• Wpisów:1493
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:wczoraj, 19:52
  • Licznik odwiedzin:308 456 / 1906 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kate wyjrzała zza podręcznika, przyglądając się chłopcom, dyskutującym o czymś z ożywieniem. Zdążyła dobrze poznać kilku z nich i przekonać się, że są całkiem sympatyczni, ale przystojny blondyn dalej był dla niej zagadką. Jasne włosy, przycięte tuż przy linii szczęki dodawały mu uroku. Czekoladowe tęczówki sprawiały, że dziewczyna tonęła w tym spojrzeniu, ilekroć je podłapała. I jeszcze ten jego rozbrajający uśmiech. Dziś miał na sobie zielona bluzę z kapturem. Wiedziała, że jeździ na deskorolce i czyta powieści science-fiction. Nic więcej. Nie znała ani jego imienia, ani nazwiska.
- Kto to jest? - spytała wreszcie, siedzącej obok Kariny.
- To? - dziewczyna skinęła głową w stronę chłopaka. - To Loic.
- Loic? - powtórzyła Kate.
- Loic Sorenson. - wytłumaczyła jej koleżanka. - Jego tata jest Amerykanem, pracuje w jakiejś dużej firmie, w której jest adwokatem.
- Amerykaninem. - poprawiła ją Kate.
- Co? - Karina podniosła wzrok, znad paczki ciastek.
- Jest Amerykaninem, nie Amerykanem.
- A co za różnica? - machnęła ręką Karina. - Macie ze sobą wiele wspólnego, przecież twój tata też pochodzi z Ameryki.
- A skąd ten pomysł? - spytała natychmiast Kate, usiłując ukryć za podręcznikiem, pokrywające policzki rumieńce.
- Nazwisko. Evans. Zagraniczne. Z tego wniosek, że twój tata musi pochodzić ze Stanów i twoja mama, a tym samym ty, przejęłyście jego nazwisko, lub też to twoja mama pochodzi ze Stanów i nie zgodziła się na przyjecie nazwiska męża. Która opcja jest prawidłowa?
- Ta pierwsza. - westchnęła Kate. Jej ojciec rzeczywiście pochodził z Ameryki. Jej mama pojechała tam szukać pracy i poznała go w biurze. Tom Evans. To po nim miała nazwisko, którego kiedyś szczerze nienawidziła, a z którego teraz była tak dumna.
- Patrzy na ciebie. - odezwała się Karina. Kate przeniosła wzrok na kolegę. Rzeczywiście, patrzył wprost na nią, a kiedy odwzajemniła spojrzenie posłał jej ten swój uśmiech. Siedząca po drugiej stronie dziewczyny Annika, westchnęła.
- Bujam się w nim... - powiedziała rozmarzonym tonem. - W tej blond grzywie.
- No to nie ty jedna, kochana. - odpowiedziała jej Karina. - Połowa dziewczyn z klasy za nim szaleje. Ale to Kate wyraźnie wpadła mu w oko.
- Dajcie spokój, przecież ja nie mam u niego żadnych szans. - Kate znowu schowała się za podręcznikiem.
- Ej, ej, przecież jesteś ładna. - zaprotestowała Karina.
- Tak? To popatrz sobie chociażby na Dominikę, albo Mirellę. Te to mają się czym pochwalić. Oddałabym wszystko za te cudowne loki. Za to stalowe spojrzenie, za... - Kate zarumieniła się, czując, że za dużo już powiedziała.
- Tylko, że Loic na Dominikę nawet nie spojrzał. - powiedziała Annika.- Przykro mi bardzo, ale w dzisiejszym świecie liczy się coś więcej niż sposób bycia. Trzeba coś mieć w tej ślicznej główce, żeby imponować facetom.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Powiem tak; "13 powodów", które wywróciły mi do góry nogami pierwszą połowę wakacji, tak mną wstrząsnęły, tak zamieszały w serduszku, że Jay Asher zyskał we mnie kolejną fankę i kiedy dowiedziałam się, że wydaje nową książkę, że to ma być romans, utrzymany do tego w świątecznej atmosferze, pomyślałam sobie; "Kurczę, ja to muszę przeczytać!". "13 powodów" pokochałam, uważam, że to jest książka, którą warto przeczytać, którą warto poznać, ale o czym właściwie opowiada "Światło" to... W momencie kupowania tej książki jakoś mało mnie to interesowało.

Główną bohaterką "Światła" jest Sierra, mieszkająca w Oregonie, która ma takie dosyć ciekawe życie, ponieważ jej rodzice mają plantację choinek właśnie w Oregonie i oni cały rok zajmują się tą plantacją choinek, i to jest całe ich życie, taki trochę rodzinny interes, a zaraz po Święcie Dziękczynienia Sierra porzuca rodzinną miejscowość na miesiąc, razem z rodzicami wyjeżdżając do Kalifornii, gdzie zajmują się sprzedażą choinek. A to wszystko powtarza się każdego roku i stanowi swego rodzaju tradycję. W Kalifornii mieszka najlepsza przyjaciółka Sierry - Heather (swoją drogą bardzo pozytywna postać), która wreszcie zabiera głos i mówi "Kochana, znajdź sobie chłopaka na ten miesiąc, pojedź po bandzie, romanse są fajne, a świąteczne to już w ogóle". Sierra nie jest do tego zbyt pozytywnie nastawiona, bo wie, że przez miesiąc zbyt wiele nie będzie w stanie zrobić, związek nie przetrwa i tak dalej. I wtedy właśnie w jej życiu pojawia się tajemnicy Caleb. I więcej nie powiem, bo to już podchodzi pod spoiler.

To, co najbardziej podobało mi się w tej książce, oprócz tego oczywiście, że jest to super świąteczny romans, to relacje między Sierrą, a Caleben, które wcale nie pędzą jak burza. Jednego dnia się poznają, następnego już całują, wszystko jest takie nierealne, a jednocześnie tak piękne, nie! Tak się nie dzieje! Zawsze jak czytam jakikolwiek romans, co robię rzadko, naprawdę rzadko...To myślę sobie "Cholera jasna, przecież to zupełnie nie ma racji bytu! Ludzie tak nie robią!". Tutaj to wszystko jest po prostu bardzo ludzkie. Chociażby z tego względu naprawdę warto przeczytać tę książkę.

Po drugie; najlepsza kompilacja wszystkiego, co świąteczne, choć świąt nienawidzę, po prostu nienawidzę (z różnych aspektów)! Po trzecie; klimat, nastrojowość. Nie wiem z czego to wynikało, ale czytając tą książkę, miałam wrażenie, że czuję... Zapach choinki? Bo choinek jest dużo, choinki odgrywają ważną rolę i... Podsumowując... Kocham tę książkę, ponieważ jest cudowna.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: kojarzy*
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Imię Heather kokarzy mi się raczej negatywnie. Tylko przez to, że kiedyś oglądałam "Wyspę Totalnej Porażki" i właśnie tam była postać o tym imieniu, w dodatku wredna i rozpieszczona :P. Ale przecież to tylko imię i niekoniecznie musi o czymś świadczyć :P. Ja kocham święta! Dla mnie mogły by być troszkę dłuższe niż są. Zawsze je pozytywnie wspominałam i mam nadzieję, że tak już zostanie ;). Po książkę raczej nie sięgnę, bo to nie moje klimaty, ale cieszę się, że chociaż Tobie się podobała ^^.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Bożenę znam dwanaście lat. Poznałam ją jeszcze w poprzedniej pracy. Obie byłyśmy wtedy młode, ciekawe świata i łączyło nas wspólne zamiłowanie do otaczających nas form życia. Mogłyśmy rozmawiać godzinami o genetyce, aż wreszcie tak się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy, że robiłyśmy wspólne wypady do kina albo do teatru. Z czasem te nasze wyjścia stały się dla mnie cenną rozrywką. Wiedziałam, że zawsze mogę na nią liczyć.
Przyszła mi z pomocą, kiedy zamknięto osiedlowe gimnazjum, w którym pracowałam. Umówiła mnie na spotkanie z dyrektorem liceum, w którym pracowało od dawna jako nauczycielka biologii. Udało się i rozpoczęłam pracę w liceum, gdzie pracuję do dzisiejszego dnia.
Bożena przeszła na emeryturę. Mogła jeszcze zostać i pracować na pół etatu, ale nie chciała. Wszystkim w szkole mówiła, że ma dosyć uczenia, a ja czułam, że za jej stanowczą decyzją kryje się jakiś nowy pomysł. Nie pomyliłam się.
O Kate opowiadała mi już wcześniej. Byłam zaskoczona i właściwie nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Dlatego też na wszelki wypadek nie odezwałam się ani słowem. W pierwszej chwili wydało mi się to nierozsądne. Nie sądziłam, żeby dziewczynka wychowująca się w takich warunkach, w jakich wzrastała Kate, dała sobie radę w naszym liceum. Po co narażać ją na niepotrzebny stres konfrontacji... Chociaż z drugiej strony może warto jej pomóc?
- Jeśli uważasz, że da sobie radę, to próbujcie. - powiedziałam dyplomatycznie, nie patrząc w oczy przyjaciółki. Ona jednak nie zamierzała mi odpuścić, więc przypatrując mi się dalej uważnie, zapytała:
- Ale ty jej pomożesz?
- Nie rozumiem... - podniosłam wzrok i z niezbyt mądrą miną spojrzałam na Bożenę.
- Jeśli zostanie przyjęta, pomożesz jej przetrwać w tej szkole? - wyjaśniła, świdrując mnie wzrokiem.
- Jeśli zostanie przyjęta... Pomogę. - obiecałam, chociaż nie bardzo wierzyłam w to, ze się dostanie.
Jednakże tamtego dnia, kiedy przy tablicy z wywieszoną na niej listą osób przyjętych do szkoły, zobaczyłam tę drobną, czarnowłosą dziewczynę, już wiedziałam. Wiedziałam, że to ona. I wiedziałam, że jest na liście.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Trochę mnie zaniepokoił fakt, że pani Irena zwątpiła w Kate (w sensie, że są małe szanse, aby dostała się do liceum), tylko ze względu na to w jakich warunkach się wychowywała i wychowuje... Przecież to nie oznacza, że nie jest inteligentna...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Państwowy Dom Dziecka stał się moim domem. Kompletna bzdura! Oczywiście nie stał się wcale żadnym domem, ale miejscem, dokąd wracałam po szkole. Pani Agata co prawda przyjęła mnie miło, ale pozostali wychowawcy wcale nie zachowywali się sympatycznie. Najbardziej lubiłam, kiedy przychodziła pani Bożena, emerytowana nauczycielka liceum, która dorabiała w domu dziecka do emerytury. Ilekroć zachorował ktoś z wychowawców, z chęcią go zastępowała, a kiedy przychodziła na dyżur, wciągała niektóre dziewczyny do wspólnej pracy. Piekły ciasta, lub pod okiem pani Bożeny uczyły się szydełkować. Nie brałam udziału w tych zajęciach, ale lubiłam, kiedy pani Bożena przychodziła. Kiedy się uczyłam lub miałam problem z zadaniem (co raczej rzadko się zdarzało), zaglądała do mojego pokoju i podsuwała mi jakąś wskazówkę niezbędną do rozwiązania. Poświęcała mi wtedy trochę czasu i mogłam z nią sobie porozmawiać w cztery oczy.
Pani Bożena przed emeryturą uczyła w liceum i chętnie opowiadała mi o tych czasach, o nauczycielach i uczniach, z którymi pracowała. To były bardzo miłe chwile i prawdę mówiąc, podczas tych rozmów całkowicie zapominałam gdzie jestem. Wydaje mi się, że ona jedna doskonale wiedziała, czego naprawdę potrzebuję, dlatego nikogo mi nie dokwaterowała.
W szkole było w porządku, chociaż bardzo bałam się tego, że ktoś zacznie mi dokuczać z tego powodu, że mieszkam w sierocińcu. Jak się okazało moja sytuacja mogła być trudna nie tylko dla mnie, ale ja uparcie nikomu nie mówiłam, co się ze mną dzieje. Nie zamierzałam nikogo uświadamiać, jak wygląda moje życie. Wiedziałam, że odkąd znalazłam się w sierocińcu, wszystko się w moim życiu zmieniło i choćbym miała nie wiem jak fajne koleżanki i kolegów, mój obecny świat w dużej mierze nie jest ich światem i nie powinnam o tym zapominać. Nie potrafiłam w jakiś szczególny sposób przyciągać do siebie ludzi, więc na wszelki wypadek powinnam oddzielić moje szkolne życie od życia poza-szkolnego i wtedy może będzie mi z tym bezpiecznie. W każdym razie postanowiłam sobie nie wiązać się emocjonalnie z nikim z mojego otoczenia. Wiedziałam ile bólu potrafi to przysporzyć.
 

 
Och, szalony tydzień... Dopiero się zaczął, a już tyle się wydarzyło... Ale ja tu nie narzekam, tylko rozmawiam o sprawach ważnych i ważniejszych. I wyrażam radość z powodu zbliżających się świąt. Głównie z powodu czasu wolnego od szkoły, bo za świętami jakoś nie przepadam... A aktualnie jestem po wykładach z ochrony środowiska i niby nic specjalnego dzisiaj nie robiłam, nie licząc późniejszego ślęczenia nad matematyką, ale jestem tak strasznie zmęczona, że mogłabym zasnąć na stojąco. Wykłady były ok, ale jak to zwykle, mogło być lepiej. Tematy na pewno były ciekawe, ale sposób prowadzenia prelekcji przyprawiał mnie o mdłości. Naprawdę, bardziej się tego rozwlec już nie dało. Chociaż nie, jakby się postarać, to by się dało... Niektórzy byliby w stanie.

Wena twórcza ostatnio dopisuje i wręcz szaleje. Powoli zawiązuje mi się ciąg dalszy pirackiego fanfica, składa się historia ze smokami, w której Limmaniel odegra o wiele większą rolę niż zazwyczaj i więcej można się będzie dowiedzieć o jej przypadłości (i mam tu na myśli wadę serca), oraz same z siebie na miejsce wskakują mi luźne fragmenty z Kate i jej przybraną mamą, wiec w najbliższym czasie oprócz dramatu będziecie dostawać luźne zapiski, z dramatem powiązane, ale z jego fabułą już nie Poza tym jestem świeżo po sprzątaniu bloga (a ściślej mówiąc, jeszcze nie skończyłam) i byłam mocno zaskoczona, kiedy się zorientowałam, że prawie połowa moich dawniejszych postów jest pozbawiona sensu, albo treści w ogóle. Oczywiście to wszystko trzeba było powywalać... Ale do czego zmierzam. Znalazłam w tym stare opowiadanie z wątkiem kryminalnym, które próbowałam pisać i zastanawiam się bardzo poważnie, czy by do niego nie wrócić. Nie rozwinąć paru rzeczy, nie pogłębić bohaterów... To się zastanowię...
  • awatar Gość: Zazdroszczę weny, moja chyba zrobiła sobie wolne :( Wciąż nie mogę się nadziwić jak udaje Ci się połączyć to wszystko: świetną naukę, pisanie, czytanie książek i wyjścia ze znajomymi itd. Zdradź swój sposób, masz grafik na całe 24 godziny czy szczególną motywację? O jakim cudem udaje ci się żyć tutaj ale mieć też w głowie świat Tolkiena i nie zatracić się w nim? Szczerze cię podziwiam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kate niepewnie zajrzała do klasy, w której było już mnóstwo ludzi. Nie miała odwagi wejść do środka. Ale z drugiej strony, nikt nie zrobi za nią pierwszego kroku. Drgnęła, podłapując spojrzenie rudowłosej dziewczyny, rozmawiającej z innymi. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej i zamachała energicznie.
- Cześć! - zawołała. - Biologiczno-chemiczna?
- Tak. - odpowiedziała Kate, wchodząc do sali. - Czyli trafiłam. - dodała z uśmiechem.
- Pewnie, że trafiłaś. - dziewczyna uśmiechnęła się, wyciągając do niej rękę. - Karina. Karina Cieślik. - przedstawiła się.
- Kate. Kate Evans. - odpowiedziała, ściskając jej dłoń. Przyjrzała się uważnie tamtej dziewczynie. Rude włosy związała w ciasny kucyk. Piegi pokrywały całą jej twarz, a w płatek nosa miała wkłuty maleńki czarny kolczyk. Mimo to była śliczna. Kate poczuła się przy niej nagle okropnie brzydko.
- Możesz ze mną usiąść jeśli chcesz. - uśmiechnęła się Karina. - Podobasz mi się, zwłaszcza twoje włosy. Są takie długi i gładkie. Z moimi zawsze mam pod górkę, nie mogą przestać się puszyć. - Kate słuchała jej paplaniny w niemym zdumieniu. Czy ona właśnie powiedziała jej, że jest ładna? Dziewczyna ukradkiem zerknęła na inne dziewczyny, zajmujące miejsca w klasie. W porównaniu z nimi, nie miała się czym pochwalić.
- Dziewczyny, zachowujecie się gorzej niż przekupki na targu. - odezwała się, wchodząca do klasy nauczycielka, zamykając za sobą drzwi. - No już, proszę na miejsca, poćwierkacie sobie później. - kobieta położyła na stole nowiutki dziennik i odetchnęła.
- Dzień dobry. - odezwała się. - Nazywam się Irena Jarocka i będę miała przyjemność bycia waszą wychowawczynią przez najbliższe trzy lata. Oprócz tego będziemy mieć razem biologię. Wiec widzimy się przez cały tydzień. - uśmiechnęła się nauczycielka. - Wyjścia są dwa, albo się pokochamy, albo znienawidzimy. - po klasie przeszedł szmer rozbawienia.
- Liczymy na to pierwsze! - zawołał odważniejszy chłopak.
- I ja również. - odpowiedziała pani Irena. - Tak, czy inaczej chciałabym was bliżej poznać, a przynajmniej poznać wasze imiona i nazwiska, więc wyczytam was po kolei z listy i poproszę o powstanie, dobrze? Karol Dębski. - Kate z mocno bijącym sercem wyczekiwała swojego nazwiska, a kiedy tylko je usłyszała, poderwała się z krzesła gwałtownie. Zaraz potem dosłownie wmurowało ją w ziemię. Miała wrażenie, że już gdzieś widziała tę kobietę, ze skądś ją zna. Czarne włosy opadały łagodnymi falami na ramiona, szare oczy nauczycielki wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Łagodny makijaż podkreślał delikatne rysy twarzy. I uśmiech miała śliczny... Tak bardzo przypominała jej kobietę, którą znała w głównej mierze z tego jedynego zdjęcia.
- To ciebie widziałam wtedy na korytarzu. - Kate bez słowa pokiwała głową. Wciąż była w szoku i nie bardzo wiedziała, co ma z tym faktem zrobić. - Świetnie, dziękuję, możesz usiąść. - Kate powoli opadła z powrotem na krzesło. W jej głowie kotłowało się tysiące myśli na sekundę, a to nie było miłe uczucie. Nie cierpiała go. Poczucia bezradności.
 

 
Początek nauki w liceum był dla mnie prawdziwym koszmarem. Już pierwszego września pożałowałam tego, że dałam się namówić na składanie papierów do tej szkoły. Sama tego chciałam, a właściwie sama się na to zgodziłam. Mogłam złożyć papiery do innej szkoły, ale nagle nie wiadomo dlaczego uwierzyłam zapewnieniom wychowawczyni z poprzedniego sierocińca, że sobie poradzę. Wszyscy zresztą mnie do tego namawiali. I moja wychowawczyni z gimnazjum, i nauczycielka biologii, nawet woźna. Pani Helenka zaczepiła mnie kiedyś w szatni i pociągnęła za rękaw, żebym poszła za nią do jej ciasnego magazynku ze szczotkami.
- Nie daj się dziewczyno, nie daj się życiu! - powiedziała, a ja nie bardzo rozumiałam o co jej chodzi. - Ja też miałam ciężko, tak jak ty. - wyjawiła powód zainteresowania moją osobą. - Ale nie miałam nikogo, kto by mi pomógł i musiałam wrócić do domu, żeby zająć się młodszym rodzeństwem. Ty jesteś mądra, wiec sobie poradzisz! Nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, pamiętaj!
Zapamiętałam. Dziwnym zrządzeniem losu to słowa woźnej pomogły mi podjąć ostateczną decyzję. Złożyłam papiery do najlepszego liceum w mieście i zostałam przyjęta. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ta decyzja pociągnie za sobą mnóstwo wydarzeń, o których wtedy myślałam, że dryfują sobie gdzieś w sferze niespełnionych snów. No bo... W najśmielszych snach bym nie przypuszczała, że wystarczą trzy miesiące, aby moja sytuacja zmieniła się diametralnie.
 

 
Jak tam po Mikołajkach? Bo moje był wręcz idealne. Dostałam głównie książki. W ogromnych ilościach, więc będę miała co czytać aż do Nowego Roku. Oprócz tego w internacie zrobiłyśmy sobie ze współlokatorkami wieczór filmowy, a ja akurat szóstego grudnia odbierałam przyznane mi stypendium, więc działo się sporo. I pyszną kawusię piłam w mojej ulubionej restauracji...

A przechodząc do tegorocznych zdobyczy... Od współlokatorek dostałam mangi. Dwa tomy "Strażnika domu Momochi" i dwa "Lady Detective", a do tego powieść mojego ukochanego autora kryminałów (Jo Nesbo, o czym wszyscy już wiedzą), a konkretnie to drugi tom cyklu z Harry'm Hole (najlepszy śledczy na świecie, ale to też już wszyscy wiedzą), czyli "Karaluchy".

Większa ilością zdjęć nie dysponuję, bo aparat znów nie chciał współpracować (i naprawdę wypadałoby go wymienić na nowszy model), ale zdjęcie książki wrzucałam na Instagrama. Trzeci tom komiksu ze zdjęcia dokupiłam sobie już sama i teraz mam wszystkie tomiki wydane w Polsce. Nie mogę się doczekać, kiedy się za nie zabiorę, bo to jest istna kompilacja wszystkiego co kocham. Wiktoriańska Anglia, śliczna, ale inteligentna główna bohaterka, wciągająca kryminalna fabuła, a to wszystko utrzymane w tonie Sherlocka Holmesa. Nic dodać, nic ująć.

A w domu czekała na mnie dzisiaj paczka z książkami.

Nie spodziewałam się aż takiej ilości, więc było i zdziwienie i przeogromna radość. "Osobliwy dom Pani Peregrine" podczytuję jednej ze współlokatorek, a teraz nareszcie mam własny. A w ogóle to kocham panią Peregrine z adaptacji filmowej, jest fantastyczna. "Beren i Luthien" to chyba nie muszę mówić co to, bo powszechnie wiadomo, że to najpiękniejsza historia miłosna Śródziemia, a jest świeżo po premierze, więc mam ją stosunkowo szybko. Podoba mi się to, że w środku można znaleźć i wersję oryginalną, angielską, i polski przekład. Bo ostatnio odkryłam, że mogę się uczyć języka na tym, co lubię najbardziej (aktualnie męczę biografię Johnny'ego Deppa w oryginale). Z kolei "Lab girl" to biografia Hope Jahren, biolożki, więc kolejna rzecz, którą uwielbiam.

Oprócz tego współlokatorka uszyła mi mini Sherlocka, ale zostawiłam go w internacie, a zdjęciem nie dysponuję, ale pokaże go przy najbliższej okazji. A i dwie tabliczki ulubionej czekolady się trafiły...
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Świetne prezenty dostałaś :D Książki są jednym z najlepszych prezentów i można je dawać i dostawać na każdą okazję :D. Czekam na zdjęcie Mini Sherlocka :P.
  • awatar SugarFirefly: Gratuluję super prezentów :) U mnie też Mikołajki się udały. Może w niedzielę uda mi się wrzucić coś na Pingera :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kate wzięła głęboki wdech, spoglądając na budynek szkoły średniej do której miała chodzić po wakacjach. Mocniej ścisnęła w dłoni pasek torby i zdecydowanym krokiem weszła do środka. Musiała przecież wiedzieć, czy została przyjęta na wymarzony profil, czy musi sobie poszukać innego liceum. Nieśmiało rozglądała się po stosunkowo wąskich korytarzach i dobrze wyposażonych pracowniach. Niepewnie weszła schodami na pierwsze piętro. Listę przyjętych zauważyła od razu. Ponownie odetchnęła, chcąc uspokoić rozszalałe serce i podeszła do tablicy z rozpiską. Przesunęła palcem po liście przyjętych do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Uśmiechnęła się, z ulgą zauważając, że na liście widnieje jej nazwisko. Nie mogąc się powstrzymać, pisnęła z radości, wyrzucając ramiona w górę.
- Zostałaś przyjęta. - dziewczyna odwróciła się gwałtownie, słysząc za plecami kobiecy głos.
- T... Tak. - zająknęła się, widząc, że tuż za nią stoi nauczycielka.
- Biologiczno-chemiczna? - uśmiechnęła się kobieta. - Świetnie. Za dwa tygodnie zobaczymy się na zajęciach. - powiedziała, rzucając dziewczynie ostatnie spojrzenie i odeszła korytarzem. Kate powiodła za nią wzrokiem, nagle się rumieniąc i pędem zbiegła po schodach i wypadła na ulicę. Dowiedziała się wszystkiego, co chciała wiedzieć.
 

 
Kate wyglądała na mijane kamienice przez okno samochodu sunącego przez warszawskie ulice i skrzyżowania. Od tego dnia miała mieszkać właśnie tutaj. W Warszawie. Dziewczyna westchnęła. Wcale nie chciała opuszczać swojego poprzedniego miejsca zamieszkania, gdzie w miarę dobrze dogadywała się z innymi wychowankami domu dziecka, a wychowawczynie były naprawdę miłe, ale to właśnie tutaj miała chodzić do szkoły średniej. I było już za późno na zmianę decyzji. Z drugiej strony... Nie było wiadomo czy dostała się do wymarzonej szkoły. Na wymarzony profil. Znowu westchnęła.
- Przestań wzdychać. - odezwała się kobieta, siedząca za kierownicą. - Zobaczysz, że ci się tam spodoba. Pani Agata trzyma swoich podopiecznych twardą ręką, to prawda, ale...
- Ale co? - przerwała jej Kate. - Mam już dość ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce.
- A ja mam dość twojego narzekania. Przestań użalać się nad sobą, nie ty jedna straciłaś rodziców. - Kate posłusznie umilkła, jednak miała niemalże pewność, że kolejny sierociniec będzie taki sam jak poprzednie. Smutny i wypełniony dziecięcą tęsknotą. Jak mógłby być inny? Znów wyjrzała przez okno, na Warszawę tonącą w strugach deszczu, a zaraz potem obrzuciła krytycznym wzrokiem szary budynek, przy którym zatrzymał się samochód.
- Jesteśmy. - odezwała się kobieta. - To twój nowy dom. - Państwowy Dom Dziecka, pod którym zaparkowała kobieta nie wyglądał ani dobrze, ani źle. Taki tam trochę odrapany budynek, ale w sumie z zewnątrz prezentował się nie najgorzej. Chyba, bo prawdę mówiąc, Kate wcale mu się tak dobrze nie przyglądała. Posłusznie wysiadła z samochodu i nie korzystając z pomocy kuratorki, wyjęła z bagażnika jedną jedyną torbę ze swoimi rzeczami i - z największą ostrożnością - futerał z gitarą. Jedyną rzeczą, jaka została jej po mamie.
Kuratorka zostawiła ją przy drzwiach i poszła do gabinetu dyrektorki. Po chwili wyszły razem - kuratorka i jakaś szczupła kobieta w średnim wieku. Ta druga uśmiechnęła się i przyjrzała dziewczynie uważnie zza cienkich okularów.
- Dzień dobry, panno Evans! - odezwała się, wyciągając do niej rękę.
- Wolę Kate. - odpowiedziała stanowczo dziewczyna, ściskając dłoń kobiety.
- A więc Kate. Nazywam się Agata Rozenek i jestem dyrektorką naszego domu. Za chwilę przedstawię ci regulamin i zaprowadzę do pokoju. Dodam, ze regulaminu przestrzegamy z największą dokładnością, a każde nieposłuszeństwo jest brane pod uwagę. - kuratorka nie odezwała się ani słowem, a pani Agata wzięła dziewczynę pod ramię i lekko pociągnęła za sobą. Kate podążyła za nią bez najmniejszego oporu.
Dyrektorka oprowadzała ją, opowiadając o regulaminie i zwyczajach panujących w domu dziecka i cały czas używała słowa ”dom”, co zwróciło uwagę Kate. Był moment, że chciała nawet jej coś złośliwego odpowiedzieć, ale kobieta byłą naprawdę miła i dziewczyna dała sobie spokój z okazywaniem wrogości. Ostatecznie uznała, że nie warto warczeć na tę sympatyczną dyrektorkę, która przecież nic złego jej nie zrobiła. Na koniec pokazała jej niektóre sypialnie. O tej porze dnia przeważnie puste. Wychowankowie korzystali z wakacji spotykając się ze znajomymi, albo włócząc po mieście.
Wreszcie kobieta otworzyła drzwi pokoju znajdującego się na końcu korytarza. Był nieduży, mniejszy niż pozostałe sale. W środku znajdowały się dwa tapczany, szafa, stolik, biurko i niewielki regalik na książki, ale nie było w nim niczyich rzeczy i wyglądało na to, ze pokój nie ma żadnego lokatora.
- Zamieszkasz tutaj. - powiedziała pani Agata. - Na razie będziesz sama, bo w naszym domu nie ma kompletu mieszkańców. Jak widziałaś, dziewczynki mieszkają przeważnie w trzyosobowych pokojach, ale te starsze staramy się przenosić do dwójek, żeby mogły spokojnie się uczyć. Słyszałam, ze jesteś dobrą uczennicą? - Kate nie odpowiedziała. Uważnie przyglądała się pokojowi, aż wreszcie położyła na jednym z tapczanów futerał z gitarą. Dyrektorka uśmiechnęła się.
- Możesz się teraz rozpakować. - powiedziała. - Gdybyś miała jakieś pytania lub wątpliwości, będę w gabinecie z twoją kuratorką. - Kate usiadła na łóżku. Nie miała zbyt wiele do rozpakowywania. Jej garderoba składała się z kilku par spodni, kilku bluzek i czarnej bluzy z kapturem, a do tego starych i znoszonych tenisówek. Nie potrzebowała niczego więcej. Dziewczyna spojrzała na lustro, które wisiało mniej więcej na wprost jej łóżka. Obrzuciła spojrzeniem swoje długie czarne włosy, za którymi chowała się jak za zasłoną, zielone tęczówki odziedziczone po mamie i kilka piegów. Nic specjalnego... Dziewczyna wsunęła dłoń do jednej z kieszonek torby, żeby po chwili wyjąć stamtąd starą fotografię.
- Widzisz mamo? Staram się. - wyszeptała, spoglądając na śliczną kobietę o subtelnej urodzie, która uśmiechała się do niej ze zdjęcia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Współczuję Kate... Dlaczego nie może zostać w jednym domu dziecka do końca? Mam nadzieję, że uda jej się zaaklimatyzować w nowym miejscu :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

- Liz... - odezwał się William, podchodząc do młodej kobiety, stojącej przy burcie. - Na nas już pora. Liz po raz ostatni spojrzała na zabudowania Sant Martin i ostatni raz pogładziła burtę Czarnej Perły.
- Tak, masz rację. - odpowiedziała, odwracając się i ze zdziwieniem spostrzegła, że za plecami Willa czekają na nią także wszyscy załoganci. Uśmiechnęła się.
- Żegnaj brzdącu. - odezwał się pan Gibbs, kiedy przechodziła obok.
- Do widzenia pani Turner. - pożegnał się Barbossa. Liz odpowiedziała mu uprzejmym skinieniem głowy, ale zatrzymała się dopiero przy Jacku, opartym niedbale o burtę. Sprawiał wrażenie, jakby to wszystko w ogóle go nie interesowało.
- Jack... - odezwała się dziewczyna. - Nasz związek nie miałby szans. - kapitan uśmiechnął się.
- Powtarzaj to sobie, kochanie. - parsknął. Liz odpowiedziała uśmiechem i rzuciła mu się w ramiona.
- Dziękuję. - wyszeptała, obejmując go za szyję. Jack również ją do siebie przytulił, a kiedy dostrzegł zazdrość, malującą się na twarzy Willa, posłał mu znaczący uśmiech. "Po moim trupie" odpowiedział mu bezgłośnie tamten. "Da się załatwić" stwierdził Jack. Liz odsunęła się od Jacka.
- Zobaczę cię jeszcze? - spytała z nieukrywanym żalem.
- Szybciej niż się spodziewasz. - odpowiedział jej kapitan. - I jeszcze niejeden raz. Wypatruj mnie na horyzoncie.
- A ty wypełniaj powierzony ci obowiązek. Dobrze wiesz, że teraz to Perła będzie przewozić na tamten świat tych, co zginęli na morzu. - Jack znów się uśmiechnął, wciskając na głowę Liz swój kapitański kapelusz.
- Tak łatwo się z nim rozstajesz? - spytała dziewczyna.
- Liczę, że wkrótce mi go oddasz. A teraz sio. Nie lubię ckliwych scen pożegnania. - kapitan złożył ręce na piersi.
- Do zobaczenia... Kapitanie. - szepnęła jeszcze Liz, schodząc do szalupy. To samo zrobił Will. Wkrótce mieli zacząć nowe życie jako małżeństwo.

ciąg dalszy nastąpi...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nazywam się Kate Evans i niedługo skończę szesnaście lat. Nic niezwykłego, prawda? Ale odkąd pamiętam tułam się sierocińcach w całej Polsce, nigdzie nie pomieszkując dłużej niż dwa lata. Mój tata zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat i zostałam sama z mamą. Kilkakrotnie próbowała się pozbierać po jego śmierci, ale jej się nie udawało. Nie potrafiła poradzić sobie ze swoim żalem i wyrzutami sumienia. Wciąż było jej ciężko i smutno. Trzy lata później umarła na raka trzustki. Długo chorowała, o czym dowiedziałam się o wiele, wiele później. Od ósmego roku życia umiałam prać i prasować, szykowałam sobie do szkoły kanapki i zawsze miałam poodrabiane lekcje. Musiałam sobie jakoś radzić. Bo właśnie wtedy trafiłam do poznańskiego domu dziecka. W tym czasie wyrobiłam sobie pewną przydatną później umiejętność: potrafiłam być przezroczysta, zlewałam się z tłem i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dzięki temu przez wiele lat unikałam natręctwa obcych ludzi, a nawet kolegów i koleżanek w klasie i nikt specjalnie nie interesował się moim życiem, bo też nikomu nigdy nie chwaliłam się, że jestem sierotą. Nie miałam rodzeństwa, ani żadnej bliskiej rodziny. Czasem pomagali mi sąsiedzi, a potem szkoła, w sumie wiec nie było tak źle. Miałam jakiś dom, szkołę, w której dobrze się uczyłam i swoją wielką tęsknotę za mamą i tatą, których właściwie zdążyłam zapomnieć. Przez wiele lat wierzyłam, że zdarzy się cud, że odnajdzie się jakaś wspaniała, zabawna ciocia, która mnie przygarnie. Nic takiego nie nastąpiło. Jednak cud się stał. Niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwałam, ale jednak...

Nota od autorki; Zgodnie z obietnicą na wasze ręce składam pierwszy rozdział opowiadania, które miało być dramatem psychologicznym, a koniec końców stało się zwykłą obyczajówką. Kate już znacie, tak jak i więcej postaci, które się tu pojawią, jednak nie wiążcie tej historii z poprzednimi. To zupełnie inna opowieść. Rozdziały będą znacznie krótsze, ale głownie dlatego proszę was o zostanie tu dłużej. Może właśnie spodoba wam się historia Kate?
 

 
”Prosto z serca” to opowiadanie może nie niezwykłe, ale też nie zupełnie zwyczajne. To opowiadanie, do którego powstawania przyczyniły się liczne osoby z otoczenia, a którym mogę teraz złożyć najserdeczniejsze podziękowania za to, że zjawiły się z moim życiu i niejednokrotnie wywróciły je do góry nogami. Jest ono inspirowane wydarzeniami z mojego życia prywatnego, jednak opisana historia nigdy się nie wydarzyła. Wszystkie postacie są fikcyjne, a podobieństwo wyglądu, lub zbieżności imion i nazwisk najzupełniej przypadkowe, a wszystko to jedynie osadzone w świecie realnym. Nie jest to ani autobiografia, ani pamiętnik. Nie jestem Kate. A Kate nie jest mną.
Jest to opowieść o niezwykłej sile. Sile miłości, ale nie tylko. Jest to opowieść o przywiązaniu, które choć z pozoru nic nieznaczące, może wiele zmienić w życiu pojedynczego człowieka. Wykreowany przeze mnie świat, a także jego istnienie w czasoprzestrzeni (bo ktoś kiedyś pięknie powiedział ”gdy w wyobraźni pisarza rodzi się nowy świat, na niebie rodzi się kolejna gwiazda”) jest dowodem na to, jak wiele może się zmienić w stosunkowo krótkim czasie. Może wszystko, co zostało tu przeze mnie opisane było jednym, wielkim zbiegiem okoliczności, a może właśnie przeznaczeniem.
Jest to także historia młodej dziewczyny. Sieroty, odizolowanej od świata, która powoli odzyskuje zaufanie zarówno do rówieśników jak i innych z jej otoczenia. A staje na nogi dzięki pewnej osobie, która jako pierwsza wyciągnęła do niej pomocną dłoń, kiedy wszyscy inni jedynie nią pogardzali. Każdy z nas ma w swoim sercu miejsce dla wyjątkowej osoby. Dla chłopaka, przyszłego męża, wyjątkowej przyjaciółki. Kate oddała swoje serce komuś, kto je uratował. Komuś, kto pozwolił jej na zaczęcie życia od nowa.
I za to ja również dziękuję. To opowiadanie nie powstałoby, gdyby w moim życiu nie zjawiła się osoba, która ocaliła moje serce. Nie będę jej wymieniać z imienia i nazwiska, ani w jakiś sposób odznaczać, ale właśnie ta osoba, czytając te właśnie słowa, domyśli się, że są skierowane do niej. A przynajmniej mocno to wierzę.
Po takim wstępie możecie nie mieć ochoty na więcej, ale o jedno proszę. Dajcie szansę Kate i jej historii. Bo jest to historia wyjątkowa i przejmująca. Przesycona cierpieniem, ale i miłością. Tak bezgraniczną, jak bezgranicznie może kochać nastoletnie serce.
 

 
- Ciągnie nas na dno! - wrzasnął Barbossa zza steru. - Zwijać się, bo wszyscy skończymy w otchłani. - wystrzelona z armaty kula strzaskała maszt Czarnej Perły, ale okręt znów stanął w pionie na falach i wypłynął z morskiego wiru, w który coraz bardziej osuwał się Holender.
Will znów dobył szabli, kiedy spod pokładu wylazły oślizgłe kreatury pod rozkazami Jonesa. Ich kapitan leżał martwy na pokładzie, ale nie miało to dla nich wielkiego znaczenia. Chcieli zemsty. I chcieli jej teraz.
- Liz, uciekaj! - wrzasnął Will, odpierając pierwsze ataki. - Jack, zabierz ją stąd! - kapitan posłuchał. Odciągnął na bok zupełnie osłupiałą dziewczynę. Zgarnął z pokładu swój pistolet. Rzucił się ku linom. Objął Liz ramieniem i przestrzelił dokładnie tą linę, która miała być przestrzelona. Oboje unieśli się w górę na prowizorycznym spadochronie z żagla. Liz rozszlochała się, patrząc na otoczonego przez śluzowate kreatury Willa. Wtuliła się mocno w płaszcz Jacka. Nie chciała widzieć jak Holender idzie na dno. Jack jęknął z bólu. Lina wrzynała się w przestrzeloną przez Jonesa dłoń, a po chwili wyślizgnęła się z ręki. Kapitan mocniej objął dziewczynę, kiedy oboje polecieli do oceanu.


Liz z trudem wpełzła na pokład Perły i oparła się o burtę, nie mogąc ustać na nogach. Niemal od razu znów wybuchnęła płaczem. Zaraz też poczuła jak obejmują ją czyjeś ramiona i przyłożyła policzek do szorstkiego materiału płaszcza. Podniosła wzrok na tulącego ją Jacka.
- Jack, ty krwawisz... - odezwała się, ocierając nos wierzchem dłoni i dotknęła zalanej krwią ręki kapitana. - Pozwól mi. - poprosiła, przykładając do rany niezbyt czystą szmatkę, a następnie obwiązując ją własną bandaną.
- Bogu dzięki, Jack... - przed załogantów przepchnął się pan Gibbs. - Flota nas dogania. Nieustraszony na sterburcie. Chyba trzeba się uciec do prastarej, szlachetnej pirackiej tradycji.
- Nie należę do miłośników tradycji. - odpowiedział Jack, odwracając się od niego i stanął przy burcie. - Ostro na wiatr! - rozkazał. Przez tłum przepchnął się Barbossa.
- Nie zmieniać kursu! - zaprotestował.
- Nie słuchać go! - wrzasnął znów Jack.
- Zmiotą nas... - zaczął niepewnie pan Gibbs.
- Nie słuchać tego! Nie słuchać! - miotał się kapitan.

- Na co oni czekają? - zapytał jeden z Anglików.
- Spodziewają się, że dotrzymamy warunków umowy. - odpowiedział mu lord Becket. Uśmiechnął się. Z luków wysunęły się działa. Okręt ruszył na statek piracki.
- Nic do ciebie nie mam, Jack. - odezwał się szeptem lord.

Liz obejrzała się, kiedy na pokład statku wtoczył się ociekający wodą Will. Dziewczyna natychmiast podbiegła do niego.
- Ty żyjesz. - wyszeptała, obejmując go mocno.
- Żyję. - odszepnął mężczyzna. - Uciekłem. - wysapał, wciąż zmęczony po długotrwałym wysiłku. Jack powiódł wzrokiem za dziewczyną z niemym żalem. Lubił tę zwariowaną istotkę. Will odsunął od siebie świeżo poślubioną Liz.
- Ładować działa! - wrzasnął. - Damy radę Anglikom!
- Stawić wszystkie żagle! - krzyknął za nim Jack.
- Jest stawić wszystkie! - odkrzyknął Barbossa. Załoga znów zapaliła się do walki. Czarna Perła natarła na Nieustraszonego.
- Co rozkażesz kapitanie? - spytał pan Gibbs, stając obok Jacka. Kapitan spojrzał na niego.
- Ognia. - odezwał się.
- Ognia! - wrzasnął pan Gibbs. Okrzyk poniósł się po pokładzie, Perła zatonęła w huku dział. Wykorzystując element zaskoczenia, pociski strzaskały burty angielskiego żaglowca. Lord Becket patrzył na to wszystko z mostku kapitańskiego. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. I spokój.
- Jakie są rozkazy? - spytał jeden z żołnierzy, dopadając do niego. - Rozkazy, Panie! - Becket nie odpowiedział. Słowa w ogóle do niego nie dotarły. - Opuścić pokład! - wrzasnął wreszcie komodor. Lord Becket wciąż wpatrywał się w pustkę przed sobą. Niewidzącym wzrokiem ogarniał pokład Nieustraszonego, schodząc powoli z mostku kapitańskiego. Burty zostały strzaskane przez pociski Czarnej Perły. Żołnierze angielscy konali na deskach pokładu, ranieni odłamkami drewna, szkła, lub dosięgnięci kulami. Becket rzucił ostatnie spojrzenie na piracki okręt, zanim i jego dosięgła śmierć. Żaglowiec poszedł na dno.

- Zawracają! - krzyknęła Liz, wychylając się za burtę. Flota angielska rzeczywiście powoli znikała za horyzontem. Załoga Perły podniosła okrzyki radości, wyrzucając w górę kapelusze i to co mieli pod ręką. Na innych statkach pirackich również już wiedziano o zwycięstwie. Liz rzuciła się w ramiona Willa, który poderwał ją do góry. Jack patrzył na to beznamiętnie. Czuł w sercu dziwny ucisk.
- Panie Gibbs... - odezwał się. - Możesz rzucić mój kapelusz.
- Tak jest! - zawołał natychmiast tamten i rzucił w powietrze własność swojego kapitana z kolejnym radosnym okrzykiem.
- A teraz idź i go przynieś. - dodał Jack. Mina Gibbsa natychmiast stężała, ale posłusznie zszedł z mostku kapitańskiego. Spojrzenie Jacka znów powędrowało ku Liz, opowiadającej coś z zapałem Willowi. Nie miał pojęcia czym było odczucie, którego doznawał.
 

 
Takie tam przemyślenia Liz a propos jej ewentualnego związku z Jackiem, bo coraz bardziej zaczynają mi się do siebie zbliżać. Swoją drogą nie bardzo wiem, co z tym faktem zrobić.

"Jestem dumna, bo udowodniłam sobie, że mogę spędzić z Jackiem kilka godzin i nie ulec jego urokowi. Chwilami było naprawdę ciężko, bo jego ujmujący uśmiech i magnetyczne spojrzenie najwyraźniej zostały stworzone po to, by uzależniać silniej niż narkotyk, ale przez cały ten czas starałam się trzymać swoich zasad. Serce człowieka jest lekkomyślne i nieodpowiedzialne. Pełne uniesień gna w stronę przepaści, nie zważając na konsekwencje, jakie niesie ze sobą miłość. Dlatego trzymam swoje pragnienia na smyczy i ufam temu, co nakazuje mi rozsądek. Tak jest dużo prościej, dużo bezpieczniej. Do tej pory byłam przekonana, że Jack widzi we mnie jedynie członka załogi. Nawet nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia ze mną zatańczy. Zaproponuje coś więcej. Owszem, czasami pozwalałam sobie na odrobinę słabości i zastanawiałam się nad tym, jak by to było znaleźć się w jego ramionach... Poczuć na swoich wargach jego usta... Zamknąć oczy i po prostu poddać się chwili. Ale to był tylko niewinne myśli, których nigdy nie zamierzałam wprowadzić w czyn."
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: To takie typowe zauroczenie, ale opanowane głosem rozumu, który, na szczęście, został wysłuchany :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Fragmencik z filmu "Na nieznanych wodach" wzbogacony przeze mnie o postać Liz i dotkliwsze doznania Jacka. Sama nie do końca wiem do czego odnosi się ten fragment, ale musiałam go napisać, więc dostajecie go tak czy inaczej. Może dopiszę do niego jakiś ciekawy ciąg dalszy, bo relacje Liz i Jacka stają się coraz bardziej zagmatwane. Ale zobaczymy jak to będzie.

Liz stała tuż przy Jacku w kajucie Czarnobrodego. Palcami muskała rękaw kapitana, bojąc się odstąpić go na krok. Nie miała ani krztyny zaufania do pirata, który obrzucał oboje wzgardliwym wzrokiem. Stojąca za nim Angelica Teach, jego córka wpatrywała się tylko w Jacka. Tych dwoje łączyło coś dawniej. Liz nie była ślepa.
- Mój los jest przesądzony. Nić przeznaczenia spleciona. - odezwał się znów Czarnobrody. - Widziałem swoją przyszłość...
- Nie wierzę w przewidywalność zdarzeń i moją własną. - odpowiedział mu odważnie Jack. Liz spojrzała na niego.
- Tylko szaleniec walczy z losem. Ale kusi mnie, by go oszukać. Dotrę do źródła wiecznej młodości. Ty wskażesz mi drogę. - Czarnobrody wziął w dłoń niewielką laleczkę voodoo, do złudzenia przypominającą Jacka. Liz patrzyła na to z niepokojem, niepewna co się zaraz stanie.
- A jeśli nie? - spytał podchwytliwie Jack, uśmiechając się. Czarnobrody od niechcenia podniósł ze stołu sztylet, wbijając go w brzuch laleczki. Jack zgiął się wpół, opierając na ramieniu towarzyszki. Oddychał głęboko, kiedy pirat wiercił mu ostrzem we wnętrznościach, a z gardła wyrwał mu się zduszony jęk.
- Jack... - odezwała się Liz. - Nie róbcie mu krzywdy. - poprosiła, podnosząc wzrok na starego pirata.
- Poprowadzisz mnie do źródła. - powiedział Czarnobrody, odejmując sztylet od laleczki. Jack odetchnął głęboko, przykładając rękę do brzucha. Podtrzymywany przez Liz, zatoczył się na ścianę kajuty.
- Ujmę to inaczej. Jeśli nie dotrę do źródła na czas... - pirat przyłożył główkę laleczki do płomienia świecy. - Tobie też się to nie uda. - Jack padł na kolana, przykładając dłoń do skroni. Palący ból promieniował na całe ciało, pozbawiając go oddechu. Zanim się zorientował, z oczu popłynęły mu łzy, a z gardła znów wydobył jęk.
- Jack... - Liz klęknęła przy nim. - Przestańcie! - krzyknęła ku Czarnobrodemu. - Jego to boli! Przestańcie!
- Masz wierną towarzyszkę, panie Sparrow. - odezwała się milcząca dotąd Angelica. - Która na pewno będzie pamiętać, co cię czeka, jeśli zawiedziesz. - Liz przełknęła ślinę, patrząc na kapitana, zwijającego się z bólu na podłodze. Kobieta od niechcenia zakręciła młynka sztyletem i wbiła go prosto w podbrzusze laleczki. Jack padł na deski, krzycząc z bólu. Angelica uśmiechnęła się.
- Cieszę się, że się rozumiemy. - powiedziała.
  • awatar Kate - Writes: @Wiky the Metal-Punk!: Na szczęście tylko odczuwał. Chyba bym się nie zdobyła na to, żeby mu naprawdę przewiercić żołądek. On jest zbyt pozytywna postacią, żeby mu zrobić krzywdę. :D
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Auć... Bolesny fragment... :/. Zastanawiam się, czy Jack tylko odczuwał ból, czy też zostały mu, po tym całym przedsięwzięciu, rany...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kiedyś Sara wierzyła w cudowne uczucie zwane miłością. Zakochała się na zabój, a w swym zauroczeniu przestała widzieć pewne rzeczy takimi, jakimi były naprawdę. Jednak w pewnym momencie miarka się przebrała, a Sara z radosnej, ekstrawertycznej dziewczyny stała się samotniczką. Podczas jednego z powrotów ze studiów znajduje się w niebezpieczeństwie. Z opresji ratuje ją Michał - barman jednego z wielu krakowskich pubów. Delikatna nić porozumienia między dwoma zranionymi duszami sprawia, że mury budowane latami powoli kruszeją.

Co sprawiło, że Sara nie dopuszcza do siebie myśli o ponownym związku? Czy muzyka potrafi lepiej wyrażać myśli od zwykłej rozmowy? Czy Sarze uda się trzymać zasady "tylko przyjaźń"?

Muszę przyznać, że w ostatnim czasie nasi rodzimi pisarze naprawdę są na wręcz światowym poziomie. To samo mogę powiedzieć o twórczości Martyny Senator, którą mogłam poznać poprzez jej najnowszą książkę.

"Z popiołów" wydawało mi się być typową, kolejną powieścią young adult jakich teraz jest masa. I wiecie co? To po części racja, ale w pozytywnym sensie. Oczywisty jest schemat złej przeszłości, poznania kogoś wyjątkowego, kto próbuje uleczyć stare rany. Martyna postanowiła tak poprowadzić akcję, by czytelnik do niemal samego końca mógł być zaskoczony przeszłością Sary. Osobiście podejrzewałam coś innego, za co ukłon w stronę autorki. Również rozwinięcie relacji pomiędzy głównymi bohaterami bardzo mi się spodobało. Nie mamy tu do czynienia z namiętnym romansem, ale z powolnym poznawaniem siebie poprzez przyjaźń, by dopiero po czasie dopuścić do siebie myśli o czymś więcej.

Ważnym aspektem "Z popiołów" jest pokazanie pasji bohaterów. Książka ta jest przepełniona muzyką, wokalem Sary i rysunkami Michała. Dodatkowo na YouTube znajdują się piosenki napisane przez autorkę, które można odsłuchać, by całej historii nadać większego klimatu. Przedstawienie treningów z samoobrony również było ciekawym elementem powieści, z którym mało kiedy się spotykam, bo zazwyczaj to mężczyźni muszą ratować swoje niewiasty z wszelkiego niebezpieczeństwa.

Sami bohaterowie przypadli mi do gustu. Są bardzo naturalni, mają poczucie humoru. Podobało mi się to, że ich zmiana następuje krok po kroku, nie ma wielkiego "bum", które sprawiło by, że ich problemy od razu znikają. Brakowało mi większego rozwinięcia postaci drugoplanowych, ale na szczęście nie sprawiło to, że lektura "Z popiołów" nie była przyjemna.

Podsumowując, "Z popiołów" to intrygująca powieść new adult, poruszająca ważne, często przemilczane tematy. Dzięki lekkiemu stylowi Martyny, oraz barwnej fabule poznałam historię Sary i Michała w zatrważającym tempie. Nie dajcie się zwieść pozorom i sięgnijcie po tę pozycję, a tak jak ja nie będziecie zawiedzeni. Z pewnością sięgnę po kontynuację "Z popiołów", kiedy tylko takowa się pojawi!
 

 
Jack wymknął się z kajuty i zaraz uniósł ręce nad głowę w geście poddania. Skrzynia z łomotem upadła na deski pokładu. Tuż przed nim stał Davy Jones z zastępem swoich ludzi.
- Popatrzcie no, chłopcy... - odezwał się. - Zbłąkany wróbelek... Zbłąkana ptaszyna, która nie nauczyła się latać...
- Ku swojemu wielkiemu żalowi. - Jack podniósł skrzynię z desek i cofnął się aż do burty. - Aliści... Na naukę nigdy nie jest za późno. - uśmiechnął się, łapiąc za linę przywiązana do burty i kopnięciem odłamał kawałek deski. Czepiając się liny zgrabnie przeskoczył na pokład Czarnej Perły, pewnie lądując na maszcie głównym. Niebo przecięła błyskawica, rozległ się grzmot. Jack zamarł w bezruchu.
- Skrzynia. Oddaj mi ją. - usłyszał Davy'ego Jonesa, a zaraz potem poczuł ostrze szabli na karku.
- Mogę cię uwolnić. - powiedział, również dobywając szabli.
- Już dawno temu pożegnałem się z wolnością. - Jones zamachnął się szablą. Jack zachwiał się niebezpiecznie na trapie, ale odpowiedział atakiem.

Will machał szablą na lewo i prawo. Na pokładzie Perły roiło się od oślizgłych podwładnych Davy'ego Jonesa. Mężczyzna obejrzał się na zaciekle walczącą niedaleko dziewczynę.
- Liz! Liz... - zawołał. Dziewczyna zerknęła a niego i przemknęła pod ramieniem kolejnego rybowatego, wypychając go za burtę. Dopadła do Williama. - Wyjdziesz za mnie?
- To chyba nie jest najlepsza chwila. - odpowiedziała, oglądając się.
- Innej może nie być. - Will zatopił ostrze w ciele kolejnego wroga. - Kocham cię. Dokonałem wyboru. A ty? - Liz popatrzyła prosto w jego orzechowe oczy.
- Barbossa! - wrzasnęła. - Udziel nam ślubu!
- Chwilowo jestem zajęty! - odkrzyknął Hektor, leżąc na deskach pokładu pod ciężarem jednego z rybowatych. Liz i William na powrót rzucili się w wir walki, nie przestając ściskać się za ręce.
- Barbossa! - krzyknął ponaglająco Will.
- No dobrze! - Hektor przeszył wroga szablą i podniósł się z desek pokładu. - Moi drodzy, zebraliśmy się tu dziś, by... Przybić ci flaki do masztu francowata zarazo. - dokończył nabijając na szablę kolejnego rybowatego. Liz spojrzała na niego zniesmaczona.
- Liz Harrington, czy bierzesz mnie za męża? - spytał Will, odpierając kolejny atak.
- Tak! - odkrzyknęła dziewczyna.
- Świetnie. - uśmiechnął się William.
- Willu Turnerze, czy chcesz mieć we mnie... żonę? - Liz przerwała, okręcając się na pięcie. - W chorobie i zdrowiu... - zamachnęła się szablą. - Choć na to drugie nie ma co liczyć. - dodała, przebijając ostrzem rybowatego.
- Chcę. - odpowiedział Will. Liz uśmiechnęła się.
- Jako kapitan ogłaszam was teraz... - odezwał się Barbossa, jednocześnie odpierając atak dwóch przeciwników. - Możesz pocałować... Możesz pocałować... Całujcie się! - pirat machnął ręką. Will przyciągnął do siebie dziewczynę. Liz objęła go ramieniem. Na kilka minut świat stanął w miejscu. Pocałunek trwał nieskończenie długą chwilę. Liz spojrzała w oczy mężczyzny, kiedy wreszcie odjął wargi od jej ust. W jego ciepłe, orzechowe oczy. A potem zamachnęła się szablą, kątem oka dostrzegając czającego się na nią rybowatego. Will zrobił dokładnie to samo, pozbawiając życia wroga stojącego za nim.

Jack chwiał się coraz bardziej, stojąc na belce masztu. Z całej siły starał się utrzymać równowagę. W jednej dłoni ściskał uchwyt skrzyni z sercem Davy'ego Jonesa, w drugiej ręce trzymał szablę. Jego przeciwnik uśmiechnął się drwiąco.
- Bez klucza nic nie zdziałasz. - powiedział.
- Klucz już mam. - odpowiedział mu uśmiechem Jack.
- Nie masz. - Jones również się uśmiechał. Jack zamachnął się szablą, odcinając mackę, w której tamten ściskał klucz. Potem złapał go w locie.
- Mówisz o tym? - spytał z uroczym uśmiechem, ale mina mu zrzedła, kiedy zobaczył, że Davy Jones celuje do niego z broni palnej. - Ale to mój pistolet. - odezwał się jeszcze, zanim tamten przestrzelił mu nadgarstek. Skrzynia wyślizgnęła się Jackowi z palców, a on zatoczył się na trapie. Ból promieniował na cały jego organizm. Potem on sam również osunął się w ciemność. Spadł z masztu, po drodze łapiąc się jeszcze olinowania. Skrzynia łupnęła o deski pokładu tuż za plecami Willa, który natychmiast wziął ją w dłonie.
- Dzięki Jack. - wyszeptał i wyciągnął z kabury pistolet, przymierzając się do przestrzelenia kłódki. Zaraz potem jeden z załogantów Davy'ego Jonesa rzucił się na niego z nożem. Mężczyzna spojrzał w jego twarz. W znajome oczy, teraz puste i pozbawione uczuć. - To ja! Will! - wrzasnął. - Twój syn!
Liz zgrabnie przedostała się na pokład Holendra, niemal od razu stając twarzą w twarz z Davy'm Jonesem.
- Nie okażę ci litości. - wysyczał tamten.
- Dlatego mam przy sobie to. - odpowiedziała, wysuwając z pochwy ostrze. Starła się z wrogiem, chcąc pomścić ojca, nie oczekując jednak cudów. Szabla szybko została jej wyrwana z dłoni, a ona sama padła ciężko na schody, uderzając głową w drewniane stopnie. Jak przez mgłę widziała jeszcze Jacka, który natarł na wspólnego wroga z grubą deską w dłoniach, jednak i on szybko został pokonany. Jack z jękiem padł na deki pokładu, czekając na śmierć. Otworzył oczy. Cudownym zrządzeniem losu tuż przed nim leżał klucz do skrzyni, który zaraz chwycił w zakrwawioną dłoń.
Will przygwoździł ojca do burty.
- Nie zabiję cię. - powiedział, wbijając w burtę nóż. - Dałem ci słowo. - dodał i odwrócił się od ojca. Nie... To już nie był jego ojciec, a kolejny pomiot Davy'ego Jonesa. Zaraz potem ogarnęła go furia, kiedy patrzył, jak mackowaty stwór jednym pchnięciem posyła na deski pokładu Liz. Wyszarpnął z pochwy szablę i wbił ją w ciało Jonesa, w miejsce, gdzie powinno bić serce.
- Pudło. - odezwał się Jones z uśmiechem. - Czyżbyś zapomniał? Jestem łajdakiem bez serca. - powiedział, wyciągając ostrze ze swojego ciała. Will zamknął oczy, uderzając głową o deski pokładu. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Liz natychmiast szarpnęła się ku niemu. Jones prychnął wzgardliwie. - Miłość... Budzące grozę pęta. A jednak tak łatwo je przeciąć. Powiedz mi Williamie Turnerze, czy lękasz się śmierci? - spytał, przystawiając nóż do gardła Willa.
- A ty? - Jones odwrócił się. Za nim stał Jack, ściskając w dłoni wydobyte ze skrzyni serce. - To lepsze niż trunek, trzymać w ręce życie i śmierć. - Davy Jones wyprostował się.
- Okrutny z ciebie człowiek, Jacku Sparrow. - odezwał się.
- Okrucieństwo to dość względne pojęcie.
- Nie uciekniesz przed moim wyrokiem...
- Skończcie to wreszcie! - wrzasnęła zniecierpliwiona Liz. Jack spojrzał na nią, potem przeniósł wzrok na Willa.
- A, tak... - opamiętał się, wyszarpnął zza paska nóż i jednym, płynnym ruchem wbił go w serce. Davy Jones zamrugał zaskoczony.
- Calyspo... - wyszeptał i skonał z imieniem ukochanej na ustach.
 

 

Często wybieram książki przypadkowo, tłumacząc sobie, że tak podpowiada mi intuicja, rozsądek albo inny nielogiczny sposób na wzięcie czegoś nowego. Jedna z powyższych opcji wcisnęła mi do rąk książkę z tematyką, która niezbyt mi podchodziła. Nie przepadałam za morskimi opowieściami, bo wszystkie są nudne i pisane chyba przez jednego gościa, który ma styczność z morzem jak zje sobie śledzia, albo rozstawi leżak w Jelitkowie. Nie dało się tego czytać, więc moja przygoda z morskimi powieściami została zatrzymana w momencie gdy myślałam, że wilk morski, to kuzyn tego z lasu.

Zdziwiłam się więc mocno, gdy podczas czytania okazało się, że akcja niebezpiecznie brnie w stronę morza. To dlatego tytuł był dla mnie odrobinę podejrzany. Ale wcześniej odpuściłam sobie sprawdzanie co to znaczy bandera i jaki do cholery kolor to czarny. Takie rzeczy najczęściej mszczą się na człowieku po latach, ale mi nie było dane tyle wytrwać w szczęściu, pieniądzach i dobrej passie w warcaby. Zemściło się po kilku dniach, ale ta zemsta wcale nie zrobiła na mnie wrażenia.

Dobra, koniec! Po książkę sięgnęłam całkowicie świadomie, bo owszem, rzeczywiście swego czasu nie mogłam patrzeć na książki o morskich przygodach z przyczyn niewiadomych, po prostu nie mogłam tego czytać i tyle. Pierwotny plan był taki, że kupię sobie pierwszy tom serii o Asasynach i zobaczę o co tam tak naprawdę chodzi. Ale kiedy akurat miałam pieniądze, okazało się, że pierwszej części nie ma w księgarni, ale za to z półki przyciągała mnie do siebie właśnie ta część, z piratami. I wzięłam w ciemno. Po po powtórnym zakochaniu się w "Piratach z Karaibów" nie przejdę teraz obojętnie obok niczego, co w jakikolwiek sposób o piratach traktuje.

Uratowała mnie sama książka, która zamiast wyrzucić za burtę, dała możliwość poleżenia w kajucie. Okazało się, że czyta się to wszystko szybko, płynnie i z zainteresowaniem. To najprzyjemniejsza książka z dotychczasowej wakacyjnej zabawy, której przeczytanie zajmuje jeden dzień. To wszystko dzięki długości rozdziałów – na tyle krótkich, że nie pozwalają przerwać czytania. Na każdy poświęcamy kilka minut, więc zawsze dajemy sobie chwilę na przeczytanie jeszcze jednego, zanim nie zaczniemy sprawdzać stanu swojego życia w Internecie.

Mimo nie zaskakującej historii – mamy ten sam bajzel co zawsze – piraci, bijatyki i skarby, możemy poprzez inny sposób opowiadania cieszyć się tym wszystkim na nowo. Tak, jakby nikt wcześniej o tym nie napisał encyklopedii, a głównych bohater uniknął bycia zlepkiem tysięcy innych piratów. Łatwo jednak wpaść na to, że nasz pierwszoplanowy to dobry chłopak. Od początku trzeba go polubić, bo inaczej kosa w żebra i darmowe pływanie z rekinami. Nie jest więc trudne kibicowanie mu do samego końca. W końcu o niego oparto całą historię.

Tu mamy gościa, który wie jak zadbać o swoją kreację. Ma dobry strój, mocną głowę, zawsze nabite pistolety i tnie mieczem lepiej niż Makłowicz gotuje. Z kimś takim przyjemnie spędza się czas, bo zawsze najlepiej czuję się wśród swoich. A akurat pirat to jeden z "zawodów", które z powodzeniem mogłabym uprawiać w równoległym świecie, więc ten... A teraz to mam ochotę naprawdę polecieć na Czarną Perlę i gdzieś się z Jackiem wyprawić.

"Assassin’s Cred: Czarna Bandera" to pozycja, którą polecam. To dobra książka, a takie zawsze jakoś się obronią (pomijam te kucharskie i telefoniczne żeby nie było). Jak nie masz znajomych i daleko do galerii handlowej, odłączyli internet, nie działa telewizor i rozładował ci się telefon, to możesz przekręcić kilka stron. Przy takim zbiegu okoliczności jest pewne, że i wentylator się zepsuł. A tak chłodniej chociaż będzie.
  • awatar culturaltrip: Morskie historie? Nie czytałam, nie licząc "Trzech panów na łódce (nie licząc psa)" Polecam!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przepraszam za ten depresyjny fragment poniżej, ale chyba musiałam to napisać, bo wizja śmierci Limmaniel siedziała mi w głowie długo. Szczerze mówiąc, zastanawiałam się czy by gdzieś kiedyś naprawdę jej nie uśmiercić, żeby móc się skupić na cierpieniu Katrin. Ale stwierdziłam, że na razie to zostawię, bo nie chcę nikogo uśmiercać. Wystarczy, że zginął Thranduil. I teraz myślę jak go wskrzesić, bo by mi się przydał. Przedstawiłabym zawiłość relacji między nim, a Limmaniel. Tylko, że wskrzesi go za bardzo nie mogę. W tej rodzinie odrodził się już Legolas, a to chyba dość.

Tak w ogóle to zawija mi się zalążek kontynuacji fanfiction Władcy Pierścieni i chyba to napiszę, ale chwilowo nie wiem kiedy. Teoretycznie dzisiaj powinien być ostatni rozdział opowiadania pirackiego, ale jak zwykle coś jest opóźnione. Chcę żeby w tym nowym opowiadaniu było dużo Limmaniel i dużo Katrin i oczywiście jej małżonka. Chcę tam wcisnąć dużo smoków i kolejną wyprawę. Żeby Gandalf znowu trochę namieszał. I historię naturalną, bo Limmaniel ma na tym punkcie kompletnego świra. I głownie tu chodzi o smoki właśnie. Właśnie odkryłam, że to dobra robota na ferie świąteczne i zimowe, więc wtedy spróbuję coś pokombinować w temacie smoków.

A tak w ogóle to skończyłam pisać dramat psychologiczny, który czeka już tylko na korektę, wiec jeśli chodzi o tę część mojego grafika, to wszystko jest na swoim miejscu i dograne, więc zgodnie z planem pierwszy rozdział szóstego grudnia. Na wattpadzie tego dnia będzie już dostępna całość, wiec jeśli ktoś będzie naprawdę bardzo, bardzo zainteresowany to zapraszam w Mikołajki na wattpada.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Widzę, że wena Cię nie opuszcza :D. Opowiadanie ze smokami brzmi świetnie :D. Widziałam, że dramat już się pojawił! Trzeba przeczytać :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Katrin zamarła w bezruchu, prostując się. Zakrwawiona klinga wypadła jej z dłoni i z głuchym szczękiem stali upadła na zamarzniętą ziemię. W piersi jej matki tkwił sztylet. Biała suknia przesiąkała krwią. Limmaniel jęknęła na wydechu i poleciała w tył. Dziewczyna natychmiast dopadła do niej.
- Leż spokojnie... - odezwała się. - Leż spokojnie, wszystko będzie dobrze. Ani mi się waż... - ręce jej się trzęsły, kiedy kładła dłonie na rękojeści sztyletu. Limmaniel z trudem łapała oddech. Jej serce waliło jak oszalałe. - Mamo... - do oczu Katrin napłynęły łzy.
- Katrin... Przepraszam... - wyszeptała elfka, oddychając spazmatycznie. - Nie dotrzymałam danego ci słowa.
- Przestań, nic nie mów. - Katrin zaszlochała, usiłując tamować krwotok własnym rękawem. - Będziesz żyła. Będziesz żyła, ja nie dam ci umrzeć! - Limmaniel uśmiechnęła się.
- Katrin... - odezwała się znowu. - Amralime... - dziewczyna przyłożyła dłoń do ust, zaczynając szlochać. Limmaniel zerwała z szyi wisiorek z niewielką muszelką, którą nosiła przy sobie i wsunęła w dłoń córki. Z wysiłkiem uniosła dłoń do jej policzka. Katrin przytrzymała jej dłoń w miejscu. Elfka uśmiechnęła się jeszcze raz i zamknęła oczy, jej dłoń wysunęła się z uścisku Katrin. Dziewczyna wybuchła płaczem. Wciąż jeszcze ściskała matkę za rękę i nie puściła, dopóki Legolas nie otoczył jej ramieniem i nie ukucnął obok.
- Dlaczego to tak boli? - wyszeptała przez łzy dziewczyna.
- Bo kochałaś zbyt mocno. - odpowiedział elf, obejmując zanoszącą się płaczem małżonkę. - Nie taki koniec był jej pisany.

Katrin pochyliła się nad leżącą w łodzi matką. Po raz ostatni musnęła palcami jej policzek i doszczętnie mocząc dół sukni, popchnęła niewielką łódkę na głębsze wody. Elfy, stojące w zatoce z latarniami w dłoniach żegnały poprzednią królową. Wśród poddanych niosła się żałobna pieśń. Katrin przełknęła ślinę, sięgając po łuk. Wsunęła grot strzały w płomienie, a on od razu zajął się ogniem. Napięła łuk. I wypuściła strzałę. Dryfująca na wodzie biała łódź zapłonęła. W ślad za strzałą królowej ze świstem pomknęły inne. Legolas objął Katrin ramieniem. Przytulił do siebie. Ona nie płakała. Poprzedniego dnia wylała za dużo łez. Zerwała jedynie z szyi czarną chustę i chwilę potem wypuściła ją z palców. Zwój materiału popłynął z wiatrem do krain nieśmiertelnych, zwrócony poprzedniej właścicielce.
 

 

Widzicie tę przepiękną okładkę? Na żywo prezentuje się jeszcze lepiej! A jak wyglądają strony książki... na to po prostu brak słów! Już ze względu na magiczną szatę graficzną "Fantastycznych zwierząt..." warto zakupić tę książkę!

Jednak wiadomo, nie ocenia się książki po okładce. Chociaż w tym wypadku chyba odbiegłabym od tej zasady, bo świetnie się bawiłam przy tej lekturze.

Akcja dzieje się na wiele lat przed akcją "Harry'ego Pottera", więc fani tej bestsellerowej serii mogą podchodzić nieco sceptycznie do "Fantastycznych zwierząt..." Sama byłam niepewna, gdy siadałam do filmu, ale potem przepadłam całkowicie przez piękno tego świata. Jednak nie o filmie tutaj mowa (chociaż muszę powiedzieć, że graficznie wypadł chyba nawet lepiej od Harry'ego Pottera!).

Przez scenariusz się płynie, bo podział na role sprawia, że bardzo szybko się czyta. Ledwo czytelnik otwiera książkę, a już jest na ostatniej stronie. Mi przeczytanie zajęło trzy godziny. Sama treść jest pod pewnymi względami niezwykle urocza: relacje między bohaterami ogrzewają moje serduszko a fantastyczne zwierzęta wywołują szeroki uśmiech. Tych stworzeń po prostu nie da się nie kochać! Podobnie jest z postaciami, które bardzo polubiłam. W książkach bardzo często pojawiają się bezczelni lub/i irytujący bohaterowie, więc miłą odmianą było sięgnąć po książkę, w której postaci są mili, dobrzy, przyjacielscy i przez to zyskują sympatię.

Sam pomysł na fabułę jest niezwykle ciekawy. Gdy czarodziejowi z walizki uciekną fantastyczne zwierzęta, od razu możemy spodziewać się niezłego zamieszania. Choć bywają momenty, które wydają się nieco bezsensowne (nie będę zdradzać, o co chodzi, ale czytelnik z całą pewnością powinien się połapać w tym, co mam na myśli), to jednak nie przeszkadza mi to dać tak wysokiej oceny. W końcu chodzi o przyjemność czytania i wielkie emocje. I też o fantastyczne zwierzęta oraz epicką oprawę graficzną oczywiście.
  • awatar culturaltrip: Rany, kocham udekorowane wewnątrz książki. Kiedyś to było normalne, dziś- nieopłacalne... Równie piękna jest książka pdt. MIASTO ŚNIĄCYCH KSIĄŻEK. To DZIEŁO, a nie powieść...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Wiatr jest dla nas pomyślny. - zameldował jeden z angielskich żołnierzy.
- W rzeczy samej. - odpowiedział Becket. - Daj Jonesowi znać, że ma być bezlitosny. To go wprawi w dobry humor.
- Do broni! - wrzasnął komodor, dowodzący Holendrem po odebraniu sygnału od Becketa. - Będziemy bezlitośni! - Davy Jones uśmiechnął się do siebie i zaryczał bojowo. Zachmurzone niebo przecięła błyskawica, lunęło deszczem. Jones przyłożył mackę w miejsce, gdzie kiedyś było serce.
- Calypso... - wyszeptał, kierując wzrok na przewijające się w górze masy powietrza.

- Reja w górę! Nie zamoczyć prochu! - pokrzykiwał na załogę pan Gibbs, a potem wychylił się przez burtę, wbijając wzrok w ogromny wir wodny. - Malstrom! - krzyknął ostrzegawczo. Liz poderwała głowę i rzuciła się w stronę mostku kapitańskiego.
- Kapitanie Barbossa! - krzyknęła. - Musisz stanąć u steru.
- Tak, to prawda. - skinął głową Hektor. Położył dłoń na sterze. Uśmiechnął się. - Reja w górę, niezdarne pokładowe małpy! - zawołał. - Warto było żyć, by doczekać takiej śmierci!

- Rufą do wiatru! - zawołał jeden z angielskich żołnierzy, gwałtownie skręcając ster. On również dostrzegł już wir.
- Nie zrobi nam krzywdy. - Davy Jones przepchnął się do steru. - Cała naprzód w stronę otchłani!
- Czyś oszalał? - odezwał się przerażony mężczyzna, odepchnięty przez Jonesa. Tamten uśmiechnął się.
- Boisz się zamoczyć? - spytał sarkastycznie.

- Omińmy wir! - Liz starała się przekrzyczeczeć szalejącą burzę. - Inaczej nas pozabijają.
- Nie! - zaprotestowął Barbossa. - Podpłyniemy blizej. Przebijemy się na szybsze wody. - Czarna Perła płynęła prosto w otchłań.
- Do dział! Żywo! - krzyczał pan Gibbs.
- Odwagi panowie! - dodał Will. - Pełna gotowość!

Jack Sparrow przechadzał się w ę i z powrotem po celi, myśląc gorączkowo, a przy tym mamrocząc do siebie.
- Myśleć jak ten szczeniak... - powtarzał w kółko. - Zawiasy... Zawiasy... Myśleć jak szczeniak... Proste zawiasy. Dźwignia. - olśniło go i chwilę potem podważył kratę w drzwiach znalezioną deską. Drzwi natychmiast wyleciały z zawiasów. - Życzcie nam powodzenia chłopcy. - zwrócił się do Sparrow'ów. Oboje wyjrzeli na zewnątrzm, patrząc za nim.
- Już mi go brak. - odezwał się Jack.
- Uroczy człowiek, prawda? - odpowiedział mu Jack.
- Nie ruszać się! - zawołał Jack. - Upuściłem gdzieś mózg. - Jack spojrzał na Jacka. Jack odwzajemnił spojrzenie.

- Nie strzelać! - krzyknęła Liz. - Czekać aż staniemy burta w burtę. - Czarna Perła przecinała fale z trudem utrzymując się na krawędzi wiru. Tak samo Holender.
- Ognia! - wrzasnęła, kiedy wrogi okręt znalazł się w odpowiedniej pozycji. Barbossa podniósł głowę, słysząc jej głos.
- Ognia! - wrzasnął. - Ze wszystkich dział!
- Ognia! - powtórzył Will.
- Już za późno by zmieni kurs, kamraci! - Barbossa skręcił ster. Czarna Perła zatonęła w huku dział. W okręt uderzyły pociski wystrzelone przez załogę Becketa. Perła zachwiała się, aż wreszcie przechyliła na lewą burtę i byłaby utonęła w ogromnym wirze wodnym, gdyby nie oparła się na masztach Latającego Holendra.

Jack wyślizgnął się z celi niemal od razu trafiając na dwóch żołnierzy Becketa.
- Stój, bo strzelam. - odezwał się jeden z nich, celując w kapitana ze strzelby. Jack w pierwszym odruchu uniósł dłonie, wmurowany w ziemię, ale zaraz uśmiechnął się.
- Dobre. - powiedział. - Przyszedłem zabrać swój dobytek. - dodał, wyjmując z otwartego kufra swój pas, pistolet, kompas i kapelusz, ani trochę nie przejmując się celującymi w niego anglikami. - Choć to chwalebne, co robicie tutaj, mogąc być gdzie indziej. - żołnierze popatrzyli po sobie.
- Ktoś musi zostać i pilnować skrzyni. - powiedział jeden z nich, patrząc na to, co leżało na stole między nimi. - Na pokładzie doszło do rozprężenia.
- Wszystkiemu winni rybowaci. - odpowiedział mu drugi.
- Wiec rybowaci... Już przez sam fakt bycia rybowatymi są mniej zdyscyplinowani niż nierybowaci. Mówię tylko, że to... Nie bez znaczenia.
- Gdyby nie było rybowatych, nie byłoby potrzeby pilnowania skrzyni. - Jack zerknął na jednego, potem na drugiego i po prostu zwinął ze stołu skrzynię z sercem Davy'ego Jonesa.
- A gdyby nie było skrzyni, nie musielibyśmy jej pilnować. - usłyszał jeszcze, chyłkiem opuszczając kajutę.
 

 
Katrin po raz kolejny zamachnęła się mieczem. W sali jadalnej raz po raz rozlegało się uderzenie ostrza o ostrze. Dziewczyna uśmiechnęła się, unikając cięcia, wykonanego z ogromną precyzją przez jej matkę. Limmaniel odwzajemniła uśmiech, znów atakując. Katrin obejrzała się za siebie i chwilę potem zgrabnym ruchem wskoczyła na stół, ani na chwilę nie przestając się cofać. Limmaniel zrobiła to samo. Legolas siedzący przy stole podniósł głowę. Pojedynek matki i córki nie przeszkadzał mu ani trochę, dopóki nie skakały po jego księgach i piórkach d kaligrafii. Elf obrzucił spojrzeniem zarumienione policzki małżonki i niemniej zarumienioną królową.
- Drogie panie... - odezwał się. - Proponuję zarządzić remis i skończyć na dziś tę zabawę. Za chwilę podamy do stołu, nie utrudniajcie służbie jej obowiązków. - Katrin schowała miecz do pochwy.
- Masz rację. - odpowiedziała, schodząc ze stołu. - Troszkę się zapędziłyśmy. - podała dłoń matce.
- Troszeczkę. - potaknęła Limamniel. Dyszała ze zmęczenia, chowając ostrze, a potem przyłożyła dłoń do rozszalałego serca, usiłując uspokoić oddech. Katrin spojrzała na nią z niepokojem.
- Mamo... Wszystko w porządku? Mamo? - odezwała się. Limmaniel machnęła dłonią, na znak, że wszystko dobrze, przełknęła ślinę, czując w ustach metaliczny smak krwi i bez przytomności padła na posadzkę. Zdążyła jeszcze usłyszeć przeraźliwe wołanie córki.

Limmaniel otworzyła oczy i natychmiast wbiła wzrok w sufit sali uzdrowicielskiej. Powoli odwróciła głowę w prawo, podłapując zaniepokojone spojrzenie siedzącej obok Katrin.
- Nic, nic mi nie jest. - odezwała się, podnosząc się do pozycji półleżącej. Katrin odetchnęła z ulgą. Kamień spadł jej z serca...
- Valarom niech będą dzięki. - westchnęła. - I żeby mi to był ostatni raz. Obie wiemy, jak to się mogło skończyć. - elfka skinęła głową. Katrin miała słuszność. To z pozoru zwykłe omdlenie mogło mieć o wiele poważniejsze skutki.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Limmaniel powinna teraz dbać o siebie... Skoro jest z nią aż tak źle, powinna siebie bardziej oszczędzać... Dobrze, że ma przy sobie rodzinę, która jej pomoże :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›