• Wpisów:1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:320 182 / 2115 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Liz szła szybkim, pewnym krokiem przez opustoszały o tej porze port, rozglądając się czujnie. Serce podskoczyło jej radośnie, gdy zgodnie z obietnicą dostrzegła kołyszącą się na falach szalupę. W powoli opadającej mgle dostrzegła również zarys czarnych żagli i samej Perły. Piraci nie mogli ot tak wpłynąć do ortu. Jednak czekali na nią.
Już bez zbytniego wahania wrzuciła swoje rzeczy do szalupy, a sama chwyciła za wiosła. Pierwszym, co przywiódł jej na myśl widok Czarnej Perły w całej jej okazałości było wspomnienie tych miesięcy spędzonych na morzu. Zaraz po śmierci ojca, gdy zawarła pakt z Davy'm Jonesem, gorzko tego potem żałując. Ale czas spędzony na pokładzie Perły pozwolił jej nie tylko odkupić swoje życie. Spędziła tam jedne z najwspanialszych chwil, które pamiętała. I właśnie do nieprzewidywalności Jacka Sparrowa najbardziej tęskniła. Chwyciła oburącz linę, którą przed momentem jej zrzucono i wspięła się po niej na pokład.
- Ahoj! - krzyknęła na powitanie, zeskakując na deski. Niemal natychmiast otoczył ją wianuszek załogantów. Liz roześmiała się, witając się z każdym po kolei. - Wspaniale was znowu widzieć. - powiedziała, ściskając dłoń pana Gibbsa. Przeniosła wzrok na kapitana okrętu, schodzącego powoli z mostku.
- Jack... - odezwała się, przywołując na twarz promienny uśmiech, a zaraz potem wylądowała w jego ramionach. Przytuliła się do niego mocno, starając się ignorować fakt, że jego stary płaszcz zalatuje nieprzyjemnym zapaszkiem.
- Wydaje mi się, że masz coś mojego, słonko. - powiedział Jack, również się uśmiechając. Liz niemal od razu wcisnęła mu na głowę jego kapelusz. - Jak to możliwe, że jesteś jeszcze piękniejsza niż przed laty? Panno Harrington? - Liz ze śmiechem wyswobodziła się z jego uścisku.
- Już dawno nie jestem Harrington. Ani tym bardziej panną.
- W moim mniemaniu zawsze nią będziesz słonko.
- A w jaką kabałę wpakowałeś się płynąc tutaj? Bo w jakąś na pewno.
- Powiedzmy, że... Mogłem po drodze znieważyć jednego króla. - Liz wzięła się pod boki.
- Nic się nie zmieniłeś. - powiedziała ze śmiechem.
- A powinienem? - spytał zalotnie Jack. Liz zastanowiła się chwilę. Pokręciła głową.
- Nie. - odpowiedziała. - Zdecydowanie nie.
- Chcesz z nami płynąć, nieprawdaż? - Jack zmienił temat.
- Owszem, tak. - odpowiedziała kobieta, zaskoczona nagłym pytaniem. Kapitan uśmiechnął się pod nosem.
- Świetnie. - odparł, wkładając jej w dłoń swój kompas i podniósł wieczko. Liz zerknęła na busolę. Igła zawirowała szaleńczo, ale zaraz potem wyprężyła się gwałtownie, wskazując wprost na horyzont.
- Mamy kurs. - uśmiechnął się Jack.

Liz siedziała przy burcie, wpatrując się w czarne wody morza, nucąc przy tym starą piracką piosenkę. Już dawno zapadł zmrok, ale w niczym jej to nie przeszkadzało. Obejrzała się na Jacka, w skupieniu studiującego jakąś mapę, jednocześnie trzymającego koło sterowe.
- Wiem od załogi, że szukasz Źródła Wiecznej Młodości. - zagadnęła, podchodząc do niego. - Legenda bez pokrycia? - spytała, siadając na burcie. Jack podniósł na nią wzrok.
- Wręcz przeciwnie, moja droga. - oburzył się. - Mapa, która do niego prowadzi również jest w pełni prawdziwa.
- A więc co o nim wiesz?
- Nie masz może dwóch srebrnych kielichów z epoki Ponce de Leona? - Liz pokręciła głową. - Tak myślałem.
- A co? - zainteresowała się natychmiast kobieta.
- Krążą opowieści. Plotki. Ale o rytuale wiesz?
- A niby skąd? - odpowiedziała pytaniem Liz. Jack wyciągnął w jej stronę butelkę rumu i potrząsnął nią zachęcająco.
- Chlapnij sobie, kochanie. - kobieta z wahaniem wzięła od niego butelkę, ale pociągnęła długi łyk alkoholu. - A teraz słuchaj. By prawidłowo odprawić rytuał dodający wigoru i wydłużający życie, potrzebne są trzy rzeczy. Woda ze Źródła Wiecznej Młodości, połyskliwa łza syreny, srebrne kielichy Ponce de Leona... Te przedmioty pozwalają odebrać drugiej osobie lata życia.
- Rytuał... Wymaga ofiary. - podpowiedziała Liz.
- Zgadza się. - Jack skinął głową. - Hmm... Nie myślałem o tym w ten sposób. Chcesz zostać moją ofiarą? - spytał z uśmiechem.
- Zbyt dobrze cię znam. - Liz zeskoczyła na deski pokładu. - Nie pozbawiłbyś życia niewinnego. Ale... Na pewno coś wymyślisz. Dobranoc, Jack. - dodała, ze stukotem obcasów zbiegając z mostku.
 

 
- Liz! Lizzie! - Liz Turner zamrugała, wyrwana z zamyślenia i przeniosła wzrok z bezkresnego błękitu nieba na Willa, bawiącego się w ogrodzie z ich czteroletnią córeczką. Mała Isabell zaśmiała się, kiedy Will porwał ją na ręce. Mężczyzna znów spojrzał w okno, w którym stała Liz. Kobieta uśmiechnęła się, odchodząc od szyby, by chwilę potem dołączyć do męża i córki na dworze. Will odstawił Isabell z powrotem na ziemię i jedną ręką obejmując Liz w talii, drugą dłonią musnął jej policzek, składając na jej ustach pocałunek. Isabell natychmiast przytuliła się do mamy, ciasno obejmując rączkami jej kolana.
- Jesteś ostatnio zamyślona. - odezwał się Will, biorąc Liz za rękę, gdy kierowali się z powrotem w stronę domu.
- To nic takiego. - kobieta uśmiechnęła się. - zwykłe zmęczenie, nic więcej. - Liz odwróciła wzrok. Nie mogła mu powiedzieć, że błękitne niebo tak bardzo przypomina jej ocean. Że chciałaby móc znowu ujrzeć swój najsłodszy horyzont. Znaleźć się na pokładzie Czarnej Perły niesionej falami. Minęło pięć lat, odkąd ostatni raz tam się znajdowała. Kobieta westchnęła, przenosząc wzrok na córkę.
- Isabell, wracamy do domu! - zawołała.
- Tak, mamo! - dziewczynka niemal natychmiast chwyciła ją za rękę. Liz uśmiechnęła się. Córeczka odziedziczyła po niej kręcone pukle kasztanowych loków, zaś po Willu głębokie, orzechowe spojrzenie i cudowny uśmiech. Mąż znów objął ją w talii.
- Dziś rano był posłaniec, przyniósł to. - powiedział, podając jej kopertę z grubego papieru, dokładnie zalakowaną. Pochyłe litery na kopercie głosiły, że list adresowany jest do panny Liz Harrington. - Prosił, byś dostała to do rąk własnych. Nie czytałem.
- Od dawna nie jestem już panną. I nie nazywam się Harrington, lecz Turner. - kobieta dokładnie obejrzała kopertę.
- Powiedziałem mu to samo. Nalegał. - Liz skinęła głową bez słowa. Tylko jedna znana jej osoba wołała ją "panno Harrington".

Liz przykucnęła za koszem na brudną bieliznę i przełamała pieczęć, wyjmując z koperty złożony na pół list. W miarę czytania serce biło jej coraz mocniej, aż w końcu głęboko wciągnęła powietrze, przycisnąwszy papier do piersi. Zamknęła oczy, starając się wyciszyć emocje i wsunąwszy list razem z kopertą do kieszeni spódnicy, wyszła ze schowka, gdzie chowano sprzęt gospodarczy.
"Czternastego dnia miesiąca w Port Royal będzie czekać na ciebie szalupa. Jeśli tylko chcesz znów ujrzeć to, co już raz ukochałaś, wypływamy o piątej rano. nie spóźnij się... PS Nie muszę chyba mówić, że wiem, jak bardzo kochasz życie pirata. PS PS Po prostu przyjdź."
Nie musiała patrzeć na podpis. Doskonale wiedziała, kto pisał te słowa potarła jednak palcem wypisane atramentem inicjały. Uśmiechnęła się do siebie.
- Niedługo znowu się zobaczymy, Jacku Sparrow... - wyszeptała.

Liz leżała w łóżku, przytulona mocno do leżącego obok Willa. Jej mąż oddychał spokojnie przez sen, natomiast ona wpatrywała się w ciemność za oknem. Nazajutrz w porcie miała czekać szalupa. Znów zobaczy znajome maszty okrętu o czarnych żaglach, znów będzie pływać pod banderą ze skrzyżowanymi piszczelami... Opuszczenie domu wcale nie przyjdzie jej łatwo, nie mogła jednak zlekceważyć serca rwącego się ku wzburzonym wodom oceanu.
Wreszcie gdy ciemność zaczęła ustępować miejsca słońcu, kobieta powoli wysunęła się z łóżka. W sąsiednim pokoju stał kufer, do którego nie zaglądała od lat. Otworzyła go teraz, powoli wyjmując zeń złożone tam przedmioty. Zrzuciła koszulę nocną, a zamiast niej włożyła starą, białą bluzkę z bufiastymi rękawami, zapięła krótką spódniczkę w kratkę, którą ściągnęła paskiem. Włosy przewiązała zieloną bandaną, na jej nadgarstkach zagrzechotały bransoletki. Pistolet wsunęła sobie za pas, z dna skrzyni wyjęła jeszcze sztylet i szablę w pochwie. Powoli wysunęła ostrze, spoglądając na nie krytycznie. Przydałoby mu się ostrzenie, na to jednak na pewno będzie jeszcze czas. Do podręcznego worka wrzuciła kilka zmian bielizny i jeszcze jedną koszulę. Zarzuciła sobie na ramiona płaszcz i sięgnęła po ostatnią rzecz, leżącą w kufrze. Czarny, skórzany trójróg. Kapelusz Jacka... Odetchnęła głębiej, wsuwając go sobie na głowę i chwyciła za leżący u stóp worek. Była gotowa...
Przechodząc przez dom, zajrzała jeszcze do sypialni córki. Isabell spała na brzuszku, tak jak zawsze było jej najwygodniej, z lekko rozchylonymi usteczkami. Liz uśmiechnęła się, gładząc córeczkę po włoskach.
- Wrócę do was. - odezwała się szeptem. - Nie odchodzę przecież na zawsze. - przygryzła wargę, jakby nie była co do tego przekonana, ale odeszła od łóżeczka córki i zarzuciwszy sobie worek na ramię, wyszła z domu.
 

 
Poszli przez rzez Jaworzynkę. Trasa była ładna i początkowo bardzo łatwa. Kate nie przeżyła takiego zachwytu jak poprzedniego dnia, ale cieszyła się wędrówką. Wprawdzie potem, kiedy skończył się równy odcinek ścieżki i zaczęło się podejście, przyszło jej nawet do głowy, że jest nienormalna, skoro wczorajszy dzień niczego jej nie nauczył - a jednak brnęła dalej pod górę, starając utrzymywać tempo narzucane przez Mateusza.
Mgła rozwiała się, kłaczki chmur unosiły się ku niebu, by po chwili gdzieś zniknąć, a nad nimi rozpostarł się głęboki błękit. Kiedy podejście wreszcie się skończyło, Kate doznała objawienia. Uczucie zauroczenia górami, znane mi jej z jazdy samochodem zakopianką, a potem z dna Doliny Kościeliskiej, wydało jej się nagle czymś banalnym i trywialnym. W tej chwili przeżywał prawdziwą, najprawdziwszą miłość. Widok, który ukazał się jej oczom, gdy stanęła na przełęczy między niewielkimi wzgórzami, a u jej stóp rozpostarła się dolina, której nazwy nie znała… po prostu rzucił ją na kolana. Dosłownie. I nie podniósł jej z tych kolan nawet fakt, że bardzo szybko zrobiło się mokro i zimno.
Nad doliną wznosiły się surowe, postrzępione szczyty. Mateusz rozwinął mapę i zastanawiał się nad wyborem dalszej drogi, podczas gdy Kate usiłowała odgadnąć nazwy gór, zerkając mu przez ramię. Kasprowy Wierch - to łatwe, rozpoznała go po prostokąciku stacji kolejki linowej. Następne szczyty musiały być kolejno Świnicą i Kościelcem, a gdzieś dalej musiał znajdować się Kozi Wierch i Granaty… Nie umiała przypisać kolejnych nazw do mniej lub bardziej strzelistych szczytów, ale w owej chwili było jej wszystko jedno. Kochała na zabój. Poznała magię gór. Podejrzewała, że znaleźć się tam, na jednym z tych wierzchołków, to musi być przeżycie metafizyczne, mistyczne i… Paranormalne albo coś w tym rodzaju. Wcale by się nie bała - tak to czuła w tamtej chwili. Tam, na górze, nie było burz, nie było piorunów, nie było w ogóle ziemskich spraw. Tam, na górze, był raj i błogostan.
Tymczasem jednak znajdowali się raczej na dole. Zeszli jeszcze niżej, do schroniska o nazwie Murowaniec, zjedli po porcji frytek, śmiejąc się i opowiadając sobie najróżniejsze historie. Dziewczyna patrzyła na Mateusza z dziwną fascynacją. Człowiek, którego przed paroma dniami wcale nie znała, stał się dla niej prawdziwym kuzynem, choć żadne więzy rodzinne ich nie łączyły.
Potem wyszli oboje na kamienną werandę i siedzieli na murku, majtając nogami i gapiąc się w zachwycie na zapierający dech w piersiach grzebień szczytów, bo choć Kate upierała się, że może iść dalej i że doskonale daje sobie radę, Mateusz stanowczo stwierdził, że wspinaczka na wyższe szlaki o tej porze roku to głupota (o czym zresztą sama przekonała się poprzedniego dnia). Kate uśmiechnęła się. Słońce paliło jej policzki i czoło, ale nie zwracała na to uwagi, po prostu chłonęła w siebie jego ciepło i urodę tego miejsca. O pójściu w góry już nawet nie myślała.
 

 
Rozdział z Jackiem nieodwołalnie i nieprzekładalnie jutro, bo nie miałam na niego czasu, poza tym na papier (czy też raczej na klawiaturę) cisnęło się co innego, a mianowicie właśnie to, czego początek znajduje się poniżej. Odrobinę namieszałam w fabule "Tożsamości zdrajcy", pchając ku sobie Alice i Jacka (o ironio) i dopisując filmu ciąg dalszy. Pierwsza z wakacyjnych niespodzianek (a mam ich jeszcze kilka).

Mini-soundtrack; https://youtu.be/KF-F_Jlk9HQ

Pięć miesięcy wcześniej...
Alice Racine stała przed budynkiem, w którym miała miejsce niedawna strzelanina, w asyście kilku snajperów. Powoli dochodziła do siebie po ogromnym wysiłku, choć jej serce wciąż pompowało krew z zawrotną prędkością, rozprowadzając po organizmie adrenalinę. Ciało Erica Lash’a, jej dawnego przyjaciela, a jednocześnie zdrajcy właśnie wkładano do czarnego worka. Wolała sobie oszczędzić tego widoku.
- Funkcjonariusz Racine? - odezwał się jeden z jej kolegów po fachu. - Do pani. - dodał, podając jej telefon komórkowy. Alice spojrzała na ekran. W video rozmowie ukazała się twarz Boba Huntera.
- Kamera uliczna namierzyła wóz Lash’a. - odezwał się mężczyzna. - Brytyjczycy dali nam cynk. Trzeba było go powstrzymać.
- Tak. - odpowiedziała Alice beznamiętnie. - Domyślam się, że mnie wezwiecie na dywanik.
- A ja się domyślam, że chcesz przeprosin. Załatwmy obie sprawy na raz. Mercer jest na wolności. Nie pozwolę mu tam pozostać. A ty?
- Czy dalej chce pan... - serce Alice zabiło mocniej.
- Odpowiedz na pytanie. - kobieta opuściła telefon, zakrywając kamerkę dłonią. Na jej ustach zagościł uśmiech. Nie potrzebowała zbyt wiele czasu do namysłu.
- Tak. - odpowiedziała pewnie, znów spoglądając na ekran.
- W takim razie witamy z powrotem, Alice. - Hunter uśmiechnął się. - Do zobaczenia. - dodał, tym samym kończąc rozmowę. Kobieta oddała telefon przechodzącemu obok koledze i odetchnęła głębiej, kryjąc twarz w dłoniach. Spłynęło na nią uczucie ulgi, spełnienia i dziwnego spokoju. Udało jej się nawet uśmiechnąć i odjęła dłonie od twarzy, biorąc kolejny głęboki wdech. Jej spojrzenie padło na mężczyznę stojącego tuż za taśmą policyjną. Jack Ascott. Przywołując na twarz poważną minę, podeszła do niego, przechodząc pod taśmą.
- Okropna sprawa, co? - odezwał się, wyraźnie zmieszany Jack. Alice uśmiechnęła się.
- Dobra robota. - odpowiedziała. Mężczyzna pokiwał głową.
- Z pewnością. - kobieta złożyła ręce na piersi, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. - Nie śmiej się, w tym miejscu zginął człowiek. - powiedział Jack z pełną powagą. Alice zaśmiała się tym głośniej, zginając się wpół. Mięśnie paliły żywym ogniem. Otarła łzy rozbawienia, obserwując, że i Jack zaczyna się śmiać.
- Powinieneś stawić się ze mną u szefostwa. - odezwała się. - Zrobiliśmy to razem.
- Cóż... A czy jestem gliną? Nie, otóż nie jestem. - Alice znowu się uśmiechnęła.
- Dobrze, że o tym wspomniałeś, bo o tym myślałam i... - kobieta podała Jackowi złożony wpół dokument. - I byłoby fajnie móc mieć partnera. - mężczyzna spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem, biorąc do ręki kartkę papieru. Z uśmiechem uścisnął jej dłoń, którą mu podała.
 

 
Od ponad trzech godzin w pociągu. Jutro po południu będę już w domku i choć będę tęsknić i do mojego kochanego morza i do niektórych z tych ludzi, którzy tu poznałam, jednocześnie jednak cieszę się, że wracam już do domu. Czeka na mnie jeszcze duża część wakacji, którą na pewno produktywnie spędzę. Czekają przecież na mnie w stadninie, szykuje się kilka jednodniowych wycieczek ze współlokatorkami, oczywiście mocowanie u siebie nawzajem i trzeba kupić bilety na Comic Con. :3 Jeśli chodzi o obóz to jestem z niego bardzo zadowolona, choć po zeszłorocznym wracałam o wiele bardziej zintegrowana z innymi, a teraz brakowało mi mojej starej ekipy. Pod względem atrakcji i realizacji programu obozowego wszystko na plus (wszystkie punkty zostały zrealizowane, zrobiliśmy też parę rzeczy poza programem). Jeśli miałabym zgłaszać jakieś zagrożenia to zdecydowanie za mało było plaży. Nie nacieszyłam się... Ale mi zawsze będzie mało tego widoku. Ludzie byli ok. Może z wyjątkiem tych dziewczyn, z którymi przyszło mi mieszkać. Typowe gwiazdy, przekonane o tym, że znajdują się w centrum wszechświata, narzekające na... większość rzeczy, którym bez przerwy coś nie pasuje. W swojej głupocie zbyt dużo czasu spędziłam, próbując się z nimi dogadać i za późno zauważyłam, że wokół mnie na tym obozie jest mnóstwo wartościowych osób, z którymi warto zacząć znajomość. Znowu dałam się głupio wrobić... Kiedy ja się zacznę uczyć na własnych błędach?
Mimo niektórych wydarzeń i paru toksycznych znajomości jestem zdecydowanie bardzo zadowolona z tego wyjazdu i możecie się domyślać, że gdybym miała wybierać jeszcze raz, poleciałabym bez zastanowienia. Za przygodą zawsze. Jutro widzimy się na zwykłych, codziennych warunkach. Przy dobrych wiatrach dostaniecie rozdział. Będzie dużo Jacka i dużo Liz, pojawi się mój ulubiony pirat, który naprawdę kiedyś istniał, czyli Edward Tatch (bardziej znany jako Czarnobrody), epizodycznie Will (teraz strasznie przepraszam fanki pana Turnera). Postaram się o akcję, a tej będzie dużo. Poza tym jak tylko skończymy "Teorię szczęścia" z marszu pojawi się następna część tego opowiadania. Tymczasem dobranoc...
  • awatar ms moth: O matko, ten typ gwiazdorek! Współczuję, bo doskonale rozumiem jak musiały Ci działać na nerwy. :/
  • awatar SugarFirefly: Powroty mają w sobie coś nostalgicznego, a jednocześnie serce rwie się ku znanym drogom, wiodącym do domu...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
12 lipca 2018r. godzina 22 minut 04
Odnowiliśmy zapasy żywności i słodkiej wody. Na Tortudze zabawimy jakiś czas. Trzeba się zająć Perłą, połatać żagle, naprawić maszty i podreperować kadłub. Podczas sztormu odnieśliśmy spore straty, ale dziś nie chciałam się tym przejmować. Na Tortudze jestem pierwszy raz i choć znam opowieści, nie spodziewałam się tu aż tylu piratów. Jack stara się mnie chronić na swój przewrotny sposób. Nie odstępuje mnie na krok, nie pozwala samej chodzić po uliczkach. Wśród mężczyzn cieszy się dużym poważaniem, wśród kobiet złą sławą. W tej części świata wszyscy (lub prawie wszyscy) znają kapitana Jacka Sparrowa.
Zabrałam się z nim dzisiaj do tawerny, choć próbował mi to wyperswadować. O nie, panie Sparrow... Tego dnia chciałam się tylko dobrze bawić. Trochę wypiłam. Nie za dużo. Nie zamierzałam się upijać. Ktoś zaczął wygrywać na akordeonie dobrze mi znane pirackie przyśpiewki. Bez zbytniego zastanawiania się ruszyłam do tańca. Chwyciłam Jacka za rękę, kilka razy okręcił mnie w tańcu. Obcasami wybijałam rytm. Zamknęłam oczy, dając ujście energii nagromadzonej podczas ostatnich tygodni rejsu. Ośmielona, pod wpływem wypitego rumu, wskoczyłam na blat jednego ze stołów, ani ma chwilę nie przerywając tańca. Alkohol zawsze szybko uderzał mi do głowy. Zewsząd słyszałam śmiech i okrzyki aprobaty. Tańczyłam coraz śmielej, słysząc jak Jack chwali się zebranym, że to jego pierwsza oficer. Niemal wykręcając w powietrzu piruet, zeskoczyłam z powrotem na podłogę, od razu znajdując się w ramionach Jacka. Mimowolnie odsunął się gdy zbliżyłam usta do jego warg. Widziałam, że starał się powstrzymywać. I wiedziałam, że wcale tego nie chce... Ja tego nie chciałam...
 

 
11 lipca 2018r. godzina 23 minut 06
Obraliśmy kurs na Tortugę, gdzie mamy nadzieję uzupełnić zapasy żywności i słodkiej wody, a także płótna żaglowego. Pogoda słoneczna, wiatr nam sprzyja. Przy utrzymujących się warunkach i prędkości dziesięciu węzłów, dotrzemy na Tortugę w ciągu kilku dni. Od dziś pełnię funkcję pierwszego oficera na statku, zarówno z polecenia Jacka, jak i wyboru załogi. Staram się wypełniać swoje obowiązki. Pozostali naturalnie zaakceptowali moje przywództwo. Żyjemy wedle naszych możliwości. Zniesiona jest własność prywatna - dzielimy wszystkie trudy i niedogodności po równo. Jedynym wyjątkiem jest moja osoba - jedynej kobiety na okręcie i osoba Jacka. Stałam na mostku kapitańskim, wpatrując się w zachodzące słońce, gdy dołączył do mnie. Czułam jego bliskość, gdy obejmował mnie ramieniem. Tym razem nie próbował już pocałować. A ja zaczynałam tęsknić za dotykiem jego ust na moich wargach... Czy mogłam dzielić serce między dwóch mężczyzn?
Lizzie Harrington

Edit: Dziś całodzienna wycieczka autokarowa Rewal - Trzęsacz - Międzyzdroje. Miało być fajnie, a koniec końców wyszło średnio. Na początek zwiedziliśmy Park Wieloryba w Rewalu, gdzie w sumie miałam małą powtórkę z biologii, bo przewodnik fajnie opowiadał o życiu stworzeń morskich (nawet mu błysnęłam wiedzą). Potem były ruiny kościoła w Trzęsaczu, które według przewodnika powinien zobaczyć każdy szanujący się turysta. Cóż... Od dzisiaj mogę się za takowego uważać. Przybyłam, zobaczyłam... Po drodze do Międzyzdrojów zahaczyliśmy o Jezioro Turkusowe, a na miejscu została nam już Aleja Gwiazd i molo. Strasznie się tam pozmieniało. Zupełnie inaczej zapamiętałam Międzyzdroje, teraz dużo obiektów tam remontują w efekcie czego przez chwilę byłam zupełnie zdezorientowana, bo co się tam w ogóle stało. Strasznie się też zdenerwowałam i rozczarowałam. Od trzech dni obiecywali nam dwie godziny czasu wolnego w Międzyzdrojach, tymczasem wszystko robiliśmy w biegu. Kierowniczka kazała się pospieszyć, bo panowie wtedy tylko autokarem po nas podjadą i nie będziemy musieli płacić za parking (moja frustracja sięgnęła zenitu). Dostaliśmy tylko dwadzieścia parę minut dla siebie. Nie zdążyłam nic zjeść, nic kupić, nie zrobiłam ani jednego porządnego zdjęcia... Na molo nie poszłam, bo przez Aleję Gwiazd pędziliśmy jak głupi, więc wróciłam tam w czasie wolnym, żeby cokolwiek zobaczyć, zwłaszcza, że dość się rozrosła... I nie był to wcale czas stracony, jak stwierdziły osoby, z którymi muszę dzielić przestrzeń życiową.
  • awatar ms moth: Haha, Trzęsacz od lat tylko z tymi ruinami mi się kojarzy xD Kiepsko z tym pędzeniem, nie dziwię się wcale że się wkurzyłaś...
  • awatar SugarFirefly: Troszkę przesadzili z tym spieszeniem się. Też bym się wkurzyła :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
10 lipca 2018r. godzina 22 minut 53
A potem znów otworzyło. Uniosłam głowę, mrużąc oczy w ostrym słońcu. Morze było spokojne, słońce świeciło mocno. Dryfowałam na grubej desce, którą natychmiast rozpoznałam. Tylko jeden statek był zrobiony z tak czarnego drewna. Wokół miałam tylko i wyłącznie wodę. Z trudem chwytałam powietrze przez spieczone wargi. Czy ja teraz byłam rozbitkiem? Nigdzie nie widziałam swojego statku. Potem głowa mi opadła i znów straciłam przytomność. Ocknęłam się w ramionach Jacka, troskliwie obejmującego mnie w talii, tak bym mogła usiąść. Czułam jak słońce pali mi twarz, jednocześnie cała od piersi w dół byłam mokra. Z ulgą przyjęłam fakt, że ktoś przytknął mi do ust manierkę z wodą i dopiero wtedy w miarę oprzytomniałam. Rozejrzałam się po pokładzie Perły. Maszt był strzaskany, żagiel w strzępach, prawa burta poszła w drzazgi. Z trudem (i pomocą Jacka) podniosłam się z desek pokładu i starając się opanować zawroty głowy, ruszyłam do kajuty. Najbardziej potrzebowałam teraz swojego hamaka. Czułam jak odprowadzają mnie spojrzenia załogantów w tym pewnie i kapitana. Po raz kolejny (ale jak się miało okazać - nie ostatni) pożałowałam powtórnego wypłynięcia w morze.

Edit: Dziś dzień o tyle luźniejszy, że pozwolono nam pospać pół godziny dłużej po wczorajszych nocnych śpiewach przy ognisku. Po śniadaniu poszliśmy na rynek żeby dostać tam czas wolny. Nie było tam zbytnio nic do roboty, więc tylko włóczyłam się mniej lub bardziej ciekawymi uliczkami, żeby czymś zabić czas. Po obiedzie zrobiło się zimno, co bynajmniej nie powstrzymało nas przed wyjściem na plażę. I siedzieliśmy tam dopóki nie zaczęło padać. Z kolei wieczorem mieliśmy konkurs na najlepsze przebranie i oczywiście wybory obozowej miss. Na miarę swoich możliwości (i tego co miałam w walizce) zrobiłam się na swoją Liz Harrington (jak szaleć to szaleć) i nawet ostatniego miejsca nie zajęłam, a to już jakiś sukces.
 

 
09 lipca 2018r. godzina 22 minut 49
Cały dzień bez ustanku lało. Deszcz zacinał z każdej strony, podczas gdy my uwijaliśmy się jak w ukropie, by utrzymać Perłę w pionie. Poprzedni wieczór stracił na znaczeniu. Nie miałam czasu, żeby nawet na Jacka spojrzeć, a co dopiero mówić o konkretnej rozmowie. Ze swego stanowiska widziałam jak razem z panem Gibbsem pokrzykuje na załogantów. Zwinąć żagiel. Luzować liny. Ruchy wykonywałam niemalże mechanicznie. Wróciły wspomnienia z miesięcy spędzonych na morzu. Podniosłam głowę. Jedna z lin podtrzymujących główny żagiel pękła z trzaskiem. Płótno załopotało na wietrze. Padły komendy tłumione rykiem fal i szumem zbliżającego się huraganu. Coraz bardziej zbaczaliśmy z kursu. Woda wdzierała się na pokład. Pięciu przy sterze próbowało zachować pozycję. Bez skutku. Poczułam jak wszystko skrzypi i trzeszczy pode mną. Czarna Perła dzielnie się trzymała, ale były to nasze ostatnie sekundy. Maszt złamał się jak zapałka i runął w dół z okropnym hukiem. Uderzona belką wypadłam za burtę. Morze zamknęło się nade mną...

Edit: Niedzielę prawie w całości spędziliśmy na plaży i nareszcie mogłam się tym nacieszyć (chociaż dla mnie to i tak wciąż za mało). Ja nigdy nie będę miała tego dość. Całe popołudnie napawałam się widokiem mojego kochanego Bałtyku, fal uderzających o brzeg, tego ogromu wody... Coś wspaniałego! Dzisiaj z samego rana poszliśmy zwiedzać najbliższą okolicę, a na liście znalazła się między innymi bazylika mariacka. W środku czułam się jak w takim średniowiecznym zamku, jednocześnie utrzymanym w klimacie neogotyckim. Jedno z drugim się wzajemnie wyklucza, ale nie bardzo umiem to ubrać w słowa. Budynek z zewnątrz przypominający ceglaną bryłę w środku skrywał niesamowite wnętrze, niemal od razu przywodzące na myśl króla Artura i jego rycerzy okrągłego stołu. W okolicach ratusza dostaliśmy czas wolny, potem było jeszcze muzeum oręża polskiego. Mieliśmy też iść na plażę, ale w międzyczasie zdążyła się popsuć pogoda i rozpuszczono nas po straganach w okolicach plaży. Dorwałam w swoje łapki model statku bardzo przypominającego filmową Czarną Perłę. :3 A wieczorem czekała na nas moja upragniona "piracka przygoda" z nauką wiązania węzłów, cumowania statku i oczywiście śpiewaniem szant (tylko wiadomo, rumu nie dostaliśmy), a było tego o wiele więcej. Tak samo jak zajęcia militarne wszystko utrzymane w odpowiednim klimacie, a zajęcia prowadzone przez najprawdziwszych piratów. A późnym wieczorem ognisko i kiełbaski prawie że nad samym brzegiem morza. I do ciemnej nocy siedzieliśmy przy ogniu śpiewając szanty. No w końcu są wakacje...
  • awatar ms moth: Aaaa sama chcę taką piracką przygodę! Ale z rumem :D
  • awatar frytki z majonezem.: Jestem tu, jestem! I wszyściutko czytam :D (o, i nawet udało mi się zalogować haha) no i tradycyjnie czekam na więcej! (Wakacje nareszcie sprzyjają nadrabianiu)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
07 lipca 2018r. godzina 18 minut 16
Wczorajszy wieczór spędziłam w całości w kajucie kapitańskiej, u Jacka. Siedzieliśmy razem nad mapami i przyrządami do nawigacji, dopóki na stole nie stanęła butelka rumu, postawiona tam oczywiście przez naszego kapitana. Zaczęło się od jednej, potem przyszło do kolejnych. Czułam, jak moje ciało rozgrzewa alkohol, jak na policzki występują rumieńce. Rum szumiał mi w głowie. Nie powinnam tyle pić. Widziałam, że i na Jacka trunek zaczyna działać. Starałam się trzymać w ryzach. Starałam... Ale jego charyzma, ujmujący uśmiech i to magnetyczne spojrzenie... One działają na mnie silniej niż narkotyk. Zanim się obejrzałam, poczułam jego usta na swoich wargach. Och, Jack... Zamknęłam oczy, poddając się chwili. Znajdując się w jego ramionach, odwzajemniłam pocałunek. I trwałam w nim, dopóki nie uświadomiłam sobie, co robię. Wtedy w jednej chwili odwróciłam głowę, odepchnęłam Jacka od siebie i wypadłam z mroku kajuty wprost w padający deszcz. Strugi wody, spływające mi po twarzy natychmiast mnie otrzeźwiły. Spojrzałam w ciemne, nocne niebo, ciężkie od deszczowych chmur. Poczułam gwałtowne kołysanie, gdy Perła walczyła z falami. Dotknęłam palcami warg. I odwróciłam się, czując, że palce Jacka odgarniają mi mokre włosy z twarzy. Spojrzałam mu w oczy. I znów pocałowałam... W tamtej chwili chciałam jedynie, by Jack wciąż mnie obejmował. Nie chciałam myśleć o tym, że w domu czeka na mnie mój mąż.

Edit: Dzisiaj w planie był park linowy i aquapark, a wieczorem konkurs na rzeźbę z piasku. W parku linowym było super! Dawno nie miałam okazji, żeby sobie poskakać po drzewach, szkoda tylko, że trasa taka krótka. Aquapark okazał się być zwykłym dużym basenem, takim samym jaki mam u siebie (może z tą tylko różnicą, że w na tym moim nie ma sauny) i strasznie się zezłościłam, bo pogoda była idealna na plażę, a ja tkwiłam na zadaszonym, dusznym basenie, z przyczyn ode mnie niezależnych nie mogąc nawet wejść do wody. Przyjechałam tu głównie po to, żeby korzystać z plaży (i kupić parę rzeczy, które kupić można tylko nad morzem), a plaży w ogóle nie oglądam, bo musimy realizować program obozowy, który chodzenia na plażę chyba nie przewiduje. Moja frustracja opadła trochę wieczorem podczas konkursu na najlepszą rzeźbę z piasku, podczas którego oglądaliśmy zachód słońca (podświadomie oczekiwałam rozbłysku zielonego światła). Czegoś tak pięknego dawno nie widziałam...
  • awatar ms moth: Nigdy nie byłam w parku linowym, a lubię takie klimaty, muszę nadrobić zaległości. A tak w ogóle jako mieszkanka pomorza i lokalna patriotka cieszę się bardzo, że w końcu ktoś kto lubi i docenia nasze polskie morze. Szkoda tylko, że nie możesz się nawet nim nacieszyć :(
  • awatar SugarFirefly: Szkoda, że tej plaży tak mało - wiem co musisz czuć, bo sama uwielbiam widok morza i plaży :) Może jednak się uda?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
06 lipca 2018r. godzina 17 minut 37
Całą noc padało, więc pokład od rana mokry i śliski. Po niebie przewalają się zwały szarych chmur, grożących sztormem. Ilekroć ktoś wywija orła na pokładzie, spotyka się to z salwami śmiechu. Cóż... Przyczyna uzasadniona. Naprawiony żagiel wrócił na swoje miejsce, ale ten sam idiota, który poprzedniego dnia dołożył nam roboty, zawiązał węzeł w miejscu, w którym absolutnie nie powinno go być, w efekcie czego połowa żagla pięknie nam się rozwinęła, podczas gdy druga smętnie zwisała z masztu. Ta lina nadawała się już tylko do przecięcia. Zgłosiłam się na ochotnika. I zaraz usłyszałam z tłumu lekceważące "Nie da rady". Odrzuciłam załogę spojrzeniem bardzo wyzywającym i w ręce pierwszego z brzegu wcisnęłam kapelusz Jacka, który znowu zaczęłam nosić na głowie. Po olinowaniu wspięłam się na górę szybko. Potem było już trudniej. Przytrzymując się lin powoli posuwałam się w stronę żagla. Wszystko wydarzyło się w jednej chwili. Poślizgnęłam się na mokrej belce i poczułam, że lecę. Jednocześnie poczułam mocne szarpnięcie i uświadomiłam sobie, że nadgarstek zaplątał mi się w liny. Rzuciłam przerażone spojrzenie w dół. Tylko dzięki temu nie leżałam teraz na pokładzie z połamanym kręgosłupem. Z dołu słyszałam okrzyki załogi: "Spadnie", "Zabije się". Wszyscy patrzyli teraz na mnie, ale nie zamierzałam dawać im satysfakcji. Mocniej złapałam za linę, zaczynając się bujać. Wbiłam sztylet w belkę masztu, przecinając linę. Żagiel załopotał na wietrze, opadając w dół. Udało mi się uwolnić nadgarstek i po linach zjechałam na dół, pewnie lądując na obu nogach. Przemaszerowałam dumnie przed osłupiałą załogą. I to wszystko bez ani jednej kropelki rumu.

Edit: To miał być taki wspaniały dzień, a w efekcie mogło być lepiej. W planie był rejs statkiem pirackim i to była rzecz fantastyczna (tak samo zresztą jak za każdym razem). Było zimno, wiało jak cholera, ale właśnie dzięki temu przeżycia były niesamowite. Potem był spacer po molo w Kołobrzegu i czas wolny (moim zdaniem dostaliśmy go śmiesznie mało, bo pół godziny i prawie nic nie zdążyłam zrobić). Po obiedzie mieliśmy iść na plażę, ale wychowawczynie stwierdziły, że jest za zimno na plażę i całe popołudnie kwitłam na jakimś placu zabaw z boiskiem, bo dzieci musiały sobie przecież pograć w piłkę. Strasznie byłam zła, że siedzę na boisku i się nudzę, podczas gdy mogłabym siedzieć na plaży i robić coś ciekawego.
  • awatar ms moth: Zimno i wietrznie - toż to idealna pogoda na taki piracki rejs :) Btw Kołobrzeg niedaleko mnie :>
  • awatar SugarFirefly: Plaża i spacer po molo: tak, wiatr: nie XD Nie cierpię jak wieje, bo moje włosy wtedy dają mi popalić i muszę je związywać, a nie lubię :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
05 lipca 2018r. godzina 22 minut 33
Niebo staje się zachmurzone i wszyscy obawiamy się zmiany pogody. Dzień prawie w całości spędzony na łataniu żagla, rozdartego wpół na całej długości, bo jakiś debil spadł z masztu, a chcąc złagodzić upadek, wbił w żagiel sztylet. Właściwie nie wiem na co liczył w tamtym momencie. Bo chyba nie na to, że czarne płótno utrzyma jego ciężar. Wszyscy siedzieliśmy wokół zwojów materiału, zszywając go i klnąc pod nosami. Wszyscy... Z wyjątkiem Jacka który nie potrafi utrzymać igły w dłoni (czasem zazdroszczę mu jego nieudolności). Moje place płynnie ślizgały się po płótnie, zszywając coraz to nowe partie materiału. Zaraz też zaczepiłam się przy wiązaniu węzłów, do końca dnia nie czując już palców. Cieszyłam się, że mogłam zająć czymś ręce i głowę, by nie musieć myśleć o tym wszystkim, co zostawiłam za sobą. William pewnie tęsknił za mną... Lub wręcz przeciwnie. Przeklinał dzień, w którym zobaczył mnie po raz pierwszy. Kocham go. Naprawdę kocham. Jest moją pierwszą prawdziwą miłością i nie chciałabym go stracić. Ale tak już się chyba stało, gdy znów wypłynęłam w morze. To... Dość skomplikowane...
Liz Harrington

Edit: Dzień spędzony na poligonie wojskowym pod hasłem "przygoda militarna". Pod opieką byłych wojskowych i dwóch przedstawicieli plemienia Słowian fantastycznie spędziłam popołudnie. Wojskowy tor przeszkód był rzeczywiście skomplikowany, ale zostałam pochwalona za zestrzelenie wszystkich metalowych ludzików (opłaca się mieć w szkole zajęcia ze strzelania). Pierwszy raz w życiu miałam też w rękach kuszę, rzucałam toporem i oszczepem. Na ściance wspinaczkowej miałam problem dopóki nie zaczęli krzyczeć, że mam sobie wyobrazić, że na górze, na drzewie siedzi Orlando Bloom. Wtedy jakoś to poszło. Całość utrzymana rzeczywiście w klimacie wojskowym. Wróciłam brudna, wytarzana w piachu i jeszcze nigdy wybrudzenie się nie sprawiło mi takiej przyjemności. Przy okazji odkryłam, że to właśnie na takich wyjazdach jestem w pełni szczęśliwa. Kiedy nie muszę się absolutnie niczym przejmować, ani niczym martwić.
  • awatar ms moth: Na którym poligonie dokładnie byliście? :> Moja szkoła! Jestem dumna z pingerowej koleżanki, że tak dobrze odnajduje się w wojskowych klimatach :D
  • awatar SugarFirefly: Miałaś super zabawę :) Zazdro strzelania z kuszy! Miło się czyta, jak ktoś tak fajnie i produktywnie spędza wakacje
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
03 lipca 2018r. godzina 22 minut 49
Atmosfera na statku burzliwa. Załoga nieufna wobec swoich członków i siebie nawzajem (chyba szykuje się bunt na pokładzie). Nastroje ponure. Mimo to pogoda dopisuje, nie zanosi się na sztorm ani huragany.
Wypływając dzisiaj z portu pierwszy raz od dawna widziałam morze. I mój najsłodszy horyzont. Nie mogąc się powstrzymać, tuż przed wejściem na pokład Perły, zrzuciłam buty, odrzuciłam worek z rzeczami osobistymi i rzuciłam się prosto w fale, skacząc przez wzburzone bałwany, wręcz tańcząc na mokrym piasku. Jack twierdzi, że jestem jak dziecko, które nieświadome zagrożenia, rzuca się prosto w paszczę niebezpieczeństwa. Ja uważam, że będąc świadoma czekających mnie niebezpieczeństw, z pełną gotowością jestem w stanie stawić im czoła. Ocean jest piękny, zimny i groźny, wręcz zabójczy. Ale zajmuje ponad połowę mojego serca i tylko to liczy się tak naprawdę.
Liz Harrington

Edit: postaram się być na bieżąco, bo trochę tych zapisków będzie, a zawsze jak mi się tego nazbiera, to potem nie wiem co z tym zrobić. Podróż pociągiem minęła względnie spokojnie, chociaż zmiana przedziału była, bo wrzeszczące bez przerwy dzieci doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Zaraz po rozpakowaniu się i zjedzeniu obiadu poszliśmy zobaczyć morze. Jak ja tęskniłam za tym widokiem. Mogę kochać góry, ale morze to jednak połowa mojej duszy... Była chwila załamania i w pewnym momencie po prostu chciałam do domu, ale przecież właśnie ta ulotność chwili, ta niepewność kolejnego dnia... Właśnie to jest wspaniałe w podróżach. I chyba właśnie to kocham w nich najbardziej.

04 lipca 2018r. godzina 23 minut 55
Morze wciąż spokojne, załoga coraz bardziej ufna wobec siebie i swoich członków. Dopada mnie melancholia. W "domu" zostawiłam przecież męża, jedynie po to, by rzucić się w wir szalonych przygód, do których tak tęskniłam. Powoli dociera do mnie, że to ocean jest mi prawdziwym domem, a mnie rozpiera duma, kiedy mogę pływać pod banderą osławionego Jacka Sparrowa. Wpatruję się w linię horyzontu, rozmyślając o wydarzeniach przeszłych, teraźniejszym i przyszłych. Tęskniłam za Williamem, jednocześnie mając świadomość, że nigdy nie popierał stylu życia, jaki wybrałam. Odwróciłam głowę, czując, że Jack postukuje mnie w ramię szyjką od butelki rumu. Bez wahania wzięłam od niego butelkę i pociągnęłam długi łyk alkoholu. Moje ciało zalała fala ciepła. Poczułam, że wszystko się jakoś ułoży.
Liz Harrington (nie, Turner)

Edit: Noc przespana. Bałam się trochę jak to będzie, ale dziewczyny z pokoju o rozsądnych porach chodzą spać i naprawdę się dogadujemy, co jest super! Mieszkamy w szóstkę i jest naprawdę fajnie (tylko tyle nas jest w grupie, reszta to faceci). Właściwie normalnych facetów to zdecydowanie na tym obozie mniejszy odsetek. Ale nie faceci mnie interesują. Cały dzień plażowaliśmy. Zaliczyłam pierwszą kąpiel w morzu i dwa razy dałam się pogrzebać żywcem w piasku. Troszeczkę spaliłam sobie plecy. Coraz bardziej mam ochotę się zaokrętować, odpłynąć i nigdy nie wrócić. Pływać pod dowództwem największego zachara na wszystkich siedmiu morzach. Z szablą i kordelasem. Pod banderą ze skrzyżowanymi piszczelami...
  • awatar SugarFirefly: Też uwielbiam morze *o* Uważaj na słońce, bo to poważna sprawa - smaruj się kremami z filtrem! Szum morza i spacer bosymi stopami po piasku - to jest to!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Katrin ocknęła się ze snu, czując dłoń Legolasa na ramieniu i przewróciła się na plecy, spoglądając na niego. Musiał ledwie wrócić z porannego treningu, bo był już kompletnie ubrany i właśnie zsuwał z ramienia kołczan pełen strzał.
- Płakałaś przez sen. - odezwał się. Katrin otarła łzy z twarzy, a odwróciwszy się plecami do ukochanego, rozpłakała na dobre, kryjąc twarz w dłoniach.
- Katrin, słoneczko... - Legolas usiadł obok niej, kładąc jej dłoń na plecach i powoli pociągnął ją do siadu. - Co się dzieje? - spytał, gdy ufnie wtuliła się w niego i szlochała mu w pierś. Nie odpowiedziała, za to rozpłakała się na dobre, mocno go obejmując. Legolas przytulił ją również, kojąco gładząc po włosach, dopóki nie zaczęła się uspokajać.
- Służba jeszcze śpi, ale mogę ci zrobić coś do picia. - powiedział. - Coś ciepłego, na uspokojenie. - Katrin skinęła głową, usuwając się od niego. Narzuciła sobie na ramiona szlafrok. Po policzkach ciągle leciały jej łzy, kiedy schodziła z nim na dół do kuchni. Usiadła przy kuchennym stole, powoli się uspokajając.
- Często bywasz w kwaterach służby? - spytała, spoglądając na Legolasa.
- Teraz już nie, ale kiedy byłem dzieckiem, często tu przesiadywałem. Właściwie przychodziłem tu zawsze gdy tylko mój ojciec nie miał czsu mnie szukać. Po prostu znikałem mu z oczu. - dodał, stawiając przed nią kubek ciepłego płynu. Objął ją od tyłu. - Jak? Lepiej? - spytał. Katrin pokiwała głową.
- Miałam sen... - odpowiedziała, ujmując dłoń ukochanego w swoją. Wierzchem drugiej dłoni otarła łzy.
- Więc żałuję, że nie było mnie przy tobie, by móc cię ochronić. - elf ucałował ją w policzek. Katrin odwróciła się ku niemu z uśmiechem.
- Ty mnie uratowałeś. - powiedziała. Legolas odwzajemnił uśmiech.
 

 
"Kiedy wsiadamy do pociągu zmierzającego w nowe miejsce, na początku zawsze może nas ogarnąć niepokój. Opuszczamy przecież dobrze nam znany świat. Po jakimś czasie jednak, gdy widzimy, jak za oknem migają krajobrazy, ogarnia nas typowy spokój podróżnika, wchodzimy w stan przepływu wraz z pokonywaną trasą i akceptujemy, co nam w danej chwili przynosi życie." - Hector Garcia, Francesc Miralles

Wczoraj "Historia naturalna smoków" miała swój koniec i tak samo jak przy końcówce "Siedemnastu lat po Śródziemiu" cieszę się, że tak niesamowicie wielu z was czyta i docenia to opowiadanie, a jednocześnie towarzyszy mi jednak melancholia, jaka wkrada się do każdego zakończenia. Dziękuję za wszystkie pomysły fabularne, które były mi przedstawiane. Kilka z nich wykorzystałam. Śmierć Limmaniel była moją osobistą inicjatywą, żałuję, że nie zdołałam jej uratować, ale najwyraźniej tak musiało być i nikt z nas już tego nie zmieni. Limmaniel; spoczywaj w pokoju. Byłaś wspaniałą elfką, jeszcze lepszą bojowniczką o wolność i przede wszystkim jedną z tych najbardziej pozytywnych bohaterek.

Tymczasem ja przychodzę dzisiaj ponadto pożegnać się na jakiś czas. Trochę mnie nie będzie, jednak powodowana komentarzem Firefly, postaram się od czasu do czasu wpadać z kilkoma słowami, a może nawet fotką. Pełny post dopiero czternastego lipca w sobotę i wtedy też zapraszam na kolejny rozdział "Po drugiej stronie oceanu". Mogę obiecać, że akcja będzie momentami wręcz pędzić jak szalona, no i oczywiście kochanego przez wszystkich Jacka Sparrow'a nie zabraknie, podobnie jak Liz Harrington (teraz już Turner). Z Jackiem mam nadzieję obcować również nad morzem, bo przecież taka osobistość na pewno nie pozwoli mi się nudzić. Za dwie i pół godziny odjeżdża mój pociąg. Do widzenia...
  • awatar SugarFirefly: Super, że będziesz zaglądać :D A teraz życzę tobie wspaniałych przygód i niezapomnianych, wakacyjnych chwil :*
  • awatar Gość: Do widzenia niesamowita dziewczyno. Znalazłam Twojego bloga kilka dni temu i połknęłam w całości. W tej sekundzie skończyłam czytać Twoje opowiadania. Jesteś niezwykła i nietuzinkowa, a to wśród młodych ludzi jest już rzadkością, przeważnie obserwuję "kopiuj-wklej". Bardzo przypominasz mi mnie samą jakieś 10 lat temu, skrobiącą wszelkie opowiadania i wiersze, i choć zarzuciłam to już karwas czasu temu to dajesz mi motywację i świeżość by znów usiąść i napisać coś dla siebie kiedy moje maleństwo śpi. Życzę Ci wszystkiego co najlepsze, weny i fantazji. Kto raz pokochał Śródziemie tego serce zawsze będzie pełne piękna.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/Jv0stD_ySD4

Pięć miesięcy później...
Katrin postawiła ostatnią kropkę w oprawionej skórą księdze i uśmiechnęła się do siebie, otworzywszy ją na stronie tytułowej. Nad małżonką pochylił się Legolas.
- "Historia naturalna smoków pióra Limmaniel Ar-Feiniel i Katrin Greenleaf". - przeczytał. - skończyłaś?
- Nie całkiem. - odpowiedziała dziewczyna. - Zostało kilka pustych stron. - przekartkowała księgę z westchnieniem.
- Limmaniel może być z ciebie dumna. - Legolas uśmiechnął się.
- I na pewno jest. - Katrin ucałowała małżonka prosto w usta. Zaraz potem zacisnęła palce na krawędzi stołu i pochyliła wprzód, sparaliżowana nagłym bólem. Na papier poleciała kropla atramentu. Dziewczyna dotknęła okrągłego brzucha, gdzie wierciło się jej dziecko.
- Katrin... - Legolas objął ją trwożnie. - Co się dzieje?
- miałam... Miałam skurcz. - odpowiedziała dziewczyna, patrząc w oczy małżonka. - To chyba już ta pora. - dodała z uśmiechem. Legolas odwzajemnił uśmiech. Pomógł jej wstać z krzesła i chwytając za rękę poprowadził ku komnatom uzdrowicielskim.

Legolas nerwowo splatał dłonie, stojąc przy drzwiach pokoju elfki uzdrowicielki i wsłuchując się w krzyk małżonki. Chciał tam być, chciał przy niej zostać, ale obie z elfką wyrosiły go z komnaty. Tymczasem zaczynał się niepokoić. Czy to powinno tak długo trwać? Legolas oparł się plecami o ścianę i osunął po niej na podłogę, kryjąc twarz w dłoniach. Nie wiedział, jak długo tak siedział, ale poderwał głowę, gdy krzyk matki urwał się gwałtownie, a w zapadłej ciszy rozbrzmiał płacz dziecka. Z pokoju wyszła elfka, asystująca przy porodzie.
- To dziewczynka. - oznajmiła z uśmiechem, a Legolas, który sekundę wcześniej zerwał się z podłogi, teraz padł na posadzkę bez przytomności.
Katrin odwróciła głowę, gdy do komnaty wszedł blady jak ściana Legolas i uśmiechnęła się.
- Po komnatach krąży wieść, że król zemdlał dowiedziawszy się o narodzinach potomkini. - odezwała się słabo. Legolas usiadł obok niej i delikatnie odchylił rąbek zawiniątka, które Katrin trzymała w ramionach. Dziewczynka spała. Na ustach elfa wykwitł uśmiech, gdy nieporadnie brał od małżonki niemowlę. Katrin ułożyła się wygodniej na poduszce.
- Jak damy jej na imię? - spytała.
- Najjaśniej świeci teraz Sariela, więc może...
- Sariel. - powtórzyła dziewczyna. - To... Piękne imię.
- Wasza Wysokość... - odezwała się elfka, wchodząca do komnaty. - I Pani i dziecko muszą teraz odpocząć. - powiedziała. - Ale Wasza Wysokość może oczywiście wrócić nazajutrz. - Legolas skinął głową, oddając małżonce córeczkę.
- Odpocznij kochanie. - szepnął, całując ją w policzek na pożegnanie. - Dobrej nocy.

Firana w drzwiach tarasu falowała na wietrze, a chłodne powiewy wiatru dosięgały Katrin, śpiącej spokojnie z dzieckiem u boku. Czarnowłosa elfka odziana w biel uśmiechnęła się, podchodząc do dziewczyny. Bezszelestnie przysiadła na krawędzi łóżka i odchyliła rąbek zawiniątka u boku Katrin. Maleństwo poruszyło się z westchnieniem i otworzyło oczka koloru głębokiego błękitu, kierując spojrzenie wprost na elfkę. Tamta przyłożyła palec do ust.
- Wyrośniesz kiedyś na piękną pannicę. - odezwała się dźwięcznie. - A twoja matka na pewno będzie mogła być z ciebie dumna. Tak jak ja jestem dumna z niej. - dziewczynka zamachała rączkami, nie spuszczając oczu z elfki. Tamta uśmiechnęła się, kiedy spróbowała złapać ją za palec, a rączka maleństwa przeniknęła przez jej dłoń. - Rośnij Sariel. - szepnęła. - A ty Katrin będziesz wspaniałą mamą. Musisz w to tylko uwierzyć. Córko... - elfka położyła dłoń na ramieniu dziewczyny. Twarz Katrin rozjaśnił uśmiech. Elfka uśmiechnęła się również, niknąc pod wpływem powiewu wiatru. W miejscu gdzie siedziała połyskiwała teraz mała srebrna gwiazdka z kilkoma kryształkami na łańcuszku.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/BVe2_0blWkg

Katrin westchnęła z cicha, zmęczona przyjmowaniem wciąż nowych wyrazów współczucia i przysunęła się bliżej do Legolasa. Była mu niezwykle wdzięczna za to, że nie odstępował jej na krok. Aragorn z Arweną również trzymali się blisko, a Elrond co jakiś czas zerkał ku dziewczynie, sprawując nad nią pieczę.
- Wasza Miłość... - Katrin odwróciła głowę, słysząc znajomy głos. Młody mężczyzna pochylił głowę w krótkim ukłonie.
- Faramirze, Eowino... - dziewczyna również odpowiedziała skinieniem. Faramir ujął jej dłoń.
- Przykro mi... - odezwał się. Katrin uśmiechnęła się lekko.
- Przynajmniej mówisz szczerze. Wielu z tych, którzy tu dzisiaj przybyli, uważają, że śmierć mojej matki była jak zrzucenie ogromnego ciężaru. - Faramir przyciągnął ją do siebie i delikatnie przytulił. Na ramieniu poczuła także dłoń Eowiny.
- To musi być dla ciebie wielka strata. - powiedziała kobieta.
- Staram się sobie radzić. - Katrin spróbowała się uśmiechnąć. - Ja... Bardzo przepraszam, ale czy moglibyśmy zmienić temat? - Faramir umilkł.
- Oczywiście. - odpowiedział po chwili.
- Proszę wybaczyć. - odezwał się Lindir, podchodząc do nich. - Wasza Miłość, pozwoli Pani? - Katrin skinęła głowa i przeprosiwszy rozmówców, podążyła za sługą. Legolas, Faramir i Eowina odprowadzili ją wzrokiem.
- Jej Wysokość najwyraźniej coś bardzo martwi. - odezwał się Faramir.

Postawny mężczyzna do tej pory opierający się o ścianę, wyprostował się na widok Katrin i pochylił głowę, nie spuszczając z niej jednak wzroku. Dziewczyna nerwowo zaplotła dłonie.
- Eomerze... - odezwała się.
- wasza Miłość... - odpowiedział. - Proszę przyjąć najserdeczniejsze wyrazy współczucia. - Katrin nie drgnęła nawet, gdy mężczyzna objął ją ramieniem. - A może to właśnie dobrze, że umarła w ten sposób. Ostrzegałem cię. Nie masz już o co walczyć. Ale skoro nie potrafisz wziąć się w garść i... - dziewczyna wreszcie wyswobodziła się z jego uścisku i odepchnęła od siebie władcę Rohanu.
- Dość! - zawołała drżącym głosem. Patrzyła na niego oczami pełnymi łez, trzęsły jej się też dłonie. Eomer prychnął.
- Znaj swoje miejsce, dziewczyno. - powiedział. - Naucz się wreszcie słuchać urodzonych lepiej od siebie.
- Ja... Ja tez mam swoją dumę! - odpowiedziała, podnosząc głos.
- Głupia! - Eomer postąpił o krok w jej stronę, ale Katrin zatrzymała go ruchem ręki.
- Wyjdź stąd Eomerze. - powiedziała twardo, kładąc nacisk na wypowiadane słowa. Mężczyzna spojrzał na nią wyniośle.
- Wedle życzenia. - jego głos ociekał jadem. - Przepraszam, że zabrałem cenny czas, Wasza Wysokość. Również za to, co między nami zaszło. Musiała Pani poczuć się urażona. - Katrin odprowadziła wzrokiem wychodzącego z pokoju mężczyznę. Dopiero potem pociemniało jej przed oczami i poleciała wprzód. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na Lindira, który rzucił się ją podtrzymać i podprowadził do najbliższego krzesła. Dziewczyna usiadła na nim, oddychając ciężko.
- Wasza Miłość, wszystko w porządku? - odezwał się zaniepokojony elf. Katrin pokręciła głową przecząco i przyłożyła dłoń do ust, targnięta odruchem wymiotnym. Drugą rękę przyłożyła do żołądka. Miała ochotę zwymiotować wszystko, co zjadła na obiad.
- Katrin! - do dziewczyny dopadł Legolas. - Co się dzieje? Dlaczego mi nie powiedziałaś, że źle się czujesz?
- Sekundę temu czułam się świetnie. - odpowiedziała słabo Katrin. Obok niej stanął także Elrond.
- Lindir, przynieś proszę wody. - polecił słudze.
- Może chcesz wrócić do pokoju? - spytał Legolas.
- Nie, nie, nie trzeba. - zaprotestowała Katrin. - Już mi lepiej. - dodała i z wymuszonym uśmiechem wzięła od Lindira wodę. - Już mi lepiej... - powtórzyła.

Katrin stała u boku Legolasa, ujmując małżonka pod ramię, podczas gdy on rozmawiał z para elfów, których nie znała. Próbowała skupić się na rozmowie, jednak w głowie wciąż dźwięczały słowa Eomera. "Może to właśnie dobrze, że umarła w ten sposób"... W oczach dziewczyny stanęły łzy, które potem poleciały po policzkach. Legolas zerknął na nią i objął ramieniem.
- Prosze wybaczyć. - powiedział, skinąwszy głową swoim rozmówcom i wyprowadził małżonkę z pokoju. Odprowadziły ich zaniepokojone spojrzenia gości.
- Co się dzieje, Katrin? - spytał Legolas, sadzając ją na wąskiej leżance. dziewczyna otarła dłonią łzy.
- Przepraszam... - wyszlochała.
- Dlaczego płaczesz? - elf czule pogładził ją po włosach.
- Przepraszam. Sama nie wiem... Czemu tak nagle... - Katrin starała się uspokoić, rozszlochała się jednak na dobre. - Wybacz mi. - wyszeptała przez łzy.
- Za co? - Legolas uśmiechnął się, przygarniając ją do siebie. Przywarła do niego ufnie. - Wróć na górę. - poprosił. - Przeproszę gości w twoim imieniu. - Katrin skinęła głową i ocierając łzy, wstała, kierując się ku schodom.
Zamknęła za sobą drzwi ich wspólnej sypialni i przysiadła na łóżku. Z okien rozciągał się widok na dolinę w zapadającym zmroku. Jej wzrok padł na książkę oprawioną w skórę. Delikatnie musnęła palcem okładkę, wtopione w skórę zielone kamienie. Zdecydowanym ruchem otworzyła ją na pustej stronie, otworzyła nowy słoiczek z atramentem, wyjęła pióro i notatki Limmaniel. Zawahała się, pióro zawisło milimetry nad kartami księgi. Odetchnęła głęboko i wreszcie napisała pierwsze słowo. A potem kolejne. Tak minęła jej większa część wieczoru.
Legolas wszedł do komnaty i z westchnieniem zaczął rozpinać czarną tunikę, gdy jego wzrok padł na Katrin, śpiącą przy niewielkim biurku z piórem w dłoni. Na jej policzkach wciąż jeszcze widać było ślady łez, na palcach plamy atramentu. Elf uśmiechnął się, okrywając małżonkę pledem i pocałował w policzek, szepcząc życzenia dobrej nocy.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/74vpYxZSUJ8 https://youtu.be/lzR4EXjZsMc

Katrin włożyła ostatnie niezbędne rzeczy do końskich juków i odwróciła się ku Idril, żegnającej ich na pałacowym dziedzińcu.
- Musicie jechać? - odezwała się elfka. Dziewczyna skinęła głową.
- Nie zaznam tu spokoju. - odpowiedziała.
- Nie zostaniecie nawet na koronację?
- Przykro mi... - Katrin spuściła wzrok. - Cóż... - odezwała się po chwili milczenia. - Do widzenia Idril. Na pewno dasz sobie radę w nowej roli, a ja... - dziewczyna uśmiechnęła się blado. - Ja muszę wracać do swoich poddanych.
- Rozumiem. Jednak jeśli chciałabyś... Dokończyć dzieło swojej matki, będziemy cię tu oczekiwać z otwartymi ramionami. Wszystkie smoki wróciły do swoich jaskiń, Hirilin już nam nie zagraża. Jej ojciec nie żyje, ją umieściliśmy w lochach...
- To i tak zbyt łagodna kara za to, co zrobiła. Nie jestem przyrodniczką Idril. Ale będę pamiętać... - dodała Katrin, sadowiąc się w siodle, na grzbiecie swojego konia.
- Doriath również będzie pamiętać, jak wiele zrobiła dla nas Limmaniel. - odparła Idril. - Jedźcie szczęśliwie.

Droga powrotna minęła szczęśliwie i o wiele szybciej niż podróż do Beleriandu. Wkrótce w oddali zamajaczyła dolina Rivendell, w której głębi stał Ostatni (czy raczej teraz Pierwszy) Przyjazny Dom. Był wieczór, konie pomęczone, a jeźdźcy spragnieni wypoczynku. Kiedy zjeżdżali stromą ścieżką w dół, Katrin usłyszała elfy śpiewające wśród drzew. Brzmiały one jednak o wiele smutniej niż przed ich wyjazdem.
Gdy wjeżdżali na dziedziniec, z domu wyszedł Lindir, który już przez okno dojrzał powrót swojego Pana.
- Mój Panie... - odezwał się, podchodząc do podróżnych.
- Witaj, Lindir. - odpowiedział mu krótko Elrond. Katrin z westchnieniem zeskoczyła z siodła. Pogładziła wierzchowca po szyi, szepnąwszy podziękowanie.
- Wasza Miłość... - Lindir pochylił głowę w krótkim ukłonie, ale Katrin tylko minęła go bez słowa. Elrond położył dłoń na ramieniu sługi.
- Limmaniel poległa w dzikich krajach. - odezwał się ściszonym głosem. - Zapewne dochodziły do was wieści o zamieszkach.
- Owszem, Panie. - Lindir skinął głową. - Czy...
- Później. - przerwał mu Elrond. - Teraz prosimy tylko o coś do jedzenia, a dla moich towarzyszy o komnaty gościnne. O przykrych rzeczach lepiej rozmawiać przy świetle dnia.
Mimo słów Elronda po kolacji zebrali się w pokoju kominkowym, a rozmowy prędko zeszły na temat Beleriandu. Katrin skuliła się na wąskiej leżance, przytulona do Legolasa, kiedy zaczęły się inne opowieści, a po nich jeszcze inne z bardzo dawnych dziejów. Słuchała pieśni i legend, aż wreszcie oczy jej się zamknęły, głowa padła i usnęła wygodnie w kąciku, wsparta na ramieniu małżonka.

Obudziła się w biało zasłanym łóżku, gdy słońce zaglądało przez otwarte okno. W dolinie nad brzegiem strumienia usłyszała głośny i czysty śpiew. Legolas również był już rozbudzony.
- Dzień dobry... - odezwała się Katrin, podnosząc się z łóżka. - Która to godzina?
- Świt się zbliża. - odpowiedział Legolas. - Spałaś od zmierzchu. Odrobina snu w domu Elronda to potężne lekarstwo.
- A ja chce zażyć jak największą porcję tego leku. - odparła Katrin. - Nie wstaję dzisiaj. - dodała z rozleniwieniem.
Zmęczenie jednak prędko z niej opadło, a lekkie śniadanie i spacer po dziedzińcu orzeźwiły, nie mogła jednak odzyskać spokoju ducha, którego tak pragnęła. Siedziała na jednym z tarasów, gdy odnalazł ją Legolas. Powoli usiadł obok niej na wąskiej leżance.
- Jak samopoczucie? - zagadnął.
- Nieźle. - odpowiedziała, spoglądając ku niemu. - Ale dziwnie mi ciężko.
- Na jutro planowany jest bankiet ku czci Limmaniel. - powiedział Legolas. - Spodziewam się, że zaraz po uroczystościach żałobnych będziesz chciała wracać do domu. Wieści tutaj szybko się rozchodzą. W pałacu już wiedzą, co się stało. - elf przerwał. - Jeśli uważasz, że to za wcześnie...
- Nie, nie, w porządku. - odpowiedziała Katrin. - Odwołanie gości byłoby... Swego rodzaju nietaktem.
- Pamiętasz nasz pierwszy taniec? - spytał Legolas, zmieniając temat.
- Tak, oczywiście. Dlaczego pytasz? - w dłoni elfa błysnęła czarna obudowa starego iPhone'a. - Skąd go wziąłeś? Przecież ja go zgubiłam, gdy... - Legolas skinął głową z uśmiechem.
- Zostawiłaś tutaj, w Rivendell. Wziąłem go, żeby nie wpadł w niepowołane ręce. Zastanawiałem się, czy potrafiłabyś wydobyć z tego urządzenia tamtą muzykę.
- Pewnie już dawno jest zepsuty. - odpowiedziała, biorąc telefon od Legolasa. - Tyle czasu go miałeś... - mimo to wyszeptała krótką quenejską frazę. Ekran iPhone'a rozbłysnął kolorami pod jej dotykiem. Playlista również była kompletna.
- Wasza Miłość... - Legolas wstał i skłonił się przed nią, podając jej dłoń. - Uczynisz mi ten zaszczyt? - Katrin chwilę patrzyła na niego, jednak w końcu chwyciła jego rękę, wciskając jednocześnie przycisk odtwarzania.
Legolas poprowadził ją w tańcu, obejmując w talii. Dziewczyna uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy i przysunęła bliżej, tak żeby w tańcu móc położyć głowę na jego ramieniu. Elf przytulił ją mocniej, ale to, co zazwyczaj wywoływało jeszcze szerszy uśmiech, tego dnia sprawiło, że jej ciałem wstrząsnął szloch.
- Tęsknię za nią... - odezwała się, kryjąc twarz w jego ramieniu. Legolas kojąco pogładził ją po plecach, pozwalając płakać.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/KvkosRv_4-Y

Katrin siedziała na łóżku w komnacie domu Uzdrowień, która jej przydzielono, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w widok za oknem, ale odwróciła głowę, gdy do środka wszedł Legolas. Miał na sobie czarną tunikę z zieloną lamówką, czarne luźne spodnie i wysokie buty ze skóry. Czarny płaszcz spinała srebrna klamra z zielonym kamieniem w kształcie liścia.
- Jest tak cicho... - odezwała się dziewczyna, wstając z łóżka. - Słońce przestało grzać. Wszystko przenika chłód.
- To tylko wilgoć po pierwszym wiosennym deszczu. - powiedział Legolas, stając przy niej. Katrin spojrzała na niego. - Nie wierze by ta ciemność miała się utrzymać. - elf uśmiechnął się. Ujął dłoń małżonki w swoją i kojąco ścisnął jej palce. Dziewczyna odpowiedziała mu uśmiechem przez łzy, opierając głowę na jego ramieniu. Trwali tak przez chwilę.
- Tak wielu szanowało moją matkę... - odezwała się znowu Katrin. - Tak wielu przyszło ją dziś pożegnać...
- I ty również powinnaś tam z nimi być. - odpowiedział Legolas.
- Nie wiem, czy jestem gotowa, żeby... Żeby... - dziewczyna przerwała, biorąc oddech.
- Bedę tam z tobą, Katrin. Przez cały czas.
- I za to ci dziękuję...

Limmaniel złożono na dnie łodzi. Pod głowę podścielono szary kaptur.. Długie, czarne włosy sczesano elfce na ramiona. Srebrna zapinka przy płaszczu błyszczała jasno. Łuk umieszczono u jej boku, miecz, wciąż pokryty krwią wroga, na piersi. Katrin pochyliła się nad łodzią, ostatni raz spoglądając matce w twarz. Wyglądała jakby pogrążona w głębokim śnie.
- Poległa... Wielka kobieta. - odezwała się Idril. - Wojowniczka... Matka... Przyjaciółka... - głos elfki zadrżał. - Niegdysiejsza królowa. Oby znalazła ukojenie, byśmy mogli mieć pewność, że zajęła należne jej miejsce. - ze smutkiem popchnięto żałobną łódź na głębsze wody rzeki. Limmaniel leżała w niej cicha, spokojna, ukołysana do snu na łonie żywej wody. Po policzku Katrin spłynęła łza, kiedy księżniczka Doriathu podała jej łuk i strzałę. W piersi dziewczyny narastał szloch, gdy wsuwała grot strzały w ogień rozświetlający jedną z lamp i kiedy ta zapłonęła, drżącymi dłońmi naciągnęła cięciwę. Strzała pomknęła prosto, wbijając się w burtę łódki, która natychmiast stanęła w ogniu.
- Przepraszam, mamo... - wyszeptała Katrin. - Już wiem, że nie jestem królową, jaką chciałaś, żebym była. Daleko mi do ciebie i... Ja chyba... - Legolas podszedł do małżonki, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Twoja matka nigdy w ciebie nie wątpiła. - powiedział. - Zawsze mówiła, że będziesz najwspanialszą królową ze wszystkich. I miała rację. - Katrin podniosła wzrok na ukochanego. - Masz serce królowej i dusze elfki. I jesteś córką Tej, która niesie pokój. - Legolas wziął oddech i z wolna zaintonował pieśń;
- W krainie Doriath, pośród pól, wśród traw zielonoburych / Zachodni z szumem wieje wiatr i w krąg owiewa mury. / "O, jakąż wietrze, niesiesz wieść, gdy dzień dobiega końca? / Czyś Limmaniel tam widział cień w poświacie lśnień miesiąca?" / "Widziałem - siedem mijała rzek, dalekie mijała bory, / Aż weszła w krainę Pustych Ziem, aż krokiem dotarła skorym / Tam, kędy północ rzuca cień... Nie dojrzą jej już oczy - / Lecz może słyszał już jej głos daleki wiatr północy." / "O, Limmaniel, z blanków wież patrzyłem w mroczne dale - / Lecz nie wróciłaś z Pustych Ziem, gdzie ludzi nie ma wcale."
Katrin odetchnęła głęboko, podejmując pieśń;
- Od morza dmie południa wiatr, od wydm i skalnej plaży, / Kwilenie szarych niesie mew i szumem swym się skarży / "O, jakąż wietrze, niesiesz wieść, o, ulżyj mej rozterce; / Czyś Limmaniel tam widział - mów, bo żal mi ściska serce." / "Nie pytaj mnie o losy jej - odpowiem ci najprościej; / Pod czarnym niebem w piasku plaż tak wiele leży kości, / Tyle ich płynie nurtem rzek i ginie w morskiej fali! / Niech ci północny powie wiatr, jaką się wieścią chwali." / "O, Limmaniel, tak wiele dróg ku południowi goni. / A ty nie wracasz z krzykiem mew od szarej morskiej toni!"
Katrin zamknęła oczy, wsłuchując się w niesioną wiatrem pieśń, powtarzaną przez inne elfy;
- "Od Wrót Królewskich wieje wiatr i mija wodospady - / Z północy słychać było róg - przybyła tu na zwiady? / O, jakąż mi przynosisz wieść, o, powiedz, wietrze szczerze; / Czyś Limmaniel tam widział ślad na leśnej gdzie kwaterze?" / "Gdzie Amon Rudh - słyszałem krzyk, walczyła elfka młoda; / Pęknięte ostrze oraz łuk u brzegów wielkiej wody. / Ach, dumną głowę, piękną twarz w młodzieńczych dni urodzie / Teiglin już unosi nurt po złoto lśniącej wodzie." / "O, Limmaniel odtąd z wież spoglądać będą oczy / Ku wodospadom grzmiących wód Teiglin na północy."
Elfy powoli oddalały się w głąb lasu, Legolas również pociągnął małżonkę z powrotem. Brzeg rzeki powoli pustoszał i wreszcie tylko jedna postać wpatrywała się w gasnący już ogień. Elrond ze smutkiem patrzył na dym unoszący się ku górze. Pochylił głowę z szacunkiem, przykładając prawą dłoń do piersi. Potem podniósł wzrok na gwiazdy.
- Za wcześnie odeszłaś, Limmaniel... - wyszeptał. - Kto twojej córce wskaże drogę?
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/cTb4TnSJEH0

Katrin siedziała skulona na niskiej leżance w Domu Uzdrowień, drżąc od tłumionego szlochu. Jej matka nie żyła. Te słowa wciąż rozbrzmiewały jej w głowie z taką samą siłą. Jej matka nie żyła... Podniosła wzrok, czując, że ktoś ją obejmuje.
- Katrin... - odezwał się łagodnie Legolas. - Uzdrowicielki chciałyby cię obejrzeć. - powiedział. - Możesz wstać? - dziewczyna pokręciła głową przecząco. Poczuła obok obecność jeszcze jednej osoby.
- Niech siedzi. - usłyszała kobiecy głos. - Wasza Miłość? Słyszy mnie Pani? - nie była w stanie nawet skinąć głową. Wpatrywała się tylko w wyłożoną marmurowymi płytami podłogę.
- Co z dzieckiem? - odezwał się znowu Legolas.
- Nie mogę powiedzieć nic na pewno. Nie w tym momencie. Ale boję się, że Jej Wysokość może nie donosić ciąży. - Katrin zamrugała, wyrywając się z letargu. Po policzkach znów spłynęły jej strużki łez. Legolas wpatrywał się w elfkę, nie wierząc, że to, co usłyszał było prawdą. - Będzie musiała zostać tutaj przez kilka dni, dopóki nie wydobrzeje. - Legolas skinął głową.
- To zrozumiałe. - odpowiedział.
- Przykro mi, że muszę zatrzymać pańską małżonkę, Wasza Wysokość. Również wolałabym, aby nie było to konieczne.

Katrin leżała w jednej z komnat Domu Uzdrowień, w śnieżnobiałej pościeli, w koszuli nocnej tego samego koloru. Jej ramię obwiązano lnianym bandażem aż do nadgarstka. Kruczoczarne włosy kontrastowały nie tylko z bielą pościeli, ale także z bladością twarzy. Dziewczyna, pogrążona w niespokojnym śnie, wciąż przeżywała na nowo najgorszy koszmar, drżąc i popłakując przez sen, dręczona na przemian koszmarnym snem, śmiertelnym chłodem i palącą gorączką, której żadne środki nie mogły uśmierzyć. Legolas, który wytrwale przy niej czuwał, dzień i noc trzymał ją za rękę. Momentami wydawało mu się, że na blade policzki wracają rumieńce zdrowia, ale była to zwodnicza nadzieja.
Do komnaty weszła elfka, sprawująca pieczę nad chorą.
- Wielkie to będzie nieszczęście, jeśli nam umrze. - powiedziała.
- Ona nie umrze. - odpowiedział Legolas z pewnością, ale i nadzieją w głosie. - Ona nie umrze... - powtórzył.
- Proszę mi wybaczyć. - odparła elfka, jedną ręką ujmując dłoń Katrin, a drugą kładąc jej na czole. Było obficie zroszone potem, choć ciało dziewczyny było chłodne. Katrin nie poruszyła się, nie zareagowała na dotkniecie, ledwie oddychała.
- Resztki sił z niej uchodzą. Wszystko się tutaj razem sprzysięgło; utrudzenie, ból z powodu utraty matki, rana, a co najgorsze, tchnienie ciemności. Jeśli się zbudzi, umrze, chyba, że uzdrowi ją lekarstwo, którym ja nie rozporządzam.
- Dlaczego jeszcze się nie obudziła? - Legolas zerwał się ze swojego miejsca u boku małżonki. - Dlaczego wciąż...
- Legolasie! - przerwała mu elfka. - Ona umiera z tęsknoty! - elf umilkł natychmiast. - Ona nie potrzebuje leków ani ziół. Jedyne, czego potrzebuje to miłości. Kogoś, kogo prawdziwie kochała... - dodała elfka na odchodne.

Legolas uklęknął przy łóżku ukochanej, na powrót ujmując jej dłoń. Czuł, ze jest chłodna, ale ucałował palce małżonki.
- Amralime... - wyszeptał. Nie poruszyła się, lecz zaczęła oddychać głębiej, tak że widać było, jak pod białą kołdrą pierś unosi się i opada miarowo. - Amralime Katrin. - powtórzył Legolas. - Zbudź się, proszę... - dziewczyna powoli otworzyła oczy i odwróciła głowę, spoglądając na niego.
- Legolas... - wyszeptała słabo, przez spieczone wargi. - Czy Limmaniel... - zaczęła. Elf posmutniał.
- Katrin... Twoja matka już tu nie wróci. - Katrin wpatrywała się w niego przez chwilę, dopóki po jej policzkach nie popłynęły łzy. Dziewczyna zaszlochała cicho, ocierając je dłonią.
- Hej, jak się czujesz? - spytał Legolas, siadając na skraju łóżka. Jej dłoni nie wypuścił z ręki.
- Co z dzieckiem? - Katrin odpowiedziała mu pytaniem.
- Dziecko ma się dobrze. - elf podtrzymał ją i objął ramieniem, kiedy podniosła się do pozycji siedzącej. - Dziecku nic nie jest. - dziewczyna oparła głowę na jego ramieniu.
- A z tobą w porządku? - Legolas pokiwał głową.
- Tak. - odpowiedział. - Bałem się o ciebie jak nikt inny. Ale kiedy od razu po przebudzeniu wspomniałaś matkę, poczułem coś innego. Chciałem żeby twój świat zaczynał się i kończył tylko na mnie.
- I tak jest. - odpowiedziała Katrin przez łzy. - Tak jest. Jesteś całym moim światem. Ty płaczesz? - spytała zaraz, widząc spływającą po policzku elfa łzę. Legolas mocno ją do siebie przytulił i pocałował w czubek głowy.
- Jestem przy tobie. - odpowiedział. - I zawsze będę. - Katrin zamknęła oczy, przytulając się do niego. - Legolas pogładził ją kojąco po plecach. - Nie powinna była umrzeć w taki sposób. - dodał.
 

 
Kate spała jak suseł - nie miała pojęcia, ile godzin, ale z pewnością pobiła własny rekord życiowy. Obudził ją dopiero charakterystyczny odgłos przygotowywania śniadania, więc wysunęła się z łóżka i zeszła na dół do kuchni, gdzie jak mogła się domyślać, urzędował Mateusz.
- Hej. - odezwała się. - Wybierasz się na szlak? - zagadnęła, biorąc sobie szklankę soku i siadając przy stole. - Gdzie dzisiaj idziesz?
- Hala Gąsiennicowa. - odpowiedział chłopak, siadając naprzeciwko niej z talerzem pełnym jajecznicy. - Jeśli cię nie zniechęciłem do Tatr wczorajszym zajściem to...
- Weź mnie ze sobą. - przerwała mu Kate. Mateusz uśmiechnął się.
- Widzę, że ktoś tu się zakochał w górach. Dobrze, w takim razie mam dla ciebie trzy propozycje; jedna to sztandarowe, niemal obowiązkowe Morskie Oko, druga to wędrówka do Rusinowej Polany, z której widoki są wprost nieziemskie, no i na koniec właśnie Hala Gąsiennicowa. Moglibyśmy na nią dotrzeć okrężną drogą - pojechać kolejką linową na Kasprowy Wierch, potem zejść do schroniska zwanego Murowańcem i wrócić do punktu wyjścia, to znaczy do stacji kolejki linowej. Do wyboru mamy dwa szlaki: niebieski i żółty. I nie mają one nic wspólnego ze stopniem trudności. No więc?
- Marzy mi się przejażdżka tą kolejką linową. - uśmiechnęła się dziewczyna, opierając głowę na dłoni.
- W takim razie w tył zwrot do pokoju i ubierać się. - zarządził Mateusz. - Jak będziesz gotowa, daj znać i wychodzimy.
 

 
Kiedy zaczynają się wyprzedaże większość niewiast w moim wieku zaczyna maratony po sklepach z ciuchami i butami, żeby w spokoju wydać tam większość swojego kieszonkowego na nowe ubrania, choć szafy się nie domykają. Natomiast ja ruszam wtedy do Empiku i to właśnie tam ginie połowa moich oszczędności, a w domu brakuje miejsca na książki i mangi. Ale co zrobić... A ponieważ w tym tygodniu kupiłam rzeczywiście parę ciekawych rzeczy, chyba czas na pokazanie nabytków.

Najnowszy (szósty już) tomik "Kształtu twojego głosu"/"Koe No Katachi", po którym spodziewam się wiele dobrego, już go zresztą przeglądałam i akcji jest dość sporo, przy czym nie mogę uwierzyć, że kolejny tomik będzie zarazem ostatnim. I niby wiem jak kończy się ta historia, bo oglądałam anime, to i tak czekam na niego z niecierpliwością i zastanawiam się, co ze sobą zrobię, kiedy będę miała na półce kompletną serię (odpowiedź brzmi: będę kupowała "Perfect World" czyli kolejną fantastycznie zapowiadającą się serię od tego wydawnictwa). Na biografię Eda Sheerana już od jakiegoś czasu miałam ochotę, a do kupna popchnął mnie zbliżający się koncert tegoż wokalisty i ostatni tydzień spędzony z playlistą Eda właśnie (pomaga w leczeniu stanów depresyjnych).

Najnowsza powieść od mistrza kryminału, czyli oczywiście Jo Nesbo kupiona za połowę ceny regularnej, zaledwie dwa i pół miesiąca po premierze to naprawdę nabytek na wagę złota, zwłaszcza, że i do niej przymierzałam się już jakiś czas. Jestem naprawdę bardzo ciekawa czy dorówna stylem, zawiłością i konstrukcją powieściom z cyklu z Harry'm Hole, ale właściwie nie mam się o co martwić, to przecież Jo Nesbo (z jego literackiego dorobku jak do tej pory nie podobali mi się tylko "Łowcy głów" ). I wisienka na torcie, "Tożsamość zdrajcy" z moim ukochanym Orlandem Bloom dorwana na przecenie za piętnaście złotych. Thriller wręcz idealny na taką pogodę jak właśnie mam za oknem (znowu zaczyna padać, gdzie jest słońce?) plus oczywiście zabójczo przystojny Jack Ascott (w tej roli Orlando Bloom).
  • awatar Gość: Myślę, że troszkę generalizujesz. Mnie też się szafa nie domyka i lubię zaszaleć na wyprzedażach, ale uwielbiam czytać i tak samo chętnie kupuję książki czy mangi :) Zainteresowanie modą czy wydawanie kasy na ciuchy nie przeszkadza być oczytaną ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate rozejrzała się dookoła, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że przez jakiś już czas nie do końca patrzyła gdzie właściwie idzie. Postanowiła pójść jeszcze kawałek ścieżką wzdłuż Ornaku. Zapamiętała, że są tu aż cztery wierzchołki. Cudownie będzie móc powiedzieć Mateuszowi, że je zdobyła. Że dała radę, i to zupełnie sama w tej okropnej mgle.
Zaraz, zaraz. Ile razu już było w dół i znowu pod górę? Nie miała pewności. Chyba cztery, a może nawet pięć. Czyli była już dalej, poza tym grzbietem? Jedyne co przed sobą widziała, to wydeptane w śniegu ślady. Dobrze, że choć tyle. Miała przynajmniej pewność, że nie zabłądziła, nie zeszła ze szlaku. Uważała jednak, że najwyższa pora zawrócić. Raz, że z zimna kostniała coraz bardziej; nie spodziewała się, że na górze aż tak wieje. Dwa; na dole w schronisku czekała zupa... Jej rozmyślania przerwał ostry dzwonek telefonu. Spojrzała na dotykowy ekran. Dzwonił Mateusz.
- Słucham. - rzuciła do słuchawki, ignorując fakt, że cała drży z zimna.
- Gdzie jesteś? - odpowiedział pytaniem. - Myślałem, że cię tu spotkam, czekam i rozglądam się, ale nigdzie cię nie ma. Minęliśmy się? Idziesz już w stronę wylotu?
- Jakiego wylotu? - zamilkł na chwilę, a potem niepewnym głosem zapytał.
- Kate, to ty?
- No pewnie, że Kate, a kto?! - zdenerwowała się. - Słuchaj, nie wiem co masz na myśli, mówiąc o wylocie. Idę, ale już prawdę mówiąc, resztką sił. Zaraz zamarznę.
- Żartujesz, czy mówisz poważnie? - zaniepokoił się.
- Sama nie wiem. - odparła szczerze. - Chwilami roznosi mnie energia i radość, że tu dotarłam, że jest tak fantastycznie, chociaż powiem ci szczerze, że kompletnie nic nie widać i gdybyś mi nie powiedział, że one tu są, te góry, to pewnie trudno by mi było w to uwierzyć... Ale akurat teraz mam ochotę tylko usiąść i się rozpłakać i zamarznąć sobie cichutko.
- Przestań, nawet tak nie mów! Ale gdzie ty w ogóle jesteś? Mówiłem ci, żebyś sobie poszła powoli na Ornak...
- No właśnie jestem na Ornaku. Nie wiem tylko, na którym wierzchołku.
- Kate! Na jakim znowu wierzchołku? Poszłaś na Ornak?!
- Przecież sam przed chwilą powiedziałeś...
- Ale schronisko! Schronisko to jest Ornak. To znaczy... Wszyscy tak na nie mówią. Cholera, przepraszam cię bardzo, to był taki skrót myślowy. Jezu, ale mi głupio. Poszłaś na Iwaniacką w taką paskudną pogodę?
- Wcale nie jest taka paskudna. - zaprotestowała Kate. - To nic, że mam spodnie mokre aż po uda. A ty... Ty jesteś w tym schronisku, tak?
- Tak, jestem. Ale, Kate... Przecież już się zaczyna robić ciemno. Idź szybko, nie zatrzymuj się. Biegnę po ciebie.
- Daj spokój, dam sobie radę. - dziewczyna zadrżała z zimna.
- Masz coś słodkiego? Czekoladę albo coś?
- O, właśnie, dobry pomysł. Oczywiście, że mam czekoladę. Jestem bardzo dobrze przygotowana. I mam latarkę, żeby nadawać sygnał SOS.
- Przestań się wygłupiać, nie będziesz musiała nadawać żadnego sygnału. Schodź szybkim krokiem, nie zwalniaj, pamiętaj. Tyko nie zejdź ze szlaku. Zaraz się spotkamy. - rozłączył się, a Kate sięgnęła do plecaka po czekoladę i zachciało jej się płakać z zimna. I może też trochę ze zmęczenia. Oraz strachu.
Posłuchała jednak Mateusza pod każdym względem. Po pierwsze, wsunęła całą czekoladę. Po drugie, szła szybko i nie zatrzymywała się ani nie zboczyła ze szlaku, choć strasznie chciało jej się siku. Nie chciała jednak minąć się z Mateuszem. Za żadne skarby.
Kiedy w końcu spotkali się na szlaku, zdążyło się zrobić zupełnie ciemno.
- Cicho, już cicho. - powiedział tylko chłopak, bo na jego widok Kate rozkleiła się zupełnie. A potem wziął ją za rękę i sprowadził na dół, do schroniska na hali Ornak. Podczas gdy dziewczyna z poczuciem absolutnego szczęścia korzystała z toalety, Mateusz zamówił dla niej talerz rosołu, szarlotkę i herbatę z rumem. Zjadła, wypiła i uznała, że będzie żyć. Potem musieli jeszcze dobre dwie godziny maszerować do wylotu doliny, ale to już nie było takie straszne, bo po pierwsze, Kate nie byłam sam, a po drugie pod wpływem zmęczenia (i uwolnionych emocji oraz rumu w herbacie) dostała okropnej głupawki i śmiała się ze wszystkiego.
- Mam straszne wyrzuty sumienia - powiedział w końcu Mateusz. - Jeśli zniechęciłem cię do gór, to chyba strzelę sobie w łeb. Na to schronisko mówi się zwyczajowo Ornak, wiesz? Nigdy w życiu bym ci nie polecał wyjścia w góry przy takiej pogodzie. Przepraszam.
- Nie strzelaj, błagam. - odparła sennie dziewczyna. - Jestem tak nieziemsko zmęczona, że nie miałabym siły wezwać pogotowia. Za chwilę wskoczę do łóżka i poczuję się najszczęśliwszą istotą na tym pięknym świecie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak czułam i czy w ogóle kiedykolwiek mi się to zdarzyło. A nie, przepraszam, już pamiętam. Dzisiaj, kiedy wreszcie poszłam siku w tym schronisku. Widzisz? Czyli dwa razy w ciągu jednego dnia udało mi się przeżyć niebiańskie szczęście, i to dzięki tobie.
  • awatar Gość: O matko! Jak to miło wrócić do wspomnień! Tak szczerze powiedziawszy, byłam ciekawa, czy nadal piszesz na pingerze, ale okazuje się, że wciąż tu jesteś! Dla mnie ta strona to była taka kolebka, miejsce, w którym zaczynałam. Obecnie można mnie znaleźć na Wattpadzie. Gdybym znowu miała prowadzić własnego bloga... Życzę powodzenia w dalszym pisaniu ;D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No i mamy wakacje. Ten rok szkolny wbrew pozorom zleciał bardzo szybko, bardzo produktywnie i bardzo wesoło. Druga klasa minęła na nauce, ale też wypadach ze znajomymi, szkolnych uroczystościach i wyjazdach, kursach, zajęciach praktycznych i tym podobnych imprezach. Zaliczyłam w tym roku sześć konkursów tematycznych, w tym trzy wygrane i klasyfikacja do etapu wojewódzkiego w kolejnym i chociaż etap ogólnopolski pozostał w sferze marzeń i tak było to sporym osiągnięciem. Jeśli chodzi o najlepiej wspominane chwile to na pewno obóz przetrwania i wycieczka do Zakopanego, wigilia klasowa spędzona w miłej atmosferze (na co nie można było liczyć w gimnazjum), ale przede wszystkim Noc Biologów. Oby udało się i w przyszłym roku, bo to było fenomenalne przeżycie.

Jeśli mam być całkowicie szczera, nie do końca odczuwam wakacyjną atmosferę i pewnie znowu z tydzień mi zejdzie, zanim mój zegar biologiczny przestawi się na leniwy tryb życia, a prawdziwego ducha tego lata poczuję dopiero drugiego lipca, siedząc w pociągu do Kołobrzegu, ale w to lato zamierzam przede wszystkim dobrze się bawić (tak samo jak rok temu). Zaraz na początku lipca mam wyjazd, o czym zresztą już wiecie, potem chciałybyśmy zaliczyć kilka jednodniowych wycieczek ze współlokatorkami z internatu, oczywiście będziemy przesiadywać u siebie nawzajem, szykuje się moja osiemnastka, co do której wciąż mam mieszane uczucia, a oprócz sztywnych ramowych planów mam zamiar dużo czytać (jak zawsze), w miarę możliwości i chęci dużo pisać (mniej więcej jak zawsze), wydać połowę oszczędności na jazdę konną, a druga połowę na książki i mangi (przydałby się nowy regał, tylko gdzie go postawić)...

Mamy drobną obsuwę w planie wydawniczym, z racji mojego wyjazdu dalsze rozdziały pirackiego opowiadania od czternastego lipca, po powrocie z obozu, ale za to obiecuję wam całe wakacje z Jackiem Sparrow'em, okazjonalnie w Śródziemiu, bo mam w planie kilka one-shotów, czekających na realizację, a jak co roku oczywiście także mała niespodzianka, na której zapowiedź musicie trochę poczekać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›