• Wpisów:1493
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 19:52
  • Licznik odwiedzin:308 457 / 1906 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Czasem przeraża mnie ludzka bezmyślność. Często nie mogę zrozumieć, gdzie kończy się głupota, a zaczyna okrucieństwo, i kiedy słucham rozmów naszych uczniów, dochodzę do wniosku, że ta granica dla nich chyba nie istnieje. To, co młodzi ludzie robią sobie nawzajem, jak to określają ”dla jaj”, często nie jest żartem tylko podłością, bo w niektórych poczynaniach nie ma kompletnie nic śmiesznego. Dlaczego więc to robią?
Po rozmowie z Kate zadzwoniłam do Bożeny i umówiłam się z nią na wieczór. Próbowałyśmy poskładać strzępy informacji, jakimi dysponowała każda z nas w jakąś całość, z której można by wyciągnąć sensowne wnioski.
- To musiało się tak skończyć! - biadoliła Bożena. - Ja namówiłam Kate na to liceum i jak widać mój pomysł był całkiem głupi. Nie powinniśmy pchać jej do tego środowiska. Te wstrętne dziewuchy dla żartu zrobiły jej krzywdę!
- Dziewuchy są rzeczywiście wstrętne, ale to, że zachowały się podle, nie jest przecież twoją winą. Zaręczam ci, że w naszej szkole jest mnóstwo uczniów dla których fakt, że dziewczyna mieszka w domu dziecka nie ma żadnego znaczenia, a może nawet dodawałoby jej to prestiżu w ich oczach. Wiem od naszej chemiczki, że Mirella zazdrościła Kate stopni. Mówili o tym ostatnio w klasie. Teraz wiele ciemnych sprawek ujrzało światło dzienne.
- Szkoda, że tak późno! - stwierdziła Bożena, kręcąc głową.
- Szkoda! - powiedziałam i zamilkłyśmy, zatapiając się w swoich niewesołych myślach.
- Jak ona się czuje? - spytałam w końcu. Po rozmowie odwiozłam ją do domu dziecka. Mówiła, że nie chce zostawać w szkole i doskonale ją rozumiałam, choć wiedziałam, że w końcu będzie musiała stanąć twarzą w twarz z rówieśnikami i jakoś sprawę wyjaśnić, jednak w tamtym momencie była na to zwyczajnie zbyt zdenerwowana.
- Zamknęła się w pokoju, nie dopuszcza do siebie nikogo. Nawet mnie. - westchnęła Bożena. - Próbował się z nią zobaczyć ten kolega. Blondyn. Ale powiedziałam mu, że Kate potrzebuje teraz czasu, żeby przyszedł jutro, albo za kilka dni. Rozumiał powagę sytuacji.
- Loic. - podpowiedziałam. - Zbliżyli się do siebie, to prawda. - Bożena spojrzała na mnie w zamyśleniu.
- Ale to i tak ty zrobiłaś najwięcej. - stwierdziła. - Sprawiłaś, że Kate się otworzyła. Że zaczęła komuś opowiadać o swoich problemach. To wszystko jest twoja zasługa.
Nie chciałam, żeby myślała w ten sposób. Ja nie zrobiłam nic specjalnego. Po prostu dałam dziewczynie czas i sposobność, żeby zaczęła mi się zwierzać. Choć w tamtej chwili nie miałam już pewności, czy dobrze zrobiłam. Widziałam, że wiele dla tej dziewczyny znaczę. A i ona nie była mi do końca obojętna.
Kilka razy rozmawiałam z Loiciem. Za pierwszym razem sam przyszedł do sali biologicznej, żeby ze mną pogadać, ale gdyby nie przyszedł, to ja i tak bym go gdzieś złapała. Wiedziałam, że Kate go lubi, chociaż rzadko mówiła o kolegach z klasy. Na temat jej klasy nie rozmawiałyśmy zbyt często. Nasze pogawędki dotyczyły głównie uczonego przeze mnie przedmiotu, przeczytanych książek, szkolnych wydarzeń i mojego życia. Kate nie lubiła mówić o sobie, a ja nie chciałam jej o nic wypytywać. Bałam się, że pomyśli o mnie, że jestem natrętna. Później oczywiście tego żałowałam. Gdybym nie była taka delikatna, może miałabym jakieś informacje, które pomogłyby zapobiec także przyszłym zdarzeniom.
 

 
Cześć. Jak tam powrót do szkoły po przerwie świątecznej? Bo u mnie jeszcze nigdy nie było lepiej. Nauki jak zwykle przybywa i przybywa, ale w obliczu zbliżających się ferii to nieważne (martwi mnie jedynie odpowiedź z angielskiego, od której wciąż próbuję się wymigać i chyba już mi się nie uda). Najważniejsze, że na noc biologów jedziemy. Osobiście już nie mogę się doczekać, bo taki wyjazd zawsze jest miły, kiedy towarzystwo jest fantastyczne, a jeszcze kiedy jedzie się na warsztaty odpowiadające swoim zainteresowaniom to podwójna frajda (będę hodować komórki rakowe, przebije to ktoś?).

No i przestałam się porównywać z innymi. Stwierdziwszy, że w nowym roku muszę coś z tym swoim życiem zrobić, zmieniłam podejście do ocen i szkoły. To miejsce, w którym - owszem - uczę się, ale poza tym to mają być najlepsze lata mojego życia. Więc po prostu przestałam się przejmować czymkolwiek. Staram się nadal, bo chcę do czegoś w życiu dojść, uczę się tyle ile trzeba i na miarę swoich możliwości, ale nie staram się koniecznie wszystkich przewyższać. Mam jedną taką w klasie. We wszystkim musi zawsze być najlepsza i wcale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Ja nie muszę. Najwyższa średnia w klasie czy szkole nie jest mi do niczego potrzebna. Bo wiem co jest ważniejsze. I w takim przekonaniu pójdę dalej.

Wena wróciła, zaczęłam pisać opowiadanie ze smokami, ale idzie to dość opornie i chyba znowu muszę głębiej wejść w Śródziemie, bo ostatnie dłuższe opowiadanie w tym uniwersum pisałam przed wakacjami, a pierwszy rozdział nowego co prawda już mam skończony, ale jest drętwy, nie wiadomo o co w nim chodzi i zwyczajnie mi się nie podoba. Relacje Legolasa i Katrin nagle stały się strasznie sztywne i nie bardzo wiem jak to naprawić no i jest jeszcze Limmaniel. Elfka, która jest jednocześnie zagadką, nawet dla mnie. Robi co jej się podoba, nikogo nie słucha, jest uparta i doskonale wie czego chce. Nie do końca umiem nad nią zapanować, ale spokojnie, damy radę. Najtrudniej będzie jeśli chodzi o jej przypadłość, bo to jednak dość skomplikowane, a muszę to jakoś wpleść do fabuły.
  • awatar SugarFirefly: Widzę, że bardzo zmieniłaś podejście do siebie i życia. Ale tak się właśnie dzieje "po drodze" - cały czas się zmieniamy, kształtują nas uczucia i doświadczenia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Super, że dobrze się czujesz :D. Ciekawa jestem tej nocy biologów! Hodowanie komórek rakowych? Nieźle :D. Ja jak jeszcze chodziłam do podstawówki, to pojechałam na dwudniową sesję, na której m. in. wytrącałam chlorofil z liści bukszpanu, a potem od chlorofilu oddzielałam ksantofil :P. To też było mega :D. Naukowe sprawy są świetne. Mój umysł zalicza się jednak do humanistycznych, ale w niczym mi to nie przeszkadza, ba! Nawet lepiej! Analiza językowa tekstów i wypowiedzi jest po prostu nieziemska ;). No to czekam na kolejne opowiadania, skoro wena jest to trzeba pisać :D.
  • awatar Lili33love: U mnie też rok zapowiada się super. ^^ Też mam w klasie takie trzy co są najlepsze iwgl. Chyba w każdej klasie są takie XD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Kate weszła do klasy i w popłochu rozejrzała się wokół. Wszyscy zachowywali się tak samo jak zawsze, może dziewczyny jednak nikomu nie powiedziały... Może się nie rozniosło... Z westchnieniem ulgi usiadła w ławce, wyjmując z torby zeszyt z biologii i wtedy właśnie usłyszała fragment rozmowy, która toczyła się pod ścianą.
- Odwiedziłyśmy wczoraj nasz koleżankę. - powiedziała Dominika od niechcenia, przeglądając notatki na sprawdzian.
- Którą koleżankę? - odezwał się Loic, patrząc niechętnie w ich stronę.
- Kate. - powiedział Mirella i zmrużyła oczy, przyglądając jej się uważnie. Kate spuściła głowę jeszcze niżej, czując że na policzki wypływają jej rumieńce.
- Tak? - zapytała Karina, wyraźnie zaciekawiona. - Byłyście u niej w domu? Kate, nic mi nie powiedziałaś. Ja nie byłam u ciebie jeszcze ani razu.
- Musiałam oddać jej podręcznik do angielskiego, który mi pożyczyła w szkole. - wyjaśniła Dominika, również wbijając w dziewczynę wzrok.
- Mówienie, że odwiedziłyśmy Kate w jej domu jest pewną przesadą. - poinformowała Mirella, bawiąc się guzikiem swojego sweterka. - Ona mieszka w domu dziecka. - dodała, nie spuszczając wzroku z dziewczyny, będącej głównym obiektem rozmowy.
- W domu dziecka? - wyjąkał Loic bez sensu, wpatrując się w Mirellę.
- Nie wiedziałeś o tym? - zaszczebiotała dziewczyna. - A myślałyśmy, że się przyjaźnicie!
- Widocznie nie aż tak bardzo! - roześmiała się Dominika. Kate zerwała się z miejsca gwałtownie, zaciskając dłonie w pieści. Cała się trzęsła od tłumionego szlochu, a wreszcie dopadła do dziewczyny i nie zastanawiając się zbyt wiele, uderzyła Dominikę prosto w twarz. Dziewczyna dotknęła krwawiącego nosa i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Kate stała na środku klasy, oddychając spazmatycznie. Nie wiedziała, że jest do czegoś takiego zdolna. Tkwiła pośrodku sali jak kołek w płocie, dopóki nie odezwała się Karina.
- Kate... To prawda? - spytała, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu. Kate nie odpowiedziała. Porwała tylko z ławki swoją torbę i wybiegła z klasy.
Biegła przed siebie korytarzem, przepychając się przez tłum uczniów dopóki nie wpadła na kogoś, nie potknęła się i nie wylądowała na wyłożonej wykładziną podłodze. Pozbierała się natychmiast, podnosząc torbę z podłogi. Chciała uciec, choć wiedziała, że już na to za późno.
- Kate! - zawołała za nią pani Irena, bo to na nią wpadła dziewczyna. - Kate, co się dzieje? Co się stało? - spytała, łapiąc ją za ramię. Kate szarpnęła się, ale nauczycielka trzymała mocno. Dopiero wtedy dziewczyna spojrzała jej w twarz. Dopiero wtedy rozpłakała.
- Kate... - odezwała się łagodniej nauczycielka. - Wytłumacz mi co się stało.
- Tego się nie da wytłumaczyć... - zaprotestowała Kate.
- Na pewno się da. Chodź ze mną, porozmawiamy. - poprosiła pani Irena.
 

 
Jak większość ludzi w relacjach z dziewczynką z domu dziecka czułam się głupio. Bałam się poruszać niektóre tematy, chociaż teraz już wiem, że to niemądre. Przecież znałam sytuację Kate i o wiele rzeczy mogłam zapytać wprost, ale czułam się jakbym próbowała dotykać otwartej rany... Bałam się zrobić Kate krzywdę, a przecież żeby komuś ulżyć, trzeba czasem dotknąć ran chociażby po to, żeby je opatrzyć.
Często zachowujemy się tak głupio przy niepełnosprawnych, albo przy ludziach przeżywających żałobę. Przez delikatność nie robimy nic, nie dzwonimy, udajemy, że nie widzimy kalectwa, żałoby, smutku, żeby nie zranić... I tą właśnie "delikatnością", która tak naprawdę ratuje tylko nasze dobre samopoczucie, ranimy ich najbardziej, bo przecież ludzie potrzebują się nawzajem nie tylko wtedy, gdy jest wesoło, ale przede wszystkim, gdy jest im źle.
Rozmawiałam o tym później z Bożeną, ale ona nie bardzo rozumiała, o czym mówię. Ma chyba inną wrażliwość i chyba jest ode mnie mądrzejsza, skoro potrafiła po latach uczenia w liceum, odnaleźć swoje miejsce wśród tych, którym start w życie nie bardzo się udał.
O wizycie w domu dziecka Mirelli i Dominiki Kate nie powiedziała nikomu. Poza mną. One też początkowo o tym nie mówiły. Początkowo... Cała prawda o ich wyczynie wyszła na jaw zaraz następnego dnia. Wiedziałam, jak Kate bardzo zależy na tym, żeby w szkole nikt się nie dowiedział gdzie mieszka. Jest bardzo wrażliwą osobą, więc to co przeżyła przez głupie zachowanie koleżanek, mogło być dla niej straszną traumą.
Jak się okazało właśnie tak było.
 

 
Piętnaście godzin temu zaczęliśmy Nowy Rok, proszę państwa. Jak w związku z tym faktem nastroje, może jakieś plany, postanowienia, może do spełnienia jakieś zamierzenia i plany. Ja na początek i z tego miejsca pragnę podziękować za wszelkie wsparcie, jakie mi okazujecie, za to, że większość z was jeszcze się tu przewija, że jeszcze się wam nie znudziłam, no i przede wszystkim za motywację i zachętę, którą otrzymuję od was w zamian za lepsze lub gorsze wytwory mojej wyobraźni, które z nieukrywaną satysfakcją wam podsuwam. Oraz mam nadzieję na jeszcze długi czas spędzony razem. Oby to były chwile jeszcze piękniejsze niż dotychczas.

Miniony rok obfitował zarówno w wiele sukcesów i chwil satysfakcji, jak również i porażek. Przejrzałam właśnie archiwum, żeby zrobić małe podsumowanie tych dwunastu miesięcy i sama zdziwiłam się, jak wiele przez ten rok się wydarzyło. Pod względem twórczym na pewno, bo jeszcze nie było okresu, w którym moja wena tak by szalała. W końcu dokończyłam historię Śródziemia, napisałam całkiem niezłe moim zdaniem dwa opowiadania w uniwersum wiedźmińskim, dane mi było wcielić się w pana Bagginsa, no i jeszcze to opowiadanie z Piratami, że o dramacie psychologicznym nie wspomnę. Działo się. A ten rok wcale pod tym względem nie będzie gorszy. Macie już w końcu zapowiedzianą kontynuację dziejów Śródziemia... Parę niespodzianek też się zapowiada...

Jeśli chodzi o samą noc sylwestrową to niektórzy z was na pewno bawili się na o wiele większą skalę, może na jakiejś domówce, czy coś... Ja siedziałam sobie pod kocykiem z dobrym kryminałem pod ręką, o północy wybyłam oglądać fajerwerki, więc nic specjalnego, a nowy rok zaczęłam od obejrzenia "Przeminęło z wiatrem". Już nawet zarzuciłam koncepcję kucia na konkurs, stwierdzając, że jeszcze ten jeden raz sobie odpocznę, a dawać z siebie wszystko znów będę od jutra. A, i tak koło północy wena wróciła, więc myślę, że początkiem lutego możecie spodziewać się pierwszych rozdziałów nowego opowiadania fantasy.
 

 
W szkole byłam grubo przed ósmą i w naszej szatni znalazłam się jako pierwsza. Chwilę po mnie przyszłą Annika, która zajrzała tylko do swojej szafki, pomachała mi i natychmiast znikła. Sięgnęłam po plecak, kiedy usłyszałam jej głos.
- Cześć, masz książkę do angielskiego? - zapytała Dominika, wyłaniając się nagle zza filara. Drgnęłam przestraszona. Nie spodziewałam się teraz nikogo w tym miejscu.
- Mam. - powiedziałam krótko.
- Pożycz mi, bo nie zrobiłam pracy domowej, a swojego zapomniałam. - nie odpowiedziałam nic, tylko sięgnąwszy do torby, wyjęłam z niej książkę.
- Dzięki! - powiedziała, wyciągając rękę i zgarnąwszy książkę, znikła za filarem, a ja popędziłam na górę. Aż do ostatniej lekcji, jaką był język angielski, Dominika nie zwróciła mi podręcznika, a kiedy wreszcie znaleźliśmy się wszyscy w pracowni języka angielskiego, okazało się, że nie ma jej w klasie.
- Gdzie jest Dominika? - zapytała anglistka, sprawdzając listę obecności. - Widzę, że była na poprzednich lekcjach.
- Była, ale pielęgniarka zwolniła ją u wychowawczyni, bo Dominikę strasznie rozbolała głowa. - odezwała się Mirella. No pięknie, wyszła i nie oddała mi książki! Wyrwałam kartkę z notesu i napisałam liścik do Mirelli z zapytaniem, czy nie ma przypadkiem mojego podręcznika. Przeczytawszy wiadomość, spojrzała na mnie jak na idiotkę, wzruszyła ramionami i pokręciła głową. Zostałam bez książki. Przesiadłam się do Kariny, która miała podręcznik, ale byłam zła. Znowu czułam się oszukana, chociaż oczywiście mogłam wziąć pod uwagę taką ewentualność, że Dominika po prostu zapomniała oddać mi książki. Zaakceptowanie tej myśli przychodziło mi jednak z trudem. A potem okazało się, że miałam rację.
Przyszły wieczorem. Kiedy zjawiły się w sierocińcu, byłam akurat w pralni. Przybiegł do mnie jeden z dzieciaków, mówiąc, że mam gości. Trochę się zdziwiłam, bo przecież poza panią Jarocką, nikt nie wiedział gdzie mieszkam, nikogo do sierocińca nie zapraszałam.
Kiedy maszerowałam korytarzem w stronę drzwi wejściowych targały mną sprzeczne emocje. Minęłam drzwi sekretariatu i gabinetu dyrektorki i zbliżyłam się do niewielkich schodków oddzielających korytarz od głównego holu. Przy wejściu stały Mirella i Dominika, ta pierwsza trzymała moją książkę do angielskiego. Dominika zobaczyła mnie pierwsza, chociaż w pierwszej chwili cofnęłam się, chcąc schronić się przed ich wzrokiem za ścianą.
- O, cześć koleżanko! - powiedziała, uśmiechając się zjadliwie. - Przyniosłam ci książkę do angielskiego, bo zapomniałam oddać ci ją w szkole. Pewnie przyda ci się w weekend.
Obie stały teraz, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek, a ja stałam i gapiłam się na nie bez słowa.
- No dobra idziemy! - rzuciła Mirella, marszcząc nos. - Musimy jeszcze wpaść do Loica, a nasza koleżanka nie jest zbyt gościnna. Poza tym wybacz - zwróciła się do mnie. - ale trochę tu śmierdzi. Cześć!
Miała rację, wentylacja w kuchni popsuła się już dawno, a dyrektorka nie mogła się doprosić pieniędzy na jej naprawę. Kuchenne zapachy bywały dość uciążliwe, a tego dnia na obiad była kapusta. Stałam pośrodku korytarz i patrzyłam na podręcznik do angielskiego. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Pewnie o niczym, bo mój mózg całkiem przestał funkcjonować.
 

 
- Kate... - odezwała się któregoś dnia pani Irena. Dziewczyna z westchnieniem zamknęła w szafce materiały, ale spojrzała na nauczycielkę pytająco. - Czy ty masz jakieś inne buty, oprócz tych, które masz na sobie? - Kate zerknęła na swoje stare, poprzecierane tenisówki.
- Nie. - pokręciła głową przecząco. - Dlaczego pani pyta?
- Jest zdecydowanie za zimno, żeby chodzić w tenisówkach.
- Nie stać mnie na nowe buty. - odpowiedziała dziewczyna.
- Nie możesz całej zimy przechodzić w tych. To twoja ostatnia lekcja? - Kate niepewnie pokiwała głową. - Więc zabieram cię do galerii. A... Nie chcę słyszeć żadnych protestów.
- To podchodzi pod porwanie... - stwierdziła szeptem dziewczyna.
- Więc cię porywam. - uśmiechnęła się pani Irena. - Chodź.
Kate niepewnie weszła za nauczycielką do sklepu obuwniczego. Nie miała pojęcia co tu robi, ale wiedziała, że nie powinno jej tu być.
- Pani profesor... - odezwała się w końcu. - Nie chcę nowych butów. Chcę, żeby pani podarowała dobie gesty miłosierdzia wobec ”sierotki”. Już o tym rozmawiałyśmy. - powiedziała zdecydowanie.
- Jakiej sierotki? - zdziwiła się nauczycielka. - Ja tu widzę tylko swoją najzdolniejszą uczennicę. Nie sugeruj się ceną. - dodała jeszcze, znikając między półkami. Kate westchnęła ciężko, ale zrobiło jej się dziwnie ciepło na serduszku. A chwilę potem siedziała na ławce, wsuwając stopy w zamszowe botki.
- I jak? - zagadnęła pani Irena, stojąca obok.
- W porządku. Są fantastyczne. - odpowiedziała ugodowo Kate. - Na pewno nie chce pani wydać pieniędzy na coś innego?
- Nie. - nauczycielka zdecydowanie pokręciła głową. - A z moich obserwacji wynika, że potrzebujesz też kurtki.
Chwilę potem Kate szła za nauczycielką holem galerii handlowej, ściskając w dłoni uchwyty dużej torby, w której spoczywała świeżo kupiona czarna kurtka w połyskujące gwiazdki. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - spytała pani Irena, odwracając się do niej.
- Nie. Ale dziękuję za troskę. - odpowiedziała Kate. - Pani profesor... - odezwała się zaraz, a kiedy nauczycielka ponownie odwróciła się w jej stronę, mocno się do niej przytuliła. Nauczycielka zamarła w bezruchu zaskoczona, ale potem uśmiechnęła się, również obejmując dziewczynę. Może właśnie tego było jej najbardziej brak przez te wszystkie lata?
 

 
Dzisiaj dwa rozdziały, a do tego jeszcze recenzja, ale nic niezwykłego w tym nie ma, chce wam po prostu wynagrodzić ten mój ostatni zastój. Bardzo mi przykro, nic nie poradzę na to, że moja wena zdechła.

Główną bohaterką "Lady Detective" jest Elizabeth Newton, nazywana w skrócie panienką Lizzie, która na tle innych pań w dziewiętnastowiecznej Anglii wyróżnia się i to bardzo. Ma zupełnie inne upodobania, jej głowy nie zajmują wyłącznie fatałaszki i proszone herbatki, jak innych z towarzystwa, w którym się obraca. Rzeczona panna interesuje się naukami humanistycznymi, chemią, pisze powieść detektywistyczną pod pseudonimem Logica Docens i ma zadatki na Sherlocka Holmes'a w spódnicy.

W posiadaniu mam trzy pierwsze tomy manhwy, tyle ile zostało ich wydanych w Polsce, w których mamy do czynienia kolejno z samobójstwem (czy aby na pewno to było samobójstwo?), odszyfrowaniem zakodowanej wiadomość z dość interesującego okresu w historii Anglii i morderstwo (tudzież nieszczęśliwy wypadek przy pracy). Jakimś cudem zawsze tam gdzie coś się dzieje jest obecna panienka Lizzie, bądź ktoś ją o zajściu powiadamia, bo w drugim tomie roznosi się już wieść o jej nieprzeciętnej inteligencji i zacięciu detektywistycznym.

"Lady Detective" jest komiksem, który niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył. To świetna opowieść utrzymana w konwencji klasycznego kryminału w stylu historii o Sherlocku Holmesie, w której autorki zadbały o detale historyczne i budowanie odpowiedniego klimatu. Moją ulubioną bohaterką zdecydowanie jest Lizzie, komiks polecam przeczytać chociażby ze względu na jej charakter, który jest absolutnie genialny, a przy jej kłótniach z kamerdynerem, pokojową, czy szefem wydawnictwa dla którego pisze naprawdę nieźle można się ubawić. Ma charakterek, jest zadziorna, jednocześnie pewna siebie, doskonale wie na ile ją stać, co może, a czego nie, myśli zupełnie nieszablonowo, no i robi coś, czego w tamtych czasach nie pochwalano u kobiet, czyli fascynuje się kryminalistyką, a przy tym na pracy tamtejszej policji, tudzież Scotland Yardu zna się lepiej niż oni sami.

Postać „asystenta” Lizzie jest równie ciekawa, jak sama niesforna bohaterka. Tak naprawdę po lekturze pierwszego tomu nie do końca wiadomo, jaką rolę w życiu rodziny Newtonów przyszło pełnić White’owi. Dla dziewczyny Edwin jest przede wszystkim sługą – kamerdynerem, a zarazem pomocnikiem, który dzięki swym umiejętnością pomaga jej w zabezpieczeniu dowodów. Zdaje się, że mężczyzna pełni również rolę jej opiekuna, jest głosem zdrowego rozsądku, kiedy młoda dama daje się zbytnio ponieść swoim pasjom lub porywczemu charakterowi. Pozostała służba traktuje Edwina z dużym szacunkiem i tytułuje paniczem. Socjeta postrzega go natomiast jako dżentelmena, uzdolnionego prawnika, który z niewiadomych przyczyn zrezygnował z wspaniale zapowiadającej się kariery. Edwin White ma w sobie nutę tajemniczości, która intryguje.

Zagadka kryminalna, która pojawia się w pierwszym tomie manhwy nie należy do kategorii wyrafinowanych, wielowątkowych spraw – rozwiązanie zagadki, z perspektywy głównej bohaterki, jest proste i nie sprawia jej większych problemów, czego nie można powiedzieć o stróżach prawa, którzy z dużym powątpiewaniem przyjmują ustalenia ekscentrycznej damy mającej szczęście zbadać miejsce zbrodni zanim funkcjonariusze Scotland Yardu się pojawili. Manhwą jestem osobiście oczarowana. Jeon Hey-jin i Lee Ki-ha stworzyły naprawdę interesujący komiks kryminalny, w którym nie zabrakło miejsca na zabawne oraz trącące subtelnym romantyzmem sceny. Duży format publikacji pozwolił w pełni cieszyć się urokiem ślicznych ilustracji. Zdecydowanie będę kontynuowała przygodę panienką Lizzie i z niecierpliwością czekam na kolejne tomy.
 

 
Wieczór w tej pierwszorzędnej pizzerii rozpoczął się zupełnie nieźle. Sąsiednie stoliki zajmowali tylko starsi uczniowie. Kate z jednej strony czuła się dorosła i silna, z drugiej zaś przeszkadzały jej spojrzenia innych. Na szczęście znaleźli jeszcze jeden wolny, okrągły stolik w niszy, do połowy przesłonięty palmą w kolorze lila.
Pizza była grubo obłożona serem, pomidorami i salami. Po każdym kęsie z ust Kate zwisały serowe nitki, które w pewnej chwili Loic ostrożnie usunął palcem wskazującym. Lekko drgnęła, a potem odwróciła wzrok. Nawet nie miała pojęcia ile bólu potrafi sprawić ten niewielki czuły gest.
- Nigdy bym nie przypuszczał, że masz taki apetyt. - powiedział chłopak w końcu.
Kate nie odpowiedziała. Na samą wzmiankę zrobiło jej się niedobrze. Loic opowiadał o swoim domu, o rodzicach, o swoim tacie, który pracował jako adwokat. Dziewczyna przyglądała mu się tylko, nie mając ani odwagi, ani ochoty odpowiedzieć. To wspólne wyjście było straszną pomyłką.
- Kate... - odezwał się Loic. - Wszystko w porządku? - dziewczyna przełknęła ślinę.
- Przepraszam. - odezwała się, zrywając się z miejsca i pognała do toalety. Zwymiotowała. Krztusiła się i dławiła, aż łzy spłynęły jej po policzkach.
Dokładnie wypłukała usta wodą, żeby pozbyć się tego wstrętnego, kwaśnego posmaku. Później spojrzała na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Z lustra spoglądała na nią wystraszona dziewczyna, z szeroko otwartymi, zielonymi oczami. Trzęsły jej się ręce.
- Co się stało? - spytał Loic, kiedy Kate wróciła do stolika.
- Nie mam pojęcia. Ale... Chyba będzie lepiej, jeśli już pójdę. Nie zrozum mnie źle, chcę do domu. - Loic zmarkotniał.
- To może cię odprowadzę? - zaproponował natychmiast.
- Nie! - zaprotestowała gwałtownie Kate. - Przepraszam, już wystarczająco dla mnie zrobiłeś. Naprawdę, muszę już iść. Zobaczymy się w szkole?
- Tak. Poczekaj, Kate... - chłopak złapał ją za rękę. - Coś nie tak zrobiłem? Co się dzieje? - dziewczyna nie była w stanie wykrztusić słowa. Nagle uświadomiła sobie, że jeśli będzie ją trzymał jeszcze choć chwilę dłużej, to wybuchnie płaczem i będzie tak szlochać bez końca.
- Przepraszam... - powtórzyła tylko, wysuwając dłoń z uścisku Loica. Odwróciła się na pięcie i nie oglądając się więcej na chłopaka, szybkim krokiem wyszła z restauracji.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Biedna Kate... Nigdy nie była w takiej sytuacji, miała prawo tak się czuć... Ale też szkoda mi Loic'a. Nie wiedział nawet jak ma się zachować.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate stała przy regale z literaturą kobiecą w bibliotece publicznej, z niechęcią czytając opis jednej z najnowszych książek poleconego jej Nicholasa Sparksa. Westchnęła, ale koniec końców zdecydowała, że książkę weźmie ze sobą. Nie miała w końcu nic do stracenia, a może ten autor rzeczywiście jest taki dobry?
- Kate? - dziewczyna odwróciła się, słysząc znajomy głos.
- Loic. - odpowiedziała, odrobinę jednak zaskoczona, że widzi kolegę z klasy w takim miejscu. - Co ty tu robisz?
- Szukam czegoś do czytania. - odpowiedział jej chłopak, pokazując na regał z fantastyką. - Podobnie chyba jak ty. Ale spodziewałbym się ciebie w dziale z thrillerami. Mówiłaś, że nie czytasz obyczajówek. - Kate pogrzebała chwilę w pamięci. Rzeczywiście, rozmawiała z nim kiedyś o filmach i książkach właśnie.
- Bo nie czytam. - odpowiedziała, markotniejąc. Loic uśmiechnął się. - Może zacznę. - dodała, odwracając wzrok. - A ty co tam znalazłeś?
- To o piratach. - odpowiedział chłopak, pokazując na okładkę książki, którą trzymał w ręce. - Uwielbiam przygody na otwartym oceanie. Masz jutro czas? - spytał niespodziewanie.
- Czas na co? - zapytała niepewna, czy powinna drążyć tę dyskusję.
- Niedaleko jakiś Włoch otworzył nową restaurację. Pierwsza klasa! Może zjemy tam pizzę? Albo pójdziemy do kina? Oczywiście, jeśli masz na to ochotę? - spojrzała na niego. Niemal się uśmiechnęła. Był równie zdenerwowany jak ona. Czy miała ochotę na pizzę, a może na kino? Czy w ogóle powinna gdzieś z nim wychodzić? Byli przecież tylko kolegami z klasy. Nie parą, nic w tym stylu. Mimo wszystko odpowiedziała;
- Jak się nazywa ta pizzeria?
 

 
- Długo się u mnie nie pokazywałaś. - odezwała się pani Irena, kiedy któregoś dnia, razem z Kate sprzątały salę biologiczną po zajęciach.
- Musiałam sobie przemyśleć kilka spraw. - odpowiedziała Kate. - Ale już wszystko w porządku.
- Jeśli masz jakiś problem, to oczywiście spróbuję ci pomóc.
- Wszystko w porządku, naprawdę. - powtórzyła dziewczyna, zamykając szafkę z preparatami na klucz.
- Ja za to muszę cię bardzo pochwalić. - zmieniła temat nauczycielka. - Wszystkie jedynki poprawione na czwórki i piątki. Jestem z ciebie dumna.
- Nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pomagała mi pani po lekcjach. To nie tylko moja zasługa. - nauczycielka uśmiechnęła się, stwierdzając, że da dziewczynie spokój. Mogłyby się jeszcze długo przekomarzać, ale nie było w tym najmniejszego sensu.
- Widziałam cię dzisiaj na korytarzu z książką. - zmieniła temat pani Irena. - Co czytasz?
- Jeśli spodziewa się pani jakiegoś romansu, albo młodzieżówki to muszę panią rozczarować. - Kate sięgnęła do torby. - Remigiusz Mróz. - powiedziała, wyjmując stamtąd książkę.
- Lubisz dobre kryminały. - stwierdziła nauczycielka, zbierając z biurka podręczniki.
- Nic innego właściwie nie czytam. Nie lubię szczęśliwych zakończeń. - powiedziała, ubiegając pytanie pani Ireny. - Życie nie wygląda tak, jak opisują to autorzy tych wszystkich powieści obyczajowych. W prawdziwym świecie nie można liczyć na szczęśliwe zakończenie.
- Mimo wszystko polecę ci Nicholasa Sparksa. - odezwała się nauczycielka, kierując się już w stronę pokoju nauczycielskiego. - Potrafi pięknie grać na emocjach. - dodała jeszcze.
 

 

"Lab Girl" to opowieść o kobiecie naukowcu, pasjonatce, dla której rośliny są wszystkim, o drzewach i miłości. Hope Jahren jest geobiologiem, kobietą, która od najmłodszych dziecięcych lat obracała się wokół laboratoryjnych stołów, mikroskopów i probówek. Jej konik to botanika i to właśnie tej nauce o życiu roślin postanowiła poświęcić całe swoje życie. Jednak bycie kobietą naukowcem to wcale nie jest taka prost sprawa, jak mogłoby się wydawać w tym progresywnym przecież świecie badaczy. Układy, układziki, można prowadzić swoje laboratoria, badania, można pisać mi wydawać książki, a jednak płeć determinuje tutaj tak naprawdę wszystko. Hope Jahren udowadnia, że można podążać ścieżką swoich pasji, a przy tym osiągnąć bardzo wiele nawet kiedy świat nie stoi wcale po naszej stronie.

Ale "Lab Girl" to nie jest wyłącznie historia Hope Jahren. To też opowieść wypełniona anegdotkami, ciekawostkami i faktami z życia roślin. Świat botaniki już dawno nie był tak pasjonujący, tak poruszający, tak bardzo odnoszący się do naszego ludzkiego życia na co dzień. Rośliny posłużyły Hope do stworzenia metafory, która przemawia tą swoją życiodajną siłą. Czytamy o korzeniach, o liściach, o nasionkach, o całych tych systemach powiązań i powiem wam, że my też w tym momencie czujemy się powiązani z całym tym światem. Taki krąg życia, jeśli wiecie co mam na myśli.

"Lab Girl" z miejsca stała się bestsellerem za oceanem, była nawet uznana za książkę roku 2016 i zdobyła wiele prestiżowych tytułów i wyróżnień. Z pewnością jest to pasjonująca historia, dlatego że Hope Jahren motywuje i inspiruje do sięgania do gwiazd, do spełniania swoich marzeń, do podążania swoimi ścieżkami bez względu na wszystko. Sama Hope zapłaciła za to wszystko bardzo wysoką cenę, ale wydaje mi się, że pracoholizm tego botanicznego świata naukowego właśnie tak wygląda, szczególnie kiedy jest się kobietą. To właśnie ze względu na tę kobiecość "Lab Girl" jest tak wyjątkowa i wyróżnia się na tle innych publikacji. To prawdziwa historia napisana lekko, napisana zabawnie, napisana miejscami wzruszająco, miejscami poetycko, więc jeśli lubicie fascynujące autobiografie to koniecznie sięgnijcie po opowieść Hope Jahren.
 

 
Ten wyjazd był dla mnie czymś niesamowitym. Nie tylko wielką przygodą - bo nie licząc ciągłych przeprowadzek z miejsca na miejsce, tak naprawdę nigdzie nie wyjeżdżałam - ale dzięki niemu mogłam choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Mogłam wyobrazić sobie, że moje życie tak naprawdę nie jest moje, że należy do kogoś innego, a ja jestem kimś zupełnie innym. Sierociniec zostawiłam wtedy daleko za sobą, zniknął z moich myśli na calutki dzień i choć przez chwilę nie musiałam się przejmować szkołą, czy litościwymi spojrzeniami rzucanymi w stronę ”sierotki”.
Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby pani Jarocka była moją mamą? Tak nas postrzegali ludzie z muzeum, ta kelnerka w restauracji, nawet ludzie na ulicy. Jakaś starsza pani zwróciła nawet uwagę, że ”strasznie jestem do mamy podobna”, a pani Jarocka wcale tej uwagi nie naprostowała. Tylko, że to chyba były tylko takie marzenia. To rozmyślanie o prawdziwym domu. W najśmielszych snach bym nie przypuszczała, że istnieje choćby cień szansy na to, że w końcu ktoś mnie do siebie weźmie. Nikt nigdy nie adoptował nastoletnich mieszkańców sierocińca. Ludzie przychodzili po małe dzieci, nie po takich jak my. A mi wydawało się, że już dawno temu pogodziłam się z tą ponurą perspektywą. Cóż... Najwyraźniej nie do końca... Skoro moja podświadomość wciąż podsuwała mi te wszystkie wyobrażenia o małym, białym domku na obrzeżach miasta.
 

 

Historia miłości Berena i Lúthien jest dość prosta. Oto człowiek spotyka elfkę, ale nie taką zwykłą, bo najpiękniejszą z istot, jakie kiedykolwiek chodziły po Ziemi. Widzi ją, jak śpiewa i tańczy w lesie, zakochuje się i ostatecznie prosi jej ojca, Thingola, o rękę. Ten jednak stawia mu pewien, zdawałoby się niemożliwy do wypełnienia, warunek – Beren musi zdobyć Silmaril z korony Morgotha. Czy będzie w stanie to zrobić, skoro Morgoth jest tak potężnym wrogiem? I jak potoczą się losy jego miłości?

Historia o Berenie i Lúthien była tak istotna dla twórczości Tolkiena, że nawet imiona pary kochanków znalazły się wypisane na nagrobku pisarza i jego żony. A przecież za życia autora czytelnicy niewiele dowiedzieli się na temat tych postaci – poznali jedynie krótki poemat, który we „Władcy Pierścieni: Drużynie Pierścienia” przytoczył swoim towarzyszom Aragorn (poemat będący poniekąd odbiciem jego własnych losów). W pełni tę historię mogli przeczytać dopiero w „Silmarillionie”, wydanym trzy lata po śmierci Tolkiena. Była jednak nie autonomiczny tworem, a częścią olbrzymiej całości, bardzo istotną, bo mającą wielki wpływ na opisywane wydarzenia. Pomysł syna autora, Christophera, by zaprezentować ją czytelniom jako samodzielną opowieść wydawał się więc dość karkołomnym wyczynem. Z drugiej strony podobna sztuka udała się już wcześniej, kiedy inna z ważnych historii „Silmarillionu”, „Dzieci Húrina” ukazały się jako powieść. Tym razem jednak Christopher chciał ukazać za pomocą książki także coś jeszcze, ewolucję samej historii. Czy to wszystko udało się w tym przypadku?

Nie ulega wątpliwości, że tak. W ręce czytelników trafia pełna wersja opowieści o miłości Berena i Lúthien, wzbogacona o wątki, które dotychczas znali jedynie czytelnicy „The History of Middle-earth”, ale wreszcie ułożone chronologicznie i złączone w jedną, fascynującą całość. Jednocześnie możemy śledzić, jak rozwijał się sam tekst, dostajemy bowiem zarówno ten pisany prozą, jak i „Balladę o Leithian”, nigdy niedokończoną, wczesną wersję tytułowej historii (tę otrzymujemy w wersji polskiej oraz oryginalnej). Wszelkie watki wymagające szerszego kontekstu i znajomości „Silmarillionu” zostają tu wyjaśnione, a w ręce czytelników trafia niezwykła opowieść o miłości człowieka i elfki – pierwszej takiej w historii Śródziemia – ale też i zapis pracy twórczej, pokazujący ewolucję całości od poematu, do wersji ostatecznej.

A wszystko to w przepięknie wydanej książce. Wzbogacone o dziewięć kolorowych ilustracji Alana Lee, artysty, który swoimi pracami ozdobił nie tylko „Władcę Pierścieni”, ale też i był autorem szkiców konceptualnych do filmowej adaptacji, a także otrzymał Oscara za najlepszą scenografię do „Powrotu Króla”. Oczywiście grafik w „Berenie i Lúthien” jest zdecydowanie więcej, pozostałe są wprawdzie czarno-białe, ale robią równie wielkie wrażenie, co te barwne. A wszystko to w bardzo ładnie stylizowanym tomie, zamkniętym w twardej oprawie, który pięknie prezentuje się na półce. Dla miłośników Tolkiena to absolutne musisz-to-mieć, fani fantasy też będą bawić się doskonale, nawet jeśli nie znają „Silmarillionu”. Polecam zatem bardzo gorąco.
 

 
- Jak ci się podobało? - zagadnęła pani Irena, kiedy obie już wyszły z muzeum.
- No... Dość ciekawe przeżycie. - odpowiedziała Kate, ciągle nie mogąc się otrząsnąć po tym, co zobaczyła.
- Fantastyczne, prawda? - poparła ją nauczycielka. - Kiedy byłam tam pierwszy raz, miałam podobne odczucia co ty.
- Umie pani czytać w myślach? - wystraszyła się nagle dziewczyna.
- Nie, ale daj mi trochę czasu, a na pewno to opatentuję. - roześmiała się pani Irena. - Widzę po tobie, że jesteś poruszona. Czytam z twojej twarzy jak z otwartej księgi. - Kate natychmiast opuściła głowę i zgarnęła włosy na twarz. - Nie miałam na myśli nic złego. - dodała zaraz nauczycielka. - Jesteś głodna? Tu blisko jest fantastyczna restauracja. - dziewczyna zerknęła na nią, czując dłoń kobiety na swoim nadgarstku i posłusznie poszła za nią, czując, że w środku cała się rozpływa.
- No to na co masz ochotę? - spytała nauczycielka chwilę później, kładąc przed dziewczyną kartę dań. - Wybierz sobie coś, tak żebyś się najadła, dobrze?
- Ale.. - zaczęła Kate, ale umilkła, kiedy pani Irena spiorunowała ją wzrokiem.
- Akurat pieniądze szczęścia nie dają. Nie chcę, żebyś chodziła głodna, to wszystko.
- Dobrze. - westchnęła Kate. - Porcja pierogów mi wystarczy. - nauczycielka uśmiechnęła się i zaraz zaczepiła przechodząca obok kelnerkę. Dziewczyna patrzyła na nią, niepewna, skąd nauczycielka zawsze bierze tyle energii.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No... To jak wam minęły święta kochani? Moje o dziwo nie były wcale takie złe. Nielubiana część rodzinki wyniosła się po dwóch godzinach nie mogąc znieść albo naszego towarzystwa, albo naszych tradycji, albo jednego i drugiego i reszta wieczoru wigilijnego upłynęła w miłej atmosferze, a zakończyła się obejrzeniem "Alicji w Krainie Czarów", zamiast tego całego Kevina, którego mam już powyżej uszu, a tak naprawdę nigdy nie obejrzałam w całości żadnej części.

Pozostałe dwa dni świąt zleciały na jedzeniu, śpiewaniu kolęd i nadrabianiu zaległości filmowych i książkowych - wreszcie przeczytałam cześć tego co dostałam na Mikołajki i jestem w trakcie czytania reszty (więc w najbliższym czasie duuużo będzie recenzji). Zaczęłam nawet czytać "Dziady" do szkoły, ale to nudne. Oprócz tego próbuję się przemóc i zabrać do tych podręczników studenckich z ekologii, bo dziesiątego stycznia konkurs (ściślej rzecz ujmując olimpiada), a Sylwestra jak zwykle spędzam w domku.

Prezent nieco skromniejszy niż w Mikołajki, ale przecież to nie jest najważniejsze, a i tak zostałam mocno uszczęśliwiona, bo stałam się posiadaczka pierwszej serii Scherlocka na DVD, a do tego odcinka specjalnego. Będę miała co robić w ferie, piękna rzecz.

A wena dalej nie wróciła i to jest okropne. Wiem, co chce napisać, wiem jak, ale nie jestem w stanie. Nie cierpię tego! Chcę zrobić coś twórczego, ale koniec końców tylko siedzę nad pustym zeszytem w poczuciu własnej beznadziei. Ten stan zawieszenia nigdy jeszcze nie trwał tak długo, nie wiem co jest grane.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Czekam na recenzje tych wszystkich książek ;). Uwielbiam książki, ale co do lektur szkolnych, to racja, są nudne... Całe technikum przeleciałam na streszczeniacb i maturę zdałam całą za pierwszym razem, a mówili, że tak się nie da, hehe :P. Ja mam teraz do przeczytania na studiach 3 książki: Jerzy Bralczyk "Język na sprzedaż", Kazimierz Ożóg "Język w służbie polityki" i Irena Kamińska-Szmaj "Słowa na wolności". Teraz czytam Bralczyka i powiem, że książka jest super, bardziej się zastanawiam jak zniosę Ożoga... Nie cierpię polityki... Pewnie, po prostu tego nie przeczytam ;). Co do Twojej weny, to nie masz co się martwić, wróci na pewno ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Złapałam dzisiaj za ogon przeznaczenie, co sprawiło, że udzielił mi się świąteczny nastrój. Mnie, gdzie za świętami niespecjalnie przepadam. Choć od zeszłego roku coś się jednak zmieniło. I teraz nawet na święta czekałam z utęsknieniem. A ściślej mówiąc na wigilię klasową. Na ten jeden moment, kiedy będę mogła chwycić za opłatek, stanąć pod jemiołą... Boże, ja oszalałam. Co miłość potrafi zrobić z człowiekiem... Poniżej króciutki świąteczny fragmencik w formie prezentu. Obiecałam coś wyjątkowego i mam nadzieję, że moje osobiste zamierzenie zostało spełnione, bo z tego krótkiego fragmentu miała promieniować duża dawka miłości. Chyba się udało.

A korzystając z chwili wolnego czasu, chciałabym wam wszystkim, co do jednego, jak to czytacie, życzyć zdrowych, radosnych świąt Bożego Narodzenia spędzanych w gronie rodzinnym. Żebyście zawsze byli szczęśliwi, żebyście potrafili cieszyć się nawet z małych rzeczy, bo wbrew pozorom właśnie one są najważniejsze. Zdrowia, spełnienia marzeń, realizacji planów, osiągania wszystkiego, do czego dążycie, a przede wszystkim miłości. Dużo, dużo miłości.
 

 
- W przyszłą niedzielę wybieram się do Krakowa, do Muzeum Anatomii. Na Uniwersytecie Jagiellońskim. - odezwała się któregoś dnia Irena, stawiając przed Kate kubek parującej herbaty. Dziewczyna podniosła wzrok znad zeszytu do polskiego. - Zastanawiałam się, czy nie pojechałabyś ze mną.
- Mogę? - odezwała się niepewnie Kate. - Naprawdę? - nauczycielka pokiwała głową twierdząco.
- Porozmawiam o tym z twoimi wychowawcami w domu dziecka. Chciałabyś?
- Pewnie! - dziewczyna rozpromieniła się. - Jeśli tylko mogę spędzić cały dzień poza sierocińcem, to zawsze chętnie.
- To świetnie. - pani Irena uśmiechnęła się. - Dogadam się z którąś z twoich wychowawczyń i przyjadę po ciebie w niedzielę. To może... Siódma trzydzieści, co?
- Nie mam problemu z wczesnym wstawaniem. Siódma trzydzieści. - potaknęła Kate.

Kate stała pod budynkiem sierocińca, opatulona bluzą. Był koniec października, a poranek chłodny. Dziewczyna znów przestąpiła z nogi na nogę. Marzła. Znoszone tenisówki wcale nie chroniły przed zimnem, wręcz przeciwnie. A na nowe buty niespecjalnie było ją stać. Kate zapatrzyła się w kostkę chodnika, mocniej ściskając w dłoni pasek torby i starając się nie myśleć o zimnie, ale podniosła głowę, kiedy na pobocze zjechała znajoma czarna honda civic.
- Gotowa? - spytała pani Irena, kiedy dziewczyna zajęła już miejsce pasażera.
- Jeszcze jak gotowa. - odpowiedziała Kate, zapinając pas bezpieczeństwa.
- Planowany czas podróży; trzy godziny, trzydzieści dziewięć minut. - poinformowała ją wobec tego nauczycielka, ruszając z miejsca. Kate uśmiechnęła się słabo. Nie okazywała niepotrzebnych emocji, ale w duchu aż skakała z radości w oczekiwaniu na ten wyjazd.
Zaraz jednak uświadomiła sobie, że o czymś zapomniała, że coś jeszcze powinna była zrobić. Przeszukała torbę, sprawdziła, czy wzięła portfel, kosmetyczkę... Niczego nie brakowało, a mimo to miała nieodparte wrażenie, że coś nie gra.
- Coś się stało? - spytała pani Irena, kątem oka rejestrując nerwowe przetrząsanie torby.
- Nie, nie, wszystko ok. - zaprotestowała dziewczyna, kładąc torbę na samochodowym dywaniku, pod nogami. Wtedy właśnie stwierdziła, że chce jej się siku i uświadomiła sobie, że to pełny pęcherz dawał jej te znaki. Nie na tyle jednak pełny, żeby musiały się z tego powodu zatrzymywać. Wytrzymam, stwierdziła.
- Jaki mamy plan? - spytała, zerkając na nauczycielkę. - Pani Bożena powiedziała, że ma mnie pani odwieźć koło dwudziestej drugiej. Nie będziemy przecież cały dzień siedzieć w muzeum.
- Kate, ty nie wiesz jakie ogromne jest to muzeum. - uśmiechnęła się pani Irena. - Nie pod względem wielkości w ogóle, ale ilości zgromadzonych tam preparatów... A zresztą sama zobaczysz. Ale potem chciałam cię jeszcze zabrać na obiad, a po południu może pospacerować po rynku?
- Aha. - dziewczyna zgrabnie podsumowała wypowiedź nauczycielki. Kątem oka zobaczyła, że minęły stację benzynową. Benzyna nie była im wprawdzie potrzebna - wskaźnik paliwa wskazywał, że bak jest prawie pełny - ale na stacjach benzynowych są toalety.
Rafinerie wielkiego miasta zostały za nimi. Tu i ówdzie stały jakie magazyny i domki jednorodzinne, ale z każdym kilometrem okolica wydawała się coraz bardziej sielska. I z każdym kilometrem Kate coraz bardziej potrzebowała toalety. Tłumaczyła sobie wprawdzie, że nie ma w tym nic wstydliwego. Mimo to uznała, że byłoby trochę głupio zaraz na początku wycieczki prosić o postój.
- Czy ty w ogóle jadłaś śniadanie? - spytała nauczycielka, spoglądając na nią.
- Nie. - Kate powoli pokręciła głową. - Niewiele byłam w stanie zjeść. Zwykle rano nic nie jem, nie potrafię.
- Wyjmij sobie kanapki ze schowka. - poleciła pani Irena. - Będę ja cię musiała tego oduczyć. Śniadanie to bardzo ważny posiłek. - Kate przewróciła oczami, słysząc dobrze znane gadanie, ale posłusznie wzięła sobie kanapkę. A potem kolejną.
Kate obserwowała przez okno mijane na przemian, wsie, lasy, czasem większe miasteczka. Powiodła wzrokiem za mijaną stacją benzynową. Już od jakiegoś czasu ściskała kolana, ale teraz zaczęła to robić tak nerwowo, że siłą rzeczy pani Irena nie mogła tego nie zauważyć.
- Kate... - odezwała się. - Chce ci się siku?
- Okropnie. - przyznała. Była nauczycielce dozgonnie wdzięczna za zadanie tego pytania.
- Dlaczego nie powiedziałaś? Przed chwilą mijałyśmy stację benzynową.
- Widziałam. - Kate odwróciła wzrok.
- Następna jest dopiero za jakieś czterdzieści kilometrów.
- Wytrzymam. - rzuciła. W jej głosie było chyba mało przekonania, bo pani Irena popatrzyła na nią pytająco.
- Nie, nie wytrzymam. - przyznała.
- Spróbuję zawrócić.
- Nie, mogłaby się pani zatrzymać gdzieś przy drodze? - nie czuła się zbyt komfortowo ze świadomością, że staną gdzieś na poboczu i pójdzie w krzaki, żeby zrobić co trzeba. Poza tym była na siebie zła, że przez własną głupotę tak długo z tym czekała. Nauczycielka musiała zorientować się w sytuacji, bo pół minuty później zaparkowała w zatoce przy drodze.
- Ale nie odchodź za daleko. - powiedziała, gdy dziewczyna wysiadła z auta. Po pierwsze, nie musiała tego robić, bo kilka metrów dalej były gęste krzaki, stanowiące dobrą zasłonę, a po drugie, nie byłaby w stanie dojść dalej. Kiedy wreszcie przykucnęła, miała wrażenie, że był to ostatni moment.
- W porządku? - spytała pani Irena, kiedy Kate wróciła do samochodu.
- Tak, przepraszam. - dziewczyna odwróciła wzrok zmieszana i zawstydzona. Na policzki wypłynął jej delikatny rumieniec.
- Kate, to jest jak najbardziej naturalna rzecz. Poza tym... Ja jestem biologiem, a to tylko fizjologia.
- Dobrze, jedźmy już. - rzuciła Kate. - Proszę. - dodała. Nauczycielka usłuchała. Ale ze zdziwieniem zaobserwowała, że nawet zazwyczaj opanowaną Kate, da się wyprowadzić z równowagi.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Kate ma chyba "syndrom pingwinka" ;). Następnym razem trzeba mówić i już ;). Ale jestem ciekawa tego muzeum. Uwielbiam wycieczki! :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate skończyła stroić gitarę i niepewnie rozchyliła palcami kurtynę. Widownia była już pełna, nic dziwnego zresztą, bo tegoroczny program bożonarodzeniowy był wyjątkowy i dopracowany, a wszystko dopięte na ostatni guzik. Dziewczyna chwilę wodziła wzrokiem po widowni, ale nie dojrzała osoby, na której najbardziej jej zależało. Nie było jej mamy. Bez niej przecież nie zaśpiewa! Zwłaszcza, że to pani Irena wrobiła ją w ten występ...
- Kate... Za chwilę zaczynamy, powinnaś być za kulisami. - odezwała się pani Bożena, stając za dziewczyną. Kate spojrzała na kobietę.
- Nie ma jej jeszcze. Bez niej nie zacznę. - odpowiedziała zdecydowanie. Pani Bożena uśmiechnęła się.
- Nie martw się, przyjdzie. - odpowiedziała. - Biegnij za kulisy i pamiętaj, wszystko będzie dobrze.

Kate stanęła przy mikrofonie, w wolnej dłoni ściskając nerwowo gryf gitary. Jeszcze raz obrzuciła wzrokiem widownię. Mimo, że minęła już połowa występów mamy nigdzie nie było. Dziewczyna poczuła, że uchodzą z niej wszystkie emocje. Mimo to musnęła palcem struny, z ust popłynęły słowa tak dobrze wyćwiczonej pastorałki.
Pani Irena wślizgnęła się na widownię zdyszana i spóźniona. Stanęła z boku, nie chcąc przeciskać się między rzędami foteli i tym samym robiąc zamieszania. Spojrzała na przybraną córkę, stojącą na scenie. Uśmiechnęła się. W tym samym momencie padł na nią wzrok Kate. Dziewczyna natychmiast rozpromieniła się uszczęśliwiona, pewniej ścisnęła gitarę i mocniej trąciła struny. Jej głos też brzmiał teraz o wiele pewniej. Teraz mogła grać.

Kate przeciskała się między ludźmi. Niektórzy zaczepiali ją i chwalili piękną grę, ale to nie ich chciała teraz słuchać. Wreszcie dopadła do stojącej pod ścianą nauczycielki i przytuliła do niej mocno. Pani Irena odwzajemniła uścisk. Kate potarła policzkiem o jej sweterek.
- Kocham cię mamo... - wyszeptała.
 

 
Strasznie was ostatnio zaniedbuję za co okropnie przepraszam, ale wszyscy nauczyciele uparli się, że musimy napisać przed świętami większość sprawdzianów i zabiegana jestem, po świętach będzie to samo, ale po prostu trzeba to przeżyć. Póki mam chwilę wolnego stwierdziłam, że się odezwę, a w ramach wynagrodzenia dwa rozdziały opowiadania, których szukajcie poniżej. Jeden krótszy, drugi troszkę dłuższy, oba przepełnione uczuciem, także zapraszam do czytania, komentowania i tak dalej, zresztą wiadomo.

Za świętami jakoś niespecjalnie przepadam, ale nawet mi udzieliła się atmosfera i w sumie nawet zaczęłam czekać. Zobaczymy co z tego będzie, bo zeszłoroczne święta to był jedne z najlepszych w moim życiu. Poza tym odnalazła się moja zaginiona paczka z książkami i wczoraj kochana Poczta Polska raczyła wreszcie (po miesiącu) dostarczyć mi ją pod drzwi, więc w domu czeka na mnie duży prezent, który sama sobie sprawiłam.

Dzielę się ostatnią inspiracją. Piosenka piracka "Hoist The Colours" inspiruje jak najbardziej, choć na razie tylko w sferze duchowej. Fizycznie nie jestem w stanie nic napisać, siadam przed notatnikiem i czuję pustkę. Długopis drży w dłoni i najprostszego zdania nie jestem w stanie sklecić. Natchnienie gdzieś uciekło i nie napiszę, no nie napiszę. Piosenkę oczywiście wklejam, a sama wracam do matematyki. Potem poszukam natchnienia...
  • awatar SugarFirefly: Ja tak samo - nie mam czasu wstawić wpisu, ani komentować. Mam nadzieję nadrobić to w najbliższych dniach :D Z okazji Nowego Roku życzę powrotu natchnienia ;)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Nie zaniedbujesz ;). Przecież są rzeczy ważne i ważniejsze ;). Mi w tym roku święta się udały i jestem jak najbardziej zadowolona ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Długo zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, zabierając Kate do siebie do domu, ale kiedy w końcu zauważyłam, jak bezpiecznie się u mnie czuje, wszelkie wątpliwości przeminęły jak ten wiatr. Na początku przychodziła do mnie dwa razy w tygodniu, potem coraz częściej, aż w końcu codziennie zaczęła wyczekiwać mnie po lekcjach. Siadała na murku, tuż przy budynku naszego liceum skąd miała dobry widok na drzwi wejściowe i rozkładała się tam z zadanymi lekcjami. Za każdym razem, kiedy wychodziłam za szkoły, widziałam ją pochyloną nad podręcznikiem, albo zeszytem, zawsze siedzącą na tym murku. Potem podnosiła głowę i za każdym razem kiedy mnie widziała, na jej twarzy pojawiał się cień uśmiechu.
Nie mogłam nie zauważyć, że odkąd Kate przychodzi do mnie po lekcjach, stała się o wiele pogodniejsza i bardziej kontaktowa. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie tego właśnie potrzebowała najbardziej. Odrobiny czułości i czyjegoś zainteresowania. W domu dziecka przecież nie było miejsca na takie rzeczy, które jednak były bardzo ważne.
U mnie zawsze czekała na nią herbata i coś ciepłego do jedzenia, często też starałam się jej robić kanapki do szkoły. Nie prosiła o to, wręcz przeciwnie, na początku próbowała protestować wobec takiego obrotu spraw, ale w końcu uległa. A ja odkryłam, że lubię to robić. Może dlatego, że nie miałam własnych dzieci. Często zostawała u mnie do wieczora. Ja poprawiałam sprawdziany, kartkówki, albo zajmowałam cię czymś innym, ona odrabiała lekcje, uczyła się... Czasem we dwie próbowałyśmy opanować stosunkowo trudne zagadnienia.
Z czasem dla nas obu stało się to rutyną. Nie było dla mnie już niczym niezwykłym, że mam jednego domownika więcej, a w końcu sama zaczęłam wyczekiwać wizyt Kate. Wieczorami i w weekendy dom wydawał mi się teraz strasznie pusty, a w mojej podświadomości zaczął się rodzić pomysł z rodzaju tych naprawdę szalonych.
 

 
Pierwszego września zobaczyłam ich wszystkich po raz pierwszy i po raz pierwszy naprawdę na serio się przestraszyłam. Nie wyglądali na nieśmiałych. W każdym razie na pewno większość z nich do nieśmiałych nie należała.
Dziewczyny podzieliłam od razu na dwie grupy. Jedna to były ”chichotki” - roześmiane, uważnie obserwujące wszystkich dookoła, a drugą grupę stanowiły ”intelektualistki” - spokojne, pewne siebie, dosyć protekcjonalne w sposobie bycia. Dominika i Karina stanowiły typ pośredni i może dlatego przez krótki czas wydawało mi się, że mogłabym się z nimi zaprzyjaźnić. Nie potrafiłam jednak nic zrobić w tym kierunku, ale na moje szczęście to Karina właśnie zrobiła pierwszy krok. Dominikę dopasowałam potem do tej pierwszej grupy. Nie ma co ukrywać, denerwowała mnie swoim sposobem bycia, swoimi niewyszukanymi komentarzami, tym w jaki sposób wykrzywiała twarz, kiedy tylko mnie widziała. Wiedziałam, że uważała mnie za kogoś gorszego i sama też zaczęłam się za taką uważać.
Na chłopców na początku nawet nie zwracałam uwagi. Dopiero po kilku dniach zaczęłam im się przyglądać, ale to też była porażka. Kilku sportowców, dwóch gitarzystów, ze trzech zupełnych palantów, no i Loic. Chłopak o dziwnym imieniu i tak swobodnym sposobie bycia, jakby cały świat należał do niego. Na początku starałam się trzymać od niego jak najdalej. Nie było to zresztą wcale trudne, dopóki nie zaczął zwracać na mnie uwagi. A w dodatku ja sama zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że ten niezwykły chłopak zaczyna mi się podobać. Czy można zakochać się w kimś, kogo się praktycznie wcale nie zna? No właśnie...
Fantastycznie dogadywałam się z panią Ireną i byłam szczęśliwa, że dzięki pani Bożenie znalazłam sobie w szkole dobry azyl. W sali biologicznej spędzałam większość przerw, a po zajęciach zostawałam, żeby pomóc w sprzątaniu, albo składaniu sprzętu.
Spędzałam mnóstwo czasu na obserwowaniu kolegów i koleżanek z klasy. Zastanawiałam się, jacy są, jakie mają domy i gdzie mieszkają. Nie byłam od nich gorzej ubrana ani brzydsza, ale czułam się gorsza, a przez to wiedziałam, że nie jestem tu na swoim miejscu. Wdarłam się do świata, który do mnie nie należał. I który wcale nie oczekiwał mnie z otwartymi ramionami.
Przez kilka tygodni, obserwując uczniów w klasie, obiecywałam sobie, że za nic w świecie nie powiem im, gdzie mieszkam. Po prostu nie i już. Nie zamierzałam nikomu opowiadać o moim życiu ani tym bardziej znosić ich litościwych spojrzeń. Już raz to przeżywałam w gimnazjum i chociaż szybko sobie z tym poradziłam, to jednak przecież tam byli ludzie, których znałam wcześniej. Teraz wiedzą wszyscy. Teraz ja sama widzę, jaka byłam wtedy głupia. A chyba naprawdę trzeba było splotu tych dziwnych wydarzeń, które następowały po sobie nie wiadomo kiedy, żebym wreszcie się otworzyła.
 

 
Kate stała przy biurku w sali biologicznej, ze spuszczoną głową. Włosy opadły jej na twarz. Wydawać by się mogło, że czeka na ścięcie.
- Kate, to jest twoja trzecia jedynka. - odezwała się wreszcie pani Irena, kładąc przed sobą kartkówkę dziewczyny. - Niedługo będziemy pisać sprawdzian, jak ty to sobie wyobrażasz? - Kate nie odpowiedziała. Nie drgnęła nawet. Nauczycielka westchnęła. - Będę z tobą szczera. Długo próbowałam zrozumieć, z czego wynika to, że w ciągu trzech tygodni tak bardzo opuściłaś się w nauce, ale chyba jest to dla mnie nie do pojęcia. Jesteś zdolną dziewczyną, mądrą, pojętną, więc skąd nagle trzy jedynki? Kate...
- Przepraszam... - odezwała się wreszcie dziewczyna.
- Nie, tu nie ma za co przepraszać. Nie gniewam się na ciebie, w porządku. - dziewczyna podniosła głowę, patrząc na nauczycielkę. Lubiła ją najbardziej z całego grona pedagogicznego i za nic na świecie nie chciała przysparzać jej powodów do zmartwień. - Chcę ci po prostu pomóc to wszystko nadrobić. Ale nie będę w stanie tego zrobić, jeśli nie dowiem się w czym problem. Ostatnio przysypiałaś mi na lekcji.
- Przepraszam. - powtórzyła Kate.
- Czy ty masz zapewnione warunki do nauki? W domu dziecka?
- Nieszczególnie. Młodsze dzieci często biegają po korytarzu, krzyczą, a wychowawcy niewiele robią, żeby to zmienić. - powiedziała wreszcie. Pani Irena uśmiechnęła się.
- W takim razie ci te warunki stworzymy. Poczekaj na mnie dzisiaj po lekcjach. - nauczycielka zgarnęła z biurka papiery i podręczniki i wyszła z klasy, nie oglądając się więcej na dziewczynę. Kate powiodła za nią wzrokiem. W tej chwili jedyne czego chciała o uciec. Byle gdzieś daleko.
Kate z rosnącym przerażeniem rozglądała się po mieszkaniu nauczycielki, do którego pani Irena zabrała ją po lekcjach. Miała nieodparte wrażenie, że nie powinno jej tu być. Dokładnie oglądała delikatne tapety w korytarzu, zdejmując buty. Przy okazji stwierdziła, że potrzebuje cieplejszych. Jej stare tenisówki, które od dawna praktycznie nie nadawały się do chodzenia, zdecydowanie nie były odpowiednie na zimną jesień. Mocniej ścisnęła pasek torby.
- Nie bój się. - odezwała się pani Irena. - Nie zamierzam cię przecież pożreć. - dodała, zdejmując płaszczyk. Kate uśmiechnęła się słabo. - Chodź do kuchni. - nauczycielka posadziła ją przy stole, na którym dziewczyna mogła się rozłożyć z podręcznikami. Nauka rzeczywiście szła szybciej, kiedy wokół panowała cisza. Nie było dzieci, krzyczących na korytarzu, nie było pokrzykujących na nie wychowawczyń, a co chyba najważniejsze, nie było jej rówieśniczek, kłócących się o pomadki, albo tusze do rzęs. Kate spoglądała od czasu do czasu na panią Irenę, która zachowywała się tak, jakby obecność Kate w jej domu była czymś najzupełniej normalnym.
- Przerwij sobie, dobrze? - odezwała się w końcu nauczycielka, stawiając przed dziewczyną talerz parującego spaghetti, posypanego hojnie parmezanem. Dziewczyna spojrzała na nią spłoszona. - No, jedz. - uśmiechnęła się pani Irena. Kate niepewnie wzięła w dłoń widelec i włożyła do ust pierwszy kęs makaronu z sosem. Z trudem przełknęła, kiedy gardło ścisnęło jej się, a do oczu napłynęły łzy. Westchnęła cichutko, kiedy poleciały jej po policzkach i otarła oczy wierzchem dłoni.
- Kate... - odezwała się znowu nauczycielka. - Coś się stało?
- Nie. - Kate pokręciła głową. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam domowy obiad, to wszystko. - pani Irena uśmiechnęła się, siadając na krześle obok niej.
- Możesz tu do mnie przychodzić po lekcjach. - powiedziała. - Zawsze będziesz mogła przyjść się pouczyć. I zawsze będzie tu na ciebie czekał ciepły obiad. Skończ jedzenie, a potem spróbujemy pomyśleć, co można zrobić z tymi jedynkami.
- Poprawić? - zaproponowała Kate niepewnie.
- Na pewno. - potaknęła nauczycielka. - Ale żeby je poprawić, najpierw trzeba wytłumaczyć ci od nowa parę zagadnień. - dziewczyna znowu przywołała na twarz cień uśmiechu, sięgając po podręcznik.
 

 
Nigdy nie pomyślałabym, że Kate mieszka w domu dziecka. Grzeczna, kulturalna, trochę mało pewna siebie, ale przede wszystkim ciekawa świata. Taka wydawała mi się od początku i to właśnie było dla mnie dosyć zaskakujące.
Początkowo wstydziła się ze mną rozmawiać. Codziennie zostawała po lekcjach, pomagała mi sprzątać salę, ale gdy tylko skończyłyśmy składanie sprzętu, uciekała. Przyglądałam się Kate ukradkiem, coraz częściej próbując nakłonić ją do rozmowy, choć to wcale nie było łatwe. Najczęściej podejmowała jakiś temat, gdy zostawałyśmy same. Kiedy niedaleko byli inni uczniowie, albo nauczyciele, Kate wyraźnie starała się mnie unikać. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, więc zadzwoniłam do Bożeny. Chciałam powiedzieć jej o swoich spostrzeżeniach.
- Nie dziw jej się. Kate uparła się, żeby nikomu nie mówić o tym, że mieszka w domu dziecka. Próbowałam jej to jakoś przetłumaczyć, ale mi się nie udało i już. Nic to moje gadanie nie pomogło.
- Nikt z klasy o tym nie wie? - zapytałam trochę zdziwiona.
- W całej szkole wie tylko dyrektor, ty i pielęgniarka. - oznajmiła Bożena, a ja nagle uświadomiłam sobie, że ta wiedza chyba w jakiś sposób mnie obciąża.
Nie wiedziałam czy w tej sytuacji fakt wtajemniczenia w życiorys Kate powinnam traktować jako wyróżnienie czy próbę charakteru. Przecież taka informacja mogła być ważna też dla innych nauczycieli... Skoro jednak dziewczyna tak sobie życzyła, a dyrektor zaakceptował jej prośbę, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko się dostosować.
Nagle poczułam się bardzo nieswojo. Zastanawiałam się, czy przypadkiem za dużo komuś nie powiedziałam, lub może zrobiłam jakąś niepotrzebną uwagę. Zaczęłam się trochę dręczyć.
Nie czułam się z tym dobrze i dla odmiany to ja wolałam unikać Kate. Sytuacja tak trwała ze dwa tygodnie, aż w końcu stanęłam przed lustrem i zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. Zrozumiałam, że zachowuję się jak ktoś, kto udaje, że u osoby niepełnosprawnej nie widzi kul albo inwalidzkiego wózka. Żeby nie urazić Kate, wolałam jej unikać. Przez swoją niezręczność nie zachowywałam się wobec niej, tak jak wobec innych uczniów. Na szczęście w porę uprzytomniłam sobie bezsens własnego postępowania i znowu zaczęłam z nią rozmawiać.
- Już myślałam, że się pani na mnie obraziła. - powiedziała. Byłyśmy same w sali biologicznej i jak zwykle sprzątałyśmy razem po zajęciach. Na poczekaniu wymyśliłam jakąś wymówkę, ale nie umiałam przekonująco kłamać, wiec pewnie mi nie uwierzyła. Na szczęście sama najwidoczniej miała ochotę ze mną pogadać, więc temat mojego dwutygodniowego milczenia pozostawiłyśmy nieomówiony.
Od tego czasu starałam się wcale nie myśleć o tym, gdzie dziewczyna mieszka i co się stało z jej rodziną. Traktowałam ją tak jak innych, z tą jedynie różnicą, że Kate naprawdę polubiłam. Nie wydaje mi się, żeby było w tym jakieś współczucie - Kate po prostu była super, tylko trzeba było trochę czasu i cierpliwości, żeby to zauważyć. W sali biologicznej przebywała jednak na tyle często i na tyle długo, że ja to zobaczyłam. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim odważyłam się zapytać:
- Dlaczego nie chcesz powiedzieć kolegom i koleżankom z klasy, że mieszkasz w domu dziecka?
- Nie chcę. - odpowiedziała krótko, o czym i tak już wiedziałam i zmieniła temat, ja jednak nie dałam za wygraną.
- Czy nie uważasz, że takie ukrywanie twojej sytuacji może przynieść więcej szkody, niż pożytku? - szłyśmy razem w kierunku pokoju nauczycielskiego i trochę trudno było mi obserwować twarz Kate, ale i tak odniosłam wrażenie, że speszyła się i odwróciła wzrok.
- Nie wiem. - odpowiedziała. - Ale naprawdę nie zamierzam im o niczym mówić. Nie sądzę, żeby ich to w ogóle obchodziło, a na dodatek wolę, żeby podarowali sobie gesty miłosierdzia wobec ”sierotki”. Nie potrzebuję niczyjego współczucia. Odkąd pamiętam świetnie sobie radzę.
- Radzisz sobie... - powiedziałam, w duchu jednak zadałam pytanie, którego nie odważyłam się wypowiedzieć głośno: - Ale czy naprawdę świetnie?
Tego już nie byłam taka pewna. Kate rzadko rozmawiała z kimś w szkole, może z wyjątkiem Kariny i Anniki, z którymi zwykle siadała w ławce, a już na pewno nigdy nie widziałam, żeby z kimś szła gdzieś po lekcjach. Istniała możliwość, że dziewczyna jest samotniczką. Brałam też pod uwagę fakt, że mieszkając w domu dziecka z grupą rówieśników może nie mieć ochoty na dodatkowe kontakty z koleżankami i kolegami z klasy. Mimo wszystko wydawało mi się to jednak dziwne, ale nie drążyłam już tego tematu.
W końcu jednak pojechałam do Bożeny i podzieliłam się z nią moimi wątpliwościami.
- Też o tym myślałam. - powiedziała, kiedy zapytałam ją, czy nie uważa, że Kate robi błąd, ukrywając przed rówieśnikami prawdę o sobie.
- Nawet zapytałam ją o to niedawno. - odpowiedziała. - Ale tylko się zdenerwowała i prosiła, żebyśmy o tym nie rozmawiały. Teraz zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, namawiając ją na to liceum. Mam chyba za mało doświadczenia i nie rozumiem, co w różnych sytuacjach czują nasi wychowankowie. Nie przypuszczałam, że dla Kate będzie to aż tak trudne. Na razie zostawmy ją w spokoju. Porozmawiam z dyrektorką domu dziecka, ona na pewno coś mądrego wymyśli.
Nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać na pomysł dyrektorki domu dziecka. Nie zadawałam już Kate niewygodnych pytań, tym bardziej, że ostatnio nie miała zbyt wiele czasu na rozmowy.
Wkrótce coś się jednak zmieniło i zauważyłam, że wokół Kate zaczyna kręcić się ten chłopak - Loic. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi, ale w końcu zaobserwowałam, że często siada w pobliżu Kate, a czasem nawet ją zagaduje. Nie wszystko jednak wyglądało tak, jak mi się wydawało. Kate trzymała go wciąż na dystans i nic nie wskazywało na to, żeby pomiędzy nimi ten dystans się zmniejszał. Postanowiłam im nie przeszkadzać, tylko obserwować z własnej perspektywy, niczego nowego jednak nie zauważyłam. Chociaż chłopakowi kibicowałam z całego serca, wyglądało na to, że w ich relacjach niewiele się zmienia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Myślę, że to o czym chce lub nie chce mówić Kate, to tylko i wyłącznie jej sprawa... Nie można nikogo uszczęśliwiać na siłę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›