserwowałam, że często siada w pobliżu Kate, a czasem nawet ją zagaduje. Nie wszystko jednak wyglądało tak, jak mi się wydawało. Kate trzymała go wciąż na dystans i nic nie wskazywało na to, żeby pomiędzy nimi ten dystans się zmniejszał. Postanowiłam im nie przeszkadzać, tylko obserwować z własnej perspektywy, niczego nowego jednak nie zauważyłam. Chociaż chłopakowi kibicowałam z całego serca, wyglądało na to, że w ich relacjach niewiele się zmienia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Myślę, że to o czym chce lub nie chce mówić Kate, to tylko i wyłącznie jej sprawa... Nie można nikogo uszczęśliwiać na siłę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate wyjrzała zza podręcznika, przyglądając się chłopcom, dyskutującym o czymś z ożywieniem. Zdążyła dobrze poznać kilku z nich i przekonać się, że są całkiem sympatyczni, ale przystojny blondyn dalej był dla niej zagadką. Jasne włosy, przycięte tuż przy linii szczęki dodawały mu uroku. Czekoladowe tęczówki sprawiały, że dziewczyna tonęła w tym spojrzeniu, ilekroć je podłapała. I jeszcze ten jego rozbrajający uśmiech. Dziś miał na sobie zielona bluzę z kapturem. Wiedziała, że jeździ na deskorolce i czyta powieści science-fiction. Nic więcej. Nie znała ani jego imienia, ani nazwiska.
- Kto to jest? - spytała wreszcie, siedzącej obok Kariny.
- To? - dziewczyna skinęła głową w stronę chłopaka. - To Loic.
- Loic? - powtórzyła Kate.
- Loic Sorenson. - wytłumaczyła jej koleżanka. - Jego tata jest Amerykanem, pracuje w jakiejś dużej firmie, w której jest adwokatem.
- Amerykaninem. - poprawiła ją Kate.
- Co? - Karina podniosła wzrok, znad paczki ciastek.
- Jest Amerykaninem, nie Amerykanem.
- A co za różnica? - machnęła ręką Karina. - Macie ze sobą wiele wspólnego, przecież twój tata też pochodzi z Ameryki.
- A skąd ten pomysł? - spytała natychmiast Kate, usiłując ukryć za podręcznikiem, pokrywające policzki rumieńce.
- Nazwisko. Evans. Zagraniczne. Z tego wniosek, że twój tata musi pochodzić ze Stanów i twoja mama, a tym samym ty, przejęłyście jego nazwisko, lub też to twoja mama pochodzi ze Stanów i nie zgodziła się na przyjecie nazwiska męża. Która opcja jest prawidłowa?
- Ta pierwsza. - westchnęła Kate. Jej ojciec rzeczywiście pochodził z Ameryki. Jej mama pojechała tam szukać pracy i poznała go w biurze. Tom Evans. To po nim miała nazwisko, którego kiedyś szczerze nienawidziła, a z którego teraz była tak dumna.
- Patrzy na ciebie. - odezwała się Karina. Kate przeniosła wzrok na kolegę. Rzeczywiście, patrzył wprost na nią, a kiedy odwzajemniła spojrzenie posłał jej ten swój uśmiech. Siedząca po drugiej stronie dziewczyny Annika, westchnęła.
- Bujam się w nim... - powiedziała rozmarzonym tonem. - W tej blond grzywie.
- No to nie ty jedna, kochana. - odpowiedziała jej Karina. - Połowa dziewczyn z klasy za nim szaleje. Ale to Kate wyraźnie wpadła mu w oko.
- Dajcie spokój, przecież ja nie mam u niego żadnych szans. - Kate znowu schowała się za podręcznikiem.
- Ej, ej, przecież jesteś ładna. - zaprotestowała Karina.
- Tak? To popatrz sobie chociażby na Dominikę, albo Mirellę. Te to mają się czym pochwalić. Oddałabym wszystko za te cudowne loki. Za to stalowe spojrzenie, za... - Kate zarumieniła się, czując, że za dużo już powiedziała.
- Tylko, że Loic na Dominikę nawet nie spojrzał. - powiedziała Annika.- Przykro mi bardzo, ale w dzisiejszym świecie liczy się coś więcej niż sposób bycia. Trzeba coś mieć w tej ślicznej główce, żeby imponować facetom.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Powiem tak; "13 powodów", które wywróciły mi do góry nogami pierwszą połowę wakacji, tak mną wstrząsnęły, tak zamieszały w serduszku, że Jay Asher zyskał we mnie kolejną fankę i kiedy dowiedziałam się, że wydaje nową książkę, że to ma być romans, utrzymany do tego w świątecznej atmosferze, pomyślałam sobie; "Kurczę, ja to muszę przeczytać!". "13 powodów" pokochałam, uważam, że to jest książka, którą warto przeczytać, którą warto poznać, ale o czym właściwie opowiada "Światło" to... W momencie kupowania tej książki jakoś mało mnie to interesowało.

Główną bohaterką "Światła" jest Sierra, mieszkająca w Oregonie, która ma takie dosyć ciekawe życie, ponieważ jej rodzice mają plantację choinek właśnie w Oregonie i oni cały rok zajmują się tą plantacją choinek, i to jest całe ich życie, taki trochę rodzinny interes, a zaraz po Święcie Dziękczynienia Sierra porzuca rodzinną miejscowość na miesiąc, razem z rodzicami wyjeżdżając do Kalifornii, gdzie zajmują się sprzedażą choinek. A to wszystko powtarza się każdego roku i stanowi swego rodzaju tradycję. W Kalifornii mieszka najlepsza przyjaciółka Sierry - Heather (swoją drogą bardzo pozytywna postać), która wreszcie zabiera głos i mówi "Kochana, znajdź sobie chłopaka na ten miesiąc, pojedź po bandzie, romanse są fajne, a świąteczne to już w ogóle". Sierra nie jest do tego zbyt pozytywnie nastawiona, bo wie, że przez miesiąc zbyt wiele nie będzie w stanie zrobić, związek nie przetrwa i tak dalej. I wtedy właśnie w jej życiu pojawia się tajemnicy Caleb. I więcej nie powiem, bo to już podchodzi pod spoiler.

To, co najbardziej podobało mi się w tej książce, oprócz tego oczywiście, że jest to super świąteczny romans, to relacje między Sierrą, a Caleben, które wcale nie pędzą jak burza. Jednego dnia się poznają, następnego już całują, wszystko jest takie nierealne, a jednocześnie tak piękne, nie! Tak się nie dzieje! Zawsze jak czytam jakikolwiek romans, co robię rzadko, naprawdę rzadko...To myślę sobie "Cholera jasna, przecież to zupełnie nie ma racji bytu! Ludzie tak nie robią!". Tutaj to wszystko jest po prostu bardzo ludzkie. Chociażby z tego względu naprawdę warto przeczytać tę książkę.

Po drugie; najlepsza kompilacja wszystkiego, co świąteczne, choć świąt nienawidzę, po prostu nienawidzę (z różnych aspektów)! Po trzecie; klimat, nastrojowość. Nie wiem z czego to wynikało, ale czytając tą książkę, miałam wrażenie, że czuję... Zapach choinki? Bo choinek jest dużo, choinki odgrywają ważną rolę i... Podsumowując... Kocham tę książkę, ponieważ jest cudowna.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: kojarzy*
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Imię Heather kokarzy mi się raczej negatywnie. Tylko przez to, że kiedyś oglądałam "Wyspę Totalnej Porażki" i właśnie tam była postać o tym imieniu, w dodatku wredna i rozpieszczona :P. Ale przecież to tylko imię i niekoniecznie musi o czymś świadczyć :P. Ja kocham święta! Dla mnie mogły by być troszkę dłuższe niż są. Zawsze je pozytywnie wspominałam i mam nadzieję, że tak już zostanie ;). Po książkę raczej nie sięgnę, bo to nie moje klimaty, ale cieszę się, że chociaż Tobie się podobała ^^.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Bożenę znam dwanaście lat. Poznałam ją jeszcze w poprzedniej pracy. Obie byłyśmy wtedy młode, ciekawe świata i łączyło nas wspólne zamiłowanie do otaczających nas form życia. Mogłyśmy rozmawiać godzinami o genetyce, aż wreszcie tak się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy, że robiłyśmy wspólne wypady do kina albo do teatru. Z czasem te nasze wyjścia stały się dla mnie cenną rozrywką. Wiedziałam, że zawsze mogę na nią liczyć.
Przyszła mi z pomocą, kiedy zamknięto osiedlowe gimnazjum, w którym pracowałam. Umówiła mnie na spotkanie z dyrektorem liceum, w którym pracowało od dawna jako nauczycielka biologii. Udało się i rozpoczęłam pracę w liceum, gdzie pracuję do dzisiejszego dnia.
Bożena przeszła na emeryturę. Mogła jeszcze zostać i pracować na pół etatu, ale nie chciała. Wszystkim w szkole mówiła, że ma dosyć uczenia, a ja czułam, że za jej stanowczą decyzją kryje się jakiś nowy pomysł. Nie pomyliłam się.
O Kate opowiadała mi już wcześniej. Byłam zaskoczona i właściwie nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Dlatego też na wszelki wypadek nie odezwałam się ani słowem. W pierwszej chwili wydało mi się to nierozsądne. Nie sądziłam, żeby dziewczynka wychowująca się w takich warunkach, w jakich wzrastała Kate, dała sobie radę w naszym liceum. Po co narażać ją na niepotrzebny stres konfrontacji... Chociaż z drugiej strony może warto jej pomóc?
- Jeśli uważasz, że da sobie radę, to próbujcie. - powiedziałam dyplomatycznie, nie patrząc w oczy przyjaciółki. Ona jednak nie zamierzała mi odpuścić, więc przypatrując mi się dalej uważnie, zapytała:
- Ale ty jej pomożesz?
- Nie rozumiem... - podniosłam wzrok i z niezbyt mądrą miną spojrzałam na Bożenę.
- Jeśli zostanie przyjęta, pomożesz jej przetrwać w tej szkole? - wyjaśniła, świdrując mnie wzrokiem.
- Jeśli zostanie przyjęta... Pomogę. - obiecałam, chociaż nie bardzo wierzyłam w to, ze się dostanie.
Jednakże tamtego dnia, kiedy przy tablicy z wywieszoną na niej listą osób przyjętych do szkoły, zobaczyłam tę drobną, czarnowłosą dziewczynę, już wiedziałam. Wiedziałam, że to ona. I wiedziałam, że jest na liście.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Trochę mnie zaniepokoił fakt, że pani Irena zwątpiła w Kate (w sensie, że są małe szanse, aby dostała się do liceum), tylko ze względu na to w jakich warunkach się wychowywała i wychowuje... Przecież to nie oznacza, że nie jest inteligentna...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Państwowy Dom Dziecka stał się moim domem. Kompletna bzdura! Oczywiście nie stał się wcale żadnym domem, ale miejscem, dokąd wracałam po szkole. Pani Agata co prawda przyjęła mnie miło, ale pozostali wychowawcy wcale nie zachowywali się sympatycznie. Najbardziej lubiłam, kiedy przychodziła pani Bożena, emerytowana nauczycielka liceum, która dorabiała w domu dziecka do emerytury. Ilekroć zachorował ktoś z wychowawców, z chęcią go zastępowała, a kiedy przychodziła na dyżur, wciągała niektóre dziewczyny do wspólnej pracy. Piekły ciasta, lub pod okiem pani Bożeny uczyły się szydełkować. Nie brałam udziału w tych zajęciach, ale lubiłam, kiedy pani Bożena przychodziła. Kiedy się uczyłam lub miałam problem z zadaniem (co raczej rzadko się zdarzało), zaglądała do mojego pokoju i podsuwała mi jakąś wskazówkę niezbędną do rozwiązania. Poświęcała mi wtedy trochę czasu i mogłam z nią sobie porozmawiać w cztery oczy.
Pani Bożena przed emeryturą uczyła w liceum i chętnie opowiadała mi o tych czasach, o nauczycielach i uczniach, z którymi pracowała. To były bardzo miłe chwile i prawdę mówiąc, podczas tych rozmów całkowicie zapominałam gdzie jestem. Wydaje mi się, że ona jedna doskonale wiedziała, czego naprawdę potrzebuję, dlatego nikogo mi nie dokwaterowała.
W szkole było w porządku, chociaż bardzo bałam się tego, że ktoś zacznie mi dokuczać z tego powodu, że mieszkam w sierocińcu. Jak się okazało moja sytuacja mogła być trudna nie tylko dla mnie, ale ja uparcie nikomu nie mówiłam, co się ze mną dzieje. Nie zamierzałam nikogo uświadamiać, jak wygląda moje życie. Wiedziałam, że odkąd znalazłam się w sierocińcu, wszystko się w moim życiu zmieniło i choćbym miała nie wiem jak fajne koleżanki i kolegów, mój obecny świat w dużej mierze nie jest ich światem i nie powinnam o tym zapominać. Nie potrafiłam w jakiś szczególny sposób przyciągać do siebie ludzi, więc na wszelki wypadek powinnam oddzielić moje szkolne życie od życia poza-szkolnego i wtedy może będzie mi z tym bezpiecznie. W każdym razie postanowiłam sobie nie wiązać się emocjonalnie z nikim z mojego otoczenia. Wiedziałam ile bólu potrafi to przysporzyć.
 

 
Och, szalony tydzień... Dopiero się zaczął, a już tyle się wydarzyło... Ale ja tu nie narzekam, tylko rozmawiam o sprawach ważnych i ważniejszych. I wyrażam radość z powodu zbliżających się świąt. Głównie z powodu czasu wolnego od szkoły, bo za świętami jakoś nie przepadam... A aktualnie jestem po wykładach z ochrony środowiska i niby nic specjalnego dzisiaj nie robiłam, nie licząc późniejszego ślęczenia nad matematyką, ale jestem tak strasznie zmęczona, że mogłabym zasnąć na stojąco. Wykłady były ok, ale jak to zwykle, mogło być lepiej. Tematy na pewno były ciekawe, ale sposób prowadzenia prelekcji przyprawiał mnie o mdłości. Naprawdę, bardziej się tego rozwlec już nie dało. Chociaż nie, jakby się postarać, to by się dało... Niektórzy byliby w stanie.

Wena twórcza ostatnio dopisuje i wręcz szaleje. Powoli zawiązuje mi się ciąg dalszy pirackiego fanfica, składa się historia ze smokami, w której Limmaniel odegra o wiele większą rolę niż zazwyczaj i więcej można się będzie dowiedzieć o jej przypadłości (i mam tu na myśli wadę serca), oraz same z siebie na miejsce wskakują mi luźne fragmenty z Kate i jej przybraną mamą, wiec w najbliższym czasie oprócz dramatu będziecie dostawać luźne zapiski, z dramatem powiązane, ale z jego fabułą już nie Poza tym jestem świeżo po sprzątaniu bloga (a ściślej mówiąc, jeszcze nie skończyłam) i byłam mocno zaskoczona, kiedy się zorientowałam, że prawie połowa moich dawniejszych postów jest pozbawiona sensu, albo treści w ogóle. Oczywiście to wszystko trzeba było powywalać... Ale do czego zmierzam. Znalazłam w tym stare opowiadanie z wątkiem kryminalnym, które próbowałam pisać i zastanawiam się bardzo poważnie, czy by do niego nie wrócić. Nie rozwinąć paru rzeczy, nie pogłębić bohaterów... To się zastanowię...
  • awatar Gość: Zazdroszczę weny, moja chyba zrobiła sobie wolne :( Wciąż nie mogę się nadziwić jak udaje Ci się połączyć to wszystko: świetną naukę, pisanie, czytanie książek i wyjścia ze znajomymi itd. Zdradź swój sposób, masz grafik na całe 24 godziny czy szczególną motywację? O jakim cudem udaje ci się żyć tutaj ale mieć też w głowie świat Tolkiena i nie zatracić się w nim? Szczerze cię podziwiam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate niepewnie zajrzała do klasy, w której było już mnóstwo ludzi. Nie miała odwagi wejść do środka. Ale z drugiej strony, nikt nie zrobi za nią pierwszego kroku. Drgnęła, podłapując spojrzenie rudowłosej dziewczyny, rozmawiającej z innymi. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej i zamachała energicznie.
- Cześć! - zawołała. - Biologiczno-chemiczna?
- Tak. - odpowiedziała Kate, wchodząc do sali. - Czyli trafiłam. - dodała z uśmiechem.
- Pewnie, że trafiłaś. - dziewczyna uśmiechnęła się, wyciągając do niej rękę. - Karina. Karina Cieślik. - przedstawiła się.
- Kate. Kate Evans. - odpowiedziała, ściskając jej dłoń. Przyjrzała się uważnie tamtej dziewczynie. Rude włosy związała w ciasny kucyk. Piegi pokrywały całą jej twarz, a w płatek nosa miała wkłuty maleńki czarny kolczyk. Mimo to była śliczna. Kate poczuła się przy niej nagle okropnie brzydko.
- Możesz ze mną usiąść jeśli chcesz. - uśmiechnęła się Karina. - Podobasz mi się, zwłaszcza twoje włosy. Są takie długi i gładkie. Z moimi zawsze mam pod górkę, nie mogą przestać się puszyć. - Kate słuchała jej paplaniny w niemym zdumieniu. Czy ona właśnie powiedziała jej, że jest ładna? Dziewczyna ukradkiem zerknęła na inne dziewczyny, zajmujące miejsca w klasie. W porównaniu z nimi, nie miała się czym pochwalić.
- Dziewczyny, zachowujecie się gorzej niż przekupki na targu. - odezwała się, wchodząca do klasy nauczycielka, zamykając za sobą drzwi. - No już, proszę na miejsca, poćwierkacie sobie później. - kobieta położyła na stole nowiutki dziennik i odetchnęła.
- Dzień dobry. - odezwała się. - Nazywam się Irena Jarocka i będę miała przyjemność bycia waszą wychowawczynią przez najbliższe trzy lata. Oprócz tego będziemy mieć razem biologię. Wiec widzimy się przez cały tydzień. - uśmiechnęła się nauczycielka. - Wyjścia są dwa, albo się pokochamy, albo znienawidzimy. - po klasie przeszedł szmer rozbawienia.
- Liczymy na to pierwsze! - zawołał odważniejszy chłopak.
- I ja również. - odpowiedziała pani Irena. - Tak, czy inaczej chciałabym was bliżej poznać, a przynajmniej poznać wasze imiona i nazwiska, więc wyczytam was po kolei z listy i poproszę o powstanie, dobrze? Karol Dębski. - Kate z mocno bijącym sercem wyczekiwała swojego nazwiska, a kiedy tylko je usłyszała, poderwała się z krzesła gwałtownie. Zaraz potem dosłownie wmurowało ją w ziemię. Miała wrażenie, że już gdzieś widziała tę kobietę, ze skądś ją zna. Czarne włosy opadały łagodnymi falami na ramiona, szare oczy nauczycielki wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Łagodny makijaż podkreślał delikatne rysy twarzy. I uśmiech miała śliczny... Tak bardzo przypominała jej kobietę, którą znała w głównej mierze z tego jedynego zdjęcia.
- To ciebie widziałam wtedy na korytarzu. - Kate bez słowa pokiwała głową. Wciąż była w szoku i nie bardzo wiedziała, co ma z tym faktem zrobić. - Świetnie, dziękuję, możesz usiąść. - Kate powoli opadła z powrotem na krzesło. W jej głowie kotłowało się tysiące myśli na sekundę, a to nie było miłe uczucie. Nie cierpiała go. Poczucia bezradności.
 

 
Początek nauki w liceum był dla mnie prawdziwym koszmarem. Już pierwszego września pożałowałam tego, że dałam się namówić na składanie papierów do tej szkoły. Sama tego chciałam, a właściwie sama się na to zgodziłam. Mogłam złożyć papiery do innej szkoły, ale nagle nie wiadomo dlaczego uwierzyłam zapewnieniom wychowawczyni z poprzedniego sierocińca, że sobie poradzę. Wszyscy zresztą mnie do tego namawiali. I moja wychowawczyni z gimnazjum, i nauczycielka biologii, nawet woźna. Pani Helenka zaczepiła mnie kiedyś w szatni i pociągnęła za rękaw, żebym poszła za nią do jej ciasnego magazynku ze szczotkami.
- Nie daj się dziewczyno, nie daj się życiu! - powiedziała, a ja nie bardzo rozumiałam o co jej chodzi. - Ja też miałam ciężko, tak jak ty. - wyjawiła powód zainteresowania moją osobą. - Ale nie miałam nikogo, kto by mi pomógł i musiałam wrócić do domu, żeby zająć się młodszym rodzeństwem. Ty jesteś mądra, wiec sobie poradzisz! Nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, pamiętaj!
Zapamiętałam. Dziwnym zrządzeniem losu to słowa woźnej pomogły mi podjąć ostateczną decyzję. Złożyłam papiery do najlepszego liceum w mieście i zostałam przyjęta. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ta decyzja pociągnie za sobą mnóstwo wydarzeń, o których wtedy myślałam, że dryfują sobie gdzieś w sferze niespełnionych snów. No bo... W najśmielszych snach bym nie przypuszczała, że wystarczą trzy miesiące, aby moja sytuacja zmieniła się diametralnie.
 

 
Jak tam po Mikołajkach? Bo moje był wręcz idealne. Dostałam głównie książki. W ogromnych ilościach, więc będę miała co czytać aż do Nowego Roku. Oprócz tego w internacie zrobiłyśmy sobie ze współlokatorkami wieczór filmowy, a ja akurat szóstego grudnia odbierałam przyznane mi stypendium, więc działo się sporo. I pyszną kawusię piłam w mojej ulubionej restauracji...

A przechodząc do tegorocznych zdobyczy... Od współlokatorek dostałam mangi. Dwa tomy "Strażnika domu Momochi" i dwa "Lady Detective", a do tego powieść mojego ukochanego autora kryminałów (Jo Nesbo, o czym wszyscy już wiedzą), a konkretnie to drugi tom cyklu z Harry'm Hole (najlepszy śledczy na świecie, ale to też już wszyscy wiedzą), czyli "Karaluchy".

Większa ilością zdjęć nie dysponuję, bo aparat znów nie chciał współpracować (i naprawdę wypadałoby go wymienić na nowszy model), ale zdjęcie książki wrzucałam na Instagrama. Trzeci tom komiksu ze zdjęcia dokupiłam sobie już sama i teraz mam wszystkie tomiki wydane w Polsce. Nie mogę się doczekać, kiedy się za nie zabiorę, bo to jest istna kompilacja wszystkiego co kocham. Wiktoriańska Anglia, śliczna, ale inteligentna główna bohaterka, wciągająca kryminalna fabuła, a to wszystko utrzymane w tonie Sherlocka Holmesa. Nic dodać, nic ująć.

A w domu czekała na mnie dzisiaj paczka z książkami.

Nie spodziewałam się aż takiej ilości, więc było i zdziwienie i przeogromna radość. "Osobliwy dom Pani Peregrine" podczytuję jednej ze współlokatorek, a teraz nareszcie mam własny. A w ogóle to kocham panią Peregrine z adaptacji filmowej, jest fantastyczna. "Beren i Luthien" to chyba nie muszę mówić co to, bo powszechnie wiadomo, że to najpiękniejsza historia miłosna Śródziemia, a jest świeżo po premierze, więc mam ją stosunkowo szybko. Podoba mi się to, że w środku można znaleźć i wersję oryginalną, angielską, i polski przekład. Bo ostatnio odkryłam, że mogę się uczyć języka na tym, co lubię najbardziej (aktualnie męczę biografię Johnny'ego Deppa w oryginale). Z kolei "Lab girl" to biografia Hope Jahren, biolożki, więc kolejna rzecz, którą uwielbiam.

Oprócz tego współlokatorka uszyła mi mini Sherlocka, ale zostawiłam go w internacie, a zdjęciem nie dysponuję, ale pokaże go przy najbliższej okazji. A i dwie tabliczki ulubionej czekolady się trafiły...
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Świetne prezenty dostałaś :D Książki są jednym z najlepszych prezentów i można je dawać i dostawać na każdą okazję :D. Czekam na zdjęcie Mini Sherlocka :P.
  • awatar SugarFirefly: Gratuluję super prezentów :) U mnie też Mikołajki się udały. Może w niedzielę uda mi się wrzucić coś na Pingera :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kate wzięła głęboki wdech, spoglądając na budynek szkoły średniej do której miała chodzić po wakacjach. Mocniej ścisnęła w dłoni pasek torby i zdecydowanym krokiem weszła do środka. Musiała przecież wiedzieć, czy została przyjęta na wymarzony profil, czy musi sobie poszukać innego liceum. Nieśmiało rozglądała się po stosunkowo wąskich korytarzach i dobrze wyposażonych pracowniach. Niepewnie weszła schodami na pierwsze piętro. Listę przyjętych zauważyła od razu. Ponownie odetchnęła, chcąc uspokoić rozszalałe serce i podeszła do tablicy z rozpiską. Przesunęła palcem po liście przyjętych do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Uśmiechnęła się, z ulgą zauważając, że na liście widnieje jej nazwisko. Nie mogąc się powstrzymać, pisnęła z radości, wyrzucając ramiona w górę.
- Zostałaś przyjęta. - dziewczyna odwróciła się gwałtownie, słysząc za plecami kobiecy głos.
- T... Tak. - zająknęła się, widząc, że tuż za nią stoi nauczycielka.
- Biologiczno-chemiczna? - uśmiechnęła się kobieta. - Świetnie. Za dwa tygodnie zobaczymy się na zajęciach. - powiedziała, rzucając dziewczynie ostatnie spojrzenie i odeszła korytarzem. Kate powiodła za nią wzrokiem, nagle się rumieniąc i pędem zbiegła po schodach i wypadła na ulicę. Dowiedziała się wszystkiego, co chciała wiedzieć.