• Wpisów:1488
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:5 dni temu
  • Licznik odwiedzin:320 916 / 2136 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Alice obudziła się gwałtownie. Coś strzeliło jej w szyi.
- Auć! - syknęła, prostując się w fotelu samochodowym. Pomasowała kark, ale ból nie mijał. W jakiej pozycji ona spała? Za oknem było ciemno, więc musiał być środek nocy. Wysunęła rękę spod koca, którym musiał okryć ją Jack, bo wcześniej go nie miała i spojrzała na podświetlaną tarczę zegarka.
- Cześć, skarbie. - odezwał się jej partner, zerkając na nią. - Jak się spało?
- Nie najlepiej. - odpowiedziała Alice i wzięła od niego butelkę wody, z której upiła długi łyk. - Gdzie jesteśmy?
- W drodze do Glasgow. Niedaleko Manchesteru. Nie wiem dokładnie. - Jack westchnął. - Nie powinienem ci mówić. Hunter zabronił. - Alice opowiedziała westchnieniem, znów wyglądając przez okno. - Prawdę mówiąc miałem zamiar niedługo zatrzymać się w jakimś barze. - Alice skinęła głową, choć wcale nie poczuła się lepiej. Może dlatego, że nie mogła sama zdecydować co robić. Może dlatego, że ścigali ją ludzie Mercera. Może dlatego, że nie miała wpływu na działania podejmowane obecnie przez jej kolegów z CIA. No i jeszcze musiała koniecznie... Skorzystać z toalety.
- Dlaczego właściwie pojechałeś ze mną? - spytała, odwracając się ku partnerowi. - Nie tylko dlatego, że polecił ci to Hunter.
- Nie. - odpowiedział Jack, wpatrując się w drogę przed sobą. - Ale to nie najlepszy moment na takie rozmowy. Szykuje się poważna akcja, nie mogłem cię tam zostawić. - Ascott skręcił gwałtownie i zwolnił. Alice wyjrzała przez okno na niewielki budynek. Stało przed nim kilkanaście ciężarówek, autobusów i samochodów, a wielka tablica informowała po prostu: Jedzenie.
Alice odrzuciła koc na tylne siedzenie. Jeśli to jest restauracja, to znaczy, że mają też toalety. A jeśli mają toalety, to znaczy, że rozwiąże przynajmniej jeden ze swoich problemów.
Mimo nocnej pory w barze, nad talerzami z jedzeniem siedziało sporo ludzi. Podczas gdy Jack przeglądał wywieszone na ścianie menu, Alice podeszła do lady, za którą kobieta o nastroszonych włosach i bardzo różowych ustach przyjmowała od kogoś zamówienie.
- Gdzie jest toaleta? - spytała agentka, gdy tamta przeniosła wzrok na nią. Kobieta bardzo powoli zrobiła balon z różowej gumy do żucia.
- Za budynkiem, na lewo. - odpowiedziała, a potem wyjęła ze stojaka na ladzie garść brązowych serwetek. - Przydadzą ci się. Papier się skończył.
- Dzięki. - rzuciła jeszcze Alice, biorąc od niej szorstkie serwetki. Pchnęła szklane drzwi, obeszła budynek i zajrzała do toalety.
Omal nie zemdlała z powodu smrodu, który uderzył ją jak obuch, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi. Nic dziwnego, że skończył im się papier. Cała podłoga była nim zasłana. A także błotem, kilkoma opakowaniami po chusteczkach i brązowymi torebkami.
Toaleta wyglądała, jakby nie sprzątali jej od dziesięciu lat. Alice bez wahania odłożyła trzymane w dłoni serwetki na brzeg umywalki i zawróciła, kierując się z powrotem w stronę baru. Istniały pewne granice.
Jack siedział przy stoliku pod oknem. Uśmiechnął się, gdy do niego dołączyła, stawiając przed nią papierowy kubek z kawą.
- Byłaś w toalecie? - spytał. Alice objęła dłońmi swój kubek, z wahaniem upijając łyk kawy.
- Wytrzymam. - odpowiedziała.
- Zjesz coś? Naleśniki, które zamówił tamten facet pachną obłędnie.
- Dzięki, nie jestem głodna. - kobieta pokręciła głową.
- Chyba żartujesz. Kiedy jadłaś coś ostatnio?
- Czy kawałek sernika w Whiteleys się liczy? - spytała podchwytliwie Alice.
- Oczywiście, że nie. Jak to możliwe, że nie jesteś teraz głodna? - kobieta westchnęła.
- Nie mam pieniędzy, Jack. - odpowiedziała wreszcie.
- Zamów coś. Albo cię tu zostawię. - Alice roześmiała się, choć tak naprawdę wcale nie były jej do śmiechu. - Co weźmiesz?
- Niech będą te naleśniki. - Jack uśmiechnął się do niej.
- Świetnie. - odpowiedział i chwilę potem wstał z miejsca, żeby przy barze złożyć zamówienie.

Alice wyglądała przez okno samochodu, usiłując dojrzeć coś w ciemności. Jechali przez las, nie widziała więc nic oprócz niekończącej się ściany drzew. Mocniej ścisnęła kolana, czując coraz bardziej naglącą potrzebę skorzystania z toalety.
- Ascott? - odezwała się, zerkając na Jacka.
- Racine? - odpowiedział jej z uśmiechem. - Co tam?
- Jak daleko najbliższa stacja benzynowa? - spytała, zmieniając pozycję na wygodniejszą.
- Około sześćdziesięciu mil. Prawie sto kilometrów. - odparł po sprawdzeniu kilku rzeczy w GPSie. Alice westchnęła zrezygnowana, opierając głowę o szybę. Wyprostowała się w fotelu, jednocześnie pochylając wprzód. Wsunęła obie dłonie między zaciśnięte mocno uda. Pozwoliła włosom opaść na twarz, nie chcąc by Jack dostrzegł rumieńce wypływające jej na policzki. Poruszyła się nerwowo, przygryzając dolną wargę.
- Jack... - odezwała się w końcu.
- Już nie "Ascott"? - roześmiał się mężczyzna, spoglądając na nią. - Alice? W porządku?
- Możesz się zatrzymać? - spytała, już bez zbędnego owijania w bawełnę.
- Teraz, tutaj? - upewnił się Jack. Alice gorączkowo pokiwała głową. Mężczyzna najwyraźniej zorientował się w sytuacji, bo zjechał na pobocze, stając na światłach awaryjnych. Alice sięgnęła do pasa bezpieczeństwa, ale drżącymi palcami nie była w stanie sama go rozpiąć. Kiedy ona walczyła rozpaczliwie z pasem, Jack zdążył już wysiąść i obejść samochód. Bez słowa pomógł jej się rozpiąć i podał dłoń, gdy wysiadała z auta. Alice niemal natychmiast rozpięła dżinsy, które zsunęła do pół uda i ukucnęła w drzwiach samochodu. Jack odwrócił wzrok, stając po drugiej stronie otwartych drzwi, a kiedy zaczęła nerwowo przetrząsać kieszenie bluzy w poszukiwaniu chusteczek, również bez słowa podał jej paczkę, którą niemal wyszarpnęła mu z dłoni.
- Dzięki. - odezwała się, doprowadziwszy się do porządku i oddała mu chusteczki, odwracając wzrok.
- Lepiej? - zagadnął Jack, spoglądając na nią. Alice pokiwała głową. - Jedziemy? - odpowiedziała kolejnym skinięciem i wsiadła z powrotem do samochodu, odgarniając włosy z twarzy. - Do Glasgow jeszcze spory kawałek. - powiedział Jack, idąc w jej ślady. - Może powinnaś się przespać. Nie wyglądasz najlepiej.
- To był komplement? - zripostowała kobieta, ale jej partner nie kontynuował ich zwyczajowych słownych przepychanek.
- Nie. - odpowiedział tylko. - Idź spać, Alice.
 

 
Niewiele tego było, a nie chciałam wrzucać niepotrzebnie pojedynczych i luźno wyrwanych z kontekstu fotek, dlatego w sumie czekałam aż trochę się tego nazbiera.

W Croppie na przecenie upolowałam dwie koszulki. Ta z kotem zdecydowanie jedna z moich ulubionych, ta w pandy uroczo urocza.

Z książek "Pył ziemi" i "Czas mumii, czyli serce w bandażach", które już tutaj recenzowałam, ale jeszcze się powtórzę. "Czas mumii..." pochłonęłam niemalże w jedną noc i jest to tak doskonała parodia książek paranormal romace i young adult, że do gustu powinna przypaść każdemu czytelnikowi, z kolei "Pył ziemi" jest jedną z lepszych powieści science-fiction, jakie dane mi było czytać i na pewno wrócę do niej jeszcze nie raz. "Tajemna historia czarownic" to poruszająca opowieść o kobietach z klanu (jakżeby inaczej) oczywiście czarownic. W żeńskiej linii każda (albo prawie każda) z nich jest obdarzona mocą i tylko od niej zależy jak ją wykorzysta. Powieść podzielona jest na księgi, z których każda skupia się na konkretnej kobiecie, a książka to lekka i przyjemna w odbiorze opowieść.

Z filmowych nabytków to trafił w końcu do mnie trzeci sezon "Sherlocka", który już zaczęłam oglądać powtórnie (mam prawie tak samo mocna zajawkę na tym punkcie jak rok temu, kiedy pierwszy raz dla Sherlock (i Johna ^^) przepadłam), a ponadto "Gniew" z Bloomem w roli głównej. Po niesamowitej "Tożsamości zdrajcy" doszłam do wniosku, że karygodnym jest to, że widziałam jedynie niewielki procent filmów z moim kochanym Orlandem i w te wakacje obiecałam to sobie nadrobić, a "Gniew" jest jednym z tych bardziej poruszających (jak mówią recenzje) i bardzo mnie ucieszyło, że mogę mieć go w wersji namacalnej (no bo w Empiku była przecena...). Jeszcze nierozpakowany, w folii (chcę celebrować tę chwilę).

Oprócz tego czekam jeszcze na paczuszkę z moim osobistym liściem z Lorien. Według opinii innych klientów to dobrze wykonana reprodukcja i podobno wygląda jeszcze ładniej niż na zdjęciu (mam nadzieję, że to możliwe). Żałuję tylko, że nigdzie nie mogę znaleźć takiego, który naprawdę miałby w oprawce zielony kamień, ale skoro ta emalia będzie wyglądać identycznie w realu, nie będę miała się w sumie do czego przyczepić. Link; https://allegro.pl/broszka-elfow-lisc-z-lorien-wladca-pierscieni-i7218166707.html
  • awatar SugarFirefly: Trzeci sezon był super (zresztą jak dwa pierwsze). Za to czwarty zupełnie nie pasuje do reszty i coś jest z nim nie tak :/
  • awatar Kate - Writes: @ms moth: Dlaczego zaraz znienawidzę? :D Upodobania są różne.
  • awatar ms moth: Tę w pandy sama bym brała! "Pył Ziemi" już mnie zaciekawił dzięki Twojej recenzji, a teraz tylko się całkowicie przekonałam, że będę musiała przeczytać. Nie przepadam za Władcą Pierścienia (wiem, znienawidzisz mnie za to :D), ale ta broszka jest przepiękna.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Liz szła za Jackiem wąskimi uliczkami, rozglądając się wokół z lekką dozą rozczarowania. Wszędzie wokół widziała piratów chlejących rum, piratów wdających się w bójki, strzelających z pistoletów i naparzających się kordelasami. Osławioną Tortugę wyobrażała sobie nieco inaczej.
- Zaiste, nie wie co to rozkosz, kto nigdy nie oddychał słodkim powietrzem Tortugi. - odezwał się Jack. - Jak sądzisz? - Liz zerknęła na mężczyznę, siedzącego pod ścianą chlewu, wlewającego sobie do ust kolejne kufle trunku, nie zważając na to, że alkohol spływa mu po brodzie aż na pierś.
- Cóż... Na pewno tego nie zapomnę. - odpowiedziała.
- Gdyby wszystkie miejsca były takie jak to, żaden człek nie czułby się niechciany. - Jack kontynuował swój wywód, dopóki nie podłapał spojrzenia rudowłosej kobiety, zbliżającej się do nich. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego, mimo to Sparrow uśmiechnął się.
- Scarlett! - zawołał rozkładając szeroko ramiona, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, został spoliczkowany.
- Nie wiem, czy na to zasłużyłem. - powiedział, zwracając się do Liz i odwrócił się w stronę kolejnej kobiety, tym razem blondynki. - Giselle... - odezwał się.
- Kim ona była? - spytała kobieta. - A ona kim jest? - dodała, skinąwszy na Liz i nie czekając na odpowiedź, również zdzieliła Jacka po policzku. Pirat potrząsnął głową.
- Na to mogłem zasłużyć. - stwierdził. Liz zachichotała.
- Ile już złamałeś kobiecych serc? - spytała.
- Nie liczę tego. - odpowiedział całkiem poważnie Jack. - Chodź. - dodał, chwytając ją za rękę. - I miej się na baczności.

Liz trzymała się blisko Jacka, idąc za nim przez zatłoczoną tawernę. Naokoło niej tłoczyli się piraci, wśród których co i rusz wybuchały bójki, słychać było wrzaski i wystrzały z broni palnej.
- Nie przejmuj się nimi, kochanie. - odezwał się z uśmiechem Jack, siadając razem z Liz przy jedynym wolnym stoliku. - Piwo? Rum?
- Rum. - zdecydowała po chwili namysłu. Nie cierpiała piwa. Znów rozejrzała się po tawernie. Ci, którzy nie zajmowali się akurat bijatyką, rozmawiali, śmiali się, nawet śpiewali proste piosenki.
- Dzięki. - odezwała się kobieta, kiedy Jack postawił przed nią butelkę rumu, a przy swoim miejscu kufel piwa dla siebie. - Zauważyłam pewną prawidłowość. - kontynuowała Liz, biorąc pierwszy łyk trunku. - Wśród mężczyzn cieszysz się tu dużym poważaniem, za to wśród kobiet złą sławą. Mylę się? - pirat uśmiechnął się.
- Jesteś niezwykle spostrzegawcza, kotku. - odpowiedział. Lizzie znów przytknęła butelkę do ust. Nie zamierzała się upijać, ale alkohol zawsze szybko uderzał jej do głowy. Może właśnie dlatego zerwała się z miejsca, gdy tylko usłyszała pierwsze takty znajomej przyśpiewki i bez wahania ruszyła do tańca, wyśpiewując kolejne zwrotki. Chwyciła za rękę Jacka, który kilka razy okręcił ją w tańcu. Obcasami wybijała rytm, aż w końcu, ośmielona wskoczyła na blat jednego ze stołów. Tłum zareagował na jej popis śmiechem i okrzykami aprobaty. Teraz już cała tawerna rozbrzmiewała słowami piosenki. Liz ani na chwilę nie przerywając tańca, odkłoniła się tym, którzy wznosili toasty. Zajęta tańcem nie zauważyła postaci w płaszczu, siedzącej w kącie tawerny z kapeluszem zsuniętym na twarz i kuflem trunku pod ręką, która wyraźnie przypatrywała się jej i Jackowi. Trzeba też przyznać, że nie przyglądała się zbytnio. Tego dnia chciała się po prostu dobrze bawić. Jack uśmiechnął się.
- To mój pierwszy oficer. - odezwał się do pirata, stojącego z jego prawej strony.
- Poszczęściło ci się, Sparrow. - odpowiedział tamten, nawet nie próbując kryć podziwu. Liz wykręciła kolejne piruety ku uciesze tłumu. Zamknęła oczy, dając ujście energii, nagromadzonej podczas ostatnich dni rejsu, a występ zakończyła głośnym tupnięciem.
- Kolejka dla wszystkich! - zawołała, rozkładając szeroko ramiona. Rozradowana gawiedź odpowiedziała jej tak samo głośno i żywiołowo. Kobieta roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu i zeskoczyła ze stołu z powrotem na podłogę, niemal od razu lądując w objęciach Jacka z rozpędu próbując go pocałować. Pirat odsunął się.
- Liz... - odezwał się. Kobieta natychmiast oprzytomniała, przykładając sobie dłoń do ust.
- Przepraszam... - odpowiedziała. Widziała, że starał się powstrzymywać ze względu na nią. I wiedziała, że wcale tego nie chce... Ona tego nie chciała... Mimo to wysunęła się z ramion Jacka, z rozmachem siadając na swoim miejscu przy stole.
- To co teraz? - spytała, upijając kolejny łyk rumu.
- Potrzebujemy... syreny Lizzie. - odpowiedział Jack, wyjmując jej z dłoni butelkę trunku. Zaraz potem poczuł ukłucie na karku, skąd wyjął niewielką strzałkę usypiającą. Z hukiem przewracanego krzesła padł na drewnianą podłogę. Liz zerwała się ze swojego.
- Jack... - wyrwało jej się, gdy klękała przy piracie, nic więcej nie zdążyła jednak ani powiedzieć, ani zrobić, bo sama również poczuła strzałkę, wbijającą jej się w kark. Postać w płaszczu wyszła ze swojego kąta, odejmując od ust dmuchawkę. Uśmiechnęła się. Edward Tatch będzie bardzo zadowolony.
 

 
Katrin podeszła do Legolasa, siedzącego za dużym szarym głazem, dokładnie tam, gdzie ona zamierzała usiąść. Kolana podciągnął pod brodę, kryjąc twarz w zgięciu łokcia i mogłaby przysiąc, że widziała jak drży od szlochu, że usłyszała jego cichy płacz. Odwróciła głowę, słysząc kroki i spojrzała prosto w twarz Aragorna, który stanął obok. Wymienili spojrzenia, rozumiejąc się niemal bez słów i jednocześnie usiedli przy Legolasie - Aragorn z jego prawej strony, ona po lewej. Katrin szukała w głowie odpowiednich słów, co mogła jednak powiedzieć? O co powinna zapytać? Nie powie przecież; "Widzę, że płaczesz. Co się stało?", choć to byłoby najprostsze. Poza tym cokolwiek go dotknęło, to przecież ona i tak nie będzie w stanie mu pomóc. Ze swoim cierpieniem człowiek zawsze jest sam. Nawet gdyby opowiedział komuś wszystko, ze szczegółami, i tak nikt nie przecierpi za niego jego bólu, strachu, wstydu...
- Legolasie... - Aragorn położył dłoń na ramieniu przyjaciela. - Az tak niepokoisz się o losy naszej wyprawy? - spytał, a Katrin była mu bardzo wdzięczna za zadanie tego pytania. - Niepotrzebnie. - kontynuował mężczyzna. - Wierzę, że uda nam się obronić Śródziemie i wszystkich, których kochamy. Razem jesteśmy w stanie tego dokonać. - Katrin uśmiechnęła się delikatnie, podając elfowi swoją chusteczkę. Uniósł głowę i uśmiechnął się do niej z wdzięcznością, zdążyła jednak dojrzeć błyszczącą strużkę łez, dostrzegła także podkrążone oczy i nieuchwytny smutek w spojrzeniu. Legolas bez słowa oparł głowę o ramię siedzącego przy nim Aragorna, a tamten objął go delikatnie. Katrin zmarkotniała.
"Legolas, co się dzieje? Powiesz mi?" przemknęło jej przez głowę, nie odezwała się jednak ani słowem. Przytuliła się do ukochanego, zamykając oczy. Siedzieli tak we trójkę, nagle uznając, że wszyscy potrzebowali chwili spędzonej w objęciach przyjaciela.
  • awatar Hanukka: Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie i zaakceptować płaczącego Legolasa. Jakoś nie pasuje mu to :p Też jestem fanką Śródziemia i Sapkowskiego, pozdrawiam ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na nowy rysunek długo wam czekać nie karzę, bo dzisiaj spod mojej ręki wyszedł Boromir (w jednej z ostatnich chwil swojego życia). Przyznam szczerze, że kiedyś za nim nie przepadałam, mogę powiedzieć, że wręcz go nie lubiłam. Wydawał mi się człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, tak w swoim mniemaniu niezwykłym, przekonanym o własnej wielkości, że niechęć do niego przesłoniła mi wszelkie jego zalety, których jednak trochę ma (w chwili obecnej uważam, że to wielce szlachetny i prawy człowiek). Nie jego wina w końcu, że Pierścień nim zawładnął.

Będę nieskromna, jeśli powiem, że kocham jego twarz? Wyszła mi fantastycznie. Jest do siebie tak podobny, że niemal wygląda jak prawdziwy (jeżeli ktoś ma inne zdanie, jego sprawa).
 

 
Katrin siedziała na końskim grzbiecie tuż za Legolasem, mocno przytulona do ukochanego, którego mocno ściskała w pasie. Kryła twarz w jego płaszczu, a po policzkach spływały jej strużki łez. Dziewczyna zaszlochała cichutko, wtulając się w elfa jeszcze mocniej.
- Jeszcze troszeczkę, Katrin... - odezwał się Legolas ze swego miejsca. Dziewczyna odpowiedziała mu cichutkim jękiem. Lewy bark pulsował jej potwornym bólem, a świadomość, że wciąż tkwi w nim grot strzały, którą została postrzelona, a którą Legolas ułamał tuż przy ranie, wcale jej nie pomagała.

W Rivendell już na nich czekali i ranioną Katrin od razu się zajęto. Siedziała przy niej teraz jedna z uzdrowicielek, podczas gdy Legolas tłumaczył Elrondowi co się stało. Że trafili na patrol orków, wzięci z zaskoczenia próbowali się bronić i jak to się skończyło.
- Legolas... - odezwała się Katrin przez łzy, w dalszym ciągu nie pozwalając wyciągnąć strzały z ciała. Elf niemal natychmiast znalazł się przy niej i wziął za rękę. - Zo... Zostaw.. - powiedziała, gdy elfka znów musnęła palcami okolice rany.
- Katrin, pozwól jej. - odezwał się Legolas. Katrin wrzasnęła z bólu, gdy tamta wyszarpnęła grot strzały z jej ciała i od razu poczuła strużkę krwi, spływającą jej po łopatce. Po policzkach znów poleciały jej łzy. Legolas objął ją delikatnie, gdy położyła mu głowę na ramieniu. Elfka w tym czasie robiła opatrunek.
- No już... - wyszeptał elf, kojąco gładząc ją po plecach. - Wszystko w porządku? Dobrze z tobą? Nie płacz. - Legolas uśmiechnął się, choć niewyraźnie. - Nie jest aż tak źle. Mogło być o wiele gorzej. - Katrin pociągnęła nosem, spoglądając mu w oczy.
- Przepraszam... - zaszlochała. - Gdyby mnie tam nie było...
- To dobrze, że tam byłaś. - przerwał jej Legolas. - Gdyby nie to, że cię postrzelono, jedlibyśmy na kolację resztki suchego prowiantu, a nie ciepły posiłek przygotowany przez elfki z Rivendell. - powiedział i zaraz potem roześmiał się, gdy Katrin trzepnęła go po głowie, wykrzykując przy tym losowe elfickie zwroty. Elrond stojący w drzwiach komnaty również się zaśmiał, nie mogąc się powstrzymać. Tych dwoje zaiste nie wiedziało, co to troski.
 

 
Słuchałam ostatnio "Perfect" Eda Sheerana (swoją drogą jedna z moich ulubionych) oraz dogłębnie oglądałam ten teledysk po kilka razy i pomyślałam sobie, że skoro Ed może pisać piosenki dla swojej dziewczyny (i w przenośni i dosłownie, ale to długa historia) to dlaczego nie wrobić w podobny manewr naszego elfiego książątka z uszami w szpic... Soundtrack; https://youtu.be/2Vv-BfVoq4g

Katrin zbiegła po schodach, starając się nie nadepnąć na zwiewną białą suknię i uśmiechnęła się, widząc narzeczonego na werandzie domu Elronda, wpatrzonego daleko w Eregion z łokciami podpartymi na balustradzie. Dziewczyna wygładziła materiał spódnicy i poprawiła włosy spięte spinką w kształcie zielonego liścia, którą od niego dostała. Dziś było Święto Światła Gwiazd. To właśnie w przeddzień tego święta oświadczył jej się po raz pierwszy i nie wiedzieć kiedy stało się ono dla nich tym bardziej ważne.
- Mae govennen... - odezwała się, podchodząc do Legolasa i posłała mu promienny uśmiech, kiedy objął ją ramieniem.
- Mae govennen, kochanie. - odpowiedział, całując ją w policzek. - Prześlicznie wyglądasz. - szepnął, zbliżając usta do jej ucha.
- Dziękuję. - odpowiedziała również szeptem, rumieniąc się delikatnie.
- Przepraszam, że przeszkadzam.... - odezwał się Lindir - sługa Elronda, zachodząc ich od tyłu. - Jest poczta. - Legolas bez słowa, wziął od niego kopertę, od razu rozpoznając, że list pisał Gimli. Katrin zerknęła na tacę w ręku służącego, na której leżało jeszcze kilka kopert, w tym jedna niewielka i adresowana pochyłym pismem.
- Lindir, zaczekaj! - zawołała dziewczyna, podbiegając do oddalającego się elfa i wzięła w dłoń list, który przykuł jej uwagę. Na kopercie widniało jej imię, a krótki liścik niewątpliwie był pisany ręką Legolasa. Katrin przebiegła wzrokiem jego treść i podniosła wzrok na ukochanego, nagle nie wiedząc co powiedzieć.
- Miałaś to dostać później. - uśmiechnął się Legolas.
- Zaśpiewasz mi? - poprosiła Katrin. Elf skinął głową.

Katrin siedziała na balustradzie tarasu, w zapadających ciemnościach wsłuchując się w głos ukochanego, nucącego piosenkę, którą specjalnie dla niej ułożył. Patrzyła na niego ze zdumieniem, gdy w odpowiednim momencie uklęknął i wyciągnął ku niej dłoń, a ona ujęła ją i pozwoliła poprowadzić się w tańcu. Z uśmiechem oparła głowę na jego ramieniu, mocno go obejmując. Legolas uśmiechnął się, dźwięcznie kończąc śpiew i zamknął oczy, przytulając ją do siebie. Mieli dla siebie jeszcze calutką noc...
 

 
Ostatnio sporo rysowałam, a efekty pracy oczywiście wypadałoby zaprezentować. Ponieważ nie pamiętam, kiedy ostatnio rysowałam chibi, dzisiaj machnęłam Aragorna i Legolasa (gdybym łączyła ze sobą w pary postaci Tolkiena, to oni byliby parą idealną), no i tak jakoś wyszło, że Legolas zasnął sobie przytulony do przyjaciela (wydało mi się to takie urocze) i to jeszcze z kołczanem w objęciach.

Oprócz tego od dawna siedziało mi w głowie, żeby narysować to urwisko i elfów na zwiadzie. Śmiem twierdzić, że wyszło całkiem spoko i nie musiałam spędzić nad nim aż tyle czasu, ile zakładałam, że będę na ten obrazek potrzebować. No i poniekąd ilustracja do "Historii naturalnej smoków", bo młoda Limmaniel w górach (ile ja się musiałam namachać przy tym ołówkiem... A cieniowanie to była istna masakra...) i chyba z tego rysunku najbardziej jestem zadowolona.

Za jakiś czas postaram się pokazać wam coś jeszcze, bo od jakiegoś czasu marzy mi się narysowanie takiego majestatycznego Thorina na tle Ereboru. Nie wiem tylko, czy podołam. Na dzisiaj to wszystko.(Proszę mnie chwalić i motywować, już można...)
 

 
Lizzie uniosła głowę, mrużąc oczy w ostrym słońcu. Osłoniła twarz dłonią. Słońce świeciło mocno, a morze było spokojne. Kobieta przyłożyła dłoń do miejsca, w które została uderzona podczas sztormu, pod palcami wyczuwając sporą wypukłość. Musiała stracić przytomność. Rozejrzała się dookoła, wciąż nieco zamroczona. Dryfowała na grubej desce, którą natychmiast rozpoznała. Jęknęła cicho. Miała nadzieję, że Perła nie odniosła strat poważniejszych, niż utrata masztu głównego. A skoro już o Czarnej Perle była mowa... To gdzie się podział okręt? Jeszcze raz powiodła spojrzeniem wokół, przez spieczone wargi z trudem łapiąc powietrze. Otaczał ją tylko ogrom oceanu.
- Jack...? - wyszeptała ochryple. - Will... - dodała zaraz potem. Oczy zamknęły jej się, gdy tylko położyła głowę na desce.

- Człowiek za burtą! - zawołał pan Gibbs i załoga natychmiast zakrzątnęła się do roboty. Jack Sparrow przechylił się przez burtę, patrząc na młodą kobietę unoszącą się na falach, a potem podał jej rękę, pomagając wejść na pokład. Liz Harrington wsparła się na nim, nie mogąc ustać na nogach. Czuła jak słońce pali jej twarz, jednocześnie cała od piersi w dół była mokra. Z ulgą przyjęła fakt, że ktoś podał jej kubek z wodą. wypiła życiodajny płyn w kilku łykach.
- Co... się właściwie stało? - spytała Liz wciąż oparta na Jacku.
- Mieliśmy sztorm. - odpowiedział pan Gibbs, stając obok. - Wypadłaś za burtę. - Liz spojrzała na niego. Tak, tyle pamiętała.
- To było istne zrządzenie losu, że cię znaleźliśmy. - dodał Jack. - Myśleliśmy, że już po tobie, ale ciebie nie da się tak łatwo pozbyć, panno Harrington. - pirat uśmiechnął się.
- Szukaliśmy cię przez trzy dni. - odezwał się znowu Gibbs. - Niektórzy uważali, że to bezcelowe. Ocean jest niezmierzony.
- Trzy dni? - powtórzyła Liz. Aż tyle czasu dryfowała na tej desce bez przytomności? Powiodła wzrokiem po pokładzie. Maszt był strzaskany, żagiel w strzępach, prawa burta poszła w drzazgi.
- No ale... To co teraz zrobimy? - spytała, stając pewnie na nogach.
- Obierzemy kurs na Tortugę. - odpowiedział Jack, a widząc niedowierzanie na twarzy Liz, kontynuował. - Powiem ci coś, co lata temu usłyszał ode mnie młody panicz Turner. Liczą się dwie zasady. Co człowiek może zrobić, a czego nie może.
- Jack, nie mamy głównego masztu...
- A ty możesz uwierzyć w to, że dopłyniemy na Tortguę, albo nie możesz. - przerwał jej kapitan.
- Tortuga? - powtórzyła kobieta niepewnie.
- Tortuga. - odpowiedział jej z uśmiechem pirat.
Perła dzielnie sobie radziła, choć pozbawiona głównego masztu i żagla, potrzebowała wspomagania ręcznego. Na Tortudze mieli nadzieję uzupełnić zapasy żywności i słodkiej wody, a także płótna żaglowego. Pogoda była słoneczna, wiatr sprzyjał. Przy utrzymujących się warunkach i prędkości dziesięciu węzłów dotarcie na Tortugę wydawało się dziecinną igraszką. Liz zaczęła pełnić funkcję pierwszego oficera na statku, zarówno z polecenia Jacka, jak i wyboru załogi. Pozostali naturalnie zaakceptowali jej przywództwo. Żyli wedle swoich możliwości. Zniesiona została własność prywatna - dzielono wszystkie trudy i niewygody po równo. I codziennie wypatrywano lądu na horyzoncie.
Liz wpatrywała się w poświatę zachodzącego słońce, opierając łokcie na burcie.Według wszelkich wyliczeń i ustaleń jutro mili zobaczyć brzeg, czego wszyscy wyczekiwali. Kobieta odwróciła głowę, widząc kątem oka podchodzącego do niej Jacka. Pirat stanął obok niej, uśmiechając się.
- Czy mogę spytać... - odezwał się. - Nad czym rozmyślasz w tej swojej ślicznej główce?
- Zastanawiam się, czy słusznie wybrałeś mnie pierwszym oficerem.
- Czyli masz takie wrażenie... Że stoisz na krawędzi i chcesz skoczyć?
- Tak, wspaniale to podsumo... Co?! Nie! - Liz spojrzała na Jacka. - Chodzi mi o to... Że załoga chyba nie do końca jest zachwycona moim przywództwem.
- Wykonują twoje polecenia bez szemrania. Wiec w czym problem? - Liz westchnęła, kryjąc twarz w dłoniach.
- Nagle wszystko się pokomplikowało. - powiedziała.
- Nie, to ty patrzysz na to w ten sposób. Zmień sposób myślenia, a wszystko stanie się łatwiejsze. Perspektywa na życie to patrzenie na nie przez pustą butelkę po rumie.
- Czy ty właśnie udzielasz mi rad? Nigdy wcześniej tego nie robiłeś.
- Jedyna rada jaką ci dam to ta, że nie powinno się słuchać moich rad. - powiedział jeszcze Jack, zbiegając z mostku. Liz odprowadziła go wzrokiem.
- Dlaczego tak ciężko mi cię zrozumieć, Jack? - szepnęła, odgarniając włosy z twarzy, a zaraz potem odwróciła głowę, słysząc swoje imię. Pan Gibbs wołał ją do kolacji.
- Lizzie, panie mają pierwszeństwo! - dodał jeszcze. Liz uśmiechnęła się.
- Idę! - odkrzyknęła, zbiegając po schodach.
 

 
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - odezwał się Jack, obserwując Alice, wrzucającą do torebki klucze i portfel. - Polują na ciebie, a ty beztrosko wychodzisz na zakupy?
- Będę tam z Emily. - odpowiedziała Alice. - Ona nie uważa, żeby coś miało mi się stać w centrum handlowym pełnym ludzi. Ja uważam, że ma rację. - Ascott pokręcił głową.
- Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił. - nakazał jej.
- Postaram się. - uśmiechnęła się Alice. - Przyjedziesz po mnie o siódmej? Nie mogę sama wracać do domu. - dodała. Jack spojrzał na nią, od razu domyślając się, że to właśnie o to chodziło jego partnerce od samego początku.
- Przyjadę. - odpowiedział skinąwszy głową.
- Świetnie. Baw się dobrze. - rzuciła jeszcze Alice, wychodząc z mieszkania.
Centrum handlowe Whiteleys było ulubionym miejscem spotkań Alice i Emily, mieściła się tam również ich ulubiona kawiarnia, gdzie od czasu do czasu lubiły zjeść coś słodkiego i wypić kawę, chociaż Emily już dawno wspominała o przejściu na dietę. W zaistniałej sytuacji stwierdziła jednak, że obie (a zwłaszcza Alice) potrzebują teraz pysznego sernika i latte, a jej przyjaciółka chętnie na tę propozycję przystała.
Włóczyły się teraz bez celu po sklepach, oglądając ubrania i buty. Alice obrzucała wzrokiem sukienki ze sklepu Marksa & Spencera. Sama nigdy nie założyłaby podobnego ubrania, ale Emily czasem lubiła zostawiać u nich całą wypłatę, podobnie jak w sklepach Zara.
Kobieta odwiesiła oglądana sukienkę z powrotem na wieszak, dyskretnie przyglądając się mężczyźnie kręcącemu się po sklepie.
- Emily... - odezwała się, nachylając się do przyjaciółki. - Czy ten mężczyzna nie wydaje ci się znajomy? Dam sobie głowę uciąć, że już go widziałam. - agentka MI5 przyjrzała się młodemu mężczyźnie w luźnym swetrze i okularach przeciwsłonecznych, wskazanego przez Alice.
- Nie wydaje mi się. - odpowiedziała. - Pewnie przyszedł po prostu po prezent dla żony. Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz, Alice. Przestań wszędzie widzieć zagrożenie. - dodała, odchodząc w inną część sklepu. Alice nie mogła jednak oderwać wzroku od podejrzanego i wkrótce jej złe przeczucia się sprawdziły. Tamten rozejrzawszy się dyskretnie wokół, wyjął z kieszeni niewielki przedmiot, który po chwili przymocował do ściany sklepu. Alice odetchnęła głębiej, rozpoznając w urządzeniu zdalnie detonowaną bombę.
- Chryste... - westchnęła. - Emily! - zawołała zaraz potem, rzucając się ku przyjaciółce. - Trzeba ewakuować cały budynek. - kobieta wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, starając się wytłumaczyć przyjaciółce, co przed chwilą zobaczyła. Emily niemal od razu rzuciła się do działania.
Whiteleys zostało postawione w stan najwyższej gotowości. Człowiek Mercera zaklął pod nosem, widząc ludzi z wrzaskiem opuszczających sklepy. Sam również pospieszył ku drzwiom obrotowym po drodze mijając Alice Racine tłumaczącą coś gorączkowo ochronie. Dobrze. Zależało mu, żeby zatrzymać w środku właśnie ją. To ona miała dziś zginąć. Starając się nie wzbudzać podejrzeń, przebiegł na drugą stronę ulicy i dopiero wtedy wyjął z kieszeni pilota. Czekał. Guzik detonatora wcisnął dopiero wtedy, gdy zobaczył w drzwiach centrum swoją ofiarę.
Siła wybuchu ogłuszyła Alice i odrzuciła ją w tył. Kobieta z jękiem wylądowała na betonie, ale choć czuła, że wszystko ją boli, spróbowała się podnieść na łokciu. Whiteleys stało w ogniu, ludzie krzyczeli i płakali, niektórzy potrzebowali opieki medycznej.
Podwładny Mercera zaklął. Nie mógł uwierzyć w to, jakiego ma pecha. Eksplozja rozwaliła cały budynek, a tej dziwce nic się nie stało. Nawet paznokcia sobie nie złamała. Szef nie będzie z niego zadowolony, chyba że... Mężczyzna powoli wyciągnął zza paska pistolet.
Alice skuliła się odruchowo, słysząc wystrzał. Tuż przy jej uchu śmignęła kula, wbijając się w słup latarni. Natychmiast rozejrzała się, szukając wzrokiem kogoś, kto mógł strzelić. Zobaczyła go. Spojrzała mu w oczy, jednocześnie sięgając ręką do tyłu po własną broń. Mężczyzna dopiero po chwili zrozumiał, co agentka chce zrobić i nie troszcząc się o chowanie broni, rzucił się do ucieczki. Usłyszał jeden wystrzał i wrzasnął, padając na kolana. Palce przycisnął do łydki, która zaczęła krwawić. Z trudem doczołgał się do stojącego niedaleko samochodu.
- Jedź! - rzucił do kierowcy. Czarne BMW z piskiem opon ruszyło z miejsca. Postrzelony przyłożył do ucha komórkę, wybrawszy numer zleceniodawcy.
- Szefie... Racine żyje. - odezwał się, usłyszawszy w słuchawce Mercera.
- Na pewno? - spytał tamten. Mężczyzna nerwowo pokiwał głową i potwierdził. - Idiota! - usłyszał jeszcze w odpowiedzi zanim rozległ się dźwięk przerywanego połączenia.

Jack Ascott zaparkował na wprost Whiteleys, a widząc dymiące szczątki centrum handlowego i Alice w otoczeniu antyterrorystów, rozmawiającą z Bobem Hunterem, przeklął głośno, waląc dłońmi w kierownicę i wypadł na zewnątrz.
- Co tu się stało? - zapytał bez zbędnego owijania w bawełnę, przerywając rozmowę funkcjonariuszki z przełożonym ze stanów Zjednoczonych.
- Człowiek Mercera porozkładał na terenie obiektu bomby detonowane zdalnie pilotem. - odpowiedziała Emily, przyłączając się do dyskusji. - Alice go rozpoznała. Udało jej się go nawet postrzelić.
- Dlaczego akurat Whiteleys? - Jack zadał kolejne pytanie. - Przecież mogłaś, kurwa, zginąć! - krzyknął, zwracając się do Alice. - Dlaczego ja w ogóle pozwoliłem ci wyjść z mieszkania? Miałem cię chronić! - Jack odgarnął włosy z twarzy i wziął się pod boki.
- Najpierw należy sobie postawić pytanie, skąd wiedzieli, że to właśnie dzisiaj będziemy razem na zakupach. - odezwała się Alice, spoglądając na Emily. Kobieta pokręciła głową.
- Nie wiem. Podsłuch w telefonie? Jakiś chip namierzający?
- Albo dobrze przeszkolony obserwator. - Alice złożyła ręce na piersi.
- Co by to nie było, obejmujemy cię programem ochrony świadków dopóki to wszystko się nie wyjaśni. - Hunter podał jej plik dokumentów spiętych gumką. - Do czasu rozwiązania sprawy przyjmiesz nazwisko Noomi Rapace. Ascott zabierze cię w bezpieczne miejsce. Mogę na ciebie liczyć, Jack?
- Oczywiście. - odpowiedział tamten. - Nie zostawię jej teraz, to... Moja partnerka.
- Podobasz mi się. - uśmiechnął się Hunter. - Masz samochód, jedźcie natychmiast. Alice... Nie chcę cię tu widzieć, dopóki sam cię nie wezwę. Parę dni pewnie zabawię w londyńskiej placówce, bo MI5 sobie nie radzi. - Emily wykrzywiła się w odpowiedzi na jawną obelgę.
Alice posłusznie wsiadła za Jackiem do samochodu.
- Mam rozumieć, że nie wracamy do mojego mieszkania? - spytała.
- Hunter zabronił. - odpowiedział krótko Jack, wklepując w GPS współrzędne, które podał mu szef.
- Potrzebuję jakichś ubrań, bielizny na zmianę...
- Kupisz po drodze. - przerwał jej partner, zawracając na całej szerokości ulicy.
 

 
XXIV wiek. Ziemia umiera. W przestrzeń kosmiczną zostaje wystrzelony Yggdrasil, statek pokoleniowy, który ma zapewnić przetrwanie gatunkowi ludzkiemu. Ponad siedemset lat później na Ziemię wraca para ludzi, trochę zmodyfikowanych i podrasowanych, czyli ludzi nieśmiertelnych, potrafiących leczyć się w bardzo szybkim tempie i tak dalej, i tak dalej... Zostają oni przysłani z powrotem z misją, mającą na celu odnalezienie Biblioteki Snów. Od tego zadania zależy bowiem los wszystkich osób znajdujących się na statku.

I wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie okazało się, że na Ziemi życie jednak przetrwało, wciąż jest zamieszkana, a tymi mieszkańcami okazują się... Ludzie. Ludzie, którym udało się przeżyć to do jakiego stanu została doprowadzona planeta pod kątem ekologicznym chociażby. Otóż dwójka głównych bohaterów ląduje na Ziemi, wyłącza to, co nazywają filtrami (taki patent dzięki któremu np. nie czują bólu, nie odbierają bodźców zewnętrznych, ale głownie przez to są nieśmiertelni) i z miejsca zaczynają na nowo żyć. Można wręcz powiedzieć, że na nowo się rodzą i obserwują jak bardzo ich dotychczasowe życie (a oboje liczą sobie po około sto sześćdziesiąt lat) było różne od tego z czym spotykają się już na początku pobytu na błękitnej planecie.

Podczas swej wędrówki Lilo i Rez spotykają się z prymitywnym plemieniem, którego członkowie dawno zapomnieli o dobrodziejstwach techniki. Układają się z samozwańczym lordem władającym wiernie odtworzoną kopią wiktoriańskiego Londynu, którego największą bolączką są morderstwa prostytutek oraz zbyt wysoki poziom edukacji wśród plebsu. Odwiedzają też Aurorę, miasta, gdzie barwy następnego zachodu słońca wybiera się w drodze głosowania (i nie jest to żaden spoiler, bo tak głosi opis tej książki). A gdzieś na końcu ich drogi ukryta jest prawda o powstaniu Yggdrasil, o ich pochodzeniu i o tym (spoiler) dlaczego kapitan statku jest w tej powieści "tym złym".

Ta powieść to wybuchowa mieszanka humoru, science-fiction, zwariowanego, absurdalnego klimatu, treściwości i zwrotów akcji. Czy wy rozumiecie jakim objawieniem jest dla mnie ta książka? O niej nie da się opowiedzieć, ją trzeba po prostu przeczytać, bo zmienia pogląd na wiele spraw, a także na inne powieści ze swego gatunku. Każdy rozdział zwraca uwagę na coś zupełnie innego. Nie ma przestojów. Kiedy kończy się jeden rozdział, kolejny zaczyna się w zupełnie innym momencie, mimo, że to wciąż ta sama historia. Nie ma tam żadnych rzeczy wciskanych na siłę, które niczego nie wnoszą do fabuły (a parę takich książek było), nie ma rzeczy nieważnych. Kiedy trafiamy na gwiazdki w trakcie rozdziału... Cóż... Sami musimy się domyślić co się działo w międzyczasie, bo autor tego nie napisał, bo nie musiał. Ta książka to akcja, akcja i jeszcze raz akcja, a sama powieść jest tak porywająca, że ciężko się od niej oderwać.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to powieść dla każdego. Może ona być trudna w odbiorze, może nie aż tak, jakby się z kimś w szachy grało, ale jest to coś co wymaga refleksji, nad pewnymi wątkami trzeba się dłużej zastanowić, jednak czyta się ją bardzo szybko. Trochę od czytelnika wymaga zrozumienie pewnych powiązań i tego co tam się tak naprawdę dzieje. Jednocześnie jest to podróż po świecie "post-apokaliptycznym", podróż nie tyle wstrząsająca, co jednocześnie pasjonująca. Jest to książka do której na pewno jeszcze wrócę. Może nie odkryję w niej drugiego dna (Władca Pierścieni się kłania), ale będzie to dla mnie czysta przyjemność i chwila przeznaczona na refleksje. Polecam niesamowicie.
 

 
Balian ochlapał twarz wodą i westchnął, przecierając oczy. Mięśnie rwały po walkach skończonych ledwie godzinę temu, ale miał czyste sumienie. Jego ludzie byli bezpieczni. Tuż nad nim stanął Gwidon z Lusignan, były król Jerozolimy.
- Rycerz bez skazy... - odezwał się, plując jadem i pchnął Baliana rękojeścią jego własnego miecza. - Za takiego się uważasz? - tamten nie odpowiedział. Wyszarpnął mu jedynie z dłoni swój miecz i wspierając się na nim, wstał. Gwidon uderzył w jego ostrze, chcąc sprowokować Baliana do walki. Tamten chwycił miecz w dłoń.
- Świadczą o nas nasze czyny. - odpowiedział, trzymając Gwidona na odległość ostrza. Tamten spróbował zaatakować, zadając cięcie w brzuch, ale zaraz spotkał się z szybką paradą.
Oboje niemal zatańczyli na niewielkim placyku. Pomiędzy kamiennymi budynkami poniósł się szczęk ostrza uderzającego o ostrze. Wyprowadzony z równowagi król odrzucił nóż, który ściskał w drugiej dłoni, uderzając Baliana w twarz. Tamten z krzykiem padł na ziemię, uderzając o beczki z wodą pitną, ustawione pod jednym z domostw, zaraz też zerwał się z bruku i na odlew zamachnął mieczem. Gwidon jednak pchnął go na ścianę kolejnego budynku i zamachnął mieczem na jego głowę, przed czym Balian zręcznie się uchylił. Siekł z góry, bardziej agresywnie niż wcześniej, jego przeciwnik jednak dosięgnął ostrzem przedramion Baliana. Dłonie zalała mu ciepła krew. Nie wypuścił jednak miecza. Kopnięciem posłał Gwidona na stertę wiklinowych koszy, tamten jednak wciąż uparcie się bronił. Rzucił się na Baliana z pięściami, a młody rycerz - choć nie bez trudu - odepchnął go. Uderzał po twarzy i Gwidon zatrzymał się, ocierając górną wargę z krwi, cieknącej mu z nosa. Zaraz też zamachnął się mieczem na pierś młodego rycerza, a tamtemu znów udało się uchylić, król dosięgnął jednak jego ramienia. Tym razem ciął z dołu, sprawiając, że młodszy i sprawniejszy od niego Balian stracił równowagę. Rycerz odpowiedział mu jednak kolejną paradę i Gwidon wrzasnął, chwytając się za niemal oderżnięty nadgarstek.
Podniósł wzrok na przeciwnika, stojącego na wprost niego z ostrzem uniesionym nad głowę. Balian ciął znowu, przez pierś, dosięgając Gwidona i wytrącając mu miecz z ręki. Znów uniósł ostrze, cały jednak drżał. Adrenalina krążyła w żyłach, przyspieszony miał także oddech. Gwidon spojrzał na niego.
- Zrób to. - odezwał się. Balian pokręcił głową, opuszczając gardę.
- kiedy powstaniesz, jeśli zdołasz... - zaczął. - Powstań rycerzem. - dokończył odchodząc z miejsca walki.
 

 
Powyżej luźna wariacja na temat jednej z moich ulubionych scen z "Królestwa Niebieskiego", w duchu rycerskości i honoru (co mi przypomniało, że muszę w końcu się wziąć za Trylogię Arturiańską). Tak, znowu oglądałam ten film... Nie, nie potrzebuje lekarza, wszystko ze mną w porządku. O ile można to tak nazwać (są jakieś standardy?)

A w ogóle to jakoś tak w poniedziałek będąc z koleżanką na rajdzie po galerii, zorientowałam się, że sprzedaje u nas elfka. Przez chwilę miałam zagwozdkę o co właściwie chodzi i patrzyłam się w nią jak w obrazek, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że to w sumie zupełnie normalne. Jezu, te jej uszy! No, ale przecież nie podeszłabym z pytaniem czy są prawdziwe, bo spuściłaby mnie na drzewo. No i jestem fanką kolesia, który niedawno zaczął sprzedawać u mnie w Empiku. Gościu jest fantastyczny. Ostatnio jak odbierałam paczkę to życzył miłej lektury (niby nic nadzwyczajnego, ale jeszcze nigdy żaden sprzedawca mi podobnym tekstem nie zarzucił), a jak wczoraj kupowałam trzeci sezon "Sherlock'a" na DVD to zaczął ze mną rozmawiać o odcinku specjalnym z upiorną panną młodą i gdyby nie to, że za mną się zaczęła ustawiać kolejka, to jeszcze byśmy sobie pogadali. Niemniej facet jest fantastyczny.

Już pomijam fakt, że te wakacje są wyjątkowo deszczowe (chociaż w sumie wolę nic nie mówić, bo od prawie czterech dni mam swój upragniony upał), ale ubolewam na tym, że niepłodne w opowiadania. Powinnam mieć już co najmniej prawie połowę rozdziałów z piratami i stosik one-shotów, a "Tożsamość wroga" stanęła na trzecim rozdziale i nie mogę się zdobyć na to, żeby w końcu wprowadzić do niego te poprawki. Że już nie wspomnę o tej przebrzydłej "Teorii szczęścia", która się ciągnie w nieskończoność (jeszcze sześć rozdziałów do wrzucenia) i powoli zaczynam nienawidzić to opowiadanie. Oj, będę musiała sobie zrobić przerwę od tego uniwersum...
 

 
- Wciąż uważam, że to drobna przesada, Emily. - odezwała się Alice, odprowadzając przyjaciółkę do drzwi mieszkania.
- W twojej sytuacji warto zachować wzmożone środki bezpieczeństwa. - odpowiedziała kobieta, zakładając płaszcz.
- Przytulne masz to mieszkanko. - odezwał się z uśmiechem Jack, dołączając do nich w korytarzu. - Prawdopodobnie będę spać na kanapie? - Emily uśmiechnęła się.
- Powodzenia, Alice. - powiedziała, otwierając drzwi wejściowe. - Pogonię techników z MI5 i do jutra będziemy wiedzieli z jakiej broni do ciebie strzelano. Trzymaj się. - Alice posłała jej ostatnie spojrzenie i odwróciła się do swojego partnera, składając ramiona na piersi.
- Nie zrozum mnie źle, ale nie prosiłam się o to. - powiedziała.
- Wiem. - odpowiedział jej Ascott. - Wolałabyś pewnie, żebym teraz siedział u siebie i oglądał w telewizji mecz futbolu, albo robił coś równie nudnego, ale Alice... Nie tylko Romley chce cię chronić. Ja sam również. - Racine spojrzała na niego, uśmiechając się lekko.
- Zwolnię ci jedną szufladę. - powiedziała w końcu. - Tylko jedną. - dodała zaraz. Jack wzruszył ramionami.
- Dobre i to. - odpowiedział. - Głodna? - Alice spojrzała na niego, gdy wyciągał z kieszeni pomiętą ulotkę pizzerii. - Pepperoni i Hawajska?

- Najadłeś się? - spytała Alice, siadając obok Jacka na łóżku i sama wzięła z pudełka ostatni kawałek pizzy.
- Hej! - zaprotestował Ascott. - Ten miał być mój. - powiedział, ale nie dodał nic więcej, kiedy kobieta położyła na łóżku komputer z logo CIA na klapce.
- Zwinęłaś przełożonym laptopa? - Jack spojrzał jej przez ramię. - Kurczę... Jesteś jeszcze lepsza ode mnie w te klocki.
- Mam wstępne ustalenia. - Alice zignorowała jego ironiczne wypowiedzi. - Amunicja 300 Win Mag, Karabin snajperski AT3008C z tłumikiem. Broń produkowana na zamówienie. - Jack obrzucił spojrzeniem dane i zdjęcia na ekranie komputera.
- Ktokolwiek chce cię załatwić, jest zawodowcem. - stwierdził.
- To ma być komplement? Byłoby głupio zginąć z rąk amatora. - Ascott uśmiechnął się. - Obdzwonię składy broni, których producenci mają umowy na ten model. - dodała kobieta, podnosząc się z łóżka.
- Już po godzinach pracy! - zawołał za nią Jack. - Nie możemy porobić razem czegoś ciekawszego? - Alice zatrzymała się w drzwiach pokoju i odwróciła ku niemu.
- Robota w CIA to praca dwadzieścia cztery na siedem. Nie zapominaj o tym.

- Co z naszym małym ptaszkiem z Londynu? - zapytał Mercer, stając obok jednego ze swoich podwładnych, zapatrzonego w ekran laptopa. - Poczekaj, nie odpowiadaj. - dodał zaraz, gestem nakazując mu milczenie. - Panna Racine cieszy się dobrym zdrowiem. Mam dość twojej niezręczności. Ilya Pavel Kazak. Były agent KGB, który nie potrafi załatwić głupiej baby.
- A ja mam cię w dupie! - odkrzyknął Ilya, zrywając z uszu słuchawki. - Ja obrabiam banki, nie zajmuję się brudną robotą! - Mercer przeładował pistolet, na co Rosjanin zareagował nerwowym śmiechem.
- Co teraz zrobisz? Zastrzelisz mnie? - zaśmiał się.
- Tak. - odpowiedział Mercer, kładąc palec na spuście. Rozległ się dźwięk wystrzału i na koszuli Kazaka wykwitła szkarłatna plama krwi, a on sam osunął się z krzesła na podłogę. Mercer obrzucił spojrzeniem resztę swoich ludzi. - Macie być gotowi do działania za dziesięć minut. - rzucił.
 

 
Jack siedział nad mapą z przyrządem do nawigacji w dłoni, co jakiś czas zerkając na siedząca naprzeciwko Lizzie. Kobieta właśnie przechylała pustą już butelkę rumu, jakby chcąc się przekonać, czy rzeczywiście nie została już ani odrobina trunku. Od szyjki butelki oderwała się pojedyncza kropla.
- Dlaczego rum tak szybko się kończy? - odezwała się Liz, nieco już bełkotliwie. Jack bez słowa postawił na stole kolejną butelkę. Kobieta przechyliła się nad blatem, chcąc jej dosięgnąć.
- Moje wspaniałe wyczucie istoty żeńskiej mówi mi, że coś cię trapi. - Sparrow odłożył przyrządy nawigacyjne.
- Daj mi spokój. - odpowiedziała Liz, chwiejąc się na swoim miejscu i pociągnęła kolejny łyk trunku.
- Nie pij więcej. - Jack spróbował odebrać jej butelkę, ale pomimo tego, że była już lekko pijana, uchyliła się zręcznie.
- Nie pouczaj mnie. - odpowiedziała. - Chcę się urżnąć i nie odwiedziesz mnie od tego. - znów przyłożyła szyjkę butelki do ust i położyła głowę na stole. Czuła, jak jej ciało rozgrzewa alkohol, jak na policzki występują rumieńce. Rum szumiał jej w głowie. Jack miał rację, nie powinna tyle pić. Pirat wyjął jej butelkę trunku z dłoni i sam również się napił zaraz potem wstając od stołu. Delikatnie ujął Liz za ramiona, siadając przy niej.
- Lizzie... - odezwał się. - wracamy do kajuty. Masz się położyć. - odpowiedział mu niewyraźny pomruk i kobieta uniosła głowę. Jack nie mógł oderwać od niej wzroku. Zielone tęczówki lśniły w blasku świec, kasztanowe loki były zmierzwione, policzki pokrywały rumieńce. Nieporadnie odgarnęła z twarzy kilka nieposłusznych kosmyków. Starała się trzymać w ryzach. Starała... Ale jego charyzma, ujmujący uśmiech i to magnetyczne spojrzenie... One działały na nią silniej niż narkotyk. On był rozluźniony pod wpływem wypitego rumu, ona niemalże pijana. Może dlatego, zanim się obejrzała, poczuła jego usta na swoich wargach. Westchnęła z rozkoszą zamykając oczy i poddała się chwili, obejmując go. Poczuła, jak i on przytula ją do siebie i odwzajemniła pocałunek, muskając dłonią policzek Jacka. Całował wspaniale. Delikatnie, jakby bojąc się, że już samym pocałunkiem może wyrządzić jej krzywdę, a jednocześnie z dużą doza pewności siebie. Liz otworzyła oczy, niemal natychmiast uświadamiając sobie, co właśnie zrobiła.
- Jack... - odezwała się, przerywając pocałunek.
- Och, Lizzie... - westchnął pirat z uśmiechem, przymierzając się do kolejnego. Kobieta odwróciła głowę, przykładając mu dłoń do ust, a wyswobodziwszy się z jego uścisku, wypadła z mroku kajuty wprost w padający deszcz. Strugi wody spływające jej po twarzy, natychmiast ją otrzeźwiły. Spojrzała w ciemne, nocne niebo, ciężkie od deszczowych chmur. Poczuła gwałtowne kołysanie, gdy Perła walczyła z falami. Drgnęła, czując czyjś dotyk na szyi i odwróciła się gwałtownie. Tuż za nią stał Jack, z zatroskaniem malującym się na twarzy, odgarniając jej z czoła mokre włosy. Spojrzała mu w oczy. I wspięła się na palce, by znów dosięgnąć jego warg... Stali tak w padającym deszczu, mocno się obejmując, złączeni w długim pocałunku.

Liz drgnęła gwałtownie, wyrwana ze snu przez nagły wstrząs. Przyłożyła dłoń do skroni z jękiem. Czaszkę rozsadzał jej potworny ból głowy. Przekręciła się na bok, uświadamiając sobie, że całą noc spędziła w kajucie kapitańskiej, śpiąc skulona przy Jacku, a kapitan wciąż pochrapuje cicho tuż obok. Kobieta powoli usiadła. O Boże! Miała tylko nadzieję, że do niczego nie doszło. Bielizna była na swoim miejscu, gorset i stanik również. Odetchnęła z ulgą. Rozmyślania przerwało jej jednak walenie w drzwi kajuty. W progu stał pan Gibbs, który zaraz po otwarciu drzwi zarzucił ja potokiem słów.
- Mamy sztorm! - zawołał pirat, przytrzymując się framugi. - Obudź Jacka, niech wyda rozkazy! - Liz natychmiast rzuciła się ku śpiącemu kapitanowi i potrząsnęła jego ramieniem.
- Jack, wstawaj! - rzuciła przez ramię, podskakując na jednej nodze i starając się włożyć buta na te drugą. - Mamy sztorm! Wstawaj! - pirat natychmiast, gdy dotarł do niego sens tych słów, zerwał się na równe nogi. Oboje wypadli z kajuty, niemal od razu stykając się z nieprzeniknioną ścianą wody. Deszcz zacinał z każdej strony, podczas gdy załoga już uwijała się jak w ukropie, by utrzymać Perłę w pionie. Jack natychmiast ocenił sytuację.
- Przygotować cumy z prawej burty! - zawołał, zaczynając wydawać polecenia. - Ster lewo na burt! Na reję fok masztu! Zwijać żagle i ruszać się! Żwawiej! Liz, nie stój tak. - kobieta posłusznie rzuciła się do pomocy przy linach.
Ruchy wykonywała niemalże mechanicznie. Ze swojego stanowiska widziała jak Jack razem z panem Gibbsem wciąż pokrzykuje na załogę. Przeniosła spojrzenie na maszt główny. Jedna z lin podtrzymujących żagiel pękła z trzaskiem. Płotno załopotało na wietrze. Padły komendy tłumione szumem fal i rykiem huraganu. Coraz bardziej zbaczali z kursu. Woda wdzierała się na pokład. Pięciu przy sterze próbowało zachować pozycję. Bez skutku.
- Dasz radę, Perełeczko... - wyszeptała Liz, wciąż pełna wiary. Zaraz potem niebo przecięła błyskawica, rozległ się huk gromu, a maszt złamał się jak zapałka i runął w dół z okropnym hukiem. Liz uderzona belką wypadła za burtę. Morze zamknęło się nad nią...
 

 
Alice biegła ta samą drogą, którą biegała co rano, ze słuchawkami odtwarzacza MP3 w uszach. Kochała biegać. Uwielbiała towarzyszące biegowi uczucie zmęczenia, rozkosznego bólu mięśni i szybsze bicie serca. Włosy związane w gładki kucyk podskakiwały przy każdym kolejnym kroku. Oddychała równo, w rytm biegu. Zamknęła na chwilę oczy.
Może właśnie przez słuchaną muzykę nie usłyszała odgłosu odbezpieczanej broni. Mężczyzna klęczący przy oknie na klatce schodowej jednej z okolicznych kamienic powiódł wzrokiem za kobietą, kładąc palec na spuście. Dokładnie wiedział, kiedy będzie przebiegać przez przejście dla pieszych. Biegła tędy codziennie. A on obserwował ją wystarczająco długo, by znać trasę jej porannego joggingu. Zerknął na zegarek. I wycelował.
Najpierw usłyszała wystrzał. Dopiero potem poczuła uderzenie w lewe ramię i ból powyżej łokcia. Z jękiem bólu opadła na kolana, nie zważając na to, że jest na jedni, a tuż obok niej z rykiem klaksonu właśnie przejeżdża samochód. Starając się nie zwracać uwagi na przeszywający ból, powoli ogarniający całe ciało, podniosła się i z trudem odczołgała na chodnik. Przycisnęła dłoń do rany postrzałowej. Na palcach poczuła ciepłą i lepką krew. Zaciskając zęby, wyrwała z uszu słuchawki, a z chustki zdjętej z szyi zrobiła prowizoryczny opatrunek. Potem wstała, wspierając się o ścisnę najbliższego budynku. Niedaleko był szpital.

Alice nieufnie spoglądała na lekarkę, wyjmującą z szafki spirytus i waciki. Kobieta uklękła obok niej, przemywając ramię alkoholem.
- Rana postrzałowa. - stwierdziła.
- Naprawdę? Nie wiedziałam. - odpowiedziała sarkastycznie kobieta. Lekarka popatrzyła na nią wrogo, sięgając po pęsetę i po kilku chwilach podczas których Alice z trudem powstrzymywała się od rozorania paznokciami jej twarzy, w metalowej miseczce wylądował pocisk. Funkcjonariuszka przyłożyła do rany podaną jej przez lekarkę chusteczkę.
- Kto do pani strzelał? - spytała tamta. - Trzeba to chyba... Zgłosić odpowiednim służbom.
- Odpowiednie służby już o tym wiedzą. - odpowiedziała Alice.
- Nie straciła pani zimnej krwi, skoro tak szybko powiadomiła policję. - kobieta uśmiechnęła się cierpko.
- Mogę to zabrać? - spytała, pokazując na tkwiącą w miseczce kulę. Lekarka spojrzała na nią z nieokreślonym wyrazem twarzy.
- Proszę. - odpowiedziała w końcu. - Choć nie rozumiem po co pani taka pamiątka.

- Spóźniłaś się. - odezwał się mężczyzna kierujący odprawą, na widok Alice Racine wchodzącej do pokoju.
- Dwie godziny spędziłam na pogotowiu. - odpowiedziała kobieta, przechodząc obok niego.
- Rób to co ja, powołuj się na CIA, pięć minut i po sprawie. - powiedział, siedzący z boku Jack Ascott.
- Dzięki za radę. - Alice posłała mu nieokreślone spojrzenie i położyła na stole foliową torebkę z kulą, zabraną z gabinetu lekarskiego. - Ktoś do mnie strzelał. - powiedziała, zajmując swoje miejsce. Pozostali natychmiast przerwali pogawędki, a każdy wyprostował się na swoim krześle. - I niestety, nie chybił.
- Trafił? - spytał przełożony kobiety, splatając dłonie. - Co się stało? - Alice nie odpowiedziała, obracając w palcach długopis. - Racine, co się tam wydarzyło?
- Nie wiem, kto to zrobił. - odpowiedziała w końcu funkcjonariuszka.
- Nie widziałaś, kto strzelał? - spytał z niedowierzaniem Jack.
- Ani skąd padł strzał. - dodała, patrząc na partnera bez emocji.
- No dobrze, a jacyś świadkowie? - dopytywał Ed Romley. Alice pokręciła głową przecząco. - A może to jest przypadek? Może to kolejny idiota, który strzela do ludzi jak do kaczek? Było już coś takiego.
- Pierwsi byśmy o tym wiedzieli. - zaryzykowała stwierdzenie Racine.
- Ta, jasne. - Jack Ascott opadł z powrotem na oparcie krzesła. - Bo od razu jak się coś dzieje, ludzie lecą do służb specjalnych. Dlaczego ktoś miałby do ciebie strzelać?
- Pierwsze co mi się nasuwa, to zemsta. - odezwał się Romley. - Mało ludzi wsadziłaś za kraty?
- A Mercer? - spytał Jack. - Nie został ujęty, wciąż jest na wolności. I raczej nie pała do nas sympatią za to, że zniszczyliśmy mu plany.
- Dobrze się wtedy spisaliście, oboje. - odpowiedział Romley. - A my pozyskaliśmy nowego agenta. Alice, jeśli będzie trzeba obejmiemy cię programem ochrony świadków.
- Nie chcę ochrony. - zaprotestowała Racine. - Nawet jeśli grozi mi realne niebezpieczeństwo. Chcę go dorwać szefie. Ale nie mamy pewności...
- Co przez to rozumiesz? - spytał przełożony.
- Trzeba sprawdzić wszystkich bandytów, którzy ostatnio wyszli z więzienia. I całą bandę, która jest na przepustkach. Wyślijcie to do MI5, niech wydział C się tym zajmie. - dodała, postukując palcem w woreczek z kulą. - Dowiedzmy się przynajmniej z jakiej broni strzelał.
- Zapominasz kto w tym wydziale jest szefem, Alice. - westchnął Ed Romley, podnosząc się z krzesła. - Sprawdźcie Mercera. Nie będzie to łatwe, ale musimy wiedzieć gdzie się teraz znajduje. Nadaję tej sprawie najwyższy priorytet. A ty... - powiedział, wskazując na kobietę. - Uważaj na siebie. Nie chcę stracić najlepszego agenta.
- Ma się rozumieć, szefie. - odpowiedziała Alice i również wstała. Funkcjonariusze odprowadzili ją wzrokiem, do drzwi, po czym spojrzeli pytająco na Romley’a. Przełożony westchnął z rezygnacją i potarł twarz dłonią.
- Wiem, że możemy na niej polegać... - odezwał się. - Ale na wszelki wypadek... Powiadomcie Langley.
 

 
Kupiłam po tym, jak bez celu surfując po internetach zobaczyłam ją w jednym z filmików Anity z kanału BookReviews na YT zachęcona dobrym słowem, ale przede wszystkim fabułą. Pomyślałam sobie wtedy "Kurczę, to zdecydowanie książka dla mnie" i nie pomyliłam się ani o jotę. Zaczęłam ją czytać którejś nocy i gdyby Morfeusz nie porwał mnie w międzyczasie w swoje objęcia pewnie tej samej nocy bym ją skończyła. Generalnie jest ona pastiszem (i to bardzo dobrze napisanym pastiszem) książek z gatunku "paranormal romance", a przy tym podchodzi już pod "young adult".

Główną bohaterką jest Sofia, która zakochuje się w mumii, a przy tym potrzebuje dość dużo czasu, żeby uświadomić sobie, że jej wybranek jest mumią. Sofia właściwie niczym nie różni się od swoich rówieśniczek, jest zwykłą szarą myszką, chodzącą do liceum, może odrobinę introwertyczka (jej jedynym przyjacielem jest chłopak, którego zresztą zna od dzieciństwa) i z umiejętnością koordynacji ruchowej bliskiej zeru. Wszystko zmienia się, kiedy w szkole pojawia się ON. Super-przystojny choć niezwykle tajemniczy i mroczny w swym wyglądzie i usposobieniu Seth. Facet w bandażach. Tak, to właśnie on jest tytułową mumią.

Przed sięgnięciem po tę książkę trzeba być świadomym jednego - to jest parodia młodzieżówek paranormalnych, napisana przez dwóch komików. Używając wyolbrzymień, wyśmiewają oni wszystkie możliwe schematy tego gatunku. Cała historia jest stworzona z kliszy, które w książkach pisanych "na poważnie" wywołują w nas irytację, jednak tutaj sprawiają, że na ustach pojawia nam się uśmiech, a chwilami można nawet wybuchnąć śmiechem. To właśnie odróżnia tę parodię od wcześniejszych, nieumiejętnych prób wyśmiania tak popularnego gatunku. Wyobraźcie sobie, że z młodzieżówek, które przeczytaliście, wyciągacie wszystkie schematy i wrzucacie je do jednej książki. Przy okazji je wyolbrzymiacie, to bo ile razy można czytać o tym, że w dziewczynie kocha się jej najlepszy przyjaciel, a ona tego nie zauważa. Właśnie z takiej mieszanki powstał "Czas mumii, czyli serce w bandażach". Na tle innych młodzieżówek wyróżnia się tylko jeden szczegół - na drodze głównej bohaterki nie staje wampir, anioł, wilkołak, czy tego typu istoty znane nam z innych utworów. W tym przypadku mamy do czynienia z mumią. I to nie jest żaden spoiler, przecież jest mowa o tym nawet w tytule. Po prostu Sofia, jak na postać z fantastyki młodzieżowej przystało, jest tak bardzo spostrzegawcza i zajęta wewnętrznymi dyskusjami z samą sobą, że tego nie zauważa. Myśli wręcz że to nowa moda, a Seth po prostu jest hipsterem.

Może się wydawać, że takie wyolbrzymianie cech, które denerwują nas w innych książkach będzie strzałem w stopę. Jeśli coś nas irytuje, a później to wzmocnimy, to czy logicznie myśląc, nie powinniśmy czuć jeszcze większej irytacji? Ezra Fox i Alex Falcone pokazali, że można przedstawić to tak, że przerysowane klisze będą nas bawić do łez i uświadamiać nam kolejne absurdy, na które nawet wcześniej nie zwróciliśmy uwagi. No bo jak można z poważną miną czytać wewnętrzny monolog Sofii, która rozmawia nawet ze swoimi organami, a dzięki tej jednostronnej konwersacji dochodzi do wniosku, że trójkąt miłosny jest głupią i zupełnie niepasującą nazwą na sytuację, w której dwie osoby kochają się w tej samej postaci?

"Czas mumii..." jest świetną książką na poprawę humoru. To utwór dla każdego: lubisz młodzieżówki? - przed tobą powieść idealna, bo jest połączeniem wszystkich najbardziej znanych fantastycznych młodzieżówek; nie lubisz młodzieżówek? - przed tobą powieść idealna, bo w końcu ktoś przez wyolbrzymione schematy sprawił, że widać jak bardzo głupie mogą się wydawać; myślisz, że młodzieżówki już nie są dla twojego wieku? - przeczytaj tę, a nie będziesz musiał czytać innych, wystarczy później podmienić imiona, rasy i główny cel, a wyjdzie ci z tego każda fantastyczna młodzieżówka. A do tego wreszcie przeczytałam parodię, która nie krzyczy "hej, jestem parodią i masz się ze mnie śmiać!", jeśli wiecie o czym mówię.
 

 
Lizzie Harrington wyszła spod pokładu Perły przecierając oczy i zaraz przeklęła swoją nieuwagę, gdy omal nie zrobiła szpagatu, poślizgnąwszy się na mokrych deskach.
- Ostrożnie. - upomniał ją przechodzący obok pan Gibbs. - Całą noc padało. - dodał, podając jej talerz ze śniadaniem.
- Cieszmy się raczej, że nie było sztormu. - odpowiedziała mu kobieta. - Dokąd właściwie płyniemy? - spytała, zerkając ku Jackowi, stojącemu na mostku kapitańskim. Pirat wpatrywał się w horyzont, z jedną dłonią na kole sterowym, co jakiś czas zerkając jednak na kompas trzymany w drugiej dłoni.
- Jack uparł się, żeby odnaleźć Źródło Wiecznej Młodości, a do tego potrzebne są mu srebrne kielichy. - opowiedział pan Gibbs. - Nie wie gdzie ich szukać, nawet jego busola wydaje się bezużyteczna.
- Ale jak to? - Lizzie zmarszczyła brwi.
- Znajdujemy się w pobliżu Diabelskiego Trójkąta. Tutaj dzieją się różne złe rzeczy. - rzekł pirat złowróżbnie. Liz odprowadziła go wzrokiem, gdy odchodził. Dokończyła śniadanie, czując burczenie w brzuchu, a wiedząc, że na więcej nie będzie mogła liczyć aż do obiadu, a może nawet kolacji.
- Wiatry nam sprzyjają. - kobieta usłyszała jeszcze pana Gibbsa, zaraz potem po pokładzie poniósł się okrzyk "Stawić żagle!". Zwolniono liny, czarne płótno załopotało na wietrze, ale żagiel zdecydowanie nie rozwinął się tak, jak powinien. Liz podeszła do załogantów, wpatrujących się w czarny materiał. Połowa żagla rozwinęła się jak powinna, podczas gdy druga smętnie zwisała z masztu zaplątana w liny.
- Ktoś musi tam wejść i to naprawić. - odezwał się któryś z mężczyzn. Liz popatrzyła po nich. Żaden jakoś specjalnie nie kwapił się do włażenia na górę.
- Ja to zrobię. - odezwała się pewnie. Załoganci przenieśli wzrok z masztu na nią. Potem wybuchnęli śmiechem.
- Nie dasz rady. - rzucił ktoś lekceważąco.
- Wybacz złociutka, ale może zostawisz to komuś, kto ma jakieś szanse powodzenia? - jeden z załogantów położył jej dłoń na ramieniu. Strąciła ją szybkim ruchem.
- A więc we mnie nie wierzycie? - spytała, dumnie zadarłszy głowę. Obrzuciła mężczyzn wyzywającym spojrzeniem, stając na burcie. Po olinowaniu na górę wspięła się szybko, potem przytrzymując się lin powoli ruszyła w stronę tej części żagla, której trzeba było pomóc. Nie patrzyła w dół, bojąc się, że jedno takie spojrzenie mogłoby odebrać jej pewność siebie. A musiała przecież pokazać tej zgrai szczurów lądowych na co ją stać. W tym samym momencie poślizgnęła się na mokrej belce i poczuła, że spada. Jednocześnie odczuła również mocne szepnięcie i uświadomiła sobie, że nadgarstek zaplątał jej się w liny. Rzuciła przerażone spojrzenie w dół. Tylko dzięki temu nie leżała teraz na pokładzie z połamanym kręgosłupem.
- Spadnie! Zabije się! - doleciały ją okrzyki, dochodzące gdzieś z dołu. Pan Gibbs przeniósł wzrok na Jacka, który stanął właśnie obok niego, również wpatrując się w Liz.
- Dlaczego jej na to pozwoliłem? - odezwał się.
- Poradzi sobie. - odpowiedział mu twardo kapitan.
Liz mocno zacisnęła palce na linie czując, że zaczyna się zsuwać. Wszyscy patrzyli teraz na nią, ale nie zamierzała dawać im satysfakcji. wyjęła sztylet zza paska i zaczynając się bujać, przecięła linę podtrzymującą żagiel. Ten załopotał na wietrze, opadając w dół. Wreszcie wyszarpnęła nadgarstek z uścisku i poleciała w dół, po drodze łapiąc się foka. Pewnie wylądowała na obu nogach i przemaszerowała dumnie przed osłupiałą załogą. Powiedli za nią wzrokiem.
- To wszystko bez ani jednej kropelki rumu. - rzuciła Liz, odwracając się jeszcze. Potem zemdlała.

- Liz! Lizzie! Otwórz oczy. - kobieta oprzytomniała, słysząc głos Jacka gdzieś obok i przyjmując jego pomocną dłoń, powoli podniosła się do pozycji siedzącej, opierając się o beczkę z wodą pitną. Jack podał jej butelkę rumu, którą bez wahania przyjęła i upiła łyk trunku.
- Nie macie nic do roboty?! - Jack odwrócił się ku załodze. - Sio! - Liz spojrzała na niego i powoli spróbowała wstać.
- Dzięki za ratunek. - odezwała się, choć język dziwnie jej zesztywniał i to, co wydobyło się z jej ust przypominało raczej bełkot.
- Och, Lizzie... - Jack uśmiechnął się do niej. - Mogłaś stamtąd spaść. - dodał karcąco.
- Ale nie spadłam. - Liz odpowiedziała zalotnym uśmiechem.
- Weszłaś tam, żeby udowodnić coś sobie i innym, prawda? Nie bacząc na niebezpieczeństwo, pakować się w paszczę krakena? Lubię takie. - Jack ruszył za nią, gdy skierowała się do swojej kajuty.
- Jestem zamężna, Jack. - powiedziała Liz, odwracając się ku niemu, gdy stali już w drzwiach prowadzących pod pokład.
- A to aż takie ważne? Cukiereczku? - zawołał jeszcze za nią pirat. Nie doczekał się odpowiedzi.
 

 
Ahoj, załogo! Wyszło słońce, jest ciepło, powiedziałabym nawet, że bardzo ciepło (mamy upał!) i to lato wreszcie jest takie jakim powinno być od początku. Oby jak najdłużej! Na chwilę obecną nadrabiam zaległości książkowe i filmowe. Z listy filmów na lato za mną już "Zbuntowana księżniczka" i "Lizzie McGuire" (oraz oczywiście powtórka z rozrywki, wielbione przeze mnie "Królestwo niebieskie" i Balian z Ibelinu). Oba filmy to lekkie młodzieżówki, przy których można się niejeden raz uśmiechnąć. A w temacie filmów będąc, to w zeszły wtorek zaliczyłam w kinie "Iniemamocnych 2" (a w planach na piątek "Mamma Mia! Here We Go Again" ). Film jest dobry, trzyma poziom, zdecydowanie dorównuje pierwszej części, więc wszyscy fani jedynki się nie zawiodą. Strasznie mi się podobały wstawki z życia codziennego Iniemamocnych, rozterki miłosne Violi oraz to, jak sprawdzał się Bob w roli przykładnego ojca (Matematyka jest jedna!), a to co mi się zdecydowanie nie podobało to ten natłok superbohaterów tak naprawdę z niczego wziętych. Po co oni tam i dlaczego? Nad pełną recenzją jeszcze się zastanowię.

W temacie książek, to dosłownie chwilę temu skończyłam czytać jedną z najlepszych young adult jakie przyszło mi trzymać w ręce, a mianowicie "Czas mumii, czyli serce w bandażach". Książka niewielkiej grubości (około 160 stron), ale tak dobra, jak niewiele powieści ze swojego gatunku. Pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, gdybym przypadkiem nie zobaczyła jej w jeden z recenzji Anity z BookReviews na YT. Pomyślałam sobie wtedy "Kurczę, to coś dla mnie" i okazało się, że trafiłam w dziesiątkę. Jak żyję lepszej parodii jeszcze nie czytałam, po szczegółową recenzję zapraszam pojutrze (jutro mnie nie ma). Skoro już przy książkach jesteśmy to poprawiłam w końcu ten pierwszy rozdział "Tożsamości wroga", zaraz potem wrzucając go na Wattpada i to co się stało jest dla mnie niepojęte, ale w tydzień zaledwie to opowiadanie (a liczy sobie jedynie jeden rozdział i prolog) znalazło się na siedemnastym miejscu w kategorii kryminał. To dla mnie naprawdę spory sukces, a także i motywacja i dziękuję, dziękuję, dziękuję wam z całego serca, że ciągle mnie tak wspieracie.
  • awatar SugarFirefly: No, u nas też upały :3 A oglądałaś zaćmienie księżyca? :D
  • awatar ms moth: Lizzie McGuire - filmu nie widziałam, ale jako dziecko jarałam się serialem. I chyba był to mój pierwszy taki durnowaty serial młodzieżowy, potem weszło Disney Channel - moje guilty pleasure. :D Ale mi przypomniałaś stare, dobre czasy!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wraz ze słońcem wróciła wena kochani i w końcu mogę wam oddać kolejny rozdział pirackiego fanfiction. Tym razem zwykła, szara codzienność okrętowa, ale to dopiero wprowadzenie do większych emocji. Zapraszam do czytania. A odnośnie słońca, to dzisiaj na dworze jakże wspaniałe dwadzieścia osiem stopni i ani kropli deszczu. I oby tak było aż do końca lata, bo chcę się nacieszyć życiem.

--------------------------------------------------------------------------------------------

Liz wyszła spod pokładu ziewając szeroko i przetarła oczy.
- Dzień dobry Lizzie! - przywitał ją jak zwykle pewny siebie Jack. - Jak się spało? - kobieta uśmiechnęła się.
- Wspaniale. - odpowiedziała z rozmarzeniem. - Delikatne huśtanie ukołysało mnie do snu, a twoja wczorajsza opowieść dostarczyła tematów do rozmyślań. Masz w zanadrzu więcej takich legend?
- I to całe mnóstwo. - uśmiechnął się Jack. - Nie są to jednak tylko legendy, jak raczysz je nazywać. W każdej z nich tli się ziarenko prawdy. - powiedział. Liz skinęła głową.
- Tak, wiem. Na własne oczy widziałam przecież krakena. - kobieta odwróciła wzrok, słysząc wrzask, a zaraz potem odgłos darcia płótna. Po czarnym żaglu właśnie zsuwał się w dół jeden z załogantów, spadający z masztu, który chcąc złagodzić upadek wbił w płótno sztylet. Zarówno Jack jak i Liz patrzyli na to zmartwiali. Rozerwany wpół żagiel załopotał na wietrze.
- Zabiję go. - odezwał się Jack ze śmiertelną powagą, ruszając w tamtą stronę. Liz pobiegła za nim, obiecując sobie powstrzymywać pirata przed wszelkimi morderczymi instynktami.
- Panowie! - zaczął Jack, podchodząc do tego, który zniszczył żagiel. - Za burtę go! - Liz patrzyła jak członek załogi, którego jakoś nie kojarzyła, pada przed kapitanem na kolana. - Taka stara żeglarska rozrywka. - uśmiechnął się Sparrow, pochylając nad nim. - Wrzucą cię do wody na linie... A następnie przeciągną pod kilem.
- Lepiej żebyś utonął. - przyłączył się do zabawy pan Gibbs. - Inaczej skorupiaki na kadłubie wyprują ci flaki.
- Brzegi ich muszli są ostre jak noże. - ciągnął Jack. - A krew ściąga rekiny...
- Jack, wystarczy. - przerwała mu Liz. - Połatamy go.
- My? - powtórzył za kobietą pan Gibbs.
- Tak. - Liz włożyła mu w dłoń kłębek czarnych nici i igłę, taki sam zestaw podała młodemu mężczyźnie, który jeszcze dochodził do siebie po groźbach rychłej śmierci. - Masz okazję się zrehabilitować. - dodała i klasnąwszy w dłonie, krzyknęła; - Do roboty!

Liz podniosła wzrok znad łatanego żagla, słysząc dolatujące ją zewsząd narzekania. Pan Gibbs siedział naprzeciwko niej z zapamiętaniem zszywając żagiel, a przy tym klnąc pod nosem. Inni również nie byli zachwyceni nieprzyjemnym w ich odczuciu obowiązkiem. Kobieta przeniosła wzrok na siedzącego obok niej Jacka, również z jego strony słysząc przekleństwo.
- Zupełnie nie tak to się robi. - odezwała się, odkładając swoją igłę i przykucnęła przy swoim kapitanie, pomagając mu uwolnić dłonie oplątane nićmi. Wzięła od niego igłę, poprawiając krzywy ścieg. - Proszę. - dodała. - To nie jest skomplikowane. Patrz jak to robię i spróbuj mnie naśladować. - pokazała mu, jak powinien wbijać igłę w płótno i co robić, żeby nici się nie plątały, po czym wróciła do swojego kawałka żagla. Jack obejrzał igłę podejrzliwie i ze wszystkich stron, a w końcu zdecydowanie wbił ją w materiał.
- Ej! - zareagowała natychmiast Liz. - Stop, stop! - zawołała, gdy pirat zatoczył dłonią szeroki łuk. - Bo jeszcze komuś tym oko wykłujesz. - kobieta westchnęła. - Zostaw, ja dokończę. - Jack natychmiast zerwał się ze swojego miejsca, składając dłonie w geście podziękowania. Liz pokręciła głową.
- Dwie lewe ręce... - skomentowała cicho. Jej palce ślizgały się po płótnie, zszywając coraz to nowe partie materiału. Czuła, że jej dłonie drętwieją, ale pracy nie przerwała.

Liz przeciągnęła się i rozprostowała zdrętwiałe palce. Spojrzała ku zachodzącemu słońcu. Zajęło im to niemal cały dzień, ale żmudna robota była skończona.
- Trzeba go jeszcze tylko zawiesić z powrotem. - powiedział pan Gibbs, obrzucając spojrzeniem zwoje czarnego materiału.
- Nie może to zaczekać do jutra? - jęknęła Liz.
- Przykro mi. - pan Gibbs pokręcił głową.
- No nic. - Liz klasnęła w dłonie. - Panowie, do roboty! - piraci zgodnie posłali jej niezbyt przychylne spojrzenia, na co ona odpowiedziała im tym samym. - Mam spódnicę i średnio zależy mi na tym, żeby banda piratów oglądała moją bieliznę. - rzuciła, składając ręce na piersi. - Ale nie będę stać i patrzeć, pomogę z dołu. - dodała, chwytając za line. - Im szybciej z tym skończymy, tym szybciej wszyscy pójdziemy spać.
- Ostrożnie! Powoli i w górę! - pokład rozbrzmiał okrzykami, gdy żagiel wciągano z powrotem na maszt. Słońce zdążyło całkiem schować się za horyzontem, nim wszystko zostało skończone. Liz zacisnęła ostatni węzeł, odprowadzając wzrokiem załogę. Poklepała pana Gibbsa po ramieniu, dołączając do nich.
- Dobra robota, panowie. - pochwaliła.
 

 
Trochę na początek jednak o "Treningu Ikigai", czyli drugiej książce ze zdjęcia, która (w moim odczuciu) bardzo dużo wspólnego ma z postacią omawianego wokalisty. Ikigai to sens życia, marzenie, które każdego dnia dodaje ci energii i motywuje do działania. W dosłownym tłumaczeniu brzmi "coś, z powodu czego warto żyć". Trening ikigai skupia się na odnalezieniu równowagi pomiędzy nasza przeszłością, teraźniejszością a przyszłością. Przeszłość niesie za sobą wiele życiowych lekcji, a przyszłość spełnienie pasji i marzeń. Aby odnieść sukces, odkryć swój potencjał i spełnić wyznaczone cele, trzeba podjąć działania już teraz, zrozumieć, że nie należy uginać się pod ciężarem przeszłości, ponieważ zawsze mamy swobodę podejmowania decyzji. Co może być ważniejsze niż zestrojenie się ze swoim ikigai? Raczej nic. Podobnym poglądom hołdował młody Ed Sheeran, rozpoczynający dopiero karierę piosenkarza.

Podejrzewam, że nie ma osoby, która nie słyszałaby jakiejkolwiek piosenki Eda Sheerana. Jego utwory puszczane są w radio na okrągło, a odtworzeń na YouTube ma miliardy. Przyznam szczerze, że jednokrotnie słuchając jego piosenek zastanawiałam się jak do tego wszystkiego doszedł. Oczywiście ma piękny głos, niesamowity talent, jednak ciekawiło mnie kto pomógł mu dojść tak daleko, kto go docenił i jaką drogę musiał przebyć. Wszystkie odpowiedzi na moje pytania znalazłam w książce. Mało tego, znalazłam o wiele więcej ciekawych informacji z życia Eda. Zastanawia mnie tylko dlaczego tej książki nigdzie nie widać? Tak naprawdę widziałam ją może dwa razy na instagramie, a po jej wydaniu w styczniu tego roku, spodziewano się, że przyciągnie rzesze młodych czytelników. Ta biografia jest naprawdę ciekawa, dlatego dziwi mnie zbyt małe nią zainteresowanie. Biorąc pod uwagę sławę Eda Sheerana i to jak przez wielu jest uwielbiany sądzę, że wiele osób skusiłoby się na sięgnięcie po tę pozycję i poznanie historii Eda Sheerana, gdyby tylko o istnieniu tej książki się dowiedzieli.

Jeśli chodzi o biografię, to bardzo dobrze się przy niej bawiłam. Momentami przytłaczały mnie daty, na które później przestałam tak naprawdę zwracać uwagę. Przyznam szczerze, że daty nie były dla mnie ważne- i tak nie zapadłyby mi w pamięci. Zwracałam uwagę na to, w jakim wieku mniej więcej był Ed w opisywanych aktualnie wydarzeniach z jego życia. Podobało mi się, że autor nie przekazywał "suchych" faktów o muzyku, tylko wielokrotnie posługiwał się również fragmentami wywiadów jakich udzielał Ed oraz osoby z jego otoczenia. Szczegółowo zostało również opisane dzieciństwo Eda, głównie z tej artystycznej strony, które miało ogromne znaczenie na miejsce w jakim aktualnie się znajduje. Duże wsparcie Ed otrzymywał od swoich rodziców, którzy starali się ze wszystkich sił pomagać w rozwijaniu jego największej pasji.

"Ed Sheeran. Plusy i minusy" czytało mi się naprawdę przyjemnie. Ciekawym dodatkiem są zdjęcia piosenkarza, jednak moim zdaniem mogłoby być ich znacznie więcej. Ta biografia udowadnia, że każdy jest w stanie spełniać swoje marzenia, że ciężka praca popłaca. Trzeba tylko w siebie uwierzyć, mieć wsparcie bliskich i wiele samozaparcia. Wszystko jest możliwe, a marzenia są po to by je spełniać.
  • awatar SugarFirefly: Nie jestem jego wielką fanką, raczej nie słucham, ale jest teraz popularny, to fakt :) Jeśli chodzi o jego piosenki, podoba mi się jedna - Castle On The Hill
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate zamknęła za sobą drzwi wejściowe i tak jak Poula miała zamiar od razu pobiec na górę, ale zrezygnowała i powoli, najciszej jak potrafiła, zajrzała do kuchni. Przy stole, nad kubkiem z herbatą siedziała Irena, podbierając głowę na dłoni, przeglądając coś w telefonie.
- Mamo... - odezwała się dziewczyna. - Jestem... - Irena podniosła głowę.
- Gdzieś ty była? - odezwała się, wstając z krzesła. - Martwiłam się, dzwoniłam, ale nie odbierałaś. - Kate spuściła wzrok ze wstydem, ale i poczuciem winy. Uzasadnionym zresztą.
- Przepraszam... - odezwała się.
- Kate... - Irena złożyła ręce na piersi.
- Byłam z Poulą. Skoczyłyśmy na zakupy. Szukałam sukienki...
- Spóźniłaś się ponad dwie godziny, moja panno. To nie w porządku wobec mnie, a przede wszystkim wobec ciebie samej. Szukałyście tej sukienki w najbardziej ekskluzywnym butiku w okolicy?
- Poula zapłaciła... - Kate uciekła wzrokiem w bok. Nigdy jeszcze nie widziała mamy tak rozgniewanej. Irena zaniemówiła, wpatrując się w córkę. - Próbuję się odnaleźć...
- Nie poznaję cię słonko. Gdzie moja Kate? - nauczycielka założyła jej za ucho kosmyki, opadające na twarz. Dziewczyna spojrzała na przybraną mamę.
- Przepraszam... - powtórzyła po raz kolejny. - To się nie powtórzy. Słowo. - Irena westchnęła.
- Dobrze. Porozmawiamy o tym jutro, ja idę spać, dobranoc. - powiedziała, odstawiając kubek do zlewu i wyszła z kuchni. Kate odprowadziła ją wzrokiem. Słusznie czuła się winna. Wiedziała, że zrobiła coś, czego robić nie powinna.
 

 
Halo? Centrala zarządu może z tej strony? Bardzo bym chciała poprosić o inne wakacje, proszę pana. Te są jakieś zepsute.

Odkąd wróciłam z obozu, to jest od sześciu dni bez przerwy (no dobra z jedną przerwą liczącą sobie około pół dnia) leje. Budzę się codziennie rano i żyć mi się odechciewa jak widzę deszcz za oknem. Jeszcze trzy dni temu starałam się podchodzić do tego neutralnie, może nawet optymistycznie. To tylko deszcz. Ma to do siebie, że pada, dopóki nie przestanie. No... Żeby przestał, jakoś się nie zanosi. Cztery dni spędzam bezproduktywnie (z wyjątkiem wyjścia do kina i na pizzę ze znajomymi) na bezsensownym przerzucaniu kanałów w telewizji, czytaniu książki za książką (co mi jednak opornie idzie, bo pogoda robi swoje) i usilnego napisania czegokolwiek. Stanęłam na dwudziestym trzecim rozdziale opowiadania z piratami i dalej nie ruszę, bo weny nie ma. Miałam pisać one-shoty z Legolasem i Katrin, ale choć znam scenariusz i plan wydarzeń, całości nie napiszę, bo weny oczywiście nie ma. No i w końcu opowiadanie, którego prolog dostaliście ze trzy dni temu, spaliłam już po pierwszym rozdziale. Miał być głęboki thriller, a jest płytkie, przewidywalne i już na początku wiadomo, kogo na końcu wsadzi się za kratki.

Dni mijają nieubłaganie, pogoda jest beznadziejna i nawet nie mogę się umówić na jazdy konne, bo mimo tego co mi obiecują w prognozie pogody, nie wiem czy za dwa, trzy dni nie będzie znowu lało. Tym samym planowane wycieczki do Krakowa i Lublina musiały ulec przełożeniu na inne terminy, park linowy też musi sobie poczekać, a najlepsza przyjaciółka siedzi w robocie i nawet nie mogę się u niej zaczepić na kilka dni, bo mają remont. A koncert Eda Sheeran'a odpłynie sobie w niebyt, bo mnie na nim nie będzie, bo nie stać mnie na bilet. Chyba trzeba zacząć napadać na banki...
  • awatar SugarFirefly: Deszcz jest zły :/ To znaczy dla roślin to dobrze, ale nich pada po wakacjach XD
  • awatar ms moth: Najgorzej, gdy człowiek ma poplanowane, jest nastawiony psychicznie, wszystko inne też dopięte na ostatni guzik a i tak nic z tego z powodu głupiej pogody. Meh -.-
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Hej! - zawołała Poula, wchodząc do ich wspólnej sypialni na poddaszu. - Wybierasz się na zakupy?
- Owszem, wybieram się. - odpowiedziała Kate, zarzucając torbę na ramię. - Z Layne.
- Mam pomysł. - Poula z rozmachem usiadła na łóżku dziewczyny. - Możesz olać Layne. Chodźmy na zakupy razem.
- Obiecałam. - powiedziała niepewnie Kate. Poula skrzywiła się, unosząc jedną brew.
- Wolisz tą frajerkę od własnej kuzynki? - Kate zerknęła na nią i z westchnieniem sięgnęła po komórkę. Poula uśmiechnęła się, kiedy dziewczyna wybierała numer koleżanki z sąsiedztwa.
- Layne? - odezwała się Kate. - Przepraszam, ale nie mogę z tobą wyjść. Dorośli wychodzą i obiecałam babci, że zostanę z nią i Asią. Spotkamy się kiedy indziej? Świetnie. - dziewczyna spojrzała na Poulę. - To dokąd idziemy?

Kate z rozmarzeniem oglądała czarne botki na obcasie za ponad trzysta złotych. Były śliczne. Ale nie mogła sobie na nie pozwolić. Poza tym wiedziała, że w zwykłym sklepie obuwniczym znajdzie podobne za siedmiokrotnie niższą cenę niż w butiku, do którego zabrała ją Poula. Kate odwróciła się, kiedy dziewczyna stanęła za nią z naręczem sukienek.
- Zaniosę do przebieralni. - odezwała się z uśmiechem.
- Przecież masz już mnóstwo sukienek. - odpowiedziała Kate.
- Owszem. Te są dla ciebie. - Poula uśmiechnęła się, podając jej ubrania. Kate uśmiechnęła się prawie niedostrzegalnie.
- Kieszonkowe wydałam już na plecak od Chloe. - zaprotestowała.
- Zapłacę. - Poula machnęła ręką.
- Kupisz mi sukienkę? - spytała Kate z niedowierzaniem. Nie rozumiała dlaczego Poula jest dla niej taka miła. Podejrzewała, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
- Kupi karta kredytowa ojca. Nie ma co zrobić z forsą, więc daje ją mnie. - uśmiechnęła się Poula. - Po drodze do domu wpadniemy do mojej przyjaciółki.
- Poczekaj. - Kate położyła jej dłoń na ramieniu. - Obiecałam, że wrócę o siódmej.
- To wrócisz o dziewiątej. - Poula lekceważąco wzruszyła ramionami. - Będzie warto. No a... Irenka nie umie się na ciebie gniewać, nie? - Kate zmarkotniała. To zdecydowanie nie był dobry pomysł.
Kate siedziała przed wysokim lustrem w pokoju koleżanki Pouli, pozwalając sobie kręcić włosy i robić makijaż. Nie lubiła być w centrum uwagi, ale tą drugą dziewczynę zdążyła nawet polubić. Nie była tak arogancka jak jej przyszywana kuzynka, bardziej przypominała jej Annikę, za którą Kate nagle zatęskniła. Postanowiła, że wieczorem zadzwoni do przyjaciółki i długo będzie z nią rozmawiać.
Dziewczyna przejrzała się w lustrze. W nowej sukience, na kupno której namówiła ją Poula, w butach na niewysokim obcasie i bereciku przekrzywionym zawadiacko na głowie wyglądała inaczej. Ładniej. Sama siebie nie poznawała. Zerknęła na usta pociągnięte błyszczykiem i umalowane oczy. Gdzie się podziała tamta Kate? Poczuła na ramionach dłonie dziewczyny, w której domu się znajdowała.
- Wyglądasz nieziemsko! - pochwaliła. Poula stojąca w głębi pokoju uśmiechnęła się, a chwilę potem wyszła na korytarz z telefonem komórkowym w dłoni.
- Layne? - odezwała się po chwili oczekiwania na połączenie. - Tak, Poula. Muszę ci o czymś powiedzieć.