• Wpisów:1442
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:304 053 / 1809 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kate wyglądała na mijane kamienice przez okno samochodu sunącego przez warszawskie ulice i skrzyżowania. Od tego dnia miała mieszkać właśnie tutaj. W Warszawie. Dziewczyna westchnęła. Wcale nie chciała opuszczać swojego poprzedniego miejsca zamieszkania, gdzie w miarę dobrze dogadywała się z innymi wychowankami domu dziecka, a wychowawczynie były naprawdę miłe, ale to właśnie tutaj miała chodzić do szkoły średniej. I było już za późno na zmianę decyzji. Z drugiej strony... Nie było wiadomo czy dostała się do wymarzonej szkoły. Na wymarzony profil. Znowu westchnęła.
- Przestań wzdychać. - odezwała się kobieta, siedząca za kierownicą. - Zobaczysz, że ci się tam spodoba. Pani Agata trzyma swoich podopiecznych twardą ręką, to prawda, ale...
- Ale co? - przerwała jej Kate. - Mam już dość ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce.
- A ja mam dość twojego narzekania. Przestań użalać się nad sobą, nie ty jedna straciłaś rodziców. - Kate posłusznie umilkła, jednak miała niemalże pewność, że kolejny sierociniec będzie taki sam jak poprzednie. Smutny i wypełniony dziecięcą tęsknotą. Jak mógłby być inny? Znów wyjrzała przez okno, na Warszawę tonącą w strugach deszczu, a zaraz potem obrzuciła krytycznym wzrokiem szary budynek, przy którym zatrzymał się samochód.
- Jesteśmy. - odezwała się kobieta. - To twój nowy dom. - Państwowy Dom Dziecka, pod którym zaparkowała kobieta nie wyglądał ani dobrze, ani źle. Taki tam trochę odrapany budynek, ale w sumie z zewnątrz prezentował się nie najgorzej. Chyba, bo prawdę mówiąc, Kate wcale mu się tak dobrze nie przyglądała. Posłusznie wysiadła z samochodu i nie korzystając z pomocy kuratorki, wyjęła z bagażnika jedną jedyną torbę ze swoimi rzeczami i - z największą ostrożnością - futerał z gitarą. Jedyną rzeczą, jaka została jej po mamie.
Kuratorka zostawiła ją przy drzwiach i poszła do gabinetu dyrektorki. Po chwili wyszły razem - kuratorka i jakaś szczupła kobieta w średnim wieku. Ta druga uśmiechnęła się i przyjrzała dziewczynie uważnie zza cienkich okularów.
- Dzień dobry, panno Evans! - odezwała się, wyciągając do niej rękę.
- Wolę Kate. - odpowiedziała stanowczo dziewczyna, ściskając dłoń kobiety.
- A więc Kate. Nazywam się Agata Rozenek i jestem dyrektorką naszego domu. Za chwilę przedstawię ci regulamin i zaprowadzę do pokoju. Dodam, ze regulaminu przestrzegamy z największą dokładnością, a każde nieposłuszeństwo jest brane pod uwagę. - kuratorka nie odezwała się ani słowem, a pani Agata wzięła dziewczynę pod ramię i lekko pociągnęła za sobą. Kate podążyła za nią bez najmniejszego oporu.
Dyrektorka oprowadzała ją, opowiadając o regulaminie i zwyczajach panujących w domu dziecka i cały czas używała słowa ”dom”, co zwróciło uwagę Kate. Był moment, że chciała nawet jej coś złośliwego odpowiedzieć, ale kobieta byłą naprawdę miła i dziewczyna dała sobie spokój z okazywaniem wrogości. Ostatecznie uznała, że nie warto warczeć na tę sympatyczną dyrektorkę, która przecież nic złego jej nie zrobiła. Na koniec pokazała jej niektóre sypialnie. O tej porze dnia przeważnie puste. Wychowankowie korzystali z wakacji spotykając się ze znajomymi, albo włócząc po mieście.
Wreszcie kobieta otworzyła drzwi pokoju znajdującego się na końcu korytarza. Był nieduży, mniejszy niż pozostałe sale. W środku znajdowały się dwa tapczany, szafa, stolik, biurko i niewielki regalik na książki, ale nie było w nim niczyich rzeczy i wyglądało na to, ze pokój nie ma żadnego lokatora.
- Zamieszkasz tutaj. - powiedziała pani Agata. - Na razie będziesz sama, bo w naszym domu nie ma kompletu mieszkańców. Jak widziałaś, dziewczynki mieszkają przeważnie w trzyosobowych pokojach, ale te starsze staramy się przenosić do dwójek, żeby mogły spokojnie się uczyć. Słyszałam, ze jesteś dobrą uczennicą? - Kate nie odpowiedziała. Uważnie przyglądała się pokojowi, aż wreszcie położyła na jednym z tapczanów futerał z gitarą. Dyrektorka uśmiechnęła się.
- Możesz się teraz rozpakować. - powiedziała. - Gdybyś miała jakieś pytania lub wątpliwości, będę w gabinecie z twoją kuratorką. - Kate usiadła na łóżku. Nie miała zbyt wiele do rozpakowywania. Jej garderoba składała się z kilku par spodni, kilku bluzek i czarnej bluzy z kapturem, a do tego starych i znoszonych tenisówek. Nie potrzebowała niczego więcej. Dziewczyna spojrzała na lustro, które wisiało mniej więcej na wprost jej łóżka. Obrzuciła spojrzeniem swoje długie czarne włosy, za którymi chowała się jak za zasłoną, zielone tęczówki odziedziczone po mamie i kilka piegów. Nic specjalnego... Dziewczyna wsunęła dłoń do jednej z kieszonek torby, żeby po chwili wyjąć stamtąd starą fotografię.
- Widzisz mamo? Staram się. - wyszeptała, spoglądając na śliczną kobietę o subtelnej urodzie, która uśmiechała się do niej ze zdjęcia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Współczuję Kate... Dlaczego nie może zostać w jednym domu dziecka do końca? Mam nadzieję, że uda jej się zaaklimatyzować w nowym miejscu :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

- Liz... - odezwał się William, podchodząc do młodej kobiety, stojącej przy burcie. - Na nas już pora. Liz po raz ostatni spojrzała na zabudowania Sant Martin i ostatni raz pogładziła burtę Czarnej Perły.
- Tak, masz rację. - odpowiedziała, odwracając się i ze zdziwieniem spostrzegła, że za plecami Willa czekają na nią także wszyscy załoganci. Uśmiechnęła się.
- Żegnaj brzdącu. - odezwał się pan Gibbs, kiedy przechodziła obok.
- Do widzenia pani Turner. - pożegnał się Barbossa. Liz odpowiedziała mu uprzejmym skinieniem głowy, ale zatrzymała się dopiero przy Jacku, opartym niedbale o burtę. Sprawiał wrażenie, jakby to wszystko w ogóle go nie interesowało.
- Jack... - odezwała się dziewczyna. - Nasz związek nie miałby szans. - kapitan uśmiechnął się.
- Powtarzaj to sobie, kochanie. - parsknął. Liz odpowiedziała uśmiechem i rzuciła mu się w ramiona.
- Dziękuję. - wyszeptała, obejmując go za szyję. Jack również ją do siebie przytulił, a kiedy dostrzegł zazdrość, malującą się na twarzy Willa, posłał mu znaczący uśmiech. "Po moim trupie" odpowiedział mu bezgłośnie tamten. "Da się załatwić" stwierdził Jack. Liz odsunęła się od Jacka.
- Zobaczę cię jeszcze? - spytała z nieukrywanym żalem.
- Szybciej niż się spodziewasz. - odpowiedział jej kapitan. - I jeszcze niejeden raz. Wypatruj mnie na horyzoncie.
- A ty wypełniaj powierzony ci obowiązek. Dobrze wiesz, że teraz to Perła będzie przewozić na tamten świat tych, co zginęli na morzu. - Jack znów się uśmiechnął, wciskając na głowę Liz swój kapitański kapelusz.
- Tak łatwo się z nim rozstajesz? - spytała dziewczyna.
- Liczę, że wkrótce mi go oddasz. A teraz sio. Nie lubię ckliwych scen pożegnania. - kapitan złożył ręce na piersi.
- Do zobaczenia... Kapitanie. - szepnęła jeszcze Liz, schodząc do szalupy. To samo zrobił Will. Wkrótce mieli zacząć nowe życie jako małżeństwo.

ciąg dalszy nastąpi...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nazywam się Kate Evans i niedługo skończę szesnaście lat. Nic niezwykłego, prawda? Ale odkąd pamiętam tułam się sierocińcach w całej Polsce, nigdzie nie pomieszkując dłużej niż dwa lata. Mój tata zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat i zostałam sama z mamą. Kilkakrotnie próbowała się pozbierać po jego śmierci, ale jej się nie udawało. Nie potrafiła poradzić sobie ze swoim żalem i wyrzutami sumienia. Wciąż było jej ciężko i smutno. Trzy lata później umarła na raka trzustki. Długo chorowała, o czym dowiedziałam się o wiele, wiele później. Od ósmego roku życia umiałam prać i prasować, szykowałam sobie do szkoły kanapki i zawsze miałam poodrabiane lekcje. Musiałam sobie jakoś radzić. Bo właśnie wtedy trafiłam do poznańskiego domu dziecka. W tym czasie wyrobiłam sobie pewną przydatną później umiejętność: potrafiłam być przezroczysta, zlewałam się z tłem i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dzięki temu przez wiele lat unikałam natręctwa obcych ludzi, a nawet kolegów i koleżanek w klasie i nikt specjalnie nie interesował się moim życiem, bo też nikomu nigdy nie chwaliłam się, że jestem sierotą. Nie miałam rodzeństwa, ani żadnej bliskiej rodziny. Czasem pomagali mi sąsiedzi, a potem szkoła, w sumie wiec nie było tak źle. Miałam jakiś dom, szkołę, w której dobrze się uczyłam i swoją wielką tęsknotę za mamą i tatą, których właściwie zdążyłam zapomnieć. Przez wiele lat wierzyłam, że zdarzy się cud, że odnajdzie się jakaś wspaniała, zabawna ciocia, która mnie przygarnie. Nic takiego nie nastąpiło. Jednak cud się stał. Niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwałam, ale jednak...

Nota od autorki; Zgodnie z obietnicą na wasze ręce składam pierwszy rozdział opowiadania, które miało być dramatem psychologicznym, a koniec końców stało się zwykłą obyczajówką. Kate już znacie, tak jak i więcej postaci, które się tu pojawią, jednak nie wiążcie tej historii z poprzednimi. To zupełnie inna opowieść. Rozdziały będą znacznie krótsze, ale głownie dlatego proszę was o zostanie tu dłużej. Może właśnie spodoba wam się historia Kate?
 

 
”Prosto z serca” to opowiadanie może nie niezwykłe, ale też nie zupełnie zwyczajne. To opowiadanie, do którego powstawania przyczyniły się liczne osoby z otoczenia, a którym mogę teraz złożyć najserdeczniejsze podziękowania za to, że zjawiły się z moim życiu i niejednokrotnie wywróciły je do góry nogami. Jest ono inspirowane wydarzeniami z mojego życia prywatnego, jednak opisana historia nigdy się nie wydarzyła. Wszystkie postacie są fikcyjne, a podobieństwo wyglądu, lub zbieżności imion i nazwisk najzupełniej przypadkowe, a wszystko to jedynie osadzone w świecie realnym. Nie jest to ani autobiografia, ani pamiętnik. Nie jestem Kate. A Kate nie jest mną.
Jest to opowieść o niezwykłej sile. Sile miłości, ale nie tylko. Jest to opowieść o przywiązaniu, które choć z pozoru nic nieznaczące, może wiele zmienić w życiu pojedynczego człowieka. Wykreowany przeze mnie świat, a także jego istnienie w czasoprzestrzeni (bo ktoś kiedyś pięknie powiedział ”gdy w wyobraźni pisarza rodzi się nowy świat, na niebie rodzi się kolejna gwiazda”) jest dowodem na to, jak wiele może się zmienić w stosunkowo krótkim czasie. Może wszystko, co zostało tu przeze mnie opisane było jednym, wielkim zbiegiem okoliczności, a może właśnie przeznaczeniem.
Jest to także historia młodej dziewczyny. Sieroty, odizolowanej od świata, która powoli odzyskuje zaufanie zarówno do rówieśników jak i innych z jej otoczenia. A staje na nogi dzięki pewnej osobie, która jako pierwsza wyciągnęła do niej pomocną dłoń, kiedy wszyscy inni jedynie nią pogardzali. Każdy z nas ma w swoim sercu miejsce dla wyjątkowej osoby. Dla chłopaka, przyszłego męża, wyjątkowej przyjaciółki. Kate oddała swoje serce komuś, kto je uratował. Komuś, kto pozwolił jej na zaczęcie życia od nowa.
I za to ja również dziękuję. To opowiadanie nie powstałoby, gdyby w moim życiu nie zjawiła się osoba, która ocaliła moje serce. Nie będę jej wymieniać z imienia i nazwiska, ani w jakiś sposób odznaczać, ale właśnie ta osoba, czytając te właśnie słowa, domyśli się, że są skierowane do niej. A przynajmniej mocno to wierzę.
Po takim wstępie możecie nie mieć ochoty na więcej, ale o jedno proszę. Dajcie szansę Kate i jej historii. Bo jest to historia wyjątkowa i przejmująca. Przesycona cierpieniem, ale i miłością. Tak bezgraniczną, jak bezgranicznie może kochać nastoletnie serce.
 

 
- Ciągnie nas na dno! - wrzasnął Barbossa zza steru. - Zwijać się, bo wszyscy skończymy w otchłani. - wystrzelona z armaty kula strzaskała maszt Czarnej Perły, ale okręt znów stanął w pionie na falach i wypłynął z morskiego wiru, w który coraz bardziej osuwał się Holender.
Will znów dobył szabli, kiedy spod pokładu wylazły oślizgłe kreatury pod rozkazami Jonesa. Ich kapitan leżał martwy na pokładzie, ale nie miało to dla nich wielkiego znaczenia. Chcieli zemsty. I chcieli jej teraz.
- Liz, uciekaj! - wrzasnął Will, odpierając pierwsze ataki. - Jack, zabierz ją stąd! - kapitan posłuchał. Odciągnął na bok zupełnie osłupiałą dziewczynę. Zgarnął z pokładu swój pistolet. Rzucił się ku linom. Objął Liz ramieniem i przestrzelił dokładnie tą linę, która miała być przestrzelona. Oboje unieśli się w górę na prowizorycznym spadochronie z żagla. Liz rozszlochała się, patrząc na otoczonego przez śluzowate kreatury Willa. Wtuliła się mocno w płaszcz Jacka. Nie chciała widzieć jak Holender idzie na dno. Jack jęknął z bólu. Lina wrzynała się w przestrzeloną przez Jonesa dłoń, a po chwili wyślizgnęła się z ręki. Kapitan mocniej objął dziewczynę, kiedy oboje polecieli do oceanu.


Liz z trudem wpełzła na pokład Perły i oparła się o burtę, nie mogąc ustać na nogach. Niemal od razu znów wybuchnęła płaczem. Zaraz też poczuła jak obejmują ją czyjeś ramiona i przyłożyła policzek do szorstkiego materiału płaszcza. Podniosła wzrok na tulącego ją Jacka.
- Jack, ty krwawisz... - odezwała się, ocierając nos wierzchem dłoni i dotknęła zalanej krwią ręki kapitana. - Pozwól mi. - poprosiła, przykładając do rany niezbyt czystą szmatkę, a następnie obwiązując ją własną bandaną.
- Bogu dzięki, Jack... - przed załogantów przepchnął się pan Gibbs. - Flota nas dogania. Nieustraszony na sterburcie. Chyba trzeba się uciec do prastarej, szlachetnej pirackiej tradycji.
- Nie należę do miłośników tradycji. - odpowiedział Jack, odwracając się od niego i stanął przy burcie. - Ostro na wiatr! - rozkazał. Przez tłum przepchnął się Barbossa.
- Nie zmieniać kursu! - zaprotestował.
- Nie słuchać go! - wrzasnął znów Jack.
- Zmiotą nas... - zaczął niepewnie pan Gibbs.
- Nie słuchać tego! Nie słuchać! - miotał się kapitan.

- Na co oni czekają? - zapytał jeden z Anglików.
- Spodziewają się, że dotrzymamy warunków umowy. - odpowiedział mu lord Becket. Uśmiechnął się. Z luków wysunęły się działa. Okręt ruszył na statek piracki.
- Nic do ciebie nie mam, Jack. - odezwał się szeptem lord.

Liz obejrzała się, kiedy na pokład statku wtoczył się ociekający wodą Will. Dziewczyna natychmiast podbiegła do niego.
- Ty żyjesz. - wyszeptała, obejmując go mocno.
- Żyję. - odszepnął mężczyzna. - Uciekłem. - wysapał, wciąż zmęczony po długotrwałym wysiłku. Jack powiódł wzrokiem za dziewczyną z niemym żalem. Lubił tę zwariowaną istotkę. Will odsunął od siebie świeżo poślubioną Liz.
- Ładować działa! - wrzasnął. - Damy radę Anglikom!
- Stawić wszystkie żagle! - krzyknął za nim Jack.
- Jest stawić wszystkie! - odkrzyknął Barbossa. Załoga znów zapaliła się do walki. Czarna Perła natarła na Nieustraszonego.
- Co rozkażesz kapitanie? - spytał pan Gibbs, stając obok Jacka. Kapitan spojrzał na niego.
- Ognia. - odezwał się.
- Ognia! - wrzasnął pan Gibbs. Okrzyk poniósł się po pokładzie, Perła zatonęła w huku dział. Wykorzystując element zaskoczenia, pociski strzaskały burty angielskiego żaglowca. Lord Becket patrzył na to wszystko z mostku kapitańskiego. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. I spokój.
- Jakie są rozkazy? - spytał jeden z żołnierzy, dopadając do niego. - Rozkazy, Panie! - Becket nie odpowiedział. Słowa w ogóle do niego nie dotarły. - Opuścić pokład! - wrzasnął wreszcie komodor. Lord Becket wciąż wpatrywał się w pustkę przed sobą. Niewidzącym wzrokiem ogarniał pokład Nieustraszonego, schodząc powoli z mostku kapitańskiego. Burty zostały strzaskane przez pociski Czarnej Perły. Żołnierze angielscy konali na deskach pokładu, ranieni odłamkami drewna, szkła, lub dosięgnięci kulami. Becket rzucił ostatnie spojrzenie na piracki okręt, zanim i jego dosięgła śmierć. Żaglowiec poszedł na dno.

- Zawracają! - krzyknęła Liz, wychylając się za burtę. Flota angielska rzeczywiście powoli znikała za horyzontem. Załoga Perły podniosła okrzyki radości, wyrzucając w górę kapelusze i to co mieli pod ręką. Na innych statkach pirackich również już wiedziano o zwycięstwie. Liz rzuciła się w ramiona Willa, który poderwał ją do góry. Jack patrzył na to beznamiętnie. Czuł w sercu dziwny ucisk.
- Panie Gibbs... - odezwał się. - Możesz rzucić mój kapelusz.
- Tak jest! - zawołał natychmiast tamten i rzucił w powietrze własność swojego kapitana z kolejnym radosnym okrzykiem.
- A teraz idź i go przynieś. - dodał Jack. Mina Gibbsa natychmiast stężała, ale posłusznie zszedł z mostku kapitańskiego. Spojrzenie Jacka znów powędrowało ku Liz, opowiadającej coś z zapałem Willowi. Nie miał pojęcia czym było odczucie, którego doznawał.
 

 
Takie tam przemyślenia Liz a propos jej ewentualnego związku z Jackiem, bo coraz bardziej zaczynają mi się do siebie zbliżać. Swoją drogą nie bardzo wiem, co z tym faktem zrobić.

"Jestem dumna, bo udowodniłam sobie, że mogę spędzić z Jackiem kilka godzin i nie ulec jego urokowi. Chwilami było naprawdę ciężko, bo jego ujmujący uśmiech i magnetyczne spojrzenie najwyraźniej zostały stworzone po to, by uzależniać silniej niż narkotyk, ale przez cały ten czas starałam się trzymać swoich zasad. Serce człowieka jest lekkomyślne i nieodpowiedzialne. Pełne uniesień gna w stronę przepaści, nie zważając na konsekwencje, jakie niesie ze sobą miłość. Dlatego trzymam swoje pragnienia na smyczy i ufam temu, co nakazuje mi rozsądek. Tak jest dużo prościej, dużo bezpieczniej. Do tej pory byłam przekonana, że Jack widzi we mnie jedynie członka załogi. Nawet nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia ze mną zatańczy. Zaproponuje coś więcej. Owszem, czasami pozwalałam sobie na odrobinę słabości i zastanawiałam się nad tym, jak by to było znaleźć się w jego ramionach... Poczuć na swoich wargach jego usta... Zamknąć oczy i po prostu poddać się chwili. Ale to był tylko niewinne myśli, których nigdy nie zamierzałam wprowadzić w czyn."
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: To takie typowe zauroczenie, ale opanowane głosem rozumu, który, na szczęście, został wysłuchany :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Fragmencik z filmu "Na nieznanych wodach" wzbogacony przeze mnie o postać Liz i dotkliwsze doznania Jacka. Sama nie do końca wiem do czego odnosi się ten fragment, ale musiałam go napisać, więc dostajecie go tak czy inaczej. Może dopiszę do niego jakiś ciekawy ciąg dalszy, bo relacje Liz i Jacka stają się coraz bardziej zagmatwane. Ale zobaczymy jak to będzie.

Liz stała tuż przy Jacku w kajucie Czarnobrodego. Palcami muskała rękaw kapitana, bojąc się odstąpić go na krok. Nie miała ani krztyny zaufania do pirata, który obrzucał oboje wzgardliwym wzrokiem. Stojąca za nim Angelica Teach, jego córka wpatrywała się tylko w Jacka. Tych dwoje łączyło coś dawniej. Liz nie była ślepa.
- Mój los jest przesądzony. Nić przeznaczenia spleciona. - odezwał się znów Czarnobrody. - Widziałem swoją przyszłość...
- Nie wierzę w przewidywalność zdarzeń i moją własną. - odpowiedział mu odważnie Jack. Liz spojrzała na niego.
- Tylko szaleniec walczy z losem. Ale kusi mnie, by go oszukać. Dotrę do źródła wiecznej młodości. Ty wskażesz mi drogę. - Czarnobrody wziął w dłoń niewielką laleczkę voodoo, do złudzenia przypominającą Jacka. Liz patrzyła na to z niepokojem, niepewna co się zaraz stanie.
- A jeśli nie? - spytał podchwytliwie Jack, uśmiechając się. Czarnobrody od niechcenia podniósł ze stołu sztylet, wbijając go w brzuch laleczki. Jack zgiął się wpół, opierając na ramieniu towarzyszki. Oddychał głęboko, kiedy pirat wiercił mu ostrzem we wnętrznościach, a z gardła wyrwał mu się zduszony jęk.
- Jack... - odezwała się Liz. - Nie róbcie mu krzywdy. - poprosiła, podnosząc wzrok na starego pirata.
- Poprowadzisz mnie do źródła. - powiedział Czarnobrody, odejmując sztylet od laleczki. Jack odetchnął głęboko, przykładając rękę do brzucha. Podtrzymywany przez Liz, zatoczył się na ścianę kajuty.
- Ujmę to inaczej. Jeśli nie dotrę do źródła na czas... - pirat przyłożył główkę laleczki do płomienia świecy. - Tobie też się to nie uda. - Jack padł na kolana, przykładając dłoń do skroni. Palący ból promieniował na całe ciało, pozbawiając go oddechu. Zanim się zorientował, z oczu popłynęły mu łzy, a z gardła znów wydobył jęk.
- Jack... - Liz klęknęła przy nim. - Przestańcie! - krzyknęła ku Czarnobrodemu. - Jego to boli! Przestańcie!
- Masz wierną towarzyszkę, panie Sparrow. - odezwała się milcząca dotąd Angelica. - Która na pewno będzie pamiętać, co cię czeka, jeśli zawiedziesz. - Liz przełknęła ślinę, patrząc na kapitana, zwijającego się z bólu na podłodze. Kobieta od niechcenia zakręciła młynka sztyletem i wbiła go prosto w podbrzusze laleczki. Jack padł na deski, krzycząc z bólu. Angelica uśmiechnęła się.
- Cieszę się, że się rozumiemy. - powiedziała.
  • awatar Kate - Writes: @Wiky the Metal-Punk!: Na szczęście tylko odczuwał. Chyba bym się nie zdobyła na to, żeby mu naprawdę przewiercić żołądek. On jest zbyt pozytywna postacią, żeby mu zrobić krzywdę. :D
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Auć... Bolesny fragment... :/. Zastanawiam się, czy Jack tylko odczuwał ból, czy też zostały mu, po tym całym przedsięwzięciu, rany...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kiedyś Sara wierzyła w cudowne uczucie zwane miłością. Zakochała się na zabój, a w swym zauroczeniu przestała widzieć pewne rzeczy takimi, jakimi były naprawdę. Jednak w pewnym momencie miarka się przebrała, a Sara z radosnej, ekstrawertycznej dziewczyny stała się samotniczką. Podczas jednego z powrotów ze studiów znajduje się w niebezpieczeństwie. Z opresji ratuje ją Michał - barman jednego z wielu krakowskich pubów. Delikatna nić porozumienia między dwoma zranionymi duszami sprawia, że mury budowane latami powoli kruszeją.

Co sprawiło, że Sara nie dopuszcza do siebie myśli o ponownym związku? Czy muzyka potrafi lepiej wyrażać myśli od zwykłej rozmowy? Czy Sarze uda się trzymać zasady "tylko przyjaźń"?

Muszę przyznać, że w ostatnim czasie nasi rodzimi pisarze naprawdę są na wręcz światowym poziomie. To samo mogę powiedzieć o twórczości Martyny Senator, którą mogłam poznać poprzez jej najnowszą książkę.

"Z popiołów" wydawało mi się być typową, kolejną powieścią young adult jakich teraz jest masa. I wiecie co? To po części racja, ale w pozytywnym sensie. Oczywisty jest schemat złej przeszłości, poznania kogoś wyjątkowego, kto próbuje uleczyć stare rany. Martyna postanowiła tak poprowadzić akcję, by czytelnik do niemal samego końca mógł być zaskoczony przeszłością Sary. Osobiście podejrzewałam coś innego, za co ukłon w stronę autorki. Również rozwinięcie relacji pomiędzy głównymi bohaterami bardzo mi się spodobało. Nie mamy tu do czynienia z namiętnym romansem, ale z powolnym poznawaniem siebie poprzez przyjaźń, by dopiero po czasie dopuścić do siebie myśli o czymś więcej.

Ważnym aspektem "Z popiołów" jest pokazanie pasji bohaterów. Książka ta jest przepełniona muzyką, wokalem Sary i rysunkami Michała. Dodatkowo na YouTube znajdują się piosenki napisane przez autorkę, które można odsłuchać, by całej historii nadać większego klimatu. Przedstawienie treningów z samoobrony również było ciekawym elementem powieści, z którym mało kiedy się spotykam, bo zazwyczaj to mężczyźni muszą ratować swoje niewiasty z wszelkiego niebezpieczeństwa.

Sami bohaterowie przypadli mi do gustu. Są bardzo naturalni, mają poczucie humoru. Podobało mi się to, że ich zmiana następuje krok po kroku, nie ma wielkiego "bum", które sprawiło by, że ich problemy od razu znikają. Brakowało mi większego rozwinięcia postaci drugoplanowych, ale na szczęście nie sprawiło to, że lektura "Z popiołów" nie była przyjemna.

Podsumowując, "Z popiołów" to intrygująca powieść new adult, poruszająca ważne, często przemilczane tematy. Dzięki lekkiemu stylowi Martyny, oraz barwnej fabule poznałam historię Sary i Michała w zatrważającym tempie. Nie dajcie się zwieść pozorom i sięgnijcie po tę pozycję, a tak jak ja nie będziecie zawiedzeni. Z pewnością sięgnę po kontynuację "Z popiołów", kiedy tylko takowa się pojawi!
 

 
Jack wymknął się z kajuty i zaraz uniósł ręce nad głowę w geście poddania. Skrzynia z łomotem upadła na deski pokładu. Tuż przed nim stał Davy Jones z zastępem swoich ludzi.
- Popatrzcie no, chłopcy... - odezwał się. - Zbłąkany wróbelek... Zbłąkana ptaszyna, która nie nauczyła się latać...
- Ku swojemu wielkiemu żalowi. - Jack podniósł skrzynię z desek i cofnął się aż do burty. - Aliści... Na naukę nigdy nie jest za późno. - uśmiechnął się, łapiąc za linę przywiązana do burty i kopnięciem odłamał kawałek deski. Czepiając się liny zgrabnie przeskoczył na pokład Czarnej Perły, pewnie lądując na maszcie głównym. Niebo przecięła błyskawica, rozległ się grzmot. Jack zamarł w bezruchu.
- Skrzynia. Oddaj mi ją. - usłyszał Davy'ego Jonesa, a zaraz potem poczuł ostrze szabli na karku.
- Mogę cię uwolnić. - powiedział, również dobywając szabli.
- Już dawno temu pożegnałem się z wolnością. - Jones zamachnął się szablą. Jack zachwiał się niebezpiecznie na trapie, ale odpowiedział atakiem.

Will machał szablą na lewo i prawo. Na pokładzie Perły roiło się od oślizgłych podwładnych Davy'ego Jonesa. Mężczyzna obejrzał się na zaciekle walczącą niedaleko dziewczynę.
- Liz! Liz... - zawołał. Dziewczyna zerknęła a niego i przemknęła pod ramieniem kolejnego rybowatego, wypychając go za burtę. Dopadła do Williama. - Wyjdziesz za mnie?
- To chyba nie jest najlepsza chwila. - odpowiedziała, oglądając się.
- Innej może nie być. - Will zatopił ostrze w ciele kolejnego wroga. - Kocham cię. Dokonałem wyboru. A ty? - Liz popatrzyła prosto w jego orzechowe oczy.
- Barbossa! - wrzasnęła. - Udziel nam ślubu!
- Chwilowo jestem zajęty! - odkrzyknął Hektor, leżąc na deskach pokładu pod ciężarem jednego z rybowatych. Liz i William na powrót rzucili się w wir walki, nie przestając ściskać się za ręce.
- Barbossa! - krzyknął ponaglająco Will.
- No dobrze! - Hektor przeszył wroga szablą i podniósł się z desek pokładu. - Moi drodzy, zebraliśmy się tu dziś, by... Przybić ci flaki do masztu francowata zarazo. - dokończył nabijając na szablę kolejnego rybowatego. Liz spojrzała na niego zniesmaczona.
- Liz Harrington, czy bierzesz mnie za męża? - spytał Will, odpierając kolejny atak.
- Tak! - odkrzyknęła dziewczyna.
- Świetnie. - uśmiechnął się William.
- Willu Turnerze, czy chcesz mieć we mnie... żonę? - Liz przerwała, okręcając się na pięcie. - W chorobie i zdrowiu... - zamachnęła się szablą. - Choć na to drugie nie ma co liczyć. - dodała, przebijając ostrzem rybowatego.
- Chcę. - odpowiedział Will. Liz uśmiechnęła się.
- Jako kapitan ogłaszam was teraz... - odezwał się Barbossa, jednocześnie odpierając atak dwóch przeciwników. - Możesz pocałować... Możesz pocałować... Całujcie się! - pirat machnął ręką. Will przyciągnął do siebie dziewczynę. Liz objęła go ramieniem. Na kilka minut świat stanął w miejscu. Pocałunek trwał nieskończenie długą chwilę. Liz spojrzała w oczy mężczyzny, kiedy wreszcie odjął wargi od jej ust. W jego ciepłe, orzechowe oczy. A potem zamachnęła się szablą, kątem oka dostrzegając czającego się na nią rybowatego. Will zrobił dokładnie to samo, pozbawiając życia wroga stojącego za nim.

Jack chwiał się coraz bardziej, stojąc na belce masztu. Z całej siły starał się utrzymać równowagę. W jednej dłoni ściskał uchwyt skrzyni z sercem Davy'ego Jonesa, w drugiej ręce trzymał szablę. Jego przeciwnik uśmiechnął się drwiąco.
- Bez klucza nic nie zdziałasz. - powiedział.
- Klucz już mam. - odpowiedział mu uśmiechem Jack.
- Nie masz. - Jones również się uśmiechał. Jack zamachnął się szablą, odcinając mackę, w której tamten ściskał klucz. Potem złapał go w locie.
- Mówisz o tym? - spytał z uroczym uśmiechem, ale mina mu zrzedła, kiedy zobaczył, że Davy Jones celuje do niego z broni palnej. - Ale to mój pistolet. - odezwał się jeszcze, zanim tamten przestrzelił mu nadgarstek. Skrzynia wyślizgnęła się Jackowi z palców, a on zatoczył się na trapie. Ból promieniował na cały jego organizm. Potem on sam również osunął się w ciemność. Spadł z masztu, po drodze łapiąc się jeszcze olinowania. Skrzynia łupnęła o deski pokładu tuż za plecami Willa, który natychmiast wziął ją w dłonie.
- Dzięki Jack. - wyszeptał i wyciągnął z kabury pistolet, przymierzając się do przestrzelenia kłódki. Zaraz potem jeden z załogantów Davy'ego Jonesa rzucił się na niego z nożem. Mężczyzna spojrzał w jego twarz. W znajome oczy, teraz puste i pozbawione uczuć. - To ja! Will! - wrzasnął. - Twój syn!
Liz zgrabnie przedostała się na pokład Holendra, niemal od razu stając twarzą w twarz z Davy'm Jonesem.
- Nie okażę ci litości. - wysyczał tamten.
- Dlatego mam przy sobie to. - odpowiedziała, wysuwając z pochwy ostrze. Starła się z wrogiem, chcąc pomścić ojca, nie oczekując jednak cudów. Szabla szybko została jej wyrwana z dłoni, a ona sama padła ciężko na schody, uderzając głową w drewniane stopnie. Jak przez mgłę widziała jeszcze Jacka, który natarł na wspólnego wroga z grubą deską w dłoniach, jednak i on szybko został pokonany. Jack z jękiem padł na deki pokładu, czekając na śmierć. Otworzył oczy. Cudownym zrządzeniem losu tuż przed nim leżał klucz do skrzyni, który zaraz chwycił w zakrwawioną dłoń.
Will przygwoździł ojca do burty.
- Nie zabiję cię. - powiedział, wbijając w burtę nóż. - Dałem ci słowo. - dodał i odwrócił się od ojca. Nie... To już nie był jego ojciec, a kolejny pomiot Davy'ego Jonesa. Zaraz potem ogarnęła go furia, kiedy patrzył, jak mackowaty stwór jednym pchnięciem posyła na deski pokładu Liz. Wyszarpnął z pochwy szablę i wbił ją w ciało Jonesa, w miejsce, gdzie powinno bić serce.
- Pudło. - odezwał się Jones z uśmiechem. - Czyżbyś zapomniał? Jestem łajdakiem bez serca. - powiedział, wyciągając ostrze ze swojego ciała. Will zamknął oczy, uderzając głową o deski pokładu. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Liz natychmiast szarpnęła się ku niemu. Jones prychnął wzgardliwie. - Miłość... Budzące grozę pęta. A jednak tak łatwo je przeciąć. Powiedz mi Williamie Turnerze, czy lękasz się śmierci? - spytał, przystawiając nóż do gardła Willa.
- A ty? - Jones odwrócił się. Za nim stał Jack, ściskając w dłoni wydobyte ze skrzyni serce. - To lepsze niż trunek, trzymać w ręce życie i śmierć. - Davy Jones wyprostował się.
- Okrutny z ciebie człowiek, Jacku Sparrow. - odezwał się.
- Okrucieństwo to dość względne pojęcie.
- Nie uciekniesz przed moim wyrokiem...
- Skończcie to wreszcie! - wrzasnęła zniecierpliwiona Liz. Jack spojrzał na nią, potem przeniósł wzrok na Willa.
- A, tak... - opamiętał się, wyszarpnął zza paska nóż i jednym, płynnym ruchem wbił go w serce. Davy Jones zamrugał zaskoczony.
- Calyspo... - wyszeptał i skonał z imieniem ukochanej na ustach.
 

 

Często wybieram książki przypadkowo, tłumacząc sobie, że tak podpowiada mi intuicja, rozsądek albo inny nielogiczny sposób na wzięcie czegoś nowego. Jedna z powyższych opcji wcisnęła mi do rąk książkę z tematyką, która niezbyt mi podchodziła. Nie przepadałam za morskimi opowieściami, bo wszystkie są nudne i pisane chyba przez jednego gościa, który ma styczność z morzem jak zje sobie śledzia, albo rozstawi leżak w Jelitkowie. Nie dało się tego czytać, więc moja przygoda z morskimi powieściami została zatrzymana w momencie gdy myślałam, że wilk morski, to kuzyn tego z lasu.

Zdziwiłam się więc mocno, gdy podczas czytania okazało się, że akcja niebezpiecznie brnie w stronę morza. To dlatego tytuł był dla mnie odrobinę podejrzany. Ale wcześniej odpuściłam sobie sprawdzanie co to znaczy bandera i jaki do cholery kolor to czarny. Takie rzeczy najczęściej mszczą się na człowieku po latach, ale mi nie było dane tyle wytrwać w szczęściu, pieniądzach i dobrej passie w warcaby. Zemściło się po kilku dniach, ale ta zemsta wcale nie zrobiła na mnie wrażenia.

Dobra, koniec! Po książkę sięgnęłam całkowicie świadomie, bo owszem, rzeczywiście swego czasu nie mogłam patrzeć na książki o morskich przygodach z przyczyn niewiadomych, po prostu nie mogłam tego czytać i tyle. Pierwotny plan był taki, że kupię sobie pierwszy tom serii o Asasynach i zobaczę o co tam tak naprawdę chodzi. Ale kiedy akurat miałam pieniądze, okazało się, że pierwszej części nie ma w księgarni, ale za to z półki przyciągała mnie do siebie właśnie ta część, z piratami. I wzięłam w ciemno. Po po powtórnym zakochaniu się w "Piratach z Karaibów" nie przejdę teraz obojętnie obok niczego, co w jakikolwiek sposób o piratach traktuje.

Uratowała mnie sama książka, która zamiast wyrzucić za burtę, dała możliwość poleżenia w kajucie. Okazało się, że czyta się to wszystko szybko, płynnie i z zainteresowaniem. To najprzyjemniejsza książka z dotychczasowej wakacyjnej zabawy, której przeczytanie zajmuje jeden dzień. To wszystko dzięki długości rozdziałów – na tyle krótkich, że nie pozwalają przerwać czytania. Na każdy poświęcamy kilka minut, więc zawsze dajemy sobie chwilę na przeczytanie jeszcze jednego, zanim nie zaczniemy sprawdzać stanu swojego życia w Internecie.

Mimo nie zaskakującej historii – mamy ten sam bajzel co zawsze – piraci, bijatyki i skarby, możemy poprzez inny sposób opowiadania cieszyć się tym wszystkim na nowo. Tak, jakby nikt wcześniej o tym nie napisał encyklopedii, a głównych bohater uniknął bycia zlepkiem tysięcy innych piratów. Łatwo jednak wpaść na to, że nasz pierwszoplanowy to dobry chłopak. Od początku trzeba go polubić, bo inaczej kosa w żebra i darmowe pływanie z rekinami. Nie jest więc trudne kibicowanie mu do samego końca. W końcu o niego oparto całą historię.

Tu mamy gościa, który wie jak zadbać o swoją kreację. Ma dobry strój, mocną głowę, zawsze nabite pistolety i tnie mieczem lepiej niż Makłowicz gotuje. Z kimś takim przyjemnie spędza się czas, bo zawsze najlepiej czuję się wśród swoich. A akurat pirat to jeden z "zawodów", które z powodzeniem mogłabym uprawiać w równoległym świecie, więc ten... A teraz to mam ochotę naprawdę polecieć na Czarną Perlę i gdzieś się z Jackiem wyprawić.

"Assassin’s Cred: Czarna Bandera" to pozycja, którą polecam. To dobra książka, a takie zawsze jakoś się obronią (pomijam te kucharskie i telefoniczne żeby nie było). Jak nie masz znajomych i daleko do galerii handlowej, odłączyli internet, nie działa telewizor i rozładował ci się telefon, to możesz przekręcić kilka stron. Przy takim zbiegu okoliczności jest pewne, że i wentylator się zepsuł. A tak chłodniej chociaż będzie.
  • awatar culturaltrip: Morskie historie? Nie czytałam, nie licząc "Trzech panów na łódce (nie licząc psa)" Polecam!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przepraszam za ten depresyjny fragment poniżej, ale chyba musiałam to napisać, bo wizja śmierci Limmaniel siedziała mi w głowie długo. Szczerze mówiąc, zastanawiałam się czy by gdzieś kiedyś naprawdę jej nie uśmiercić, żeby móc się skupić na cierpieniu Katrin. Ale stwierdziłam, że na razie to zostawię, bo nie chcę nikogo uśmiercać. Wystarczy, że zginął Thranduil. I teraz myślę jak go wskrzesić, bo by mi się przydał. Przedstawiłabym zawiłość relacji między nim, a Limmaniel. Tylko, że wskrzesi go za bardzo nie mogę. W tej rodzinie odrodził się już Legolas, a to chyba dość.

Tak w ogóle to zawija mi się zalążek kontynuacji fanfiction Władcy Pierścieni i chyba to napiszę, ale chwilowo nie wiem kiedy. Teoretycznie dzisiaj powinien być ostatni rozdział opowiadania pirackiego, ale jak zwykle coś jest opóźnione. Chcę żeby w tym nowym opowiadaniu było dużo Limmaniel i dużo Katrin i oczywiście jej małżonka. Chcę tam wcisnąć dużo smoków i kolejną wyprawę. Żeby Gandalf znowu trochę namieszał. I historię naturalną, bo Limmaniel ma na tym punkcie kompletnego świra. I głownie tu chodzi o smoki właśnie. Właśnie odkryłam, że to dobra robota na ferie świąteczne i zimowe, więc wtedy spróbuję coś pokombinować w temacie smoków.

A tak w ogóle to skończyłam pisać dramat psychologiczny, który czeka już tylko na korektę, wiec jeśli chodzi o tę część mojego grafika, to wszystko jest na swoim miejscu i dograne, więc zgodnie z planem pierwszy rozdział szóstego grudnia. Na wattpadzie tego dnia będzie już dostępna całość, wiec jeśli ktoś będzie naprawdę bardzo, bardzo zainteresowany to zapraszam w Mikołajki na wattpada.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Widzę, że wena Cię nie opuszcza :D. Opowiadanie ze smokami brzmi świetnie :D. Widziałam, że dramat już się pojawił! Trzeba przeczytać :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Katrin zamarła w bezruchu, prostując się. Zakrwawiona klinga wypadła jej z dłoni i z głuchym szczękiem stali upadła na zamarzniętą ziemię. W piersi jej matki tkwił sztylet. Biała suknia przesiąkała krwią. Limmaniel jęknęła na wydechu i poleciała w tył. Dziewczyna natychmiast dopadła do niej.
- Leż spokojnie... - odezwała się. - Leż spokojnie, wszystko będzie dobrze. Ani mi się waż... - ręce jej się trzęsły, kiedy kładła dłonie na rękojeści sztyletu. Limmaniel z trudem łapała oddech. Jej serce waliło jak oszalałe. - Mamo... - do oczu Katrin napłynęły łzy.
- Katrin... Przepraszam... - wyszeptała elfka, oddychając spazmatycznie. - Nie dotrzymałam danego ci słowa.
- Przestań, nic nie mów. - Katrin zaszlochała, usiłując tamować krwotok własnym rękawem. - Będziesz żyła. Będziesz żyła, ja nie dam ci umrzeć! - Limmaniel uśmiechnęła się.
- Katrin... - odezwała się znowu. - Amralime... - dziewczyna przyłożyła dłoń do ust, zaczynając szlochać. Limmaniel zerwała z szyi wisiorek z niewielką muszelką, którą nosiła przy sobie i wsunęła w dłoń córki. Z wysiłkiem uniosła dłoń do jej policzka. Katrin przytrzymała jej dłoń w miejscu. Elfka uśmiechnęła się jeszcze raz i zamknęła oczy, jej dłoń wysunęła się z uścisku Katrin. Dziewczyna wybuchła płaczem. Wciąż jeszcze ściskała matkę za rękę i nie puściła, dopóki Legolas nie otoczył jej ramieniem i nie ukucnął obok.
- Dlaczego to tak boli? - wyszeptała przez łzy dziewczyna.
- Bo kochałaś zbyt mocno. - odpowiedział elf, obejmując zanoszącą się płaczem małżonkę. - Nie taki koniec był jej pisany.

Katrin pochyliła się nad leżącą w łodzi matką. Po raz ostatni musnęła palcami jej policzek i doszczętnie mocząc dół sukni, popchnęła niewielką łódkę na głębsze wody. Elfy, stojące w zatoce z latarniami w dłoniach żegnały poprzednią królową. Wśród poddanych niosła się żałobna pieśń. Katrin przełknęła ślinę, sięgając po łuk. Wsunęła grot strzały w płomienie, a on od razu zajął się ogniem. Napięła łuk. I wypuściła strzałę. Dryfująca na wodzie biała łódź zapłonęła. W ślad za strzałą królowej ze świstem pomknęły inne. Legolas objął Katrin ramieniem. Przytulił do siebie. Ona nie płakała. Poprzedniego dnia wylała za dużo łez. Zerwała jedynie z szyi czarną chustę i chwilę potem wypuściła ją z palców. Zwój materiału popłynął z wiatrem do krain nieśmiertelnych, zwrócony poprzedniej właścicielce.
 

 

Widzicie tę przepiękną okładkę? Na żywo prezentuje się jeszcze lepiej! A jak wyglądają strony książki... na to po prostu brak słów! Już ze względu na magiczną szatę graficzną "Fantastycznych zwierząt..." warto zakupić tę książkę!

Jednak wiadomo, nie ocenia się książki po okładce. Chociaż w tym wypadku chyba odbiegłabym od tej zasady, bo świetnie się bawiłam przy tej lekturze.

Akcja dzieje się na wiele lat przed akcją "Harry'ego Pottera", więc fani tej bestsellerowej serii mogą podchodzić nieco sceptycznie do "Fantastycznych zwierząt..." Sama byłam niepewna, gdy siadałam do filmu, ale potem przepadłam całkowicie przez piękno tego świata. Jednak nie o filmie tutaj mowa (chociaż muszę powiedzieć, że graficznie wypadł chyba nawet lepiej od Harry'ego Pottera!).

Przez scenariusz się płynie, bo podział na role sprawia, że bardzo szybko się czyta. Ledwo czytelnik otwiera książkę, a już jest na ostatniej stronie. Mi przeczytanie zajęło trzy godziny. Sama treść jest pod pewnymi względami niezwykle urocza: relacje między bohaterami ogrzewają moje serduszko a fantastyczne zwierzęta wywołują szeroki uśmiech. Tych stworzeń po prostu nie da się nie kochać! Podobnie jest z postaciami, które bardzo polubiłam. W książkach bardzo często pojawiają się bezczelni lub/i irytujący bohaterowie, więc miłą odmianą było sięgnąć po książkę, w której postaci są mili, dobrzy, przyjacielscy i przez to zyskują sympatię.

Sam pomysł na fabułę jest niezwykle ciekawy. Gdy czarodziejowi z walizki uciekną fantastyczne zwierzęta, od razu możemy spodziewać się niezłego zamieszania. Choć bywają momenty, które wydają się nieco bezsensowne (nie będę zdradzać, o co chodzi, ale czytelnik z całą pewnością powinien się połapać w tym, co mam na myśli), to jednak nie przeszkadza mi to dać tak wysokiej oceny. W końcu chodzi o przyjemność czytania i wielkie emocje. I też o fantastyczne zwierzęta oraz epicką oprawę graficzną oczywiście.
  • awatar culturaltrip: Rany, kocham udekorowane wewnątrz książki. Kiedyś to było normalne, dziś- nieopłacalne... Równie piękna jest książka pdt. MIASTO ŚNIĄCYCH KSIĄŻEK. To DZIEŁO, a nie powieść...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Wiatr jest dla nas pomyślny. - zameldował jeden z angielskich żołnierzy.
- W rzeczy samej. - odpowiedział Becket. - Daj Jonesowi znać, że ma być bezlitosny. To go wprawi w dobry humor.
- Do broni! - wrzasnął komodor, dowodzący Holendrem po odebraniu sygnału od Becketa. - Będziemy bezlitośni! - Davy Jones uśmiechnął się do siebie i zaryczał bojowo. Zachmurzone niebo przecięła błyskawica, lunęło deszczem. Jones przyłożył mackę w miejsce, gdzie kiedyś było serce.
- Calypso... - wyszeptał, kierując wzrok na przewijające się w górze masy powietrza.

- Reja w górę! Nie zamoczyć prochu! - pokrzykiwał na załogę pan Gibbs, a potem wychylił się przez burtę, wbijając wzrok w ogromny wir wodny. - Malstrom! - krzyknął ostrzegawczo. Liz poderwała głowę i rzuciła się w stronę mostku kapitańskiego.
- Kapitanie Barbossa! - krzyknęła. - Musisz stanąć u steru.
- Tak, to prawda. - skinął głową Hektor. Położył dłoń na sterze. Uśmiechnął się. - Reja w górę, niezdarne pokładowe małpy! - zawołał. - Warto było żyć, by doczekać takiej śmierci!

- Rufą do wiatru! - zawołał jeden z angielskich żołnierzy, gwałtownie skręcając ster. On również dostrzegł już wir.
- Nie zrobi nam krzywdy. - Davy Jones przepchnął się do steru. - Cała naprzód w stronę otchłani!
- Czyś oszalał? - odezwał się przerażony mężczyzna, odepchnięty przez Jonesa. Tamten uśmiechnął się.
- Boisz się zamoczyć? - spytał sarkastycznie.

- Omińmy wir! - Liz starała się przekrzyczeczeć szalejącą burzę. - Inaczej nas pozabijają.
- Nie! - zaprotestowął Barbossa. - Podpłyniemy blizej. Przebijemy się na szybsze wody. - Czarna Perła płynęła prosto w otchłań.
- Do dział! Żywo! - krzyczał pan Gibbs.
- Odwagi panowie! - dodał Will. - Pełna gotowość!

Jack Sparrow przechadzał się w ę i z powrotem po celi, myśląc gorączkowo, a przy tym mamrocząc do siebie.
- Myśleć jak ten szczeniak... - powtarzał w kółko. - Zawiasy... Zawiasy... Myśleć jak szczeniak... Proste zawiasy. Dźwignia. - olśniło go i chwilę potem podważył kratę w drzwiach znalezioną deską. Drzwi natychmiast wyleciały z zawiasów. - Życzcie nam powodzenia chłopcy. - zwrócił się do Sparrow'ów. Oboje wyjrzeli na zewnątrzm, patrząc za nim.
- Już mi go brak. - odezwał się Jack.
- Uroczy człowiek, prawda? - odpowiedział mu Jack.
- Nie ruszać się! - zawołał Jack. - Upuściłem gdzieś mózg. - Jack spojrzał na Jacka. Jack odwzajemnił spojrzenie.

- Nie strzelać! - krzyknęła Liz. - Czekać aż staniemy burta w burtę. - Czarna Perła przecinała fale z trudem utrzymując się na krawędzi wiru. Tak samo Holender.
- Ognia! - wrzasnęła, kiedy wrogi okręt znalazł się w odpowiedniej pozycji. Barbossa podniósł głowę, słysząc jej głos.
- Ognia! - wrzasnął. - Ze wszystkich dział!
- Ognia! - powtórzył Will.
- Już za późno by zmieni kurs, kamraci! - Barbossa skręcił ster. Czarna Perła zatonęła w huku dział. W okręt uderzyły pociski wystrzelone przez załogę Becketa. Perła zachwiała się, aż wreszcie przechyliła na lewą burtę i byłaby utonęła w ogromnym wirze wodnym, gdyby nie oparła się na masztach Latającego Holendra.

Jack wyślizgnął się z celi niemal od razu trafiając na dwóch żołnierzy Becketa.
- Stój, bo strzelam. - odezwał się jeden z nich, celując w kapitana ze strzelby. Jack w pierwszym odruchu uniósł dłonie, wmurowany w ziemię, ale zaraz uśmiechnął się.
- Dobre. - powiedział. - Przyszedłem zabrać swój dobytek. - dodał, wyjmując z otwartego kufra swój pas, pistolet, kompas i kapelusz, ani trochę nie przejmując się celującymi w niego anglikami. - Choć to chwalebne, co robicie tutaj, mogąc być gdzie indziej. - żołnierze popatrzyli po sobie.
- Ktoś musi zostać i pilnować skrzyni. - powiedział jeden z nich, patrząc na to, co leżało na stole między nimi. - Na pokładzie doszło do rozprężenia.
- Wszystkiemu winni rybowaci. - odpowiedział mu drugi.
- Wiec rybowaci... Już przez sam fakt bycia rybowatymi są mniej zdyscyplinowani niż nierybowaci. Mówię tylko, że to... Nie bez znaczenia.
- Gdyby nie było rybowatych, nie byłoby potrzeby pilnowania skrzyni. - Jack zerknął na jednego, potem na drugiego i po prostu zwinął ze stołu skrzynię z sercem Davy'ego Jonesa.
- A gdyby nie było skrzyni, nie musielibyśmy jej pilnować. - usłyszał jeszcze, chyłkiem opuszczając kajutę.
 

 
Katrin po raz kolejny zamachnęła się mieczem. W sali jadalnej raz po raz rozlegało się uderzenie ostrza o ostrze. Dziewczyna uśmiechnęła się, unikając cięcia, wykonanego z ogromną precyzją przez jej matkę. Limmaniel odwzajemniła uśmiech, znów atakując. Katrin obejrzała się za siebie i chwilę potem zgrabnym ruchem wskoczyła na stół, ani na chwilę nie przestając się cofać. Limmaniel zrobiła to samo. Legolas siedzący przy stole podniósł głowę. Pojedynek matki i córki nie przeszkadzał mu ani trochę, dopóki nie skakały po jego księgach i piórkach d kaligrafii. Elf obrzucił spojrzeniem zarumienione policzki małżonki i niemniej zarumienioną królową.
- Drogie panie... - odezwał się. - Proponuję zarządzić remis i skończyć na dziś tę zabawę. Za chwilę podamy do stołu, nie utrudniajcie służbie jej obowiązków. - Katrin schowała miecz do pochwy.
- Masz rację. - odpowiedziała, schodząc ze stołu. - Troszkę się zapędziłyśmy. - podała dłoń matce.
- Troszeczkę. - potaknęła Limamniel. Dyszała ze zmęczenia, chowając ostrze, a potem przyłożyła dłoń do rozszalałego serca, usiłując uspokoić oddech. Katrin spojrzała na nią z niepokojem.
- Mamo... Wszystko w porządku? Mamo? - odezwała się. Limmaniel machnęła dłonią, na znak, że wszystko dobrze, przełknęła ślinę, czując w ustach metaliczny smak krwi i bez przytomności padła na posadzkę. Zdążyła jeszcze usłyszeć przeraźliwe wołanie córki.

Limmaniel otworzyła oczy i natychmiast wbiła wzrok w sufit sali uzdrowicielskiej. Powoli odwróciła głowę w prawo, podłapując zaniepokojone spojrzenie siedzącej obok Katrin.
- Nic, nic mi nie jest. - odezwała się, podnosząc się do pozycji półleżącej. Katrin odetchnęła z ulgą. Kamień spadł jej z serca...
- Valarom niech będą dzięki. - westchnęła. - I żeby mi to był ostatni raz. Obie wiemy, jak to się mogło skończyć. - elfka skinęła głową. Katrin miała słuszność. To z pozoru zwykłe omdlenie mogło mieć o wiele poważniejsze skutki.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Limmaniel powinna teraz dbać o siebie... Skoro jest z nią aż tak źle, powinna siebie bardziej oszczędzać... Dobrze, że ma przy sobie rodzinę, która jej pomoże :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Weekend był wyjątkowo depresyjny, więc stwierdziłam, ze nie ma się co oszukiwać i wczoraj wieczorem obejrzałam odcinek specjalny "Sherlocka", którego miałam jeszcze w zapasie na wyjątkowo beznadziejną chwilę, która właśnie nadeszła.

Co mi się podobało; Teoretycznie cały odcinek skupia się na żądnej zemsty Ricoletti, która w sukni ślubnej zabija swego męża, a potem innych niewiernych, łajdackich mężczyzn, tymczasem nie o tym wydaje się ten odcinek. Skupia się raczej na relacji Holmes – Watson, na tym, jak inne postacie z współczesnego nam Sherlocka zostały zmienione na potrzeby XIX wieku i na Moriartym. Sprawę Sherlock jakby rozwiązywał obok, po drodze, jakby od niechcenia, rzucając wskazówką tu i tam, sam raczej cały czas w myślach mając Moriarty'ego i słowa swojego brata. Mimo wszystko zawsze ma się wrażenie, że tytułowa Panna Młoda i to w dodatku upiorna i tak wysuwa się na pierwszy plan, więc jest ok. Atmosfera dziewiętnastowiecznego Londynu, którą tak uwielbiam. Przeniesienie dobrze nam znanego współczesnego Sherlocka w przeszłość, to był jak najbardziej strzał w dziesiątkę. Wreszcie poruszony zostaje temat uzależnienia Sherlocka. Holmes, którego tak kochamy, ma wiele skaz i właśnie uzależnienie od narkotyków jest jedną z nich. Przy czym właśnie to narkotyki wydają się zapalnikiem całej fabuły.

A co mi się nie podobało; Moriarty. Naprawdę, można było sobie darować jego występ w tym odcinku, bo nic kompletnie do fabuły nie wniósł a tylko namieszał i to sporo. Pomińmy już fakt, ze nie lubię go za tę jego ohydną gębę. Za mało pani Ricoletti, odkąd zobaczyłam ją w pierwszej scenie z tym obłędem w oczach, chciałam tylko więcej tej postaci. No i Mycroft, który w tej wersji świata stał się... Bardzo, bardzo otyły. Jego wersja z mnóstwem zbędnych kilogramów jakoś do mnie nie przemawia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Aż chyba poszukam sobie, jak wyglądają te postacie :P. W szczególności Moriarty i Ricoletti ;). Mam nadzieję, że po obejrzeniu odcinka specjalnego, humor choć trochę Ci się poprawił :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Limmaniel z uwagą przypatrywała się każdemu szczegółowi opadłego z drzewa liścia. Zbliżała się jesień i liść prawie cały był w pomarańczowym kolorze, w jednym tylko miejscu przechodził w czerwień, a u górze blaszki pozostało jeszcze trochę zielonego. Elfka obejrzała liść pod światło, wolną ręką otworzyła szkicownik, z którym ostatnimi czasy prawie się nie rozstawała i przerysowała do niego układ nerwów. Uśmiechnęła się do siebie.
- Nie powinnaś siedzieć na gołej ziemi o tej porze roku. - odezwała się Katrin, wychodząc na pałacowy dziedziniec i narzuciła na ramiona matki płaszcz. - Wiesz, że nie możesz...
- Wiem. - przerwała jej Limmaniel. - Każda choroba może być tą śmiertelną, moje serce tego nie wytrzyma i tak dalej.
- Tak. - odpowiedziała dziewczyna, siadając przy elfce. - Tak, żebyś wiedziała. - Katrin wzięła od matki szkicownik i przeglądając kolejne rysunki, wyjęła z kałamarze pióro umoczone w atramencie. Zaczęła robić notatki zgrabnym, pochyłym pismem. Limmaniel z westchnieniem opadła na trawę.
- Katrin, ja chcę coś robić. - odezwała się. - Historia naturalna to fantastyczna sprawa, ale ileż można siedzieć w pałacu. Chcę popłynąć do Beleriadu. Na własne oczy zobaczyć smoka. Móc go zobaczyć, dotknąć... - Katrin parsknęła śmiechem.
- I tylko tyle? - spytała podejrzliwie.
- No dobrze, masz mnie. - uśmiechnęła się Limmaniel. - Nikt jeszcze nie dowiedział się jak taki smok wygląda od środka. Kości, mięśnie, budowa skrzydła. Co sprawia, że smok jest zdolny do lotu.
- Niebezpieczne masz marzenia. - odpowiedziała jej córka. - Są niebezpieczne: parzą niczym ogień i czasami potrafią spalić. Ale... Może nie niemożliwe do spełnienia...
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Limmaniel jest ciekawą osobą ;). I widzę, że tak jak Ty, interesuje się sprawami biologicznymi :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- William... Poczekaj. - Liz złapała Willa za rękaw. Oboje siedzieli jeszcze w szalupie, a Barbossa powoli wchodził po sznurowej drabince na pokład Perły. - Muszę ci coś...
- Nie musisz mi o niczym mówić, Liz. - przerwał jej Will. - Wiem o wszystkim. O twoim ojcu, o Beckecie, o tym co zrobiłaś, żeby go chronić. - dziewczyna patrzyła na niego z przestrachem.
- Skąd to wszystko wiesz? - spytała.
- A czy to teraz ważne? - mężczyzna ujął jej twarz w dłonie. Liz zamknęła oczy, kiedy Will musnął warkami jej usta. Odwzajemniła pocałunek. Odwzajemniała każdy.
- Kocham cię Liz. - powiedział, patrząc jej głęboko w oczy.
- Ja ciebie też, William. - odpowiedziała. - Ale... Elizabeth.
- Liz... Dokonałem już wyboru. - dziewczyna spojrzała na niego.
- Chcę z tobą być. - powiedziała.
- To dobrze, bo ja... Chcę być z tobą. - Will znów ją pocałował.

Jack przechadzał się ponuro po celi pod pokładem Latającego Holendra. Wreszcie stanął przy kracie w drzwiach, wyglądając na zewnątrz. Wyglądało na to, ze go tu zostawili.
- Brawo! Trafiłeś na pokład holendra, zgodnie z zakładaną koncepcją. - kapitan odwrócił się na pięcie, słysząc za sobą znajomy głos.
- Posłuchaj... - odezwał się do stojącego za nim Jacka.
- Szacuneczek. - przerwał mu Jack. - Poza aresztowaniem poszło jak w zegarku. - Jack spojrzał na niego, potem przeniósł wzrok na Jacka.
- Wynocha. - powiedział dobitnie.
- Mamy wracać tam, gdzie nie istnieje czas? - spytał Jack.
- Tylko z tobą Jackie. - uśmiechnął się Jack.
- Dźgnij serce. I żyj całą wieczność jako dowódca Latającego Holendra. Ale z drugiej strony, skoro ty siedzisz za kratkami, to kto ma dźgnąć serce?
- Trochę to utrudnia dostęp do nieśmiertelności. - zgodził się Jack.

- Czarna Perła będzie naszym okrętem flagowym. - odezwała się Liz, wchodząc na pokład statku i zaraz umilkła, widząc Tię Dalme wyprowadzaną spod pokładu, związaną grubym sznurem. Kapłanka nie opierała się.
- Barbossa, nie możesz jej uwolnić. - zaprotestował Will.
- Dajmy Jackowi szansę. - poparła go Liz.
- Przykro mi Wasza Wysokość. - wysyczał przez zęby pirat. - Już nazbyt długo nie jestem kowalem własnego losu. Wystarczy. - powiedział, wyciągając dłoń do Elizabeth. Kobieta zacisnęła dłoń na niewielkiej muszelce, którą nosiła na szyi.
- Za daleko się posuwamy Barbossa. - odezwała się. Pirat uśmiechnął się tylko, wyszarpując nóż za paska. Will szarpnął się, gdy Barbossa wbił ostrze w żołądek Elizabeth i zerwał jej z szyi wisiorek, gdy osuwała się na deski pokładu.
- Elizabeth! - krzyknął mężczyzna, opadając przy niej na kolana.
- Will... - kobieta przyłożyła dłoń do jego policzka. - Przepraszam za wszystko, co się wydarzyło. - William ściskał ją za rękę, z trudem powstrzymując się od płaczu. - Will... Chcę, żebyś znalazł szczęście. Przy niej. - Liz uklękła obok. - Zajmij się moim narzeczonym.
- Zajmę się, bądź spokojna. - odezwała się.
- Przepraszam... - wyszeptała jeszcze Elizabeth, potem jej głowa opadła na bok.
- Istnieje jakiś rytuał lub zaklęcie? - spytał jeden z załogantów, kiedy Barbossa wrzucił do metalowej miski wisiorek, który nosiła Elizabeth, a który był talarem Sao Fenga i koraliki Jacka.
- Tak. - odpowiedział Hektor. - Wszystkie przedmioty są w jednym miejscu. Trzeba je spalić. A ktoś musi wypowiedzieć słowa "Calypso, wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa".
- I już? - spytał tamten.
- Ma to brzmieć jak wyznanie kochanka. - Calypso - zaczął podniosłym głosem. - Wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa. - Tia Dalme spojrzała na niego ponuro. ale nic się nie wydarzyło.
- I to już? - spytał znowu jeden z załogantów.
- Nie. - odpowiedział mu inny. - Źle to wypowiedział. Trzeba to prawidłowo wymówić. Calypso... - mężczyzna założył włosy kapłanki za ucho. Musiał palcami jej policzek. - wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa. - kobieta westchnęła z rozkoszą. Przedmioty w misce natychmiast stanęły w ogniu.
- Tia Dalme! - Will rzucił się w jej stronę, ale został natychmiast odciągnięty. - Calypso... Kto podpowiedział Trybunałowi jak cię uwięzić? Kto cię zdradził? - kapłanka szarpnęła się.
- Wymień jego imię! - syknęła.
- Davy Jones... - wyszeptał Will. Kapłanka jęknęła w ekstazie i wygięła plecy w łuk, odrzucając głowę w tył. Jej ciało zafalowało, a kobieta zaczęła rosnąć. Załoganci cofnęli się w panice. Will objął ramieniem Liz, wciąż klęczącą przy ciele Elizabeth i odciągnął ją w tył. Barbossa wystąpił naprzód.
- Calypso! - zawołał, klękając przed kapłanką, która była teraz wysokości głównego masztu. Reszta załogi również opadła na kolana. - Przychodzę do ciebie jako sługa, kornie i uniżenie. Wypełniłem ślubowanie, a teraz... Proszę cię o łaskę. Oszczędź mnie, mój statek i załogę, a swą furię skieruj przeciw tym, co ośmielają się mienić twoimi panami. Lub moimi. - Calypso roześmiała się, odrzucając głowę w tył. Potem jej ciało się rozpadło, a pokład zasypała lawina krabów. Statek przechylił się, uwalniając niewielkie stworzenia. Will wypuścił z objęć Liz.
- To już? - zapytał, nie kryjąc zdziwienia.
- Żadnej z niej pomocy. - westchnął pan Gibbs. - Co teraz?
- Nic. - Barbossa odpowiedział westchnieniem. - Zawiodła nas ostatnia nadzieja. - Will pokręcił głową przecząco.
- To jeszcze nie koniec. - zaprotestował.
- Wciąż czeka nas walka. - dodała Liz. - Mamy przeciw sobie całą flotę.
- Holender nie da nam szans. - powiedział pan Gibbs. -Istnieje jedynie cień szansy. - Barbossa odwrócił się.
- Zemsta nie przywróci twemu ojcu życia. I nie jest to cel, za który pragnę zginąć. - powiedział.
- Słusznie. - przytaknęła Liz. - Więc za co przyjdzie nam zginąć? - pod wpływem impulsu przepchnęła się przez tłum i łapiąc się lin, wylazła na burtę. - Posłuchajcie mnie. Słuchajcie! - zawołała. - Oczy Braci kierują się ku nam. Ku Czarnej Perle. I co ujrzą? Przerażone szczury na pokładzie wraku? Nie! Ujrzą wolnych ludzi! I wolność! A wróg ujrzy blask naszych dział. Usłyszy szczęk naszego oręża... I zrozumie do czego jesteśmy zdolni! Wypracujemy to w pocie czoła. W trudzie zgiętych karków. W dzielności naszych serc. Panowie... Bandera na maszt...
- Bandera na maszt. - powtórzył Will, skinąwszy głową.
- Bandera na maszt! - poniosło się po pokładzie Perły. Liż uśmiechnęła się do Willa, a mężczyzna odwzajemnił uśmiech.
- Wiatr nam sprzyja chłopcy. - powiedział pan Gibbs. - Więcej nam nie trzeba. - Liz odwróciła się ku okrętom pirackim.
- Bandera na maszt! - wrzasnęła. w powietrzu zafalowały czarne flagi z trupimi czaszkami.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Szkoda mi Elizabeth... Ale nadal jakoś tak dziwnie patrzy mi się na to co się działo między Elizabeth, Liz, a Willem. Skoro nie wypaliło z Calypso, to ciekawe jak teraz sprawy się potoczą...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
A korzystając z chwili wytchnienia byłam z kolega w McDonaldzie i w sumie odkryłam, że w moim życiu uczuciowym też niezbyt wesoło. Ja już sama nie wiem czego chcę. Nagle odkryłam, że podkochuje się we mnie kolega z klasy i zupełnie nie wiem, co z tym faktem zrobić. Lubię go, ale chyba nie za bardzo chce z nim chodzić, choć fajnie nam się rozmawia i lubię spędzać z nim czas, to... Nie wyczuwam tu wielkiej zażyłości. A propos dzisiejszego wyjścia, to odbyłam z nim poważną rozmowę. Zostałam przytulona, zostały mi złożone życzenia imieninowe, bo to już jutro, ale nie poczułam dzisiaj zupełnie nic. Żadnych endorfin, żadnej noradrenaliny i brak zupełny szybszego bicia serca. Dopiero co zarzekałam się, że mi się podoba, ale do miłości chyba było temu daleko.

To on zrobił pierwszy krok, nie ja. To on wyznał mi uczucia, a ja stwierdziłam, że jakieś porządki w głowie muszę zrobić i z miejsca zaczęłam poważną rozmowę. Wyrzuciłam po prostu to, co leżało mi na sercu. Że to wyjątkowe miejsce w moim serduszku jest od dawna zajęte przez kogoś innego, że przepraszam, ale nie mogę zostać jego dziewczyną, że nie chciałam go zranić i rozumiem jak się teraz czuje, bo sama też zostałam wiele razy odrzucona i to na pewno nie jest miłe uczucie. Powiedziałam, że próbowałam się odkochać, spróbować pokochać jego, ale nie potrafię. Po prostu nie da się nikogo zmusić do miłości. Wiem, że wszystko co mu powiedziałam było przykre, ale tak naprawdę od dawna leżało mi to na duszy, a nie chciałabym skrzywdzić go jeszcze bardziej. Przyjął to do wiadomości, ale nie zdziwię się, jeśli przez jakiś czas nie będziemy się spotykać.

Mimo wszystko cieszę się, że mu o tym powiedziałam, bo teraz mogę się skupić na tym, czego jestem pewna. Na tym, że w ogóle kocham, że potrafię kochać. Chociaż jak tak dalej pójdzie, to pierwszego chłopaka będę mieć najbliżej za pięć lat. Co ja najlepszego wyprawiam? Albo... Co właściwie jest ze mną nie tak?

A tak z bardziej optymistycznych akcentów to skończyłam pisanie pierwszej części mojego dramatu psychologicznego. Trochę tylko nie podoba mi się zakończenie, ale zawsze mogę napisać nowe. Teraz jestem w trakcie części drugiej. Ma być krótsza niż ta właściwa, pierwsza i właściwie będzie stanowić dodatek do głównych wątków, ale czuję, że muszę to napisać. I uważam, że świetnie będzie oddawać rozwój relacji między Kate, a jej przybraną mamą. Bezgranicznie uwielbiam obie, choć po napisaniu pierwszej całości czułam się kompletnie wyzuta z myśli i uczuć, jakbym wszystkie oddała Kate, a dla mnie już nic nie zostało. Ale przechodzi. W planie wydawniczym wszystko zgonie z grafikiem, a pierwszy rozdział dramatu również zgodnie z grafikiem dostaniecie szóstego grudnia. To już niedługo, warto czekać. Jutro zapraszam na kolejny rozdział pirackiego opowiadania (nic nie obiecując, bo obowiązki szkolne), a w niedzielę kilka luźnych fragmentów ze Śródziemia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Pierwsze miłości zapamiętuje się do końca życia ;). Na pewno kogos sobie znajdziesz, nawet jakby to miało być za te pięć lat :). Nie warto szukać miłości na siłę... To nic nie da, a jeszcze może pogorszyć sprawę... Jej! Dramat niedługo będzie! :D Ale jestem ciekawa co tam wymodziłaś :D.
  • awatar Gość: Biedne, niedojrzałe dziewczątko, miota się tak bardzo w serduszku - trzymaj się, kochanie :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dzień dobry! Cześć! Ja po kolejnym pracowitym (bardzo) tygodniu. A od poniedziałku znowu orka. Trzy razy były te konsultacje z niemieckiego, a ja już mam ich dosyć. Jak sobie przypominam, że w poniedziałek od nowa to wszystko, to mam ochotę wrzeszczeć. Nienawidzę języków obcych, w porządku? Ale mimo wszystko niemiecki lepszy od angielskiego. Chyba... Bo zastanawiam się czy aby na pewno z moją głową wszystko w porządku, bo chce zdawać niemiecki na maturze, co już wiecie i... No właśnie. Ostatnio doszłam do wniosku, że angielski wcale taki zły nie jest i naprawdę mam już spory mętlik w głowie, bo nie wiem na co się w końcu decydować. W sumie mam jeszcze pół roku na podjęcie decyzji, ale to dość uciążliwe. Sama już nie wiem co mam robić...

Na pewno chcę zdawać rozszerzenie z polskiego. I biologię. Chociaż ostatnio i biologia daje nieźle popalić (te wszystkie tkanki to nie jest nic normalnego, no serio). Akurat z tym to sobie poradzę, ale jest jeszcze coś takiego jak WOS. Kręci mnie to, chciałabym to zdawać jako trzecie rozszerzenie, ale naprawdę nie wiem czy dobrze robię decydując się na dwa tak wymagające przedmioty. Z niskimi wynikami mnie do Szczytna nie przyjmą. Zresztą ostatnio mam taki dołek, że stwierdziłam, że chyba średnie mam szanse. Ale jednak mam. Co z tego, skoro będę żałować każdej decyzji, nieważne co w końcu będę zdawać. Ten WOS to jeszcze jakoś przeżyję, ale moją największą zmorą jest język. Jeden i drugi jest okropny i weź tu coś wybierz człowieku.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ja zdawałam angielski, ponieważ jest to język, z którym radzę sobie lepiej jak z niemieckim. Trochę żałuję, że nie wzięłam rozszerzenia z polskiego. Podstawę zdałam na ponad 70%, a rozszerzenie to samo wypracowanie, więc też bym sobie poradziła ;). Ty też dasz radę, jesteś dobra w te klocki ;).
  • awatar SugarFirefly: Trzymam kciuki, żebyś dała radę ze wszystkim <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Pierwszy Trybunał uwięził Calypso. - podjął Barbossa. - My powinniśmy zwrócić jej wolność. A wtedy z wdzięczności obsypie nas klejnotami łask. - Jack prychnął pogardliwie.
- Możemy się tu zamknąć z prowiantem i bronią. - odezwał się. - W miesiąc zostanie z nas połowa. Lub też... Jak mój uczony przedmówca naiwnie proponował, możemy uwolnić Calypso i modlić się, by była miłosierna. W co bardzo wątpię. Zostaje nam tylko jedna opcja. Przyznaję rację... Sam nie wierzę, ze te słowa wychodząc z mych ust... Kapitan Swann. Trzeba walczyć.
- Zawsze stroniłeś od walki! - krzyknął Barbossa.
- Nieprawda! - Jack udał zdziwionego.
- Prawda! Dobrze wiesz! - upierał się przy swoim Hektor.
- Pozostaję wierny szlachetnej i przedwiecznej pirackiej tradycji. I twierdzę, że tu i teraz powinniśmy podtrzymać ją wszyscy. Musimy walczyć, by móc uciec.
- Według kodeksu, wypowiedzieć wojnę - czyli to co sugerujesz - może tylko król piratów. - zaprotestował Barbossa.
- Wyssałeś to z palca.- Jack złożył ręce na piersi.
- Czyżby? - Hektor uśmiechnął się. - Wzywam strażnika kodeksu!
- W cholerę z kodeksem! - wrzasnął ktoś i zaraz padł martwy, kiedy w jego sercu utkwiła kula.
- Kodeks to prawo. - odezwał się stary pirat, podchodząc do zgromadzonych. Z hukiem położył na stole ogromną, ciężką księgę. Powoli wsunął klucz do zamka kłódki, spinającej okładki. Otworzył księgę. Przekartkował, aż wreszcie znalazł odpowiednią stronę. - Barbossa ma rację. - powiedział.
- Jedną chwilkę. - Jack przepchnął się do przodu. Powiódł wzrokiem po tekście. - Obowiązki króla... Wypowiadać wojnę, pertraktować ze wspólnym wrogiem... - kapitan skrzywił się. W myślach dopisał punkt do konta Barbossy.
- Od czasów pierwszego kapitana nie było króla. - odezwał się stary pirat, zatrzaskując księgę z kodeksem. - I to się raczej nie zmieni.
- Dlaczego? - Liz zwróciła się do pana Gibbsa.
- Król piratów jest elekcyjny. - wyjaśnił tamten. - A każdy pirat głosuje tylko i wyłącznie na siebie.
- Proszę zarządzić głosowanie. - poprosił Jack. Z różnych zakątków sali posypały się najróżniejsze propozycje. Liz spoglądała po nich, aż wreszcie wzruszyła ramionami stwierdzając, że niewiele ma do stracenia.
- Liz Harrington. - odezwała się.
- Liz Harrington. - powtórzył za nią Jack. Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem, a w sali wybuchła jedna wielka awantura.
- Ciekawostka, prawda? - odezwał się Jack, przekrzykując tłum. - Wiec mam rozumieć, że postąpicie wbrew kodeksowi? - brać natychmiast ucichła. Słychać było jedynie nieliczne szepty.
- Doskonale. - jedyna na sali kobieta podniosła się z miejsca. - Co nam rozkażesz... Królu piratów? - Liz zerknęła na Elizabeth.
- Przygotować wszystkie pływające jednostki. - zdecydowała. - O świecie rozpoczniemy wojnę.
- A zatem przystępujemy do wojny. - westchnął Barbossa. Sala zawrzała z podniecenia. Piraci zaczynali dyskutować zawzięcie o podjętej decyzji. Stary strażnik kodeksu westchnął zrezygnowany. Jack Sparrow natychmiast odwrócił się ku niemu.
- No co? - odezwał się. - Przeszedłeś przez to wszystko. Przetrwałeś.
- To nie sztuka żyć wiecznie Jackie. - odpowiedział mu tamten. - Sęk w tym jak żyć wiecznie z samym sobą.

Czarna Perła sunęła gładko przez ocean, na czele kolumny pirackich statków. Na pokładzie panowała bezwzględna cisza. W oddali, we mgle zamajaczył zarys angielskiego żaglowca.
- Widzę nieprzyjaciela! - wrzasnął jeden z załogantów. - Do ataku1 - po pokładzie Perły poniósł się wojowniczy okrzyk, który jednak natychmiast ucichł, gdy z mgły powoli wyłaniały się kolejne pływające jednostki. Liz nerwowo wciągnęła powietrze. Szła na nich cała flota. Załoganci ucichli. Spojrzenia większości skierowały się ku Jackowi. Kapitan uśmiechnął się.
- Pertraktujemy? - spytał.
Chwilę potem Liz szła przez piaszczystą wyspę w asyście Jacka i Barbossy. Kawałek od brzegu czekał na nich Becket, po swojej lewej mający Davy'ego Jonesa, po prawej... Willa.
- To ty jesteś kundlem, który wpuścił wilki do naszej zagrody. - odezwał się Barbossa.
- Nie wiń Turnera. - odpowiedział Becket. - Był jedynie narzędziem zdrady. Jeśli chcesz ujrzeć jej architekta, odwróć głowę w lewo. - Liz spojrzała na Jacka, który natychmiast uniósł dłonie w obronnym geście.
- Moje ręce są czyste. - zapewnił. - W przenośnym sensie. - dodał, spoglądając krytycznie na brud za paznokciami.
- Działałem samopas. - odparł Will. - Jack nie brał w tym udziału.
- Piękne słowa. Słuchaj narzędzia. - podchwycił kapitan.
- Skoro Turner nie działał w twoim imieniu, to dlaczego mi to wręczył? - Becket uniósł do góry busolę Jacka. - Zawarłeś ze mną układ Jack. Że wydasz mi piratów. Są tutaj. Nie krępuj się. Upomnij się o nagrodę.
- Wciąż nie spłaciłeś długu, który u mnie zaciągnąłeś. - powiedział Davy Jones. - Sto lat służby na pokładzie Holendra. Na początek. - Jack skrzywił się niechętnie.
- Ten dług spłaciłem. - przypomniał.
- Uciekłeś. - to zamknęło kapitanowi usta, ale tylko na chwilę.
- Formalnie rzecz biorąc... - Liz westchnęła ciężko.
- Proponuję wymianę. - przerwała mu. - Will popłynie z nami, ty weźmiesz Jacka.
- Zgoda. - Becket uśmiechnął się.
- To jeden z dziewięciu pirackich władców. Nie masz prawa. - odkrzyknął Barbossa. Liz uśmiechnęła się chytrze.
- A król? - spytała. Jack uśmiechnął się uroczo.
- Wedle rozkazu Jaśnie Pani. - powiedział, skłoniwszy się nisko. Barbossa natychmiast wyszarpnął z pochwy szablę i zamachnął się nią na odlew. Jack uchylił się w porę. Stracił tylko sznurek koralików, który nosił przy bandanie. Potem, oglądając się na Hektora, zajął miejsce Willa. Davy Jones pogładził do macką po policzku.
- Czy lękasz się śmierci? - wyszeptał.
- Nawet nie masz pojęcia. - odpowiedział mu Jack.
- Przekaż swoim braciom, że mogą wybrać walkę i wszyscy zginąć, lub powstrzymać się od walki i wówczas zginie jedynie większość. - wysyczał Becket. Liz rzuciła się ku niemu.
- Zamordowałeś mojego ojca. - odpowiedziała.
- Sam sobie wybrał los. - uśmiechnął się Becket.
- Tak jak ty wybrałeś swój. Wybieramy walkę. A wy zginiecie. - dziewczyna odwróciła się na pięcie, odchodząc. Will i Barbossa bez słowa podążyli za nią.
- Król? - odezwał się w końcu William.
- Wybrany przez Trybunał. - wyjaśniła Liz. - Przez uprzejmość Jacka.
- Więc może jednak wie, co robi.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Liz siedziała zrezygnowana pod ścianą kajuty, w której była przetrzymywana razem z Tią Dalme. Nie rozumiała dlaczego Jack kazał ją zamknąć. Bo wreszcie dostrzegła jaki z niego palant? I co stało się z Willem? Dlaczego zniknął tak nagle? Czy i z tym miał związek Sparrow? Dziewczyna walnęła pięścią w ścianę.
- Nienawidzę go... - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- Nie ty jedna. - odezwała się, stojąca przy oknie kapłanka. - Jack Sparrow to niezwykle przebiegłe stworzenie.
- Powiedz mi, naprawdę jesteś tą boginią? Calypso? - Tia Dalme uśmiechnęła się, siadając na wprost dziewczyny.
- Opowiem ci historię. - powiedziała. - Historię pewnej miłości. - kapłanka musnęła palcem wisior na szyi. I zaczęła opowieść.
- ...To była męka. Być uwiezioną w tej jednej postaci. Odciętą od morza. Od wszystkiego co kochała. Od niego. Dziesięć lat poświecił, by wykonywać zlecony przez nią obowiązek. Przez dziesięć lat zajmował się tymi, którzy zginęli na morzu. Aż w końcu, kiedy mogli być znów razem, nie zjawiła się.
- Dlaczego jej nie było? - spytała Liz.
- Taka już jej natura. - kapłanka uśmiechnęła się. - Bywał różny. Davy Jones. Lecz nigdy okrutny. Sprzeniewierzył się swojemu przeznaczeniu i sobie samemu. I schował w ukryciu to, co powinno należeć do niej. - dziewczyna słuchała jak urzeczona.
- Swoje serce. - wyszeptała. Tia Dalme skinęła głową. I podjęła opowieść.

Liz rozglądała się niepewnie wokół, kiedy szalupa wpływała do Zatoki. Pozwolono jej wziąć udział w zebraniu. Była przecież piratką. Od niedawna, ale jednak.
- Nie było takiego zgromadzenia za naszego życia. - westchnął Barbossa, obrzucając spojrzeniem wiele kotwiczących tu statków.
- I każdemu z nich jestem winien pieniądze. - wymamrotał pod nosem Jack. Barbossa rzucił mu nieokreślone spojrzenie.
Pirat wszedł do sali zgromadzenia i trzykrotnie walnął ciężką kulą w stół, wokół którego tłoczyli się wszyscy przedstawiciele pirackiej braci. Panująca wrzawa natychmiast ucichła.
- Wezwałem was tu by rozpocząć obrady czwartego Trybunału Braci. - zaczął Barbossa. - By potwierdzić swoją pozycję i prawo zabierania głosu, poproszę teraz kapitańską brać o okazanie talarów. - Liz dokładnie przyglądała się temu, co było składane do przekazywanego z rąk do rąk koszyka.
- To nie talary. - odezwała się w końcu. - To śmieci.
- Pierwotnie mieli zebrać dziewięć talarów by uwięzić Calypso. - pan Gibbs pośpieszył z tłumaczeniem. - Ale na pierwszym Trybunale wszyscy cienko przędli.
- Nazwijcie to inaczej. - dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Jak? "Dziewięć sztuk tego, co akurat macie w kieszeni"? Tak, to brzmi bardzo piracko.
- Chciałem zauważyć... - odezwał się Jack, gdy koszyk dotarł do niego. - Iż brak nam jednego z wodzów. I jestem na to jak na lato by zaczekać na Sao Fenga.
- Sao Feng nie żyje! - Liz odwróciła się gwałtownie, słysząc znajomy głos. Do sali właśnie wchodziła Elizabeth. - Za sprawą Latającego Holendra. - dodała, wrzucając do koszyka ostatni talar.
- Mianował cię zastępcą? - parsknął Jack. - Rozdają te tytuły komu popadnie. - Elizabeth spiorunowała go wzrokiem.
- Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale zaczynałam się martwić. - odezwała się Liz. - Gdzie tyle byłaś?
- Długa historia, później opowiem. - zbyła ją Elizabeth. - Ktoś zdradził gdzie jesteśmy. - dodała głośniej. - Jones służy pod rozkazami Becketa, płyną tu.
- Kto zdradził? - spytał jeden z piratów.
- Raczej nikt z tu obecnych. - uspokoił go Barbossa.
- Gdzie Will? - wyszeptała Elizabeth, nachylając się do Liz.
- Jest nieobecny. - odpowiedział Jack, zanim dziewczyna zdążyła choćby otworzyć usta. Elizabeth spojrzała pytająco na koleżankę.
- Zniknął którejś nocy, ale nikt nie wie gdzie jest. Chodzą słuchy, ze nasz kochany kapitan posłał go na pastwę Davy'ego Jonesa. - Elizabeth spojrzała na Jacka.
- Ty kanalio... - wysyczała.
- Mniejsza o to. - Barbossa załagodził sprawę. - Ustalmy co robić, skoro już do tego doszło.
- Jak to co, walczyć! - Elizabeth huknęła dłonią w stół. I popatrzyła zdziwiona po zgromadzonych, kiedy piraci wybuchnęli śmiechem.
- Zatoka Rozbitków to forteca. - odezwała się jedyna na sali kobieta (nie licząc Elizabeth i Liz). - Dobrze strzeżona forteca. Po co mamy walczyć skoro jest niezdobyta?
- Jest też i trzecie wyjście. - odezwał się Barbossa. - Kiedyś w tym miejscu Trybunał Braci pojmał boginię mórz, by ją zakląć w ludzką postać. To był błąd. Obłaskawiliśmy dla siebie wody, otworzyliśmy też furtkę Becketowi i jemu podobnym. Lepiej było gdy władza na morzu nie pochodziła z paktu z upiorami, a była owocem potu czoła i wysiłku zgiętych karków. Wiecie, że mam rację. Panowie... Panie... Musimy uwolnić Calypso.
- Odstrzelić go! - zawołał ktoś z tłumu, gdy wybuchła wrzawa.
- Wyrwać język! - dodał inny.
- Odstrzelić, wyrwać język i odstrzelić język. - zapalił się do pomysłu Jack. - I przystrzyc te kudły.
- Sao Feng zgodziłby się z Barbossą. - odezwał się ktoś.
- Calypso była i jest naszym wrogiem.
- A ja bym się zgodził z Sao Fengiem... Uwolnijmy Calypso.
- To obłęd! A nieprzyjaciel się zbliża.
- Jeśli już go tu nie ma... - westchnęła Elizabth.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Z życiem i obserwować pogodę! - zawołał pan Gibbs. - Nie bez kozery zwą ją Wyspą Rozbitków, gdzie nad Zatoką Rozbitków leży Wioska Rozbitków. - zbliżali się do lądu. Widać już było wyspę.
- Słyszeliście?! Żywo! - załoga zapaliła się do pracy. Liz siedziała wysoko na maszcie, wpatrzona w ziemię, która była coraz bliżej. Czarna Perła płynęła szybko. Dziewczyna westchnęła. Chciała porozmawiać z Willem. Wszystko mu wytłumaczyć. Ale tak dawno go nie widziała...
- Tak słyniemy jako wielcy mądrale, ale brak nam wyobraźni nazewniczej. - Liz zerknęła w dół, słysząc Jacka. - Pływałem kiedyś ze staruchem, który stracił obie ręce i oko.
- Jak go wołaliście? - spytał pan Gibbs. Jack umilkł.
- Larry. - powiedział w końcu. Liz zeskoczyła na pokład.
- Jack... - odezwała się. - Gdzie jest Will?
- Nie ma go, kwiatuszku. - odpowiedział jej kapitan. - Wczorajszej nocy opuścił statek.
- Opuścił statek, ale... - zaczęła znowu Liz.
- Davy Jones jest bardzo rad, że znowu go zobaczy.
- Posłałeś go na pastwę Davy,ego Jonesa?! Tylko dlatego, że postępował słusznie?! Ty śmierdzący tchórzu!
- No, tylko nie śmierdzący. - Jack skinął na załogantów. - Zabierzcie ją. - Liz zaprotestowała gwałtownie, kiedy dwóch mężczyzn chwyciło ją pod ramiona. - Dziękuję. - kapitan zerwał jej jeszcze z głowy swój kapelusz.
- Nie renegocjuję warunków umowy. - odezwał się Barbossa, stojący niedaleko. - Ale ustaliliśmy jedynie cenę, o środkach decyduję ja. - Tia Dalme spiorunowała go wzrokiem.
- Uważaj Barbossa. Nie zapominaj, ze to moje moce wyciągnęły cię z krainy śmierci, ani o tym co będzie, jeśli mnie zawiedziesz. - kapłanka chciała odejść, ale pirat złapał ją mocno za nadgarstek.
- A ty nie zapominaj dlaczego mnie stamtąd wyciągnęłaś. Dlaczego nie zostawiłem Jacka na zasłużony, nędzny los. Trzeba było dziewięciu pirackich władców, by cię odszukać i uwięzić Calypso i trzeba będzie niemniej tylu, by cię uwolnić. Zabrać tę przekupkę do kubryku! - zawołał do stojących nieopodal załogantów.

Davy Jones z hukiem otworzył drzwi kajuty.
- Nie przybiegam na gwizdniecie jak nierasowe szczenię. - rzucił do siedzącego przy stole Becketa.
- A jednak przybiegłeś. - uśmiechnął się lord. - Chyba się znacie. - siedzący po drugiej stronie mężczyzna skinął mu głową, upijając łyk herbaty z filiżanki.
- Znów chcesz dołączyć do mojej załogi, paniczu Turner?
- Nie twojej. Jego. - Will ruchem głowy wskazał Becketa. - Jack Sparrow przesyła ukłony.
- Sparrow? - zdziwił się Davy Jones.
- Nie mówiłeś mu? - Will zerknął na Becketa. - Uwolniliśmy Jacka wraz z Czarną Perłą.
- O czym jeszcze mi nie mówiłeś? - wysyczał Jones.
- Jest też inna kwestia, budząca dużo większą troskę. - Becket zignorował pytanie. - Domyślam się, że znana ci jest osoba o imieniu Calypso. - Davy Jones drgnął zmieszany.
- Nie osoba. - odpowiedział. - Pogańskie bóstwo, podsuwające mężczyznom najśmielsze sny, by ukazać, ze są puste i garści popiołu niewarte. Świat się od niej uwolnił.
- Nie do końca. - odezwał się Will. - Trybunał Braci chce ją wypuścić.
- Nie! Nie mogą tego zrobić! - zaprotestował Jones. - Pierwszy Trybunał przysiągł uwięzić ją na wieki, zgodnie z naszą umową.
- Waszą? - Will upił łyk herbaty.
- Pokazałem im jak ją pojmać. Nie można jej było ufać. Nie pozostawiła mi wyboru.
- Kochałeś ją... To ona... - Davy Jones odwrócił wzrok. Gdyby był człowiekiem na pewno by się zarumienił. - A potem ja zdradziłeś.
- To ona udawała, że mnie kocha. To ona mnie zdradziła!
- Po której z tych zdrad wyciąłeś sobie serce? - Jones wytrącił z ręki Willa filiżankę, która uderzywszy o ścianę, roztrzaskała się na miliony porcelanowych kawałeczków.
- Nie prowokuj mnie. - wysyczał.
- Uwolnisz mojego ojca. - zażądał Will. - A ty zapewnisz bezpieczeństwo Elizabeth. Liz. I moje. - zwrócił się do Becketa.
- Twarde warunki paniczu Turner. - skwitował jego wypowiedź lord. - Oczekujemy czegoś równie dobrego w zamian.
- Jest tylko jedna rzecz, na którą mogę przystać. - dodał Davy Jones. - Uśmiercenie Calypso.
- Jest na pokładzie Czarnej Perły. - Will wzruszył ramionami. - Jack popłynął nią do Zatoki Rozbitków.
- Jak nas tam doprowadzisz? - Will uśmiechnął się, wyjmując z kieszeni kompas Jacka i zakręcił nim w powietrzu.
- Czego pragniesz najbardziej na świecie? - spytał.
 

 
Do niczego był ten tydzień. Dobra, ok, może z wyjątkiem drugiej połowy wtorku i całej środy, ale i tak do niczego. No, w dość brutalny sposób pozbawiono mnie dwóch godzin biologii, więc proszę mi się nie dziwić, że narzekam. Spódnicę chciałam sobie kupić. I z rozmiarem nie mogę trafić, bo S na mnie za luźna, XS za ciasna. Bogowie się na mnie uwzięli... Z drugiej strony dostałam rabat w Liberze i trafiły do mnie nowe książkowe zdobycze.

Do Assassin'a przymierzałam się już dawno i pierwotne założenie było takie, że kupię sobie pierwszą część, spróbuję i jeśli mi podejdzie to dopiero będę ewentualnie próbować z dalszymi tomami. Ale jak się w końcu zdecydowałam, to pierwszej części już nie było, a rzuciło mi się w oczy to. I ponieważ dzieje się to w "złotej erze piractwa" postanowiłam spróbować. Czytanie jakiejkolwiek serii od środka nie stanowi dla mnie problemu. Z drugą książkę sprawa była prosta. Okładka zrobiła swoje. Potem przeczytałam opis w internecie i cała historia. Sama pchała mi się w ręce.

Oprócz tego trafiło do mnie jeszcze "Światło" Jay'a Ashera, a zdjęciem nie dysponuję, bo sprzęt znowu odmówił posłuszeństwa. Byłam we wtorek w kinie na najnowszych "Listach do M." i koleżanka zaciągnęła mnie później do Empiku. Tutaj też robotę zrobiła okładka i fakt, ze napisał to autor "Trzynastu powodów", które były pozycją fantastyczną. Mam nadzieję, że i druga książka Ashera zachwyci mnie tak samo. Obiecuję recenzje, was zostawiam bez rozdziału i lecę pisać dramat, który ostatnio idzie jak marzenie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Zdobycze mega ;). Mi też ostatnio trafiła się fajna ksiąźka ;). Może niedługo dodam jakiś wpis :P. PS Czekam na dramat! :D.
  • awatar SugarFirefly: Ja to Assassina kojarzę jako grę XD Nie miałam pojęcia, że jest książka Oo
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›