• Wpisów:1466
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:2 dni temu
  • Licznik odwiedzin:318 709 / 2084 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Soundtrack; https://youtu.be/8D26vYP1Nxc https://youtu.be/YwMDL4tU-FE

Hirilin podeszła do niej powoli. Wiedziała już, że Limmaniel z nią nie wygra. Mimo to przepełniał ją szacunek dla walczącej elfki. Limmaniel powoli podniosła wzrok. Zatrzymała go na poważnej, nieco smutnej twarzy Hirilin. Nie emanowała z niej kpina, w jej zimnych oczach dostrzegła współczucie. Wzięła łapczywie haust powietrza i przymykając oczy z bólu, wyprostowała się. Uniosła miecz, mocniej zaciskając palce na rękojeści.
- Nie poddam się bez walki. - wyszeptała, drżąc na całym ciele.
- Jesteś ciężko ranna. nie lepiej zakończyć to szybko? Nie przedłużając sobie cierpień? - Hirilin niemal się uśmiechnęła.
- Nie poddam się bez walki. - powtórzyła Limmaniel.
- To twój wybór. - Hirilin zaatakowała.
Limmaniel z trudem uniknęła cięcia. Zawirowała, uciekając przed ostrzem. Zamknęła oczy, nie miała siły patrzeć, zdała się na inne zmysły. Przykucnęła i spróbowała podciąć elfkę, ale ona pchnęła ją na ziemię. O wiele wolniej niż zwykle, zrobiła przewrót w tył i poderwała się do pionu, po czym zamachnęła się mieczem, pewna, że Hirilin jest za nią. Wtedy poczuła paraliżujący ból w okolicach serca. Otworzyła oczy i ujrzała dłoń elfki trzymającą rękojeść noża i domyśliła się, gdzie jest jego koniec. Zacisnęła palce na nożu.
Zimna fala dreszczy rozlała się po jej ciele. Potem drgawki zniknęły, pozostawiając jedynie chłód. Krzyknęła. Sama do końca nie wiedziała, czy głośno, czy cicho. Odpowiedział jej inny wrzask. Rozpoznała go.

- A więc znowu się widzimy moja panno? - Katrin odwróciła głowę, słysząc głos, który zresztą rozpoznała. Tuż za nią stał samozwańczy władca Doriathu z mieczem w dłoni.
- To ty... - bez wahania skrzyżowała z nim ostrze. - Poprzysięgłam sobie, że zginiesz z mojej ręki. - król uśmiechnął się ironicznie, nacierając na nią z mieczem i chwilę potem jej klinga z brzękiem wylądowała na ziemi. Dziewczyna cofnęła się o krok, unosząc dłonie. Dopiero teraz poczuła, że się boi.
- Dobrze... - warknął król i nagle uderzył ją mocno w twarz. Ten mocny, niespodziewany cios ją przewrócił. Z głuchym odgłosem uderzyła o ziemię. W całym ciele eksplodował ból, oczy napełniły się łzami i prawie nic nie widziała. W czaszce czuła koszmarne pulsowanie. W duchu krzyczała z bólu i przerażenia. Osłoniła dłonią brzuch, chcąc w jakiś sposób chronić dziecko. Król nie poprzestał na jednym uderzeniu. Kopnął ją mocno w żebra, a siła uderzenia pozbawiła ją oddechu. Zaciskając mocno powieki, walczyła z mdłościami i bólem, walczyła o cenny oddech. Interesowało ją jedynie dziecko. Podciągnęła kolana, zwijając się w kłębek i oczekując kolejnego ciosu.
- Zaraz z tobą skończę... - warknął. - Będziesz błagać o śmierć... - Katrin usłyszała odgłos wysuwania klingi z pochwy. Miała cenną sekundę, aby sięgnąć do tyłu i odnalazłszy miecz, skrzyżowała z nim ostrza.
Krzyknęła, czując chłód stali na szyi, a zaraz potem ze zdumieniem zaobserwowała, że w szyję tyrana wbił się nóż, a on sam padł na ziemię martwy. Odwróciła się w stronę, skąd posłano sztylet.

Limmaniel oddychała ciężko, patrząc jak samozwańczy władca Doriathu krzyżuje miecz z mieczem jej córki. Nie mogła już nic zrobić. Mimo to z jękiem wyszarpnęła nóż Hirilin z własnej piersi i posłała w jego kierunku. Trafiła prosto w tętnicę. Katrin chwilę jeszcze patrzyła na martwe ciało, potem przeniosła wzrok na nią.
Limmaniel odpowiedziała spojrzeniem. Straciła równowagę. Nogi ugięły się w kolanach. Wtedy ktoś ją podtrzymał, ciepła ręka objęła ją w talii i delikatnie ułożyła na ziemi. Uchyliła powieki by spojrzeć na bladą, przerażoną twarz córki.
- Mamo... - odezwała się Katrin, drżącymi palcami dotykając jej ramienia. - Proszę... Leż tu spokojnie. Ty nie umrzesz. Nie możesz. Mamo... - dziewczyna zaszlochała.
- Katrin... - Limmaniel z wysiłkiem uniosła dłoń do jej policzka. - To wszystko nie tak. Nie powinniśmy się tu znaleźć. Ale jednak tu jesteśmy. - elfka uśmiechnęła się. - Jak w opowieściach. Tych naprawdę ważnych. Mrocznych i pełnych grozy. Baliśmy się poznać ich zakończenie, bo czyż koniec może być szczęśliwy? Czy świat będzie taki jak dawniej, choć stało się tyle zła? Ale w końcu zły czas przemija. Usuwa się w cień. Nawet mrok przemija. Przyjdzie nowy dzień, kiedy wzejdzie słońce, tym czystszym rozbłyśnie światłem... - Limmaniel zakaszlała. - Te opowieści zapadały nam w pamięć, nawet jeśli... - elfka mocniej ścisnęła dłoń córki, z trudem biorąc kolejny oddech. - Nawet jeśli byliśmy zbyt mali, by pojąć ich sens. Bohaterowie tych opowieści mogli zawrócić, ale nie chcieli. Szli naprzód. Ponieważ mieli wiarę... - Katrin uśmiechnęła się przez łzy. - Na tym świecie istnieje dobro i warto o nie walczyć. Musisz w to mocno wierzyć... Córko... - Limmaniel odetchnęła. - Amralime (Kocham cię) moje dziecko. Ponad wszystko... - Limmaniel zamknęła oczy, jej uścisk zelżał, a głowa opadła na bok.
Z gardła Katrin wyrwał się rozpaczliwy wrzask. niemal natychmiast znalazł się przy niej Legolas, obejmując ją. Dziewczyna odwróciła wzrok od matki, wczepiając się w jego płaszcz.
- Przepraszam! - wrzasnęła przez łzy. - Przepraszam! - Legolas przytulił ją mocno do siebie, kiedy szlochała uczepiona kurczowo jego ramion. Wokół nich zebrali się przyjaciele. Król nie żył. Bitwa była skończona. Po twarzy Elronda spłynęła łza. Aragorn pochylił głowę z szacunkiem. Idril i Lindred stali z boku ze smutkiem malującym się w oczach. Katrin zaszlochała ciszej.
- Dlaczego to tak boli? - odezwała się przez łzy.
- Bo kochałaś zbyt mocno... - odpowiedział Legolas. Dziewczyna odepchnęła go od siebie i zerwała z ziemi, po drodze łapiąc za rękojeść ostrza Limmaniel. Ignorując rozrywający ból podbrzusza, ruszyła ku Hirilin. W jej oczach płonęła wściekłość i żądza zemsty.
- Ty... - wysyczała przez zęby, trzymając elfkę na odległość ostrza. - Jakie masz prawo... Żeby decydować... Co jest dobre, a co złe?! - po policzkach wciąż leciały jej łzy. Błyskawica bólu przeszyła jej ciało. Dopiero teraz poczuła, że po wewnętrznej stronie uda cieknie jej krew. Klinga wyślizgnęła jej się z palców. Poczuła jak obejmują ją ramiona ukochanego.
- Kochanie... - odezwał się Legolas. - Tobie trzeba teraz Domu Uzdrowień. Jesteś ranna. - powiedział, delikatnie biorąc ją w ramiona. Katrin nie zaprotestowała. Przytuliła się do niego mocno, wciąż płacząc.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/xX2_9aSVtp8

Katrin stała u boku matki na placu boju. Po swojej lewej stronie miała Legolasa i Aragorna, za nią stał Elrond, a tuż obok Limmaniel, Idril i Lindred. Szła na nich cała armia obecnie panującego króla z nim samym na czele, z Hirilin przy sobie. Idril obnażyła ostrze.
- Rozdzielmy się. Więcej zdziałamy, pomagając w wielu miejscach. - powiedziała. Towarzysze popatrzyli po sobie.
- Biorę na siebie Hirilin. - zdecydowała Limmaniel.
- Król jest mój. - odpowiedziała Idril. - Zapłaci za to, co zrobił. - Katrin wzięła głębszy oddech, chwytając Legolasa za rękę. Elf spojrzał ku niej. ścisnął jej dłoń mocniej.
- Nie martw się. - wyszeptał. - Spotkamy się wszyscy po wygranej bitwie. - powiedział dziarsko, uśmiechając się. Katrin odpowiedziała bladym uśmiechem. Wyszarpnęła miecz z pochwy. Legolas nałożył strzałę na cięciwę łuku. Rozgorzała bitwa.
Katrin machała mieczem na prawo i lewo, cały czas jednak śledząc wzrokiem przyjaciół. Byli jej bardzo bliscy... Nie chciała ich stracić. To by było tak niesprawiedliwe...
W jej dłoni błysnął sztylet, gdy raniła elfa w czarnej zbroi w nogę. Zawył, padając na ziemię i w ostatnim odruchu drgnął, gdy jego w ciało wbiło się ostrze. Katrin chwilę wpatrywała się w jego twarz, ale zaraz wyszarpnęła miecz i odwróciła się, blokując cięcie wymierzone jej w brzuch. Chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym dziewczyna płynnie wyślizgnęła się spod broni i znalazła za jego plecami. Zanim zdążył się obronić, z jego szyi chlusnęła krew.
Wpadła miedzy dziewięciu przeciwników. Koło niej był jeszcze tylko Lindred, trochę dalej Idril. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, ostrze rozcięło jej ramię. Poczuła jak po ręce spływa jej ciepła i lepka krew. Zgrzytnęła zębami i zaatakowała, przywołując pokłady drzemiącej w sobie siły. Poruszała się lekko i płynnie, pewnie stawiając stopy na utwardzonej drodze. Posuwała się niczym w śmiercionośnym tańcu.
kolejny elf padł martwy na ziemię. Jej oczy błysnęły, przesunęła się w bok, a już zaatakowali ją jednocześnie trzej kolejni. W ułamku sekundy kopnęła pierwszego, który wpadł na drugiego. Wykonała jeszcze dwa ruchy i trzeci leżał martwy. Uchyliła się przed sztyletem, dobiła dwóch i spojrzała na Lindreda, oddychając szybko.
Wtedy cisze przerwał krótki, dźwięczny krzyk. Katrin przeszyły dreszcze - rozpoznała ten głos. Jak w transie odwróciła się i ruszyła w stronę, skąd dobiegał.

Legolas rozglądał się wokół, usiłując dostrzec małżonkę w bitewnym pyle. Uniknął cięcia sztyletem. nie chciał tego przed sobą przyznać, ale bał się.
Teraz zmuszony był się schylić, by kolejny z elfów w czerni nie zadźgał go ostrzem. Nie spodziewał się, że elf kopnie go w klatkę piersiową, posyłając tym samym kilka metrów dalej na ziemię. Legolas jęknął i uniósł głowę, mrużąc zamglone bólem oczy. Otarł nadgarstkiem krew z twarzy i ciężkim ruchem podciął przeciwnika. Z jego skroni sączyła się krew. mimo, ze było to zwyczajne otarcie, paskudnie piekło, paraliżując zdolność myślenia.
z pozycji leżącej wypuścił strzałę, która ugodziła elfa prosto w twarz. Z trudem wstał, czując przeszywający ból w całym ciele. Nałożył na cięciwę kolejną strzałę, nie pozwalając żadnemu z przeciwników podejść do niego bliżej. Wbił sztylet w pierś wroga stojącego tuż obok. Patrzył mu w oczy, gdy tamten umierał. Odwrócił głowę.
Pośród walczących ujrzał znajomą postać. Walczyła z trzema przeciwnikami. Chciał wykrzyczeć jej imię, ale ból odebrał mu mowę. Odwrócił się, a zobaczywszy elfa mierzącego w niego ostrzem, wyszarpnął zza pleców sztylet i płynnym ruchem ugodził elfa w szyję. Tamten potoczył się po ziemi bezwładnie, pozbawiony resztek życia. Legolas znów spojrzał na walczących.
widział tylko znajomą sylwetkę i obcą elfkę. Ta w bieli poruszała się o wiele wolniej, jakby nie miała siły, bądź była ciężko ranna. Elfka w czerni uniosła dłoń; nawet z tej odległości dało się zauważyć, ze trzyma długi nóż. Rozległ się odgłos przebijanego ciała. Postać oparła się na elfce, ale z jej gardła nie wydobył się najcichszy nawet dźwięk.
- Nie... - wyszeptał Legolas i puścił się biegiem w tamta stronę.

Limmaniel podcięła jednego z elfów w czarnych zbrojach, po czym zatopiła ostrze w jego piersi. Kolejny złapał ją w talii i pchnął na najbliższą ścianę. Nie zdążyła zareagować. Jęknęła, z kącika jej ust pociekła krew. Otarła ją z wściekłością i odepchnęła elfa od siebie. Natarła na niego z mieczem, przygwoździła do ziemi. Ktoś chwycił ją za nadgarstek i szarpnął nią w tył, podrywając z ziemi. Świat zawirował jej przed oczami. Ucisk na nadgarstku zniknął, a ona poleciała z powrotem na ścianę budynku, uderzając o nią plecami.
Zakaszlała cicho i podniosła się, czując, że plecy bolą ja tak potwornie iż ledwo stoi na nogach. Poderwała głowę, ignorując mdłości. Skoczyła w stronę wroga. Czyjeś ostrze rozcięło jej skórę na policzku, ale tylko potrząsnęła głową i ponowiła atak. Przeturlała się po ziemi i wbiła ostrze w ramię przeciwnika. Tamten krzyknął głośno i zamachnął się na nią, jednak sprawnie uchyliła się, odskoczyła i przeciwnik padł martwy na ziemię, pchnięty jej mieczem.
Usłyszawszy przy uchu świst grotu, odwróciła się i podjęła walkę. Wykonywała szybkie, lekkie zmyłki, unikała ciosów, tańczyła, wiła się i atakowała. Minęło kilka, może kilkanaście minut. Jej oddech stał się nieregularny, ruchy przestały być tak pospieszne i giętkie. Coraz trudniej było jej unikać cięć.
Przymknęła na sekundę oczy. Gdzieś w pyle bitewnym dostrzegła sylwetkę Idril. Odetchnęła z ulgą. A więc żyła. Ponownie zaatakowały ją dwa elfy. siekła mieczem, w drugiego cisnęła sztyletem. Zatrzymała się, oddychając ciężko. Mocno stanęła na nogach, gotowa do obrony. Z kącika jej ust ciekła krew, a mięśnie drżały od niewyobrażalnego wysiłku.
Podniosła głowę. Tuż przed nią stała Hirilin.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/MM9bi06JVV8

Limmaniel podniosła głowę, przerywając trening, gdy usłyszała głos wbiegającego na plac Lindreda.
- Widziałem zbrojnych ba skraju lasu! - zawołał. - Chyba się zaczęło. - dodał, przeczesując palcami zmierzwione włosy. Elfka przeniosła wzrok ze zdyszanego Lindreda na inne elfy.
- Prędzej czy później doszłoby do tego. - powiedziała, patrząc po innych. - Ilu? - spytała, stając tuż przed elfem.
- Co najmniej dwa tysiące zbrojnych. - odpowiedział Lindred, podążając za nią do domu Idril.
- Każdy zdolny do noszenia broni ma być przed świtem gotowy do boju. - Limmaniel poklepała go po ramieniu. - Przyślij ich do zbrojowni proszę.
Elfka asystowała przy wydawaniu broni, gdy do arsenału wpadła Katrin. Dziewczyna podbiegła do matki.
- Co próbujesz osiągnąć? - odezwała się, stając przed nią. - To nie żołnierze. Chcesz ich posłać na pewną śmierć? Spójrz na nich. Ich oczy są pełne przerażenia.
- I słusznie. - powiedział Legolas, stając za małżonką. - Trzystu przeciw dwóm tysiącom? Nie zwyciężą w tej walce. Zginą.
- Więc zginę razem z nimi! - Limmaniel podniosła głos. Katrin umilkła zaskoczona wybuchem matki.
- Nie jesteś im nic winna. - odpowiedziała wreszcie. - Nie powinnaś...
- Przestań! - przerwała jej elfka. - Przestańcie bez przerwy mi powtarzać co powinnam, a czego nie. Potrafię o sobie decydować. I jutro o świcie stanę do walki u boku Idril. - Katrin nie odpowiedziała nic. Pokręciła głową z rezygnacją i otarłszy łzy wierzchem dłoni, wybiegła ze zbrojowni. Legolas spojrzał na elfkę.
- Limmaniel... - odezwał się.
- Idź do niej. - przerwała mu elfka. - Jesteś jej teraz potrzebny.
Katrin stała na tarasie domu Idril, wodząc wzrokiem po swoi m ostrzu. Łzy płynęły jej po policzkach, ale otarła je zdecydowanie wierzchem dłoni. Szybkim ruchem wsunęła miecz do pochwy.
- Zamierzasz brać udział w walkach? - dziewczyna odwróciła się, słysząc głos Legolasa. Powoli i z wahaniem skinęła głową.
- Nie wiem czy to dobry pomysł. - dodał, stając obok niej. - Nosisz pod sercem moje dziecko. Jeśli coś ci się stanie...
- Nie robię tego dla siebie... - Katrin spojrzała mu w oczy.
- Katrin... - Legolas objął ją ramieniem, musnął dłonią policzek.
- Nie chcę musieć bać się o to, że polegniesz. że nigdy cię więcej nie zobaczę. Kocham cię, rozumiesz? Miłością wieczną, nieprzemijającą. I jeśli ty też mnie kochasz...
- Kocham, Legolas... - odpowiedziała, odwracając wzrok. Elf otarł jej łzy dłonią. Uśmiechnął się.
- Obiecaj mi po prostu uważać. - poprosił. - Wiem, że proszę o wiele, jednak... Nie chcę cię stracić. Już raz omal straciłem.
- Nie stracisz. - obiecała, obejmując go. - Nie pozwolę, by ktokolwiek nas rozdzielił. - wyszeptała, składając na jego ustach pocałunek. Elf uśmiechnął się ponownie, biorąc w dłoń kołczan ze strzałami i łuk.
- Chodź. - odezwał się, wyciągając ku niej dłoń. Dziewczyna ujęła ja z uśmiechem. Oboje skierowali się ku zbrojowni.
Limmaniel narzuciła na suknię lekką kolczugę, na nią nałożyła skórzany kubrak, przypasała miecz, dokładnie zapinając klamrę paska, a sznureczki od kubraku mocno zawiązała. Sięgnęła po klingę, chcąc włożyć ja z powrotem do pochwy, ale miecz nie było tam, gdzie go zostawiła. Odwróciła wzrok. Przed nią stała Katrin z jej mieczem w dłoni. Dziewczyna wyciągnęła ku niej ostrze. Limmaniel przyjęła je, skinąwszy głową.
- Nigdy nas nie zawiodłaś. - odezwała się Katrin. - Wybacz... Zwątpiłam... - elfka pokręciła głową.
- Nie mam ci czego wybaczać. - odpowiedziała, muskając dłonią policzek córki. Katrin odwzajemniła gest.
Idril wpatrywała się w ciemność między drzewami, trzymając dłoń na rękojeści miecza.
- Wszystkich władających mieczem posłano do zbrojowni. - odezwał się Lindred, stając za nią. Również był już gotowy do walki.
- Kim dla ciebie jestem Lindredzie? - spytała elfka.
- Jesteś moją królową, Pani. - elf pochylił głowę z szacunkiem.
- A czy ty ufasz swojej królowej?
- Twoi ludzie, Pani, pójdą za tobą. Choćby na śmierć... - Idril pokiwała głową. Lindred podał jej miecz w pochwie po który powoli wyciągnęła dłonie.
- Choćby na śmierć... - powtórzyła, wyszarpnąwszy klingę z pochwy. - Przyszedł kres panowania tyrana.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/6qTghUgMOeY

Limmaniel weszła pomiędzy dwa szeregi elfów, zgromadzonych na placu treningowym z własną klingą w dłoni. Uniosła miecz i skinęła głową na jednego z elfów. Zaatakowała, tnąc po skosie, przed czym udało mu się obronić. Cięła z góry, ale opuściła miecz, dotykając ostrzem jego piersi.Chwilę patrzyła mu w oczy, a potem zaatakowała znowu. Cofnął się zrywem, trzymając ją na odległość ostrza.
- Nigdy nie opuszczajcie miecza. - odezwała się, patrząc po zgromadzonych na placu. - Klinga wysoko. - powiedziała, unosząc miecz nad głowę. - O tak. Megil tuilindo! Uderzajcie z wysoka. - powiedziała, zadając pozorowany cios z jednej i z drugiej strony. - O tak. Spróbujcie. - każdy z elfów uniósł broń, którą dysponował. - Musicie stać pewnie. - zapalając się do roli nauczycielki, Limmaniel krążyła wokół elfów, drobiazgowo poprawiając ich pozycje. - Noga w tył. Kolano zgięte. Miecz prosto. - instruowała. - Miecz musicie trzymać mocno. Małym palcem lewej dłoni obejmijcie podstawę rękojeści. Potem pozostałymi palcami chwyćcie rękojeść. Dwa dolne palce powinny być mocno zaciśnięte. - powiedziała, zakręciwszy młynka mieczem. - To jest prawidłowy uchwyt.
- Co ona wyprawia? - odezwała się Katrin, wychodząc na zewnątrz. Powiodła wzrokiem po placu. Tuż za nią stanął Legolas.
- Ma nadzieję, że uda im się zwyciężyć w powstaniu. - odpowiedział. Katrin złożyła ręce na piersi, obserwując poczynania matki. Limmaniel przyjęła pozycję.
- Broń się. - rzuciła do swojego partnera. Szczęknęła stal. Tamten cofnął się o krok, kiedy elfka natarła na niego z mieczem. Ostrze Limmaniel o włos minęło jego pierś. Tym razem to on natarł, zmuszając elfkę do uniku, ale już po chwili poczuł jej ostrze na szyi. Limmaniel uśmiechnęła się.
- Atakuj. - poleciła i chwilę potem zbiła ostrze elfa. Po placu niósł się odgłos uderzeń klingi o klingę. Chwilę potem miecz przeciwnika wypadł mu z rąk, kiedy Limmaniel zaatakowała od dołu. Tamten uchylił się, kiedy zamachnęła się na jego głowę. Obserwująca lekcję Idril podeszłą bliżej.
- Pozwolisz? - odezwała się, wysuwając z pochwy swój miecz. Limmaniel skinęła głową, kręcąc młynka mieczem i przyjęła postawę. Idril uniosła ostrze nad głowę i zaatakowała. Obie zakręciły się w szaleńczym tańcu.
- Dobrze. - odezwała się Limmaniel, zbijając ostrze księżniczki. Idril znowu zaatakowała, okręcając się na pięcie. Limmaniel odparła atak, a Idril zamierzyła się na jej odsłoniętą szyję. Limmaniel zdążyła się uchylić, chwilę potem zablokowała cios. Znów rozległo się szczęknięcie stali. Księżniczka zaatakowała, Limmaniel odpowiedziała na atak.
- Dobrze. - pochwaliła. - Cofnij się. Świetnie. Atakuj. - Idril zrobiła, co jej kazano, a chwilę potem miecz wyleciał jej z ręki. Uniosła dłonie gdy Limmaniel trzymała ją na długość ostrza. Elfka skinęła głową z uznaniem, opuszczając klingę.
- Każdy zna swoje stanowisko! - zawołała. - Znajdźcie sobie partnerów do walki! Nie bójcie się miecza.

- I jak było? Na jakim poziomie walczą? - spytała Katrin, doganiając matkę, gdy ta skierowała się ku domowi Idril po całodziennym treningu.
- Zadowalającym. Przynajmniej nie pozabijają się nawzajem. - stwierdziła z uśmiechem Limmaniel. Katrin parsknęła i chwilę potem obie śmiały się w najlepsze.
- Chciałam ci coś dać. - dziewczyna podała matce oprawioną w skórę księgę. Limmaniel powoli musnęła palcami okładkę. Katrin przygryzła wargę, ale zaraz uśmiechnęła się. - Idril wzięła ją razem z bronią i resztą naszych rzeczy. Pomyślałam, że... Kiedy to się już skończy... No wiesz... Że może dokończysz pracę ze smokami. - elfka wzięła od niej książkę.
- Nie sądzę bym zdołała. - powiedziała. - Niemniej dziękuję. - dodała. Upiła łyk wody z manierki i dopiero wtedy dostrzegła młodego elfa, stojącego samotnie na placu treningowym z mieczem w dłoni, wodzącego palcem po ostrzu. Podeszła do niego, nie patrząc więcej na córkę.
- Daj mi swój miecz. - odezwała się, stając tuż przed nim. Tamten posłusznie podał jej klingę. - Jak ci na imię?
- Meldred, Pani. - odpowiedział posłusznie. Otworzył usta, z wahaniem wypowiadając kolejne słowa. - Mówią, że nie przetrwamy bitwy. Że nie ma nadziei na odzyskanie dziedzictwa. - Limmaniel patrzyła na niego bez słowa. Mocno chwyciła za rękojeść jego miecza. Zakręciła nim młynka, sprawdzając jak leży jej w dłoni, po czym zadała kilka cięć.
- To dobry miecz Meldredzie. - powiedziała, oddając mu ostrze. Pochyliła się, patrząc mu w oczy i poklepała go po ramieniu. - Zawsze jest nadzieja.
 

 
Katrin mocniej ścisnęła pasek torby i przeniosła wzrok z twarzy Legolasa na migoczącą zachęcająco niebieskim blaskiem dziurę w czasoprzestrzeni, tuż na skraju Mrocznej Puszczy.
- Chyba... Na mnie już czas. - odezwała się.
- Kiedy wrócisz? - spytał Legolas, próbując zajrzeć jej w oczy.
- Ja... Ja już nie wrócę... - odpowiedziała Katrin smutno.
- A więc to... Pożegnanie? - dziewczyna odwróciła wzrok.
- Obawiam się, że tak. - powiedziała. Wzięła głęboki wdech, wyciągając dłoń do ukochanego. - Do widzenia, Legolasie. - elf powoli ujął jej dłoń, a uścisnąwszy ją, pociągnął dziewczynę do siebie. Wylądowała w jego ramionach. Czuła jak mocno ją obejmuje. Objęła go również, przytulając policzek do materiału płaszcza, zaczynając bezgłośnie szlochać. Zacisnęła powieki, nie chcąc pozwolić łzom wypłynąć. Legolas westchnął cicho, wplatając palce w jej włosy. Chwilę jeszcze trwali w uścisku, aż wreszcie Legolas odsunął ją od siebie delikatnie, musnąwszy palcami jej policzek. Katrin zajrzała mu w oczy, kładąc dłoń na jego ramieniu. Powoli musnęła jego wargi ustami, a kiedy odwzajemnił pocałunek, zrobiła to znowu. Zaszlochała cicho. Wraz z nim w Śródziemiu zostawała część jej serca i duszy.
- Zawsze będę cię kochać. - powiedziała przez łzy. - Chcę, byś o tym pamiętał. - Legolas powoli skinął głową. - Muszę już iść. - dodała przez ściśnięte gardło, ocierając łzy wierzchem dłoni. Patrzył za nią, gdy szła w stronę niebieskiego zjawiska, gdy odwracała się, by ostatni raz na niego spojrzeć, wreszcie gdy znikała w rozbłysku jasnego światła. Jeszcze chwilę stał tam, wpatrując się w miejsce, gdzie zniknęła, aż wreszcie odwrócił się, kierując się do pałacu.
 

 
Jeszcze wczoraj cieszyłam się, że zaczynają się wakacje, że jest lato i że w końcu można cieszyć się upragnioną wolnością z dala od obowiązków szkolnych. No... Dzisiaj to już wygląda odrobinkę inaczej... Ostatnie pakowanie, sprzątanie pokoju, bo jutro trzeba oddać klucze i dopiero teraz przy ostatnim dopychaniu walizek i zdejmowaniu plakatów ze ścian czuje się, że to znowu koniec, że kolejny rok przeleciał nie wiadomo kiedy i że w przyszłym spotykamy się znowu jako maturzystki. Bo widmo matury też nad człowiekiem wisi. Cóż... Na pewno był to rok, który będę wspominać ciepło, ale z dozą żalu również, bo przecież te szczęśliwe chwile nigdy już nie wrócą. Będą żyły zawsze we wspomnieniach, ale... To nie to samo. Czy tak właśnie czuł się Bilbo wracając z wyprawy do domu? Bo jeśli tak, to mogłabym go teraz mocno przytulić i powiedzieć "Wiem, jak to jest"... Mimo wszystko po raz kolejny jestem z siebie naprawdę dumna. Wiem, że to był ciężki rok, ale znów dałam z siebie wszystko, dzięki czemu jutro mogę odebrać świadectwo ze świadomością, że znowu się udało. Że byłam dzielna...

Jeśli chodzi o plany na wakacje, to w tym roku znikam wam z oczu już na początku lipca, bo z daleka wzywa mnie przygoda (i Jack Sparrow), a pierwsze dwa tygodnie lata będę się bawić w piratów nad morzem. Będzie fajnie. Potem się zobaczy... Może wypali koncert Eda Sheerana. Trochę za późno się z kumpelą zebrałyśmy, ale na szczęście znalazło się ogłoszenie kobiety, która ma do odsprzedania akurat dwa bilety (przeznaczenie, ja wam to mówię) i trzeba powziąć kroki zanim się znajdzie inny chętny (właśnie, przydałoby się zarezerwować bilety na Comic Con). Właściwie najpierw wypadałoby jeszcze przeliczyć fundusze, ale dla tego koncertu wszystko zrobię, nawet nerkę mogę sprzedać. Taka okazja się więcej nie powtórzy.

Tymczasem was zostawiam z wczorajszym rozdziałem "Historii naturalnej smoków", który jest poniżej i fragmentem w tematyce wiadomej powyżej, a sama lecę pakować ostatnie drobiazgi.
  • awatar Kate - Writes: @SugarFirefly: Nie, internet w komórce obowiązkowo, ale kiedy jeszcze go nie miałam tego typu wyjazdy zawsze były swego rodzaju odpoczynkiem od wygód elektronicznych i tak mi zostało (inna sprawa, że na takich wyjazdach nie ma czasu, żeby klepać jakiś dłuższy tekst :P).
  • awatar SugarFirefly: A czemu zostawiasz blog na wakacje? Nie masz netu w komórce? (wiem, że nawet najmniejszy laptop zawadza, ale net w komórce to ja osobiście muszę mieć zawsze :P)
  • awatar ms moth: @Kate - Writes: tak :D A gdybyś mi odpisała, że nie piszesz z polskiego to bym Cię opieprzyła, bo szkoda takiego talentu marnować :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/6qTghUgMOeY

Limmaniel powoli podniosła się z łóżka. Poza rosnącym rozdrażnieniem nic jej już nie dolegało. Zsunęła z siebie koszulę nocną i sięgnęła po przygotowaną - zapewne przez Idril - czystą suknię. Stopy wsunęła w miękkie, skórkowe buty, włosy przeczesała palcami i szybkim krokiem wyszła z komnaty.
Katrin podniosła wzrok znad prostego haftu, kiedy Limmaniel weszła do pomieszczenia, służącego im za jadalnię, ale też miejsce rozmów. Legolas, obejmujący ją ramieniem, również podniósł głowę. Idril i Aragorn, pochylający się nad stertą map i planów również spojrzeli ku elfce.
- Widzę, że czujesz się już lepiej. - Idril uśmiechnęła się serdecznie.
- Owszem. - Limmaniel odwzajemniła uśmiech. - Chciałabym wiedzieć ilu spośród was jest zdolnych do walki, do obrony. - odezwała się, podchodząc bliżej. Idril nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy Aragorn wszedł między nie.
- Nie odpoczęłaś jeszcze wystarczająco, by brać czynny udział w powstaniu. - powiedział. - Powinnaś...
- Ja o tym zdecyduję. - przerwała mu Limmaniel, po czym przeniosła wzrok na elfkę. - Idril? - tamta skinęła głową.
- Chodź ze mną. - powiedziała.
Idril poprowadziła Limmaniel na niewielki plac, gdzie elfowie ćwiczący się w walce, starali się poprawić swoją technikę.
- Na treningach ćwiczymy nasze najsłabsze strony. - wyjaśniła Idril, oglądając się na towarzyszkę. - Limmaniel... Jestem dziedziczką tronu Doriathu... A teraz nie wiem jak mam postępować. Spójrz na nich. Ich odwaga wisi na włosku. Skoro czeka nas koniec, chcę go uczynić pamiętnym dla wszystkich.
- Pomogę na tyle, na ile zdołam. - Limmaniel położyła jej dłoń na ramieniu. - Trzeba nam czasu.
- Nie mamy czasu. - Idril pokręciła głową przecząco.
- Jeśli zajdzie konieczność obrony... To w tobie będą musieli znaleźć oparcie. Będą walczyć przy twoim boku, bo nie zechcą cię opuścić. Bo cię kochają. - Idril przez chwilę wpatrywała się w starszą i - nie dawało się ukryć - bardziej doświadczoną elfkę. Wreszcie skinęła głową.
- Dziękuję. - odpowiedziała cicho.

Limmaniel szła przez plac treningowy, przyglądając się walczącym elfom, ale nie widziała w nich wielkich szans na wygranie powstania. Ich ruchy był chaotyczne, często instynktowne, choć oczywiście naturalne instynkty również były ważne. Elfka obserwowała kolejne potyczki.
"Powinni to ćwiczyć. Inaczej nie mają szans w otwartej bitwie." pomyślała. Po kilku minutach zirytowana wkroczyła między walczących i rozdzieliła ich jednym ruchem dłoni. Elfowie spojrzeli na nią ze zdumieniem, ale milczeli czekając na wyjaśnienie.
- Walczyliście już kiedyś? - spytała, przyglądając się każdemu z osobna. - Czemu nie widzę tu żadnego stylu? Boicie się? A może najzwyczajniej nie umiecie się bić? - wsparła się pod boki, czekając na odpowiedź. Zapadłą głucha cisza. - Boicie się odezwać?
- Nie. - odpowiedział jeden z elfów. - Pierwszy raz mam miecz w ręce. Przyszedł rozkaz, ze wszyscy zdolni do walki mają brać udział w treningach. Popieram zresztą idee powstańcze, ale nie mogę walczyć, nie znając podstaw. - Limmaniel zamilkła na chwilę. W Śródziemiu nawet najmłodsze elfie dzieci był uczone łucznictwa i fechtunku. Czyżby tutaj było inaczej? Potrząsnęła głową.
- No to trzeba was przeszkolić. - stwierdziła, biorąc od stojącego najbliżej elfa miecz. - Stań ze mną do pojedynku. Nic skomplikowanego. Pokażę ci tylko prostą zastawę i cios. - powiedziała, widząc zdumienie, a może nawet przerażenie malujące się na twarzy młodego elfa. - Postawa. - rzuciła, stając w pełnej gotowości do walki. - Podnieś miecz. - Limmaniel wysunęła prawą nogę do przodu. - Nigdy nie opuszczaj gardy poniżej gardła przeciwnika. - elf skinął głową, naśladując jej ruchy. Limmaniel zaatakowała, podczas gdy tamten próbował nieporadnie się obronić. Uderzyła długą, wyciągniętą primą, mierząc w szyję. Zdążył się zasłonić, ale ona już cięła z wypadu, przez pierś i brzuch. Niemal od razu odskoczyła, zawirowała, uchodząc przed jego ciosem, kopnęła w odsłoniętą pierś. Elf jęknął, uderzając potylicą o drzewo, miecz wysunął mu się z dłoni. Limmaniel przyłożyła mu ostrze do szyi i zamachnęła się. Elf osłonił się dłonią, a kiedy nie spadł na niego cios, powoli otworzył oczy. Limmaniel podała mu rękę i pomogła wstać. W międzyczasie wokół nich zgromadziła się liczna widownia. Elfka powiodła wzrokiem po zebranych.
- Widzimy się tu jutro z samego rana! - zawołała. - Na treningu. - dodała, odchodząc w stronę domu Idril. Czuła na sobie spojrzenia odprowadzających ją wzrokiem elfów.
 

 
W okropnej mgle, przez którą włosy Kate wystające spod czapki natychmiast stały się wilgotne, wyruszyli na spotkanie z górską przygodą. Dolina Kościeliska z początku wydawała się Kate jakąś kolosalną pomyłką. Szli i szli, a ona nie mogła dostrzec niczego interesującego, nie mówiąc o tych malowniczych skałkach, które poprzedniego dnia podziwiała na zdjęciach w przewodniku.
Stopniowo jednak mgła zaczęła się podnosić, a ściany doliny zbliżać do siebie, w wyniku czego nagle odkryła, że znajdują się w czymś w rodzaju wąwozu, którego dnem płynie huczący potok. Po obu stronach rosły majestatyczne świerki, a nad jej głową co jakiś czas, spod gęstej jak śmietana mgły, wyzierały skały.
”A więc one tu rzeczywiście są” powiedziała sobie w duchu. Tak jak mówił Mateusz, góry tam były, stały nad nimi niewzruszone, potężne i pradawne, a jej wydawało się, że zniknęły jedynie dlatego, że coś je zasłoniło. Zamyślona nad własną małością, nie wiedzieć czemu wzruszona i już po uszy zakochana w tym miejscu doszła do polany, na której ustawiono ławki i stoły dla turystów. Mgła (a może była to wyjątkowo nisko pełzająco chmura?) podniosła się uprzejmie nieco wyżej, doprowadzając ją do zachwytu nad widokiem poszarpanych turni.
Mateusz zarządził przerwę na drugie śniadaniowe. Kate z apetytem pochłonęła dwie bułki z salami, pół litra wody oraz dwa oscypki. Na wszelki wypadek napełniła potem pustą butelkę lodowatą wodą z potoku, który w tym miejscu rozlewał się dość szeroko, co pozwoliło jej nabrać życiodajnej cieczy bez włażenia do wody po kolana.
- Słuchaj... - odezwał się Mateusz, rozkładając mapę. - Chciałbym zaliczyć dzisiaj jeden z trudniejszych szlaków, więc jeśli nie boisz się iść sama to możemy się rozdzielić. Musisz tylko cały czas iść zielonym szlakiem i spotkamy się na Ornaku, co ty na to? Dasz radę?
- Pewnie. - odpowiedziała mu Kate. - Szlak zielony.
- Zielony. - potwierdził Mateusz. - Ja pójdę czarnym. Możliwe, że będziesz tam musiała na mnie poczekać, ale spokojnie, kiedyś dotrę. - Kate parsknęła śmiechem.
- Dam radę. - powiedziała, wstając z miejsca. - Do zobaczenia na miejscu. - rzuciła jeszcze przez ramię i ruszyła dalej, coraz bardziej zakochana. Wkrótce dotarła do schroniska, gdzie powitał ją zapach zupy, której nie potrafiła zidentyfikować, ponieważ pachniała jak połączenie krupniku z pieczarkową. Postanowiła jednak nie wchodzić, bo bała się, że nie będzie potrafiła zmusić się do podjęcia wędrówki i nigdy nie wdrapie się na ten nieszczęsny Ornak. Ruszyła pod górę, zauważając, że na tej wysokości zaczyna pojawiać się śnieg i wdychając coraz bardziej lodowate powietrze.
Nie miała pojęcia, kto mierzył te wszystkie szlaki i obliczał czas. Najwyraźniej była to jednak osoba, która urodziła się na siłowi, a zamiast mleka matki piła napoje izotoniczne. Ilekroć na drogowskazach było napisane, że dotrze gdzieś w godzinę, jej zajmowało to dwa razy tyle. I wcale nie szła jakoś bardzo wolno. Po prostu co jakiś czas musiała się zatrzymywać, żeby złapać oddech. Mimo to szła dalej, czując, że robi się coraz zimniej.
Kiedy dotarła na Iwaniacką Przełęcz, znalazła się w jeszcze gęstszej chmurze. ”One tu są, te góry” przypomniała sobie. Skoro była na przełęczy, to zapewne po obu stronach miała przepiękne górskie szczyty. To, że ich nie widziała, nie sprawiało, że były mniej piękne. Zjadła ostatniego zabranego ze sobą oscypka, wypiła resztę wody, uśmiechnęła się do mijających ją właśnie turystów, którzy powiedzieli jej ”cześć”, po czym ruszyła dalej. Nawet nie zauważyła, że nie musi się już zatrzymywać co kilka kroków na uspokojenie oddechu. Najwyraźniej złapała rytm, odnalazła właściwe tempo. Po chwili zorientowała się jednak, że marznie. I właśnie uczucie zimna przyćmiło satysfakcję z wylezienia na sam szczyt.
 

 
Zdjęcie bez powodu, bo zwyczajnie bardzo je lubię. Zwłaszcza, że znowu sięgnęłam po tę książkę (z każdym kolejnym razem zakochuję się bardziej), a w moim serduszku zajmuje ona dość znaczące miejsce. Była to pierwsza książka stricte o elfach, która wpadła mi w ręce, ja do dzisiaj pamiętam ten zachwyt podczas gdy czytałam ją pierwszy raz, no i w sumie to można powiedzieć, że to dzięki niej "Siedemnaście lat po Śródziemiu". To Katrin Lankers mnie natchnęła, pchnęła do napisania pierwszych rozdziałów i sprawiła, że ten świat wciąż we mnie żyje (bo u boku mojego księcia trwam niezmiennie).

W piątek oficjalnie zaczynają się wakacje i o ile rok temu zastanawiałam się, czy mam się śmiać, czy płakać, teraz czuję po prostu ulgę i żyję w oczekiwaniu na tę upragnioną wolność. Druga klasa to był ciężki rok (a podobno w przyszłym ma być jeszcze gorzej), ale spędzony nadzwyczaj intensywnie (drugą liceum kończę ze średnią 5,08). Już niedługo znowu będę mogła całe dnie spędzać w Śródziemiu, przy ukochanym, a z drugiej strony na wzburzonych morzach i oceanach, bo jeśli chodzi o plan wydawniczy to wszystko zgodnie z grafikiem i (mam nadzieję) z początkiem lipca wracamy do Jacka Sparrow'a. "Historia naturalna smoków" powoli zmierza ku końcowi, za chwilę będzie ta fajna bitwa, o której na okrągło mówię, a potem to już zostaje uśmiercić któregoś z lepszych bohaterów i pisać zakończenie... Bez śmierci się nie obejdzie, przykro mi.

Oprócz tego to nie wiem czy wiecie, ale w październiku na Comic Con'ie w Warszawie będzie John Rhys Davies (czyli filmowy Gimli) i ja ostatnio nie robię nic innego jak tylko wchodzę na stronę z rezerwacją biletów, żeby sprawdzić czy mi wszystkich nie wykupili. Tak strasznie chciałabym pojechać po autograf i zdjęcie. Już sobie to wzięłam na cel, żeby uczynić z tego wydarzenia początek spełniania marzeń (a przy okazji wydać mnóstwo forsy na bilety), a jak wyjdzie zobaczymy. W ogóle to moim niedoścignionym marzeniem (które raczej nie ma racji bytu) to wizyta Orlanda w Polsce, ja bym wtedy rzuciła wszystko, pieniądze wygrzebała choćby spod ziemi i jechałabym w te pędy. Może się kiedyś okazja nadarzy, kto wie... Świat przecież stoi otworem (tylko te przebrzydłe języki obce mi zawadzają)...

Edit; Nie ma, że zobaczymy! Ja muszę tam być i koniec! Pojadę, choćby się paliło, choćby żabami rzucało, ja tam pojadę!
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/O85g-7zjukU

Limmaniel otworzyła oczy, czując wciskające się pod powieki promienie słońca. Zamrugała, osłaniając twarz przed jasnym światłem i dopiero wtedy rozejrzała się po pomieszczeniu. Uniosła się na łokciach do pozycji półsiedzącej. Ktoś musiał ją obmyć z krwi i przebrać w czystą koszulę nocną. Biała pościel również była świeża i czysta. Elfka wzięła głębszy wdech, przykładając dwa palce do tętnicy szyjnej. Musiała mieć ogromne szczęście, skoro jeszcze żyła.
- Mae govennen... (Dzień dobry...) Limmaniel. - odezwała się jasnowłosa elfka, wchodząc do pokoju.
- Idril... - wyszeptała Limmaniel. - Gdzie ja jestem? Co się ze mną działo? - Idril stanęła przy jej łóżku.
- Jesteś w Domu Uzdrowień. - odpowiedziała. - Cztery dni leżałaś bez czucia... - elfka przerwała, kiedy do komnaty wpadł Elrond, a zaraz za nim Katrin z Legolasem.
- Limmaniel... - Elrond usiadł na skraju łóżka, ścisnąwszy elfkę za rękę. Limmaniel delikatnie odwzajemniła uścisk.
- Aż tyle? - spytała, przenosząc wzrok na Idril.
- Tak długo byłaś męczona, że wszyscy myśleliśmy, że umrzesz z wycieńczenia. Kiedy cię tu przyniosłem... - Elrond przerwał. - Strasznie wymiotowałaś. Głównie krwią.
- Och... - Limmaniel zamrugała. - Prawie nic z tego nie pamiętam.
- Nieważne. - ucięła Katrin, przysiadając na skraju łóżka. - Cała jesteś, to się liczy. - elfka uśmiechnęła się.
- A jak maleństwo? - spytała. Dziewczyna dotknęła brzucha.
- Wszystko z nim w porządku. - odpowiedziała. Limmaniel zamknęła oczy, muskając dłonią skroń. skrzywiła się w grymasie bólu.
- Limmaniel jest jeszcze słaba. - odezwała się Idril. - Pozwólmy jej jeszcze odpocząć. Później nie będzie nas stać na taki luksus. - Katrin skinęła głową. Elfka miała rację.

- Katrin... - Idril musnęła dłonią ramię dziewczyny. - Chodźcie ze mną. - poprosiła, patrząc również na Legolasa.
Chwilę potem Katrin wysunęła z pochwy swoją klingę.
- Myślałam, że już jej nie zobaczę... - odezwała się.
- Skąd je wzięłaś? - spytał Legolas, ważąc w dłoni swój łuk.
- Zabraliśmy je wkrótce po tym, jak was pojmano. - odpowiedziała Idril. - Od samego początku planowaliśmy wasze uwolnienie. Kiedy tylko Cairenn przyniosła wieści... Jeśli dojdzie do bitwy, będziecie ich potrzebować. - elfka uśmiechnęła się smutno. Katrin odłożyła miecz na stół, sięgając po klingę oprawioną w skórę. Idril obserwowała jej ruchy, gdy gładziła palcami okładkę i przerzucała strony.
- Nie mogłam jej zostawić. - odezwała się znów Idril. - To zbyt cenne informacje. I kawał dobrej roboty. - uśmiechnęła się. - Możesz przekazać matce moje wyrazy uznania.
- Oczywiście, przekażę. - odpowiedziała Katrin, odprowadzając wzrokiem Idril, wychodzącą z komnaty. Legolas spojrzał na nią, odkładając łuk na stół.
- Możemy porozmawiać? - spytał. - W jakimś... Innym miejscu? Tylko we dwoje? - Katrin pokiwała głową. Elf delikatnie musnął dłonią jej palce, a ona wzięła go za rękę. Wyszli z komnaty, kierując się na niewielki taras na tyłach domu.
- Mam wrażenie, że się ode mnie oddalasz. - odezwał się Legolas. - Że coś się zmieniło.
- Już dawno nie spędzaliśmy czasu tak jak kiedyś. - odpowiedziała ze smutkiem dziewczyna. - Masz rację, to moja wina. Zaniedbałam ciebie, nasze uczucie, nawet nasze... małżeństwo. A te ostatnie wydarzenia... - Katrin spuściła głowę, zaczynając płakać. Legolas patrzył na nią, a w końcu podszedł, ujmując jej dłoń.
- Nie mów o winie. - powiedział. - Bo to nie jest niczyja wina.
- Nie powinnam tak bardzo nalegać na ten wyjazd. - po policzkach Katrin spłynęły łzy. - I chyba... wolałabym, żeby było jak dawniej... Jak... Jak w ten dzień, kiedy pierwszy raz mnie pocałowałeś. - Legolas objął małżonkę ramieniem.
- Jak wtedy, gdy powiedziałem ci, że cię kocham... - dodał. Katrin zaszlochała, obejmując go za szyję. - Obiecałem ci, że nigdy cię nie zostawię. Że zawsze będę przy tobie.
- Mellin? (Zawsze?) - powtórzyła, patrząc mu prosto w oczy.
- Le mellin. (Na zawsze.) - odpowiedział, odwzajemniając spojrzenie. Powoli, jakby pytając o zgodę, musnął wargami jej usta. Odwzajemniła pocałunek, dotykając dłonią jego policzka.
- Katrin... - usłyszała koło swojego ucha pełen napięcia, ale też pełen szczęścia szept.
- Legolas... - odszepnęła. Pragnęła, aby wiedział, że ona czuje i myśli tak samo.- Wolałabym chyba nie wiedzieć kim jestem... Ani od kogo się wywodzę. Widzieć w sobie tamtą śmiertelniczkę, niegodną miłości księcia elfów. To ona cie pokochała. Ty pokochałeś ją. - Legolas uśmiechnął się, ocierając jej łzy.
- To w tobie się zakochałem. - powiedział. - I nawet jeśli się zmieniasz... To ja również zmieniam się dzięki tobie.
 

 
Dzisiejsze fragmenty zdecydowanie zainspirowane piosenkami Ery, ich wspaniałą kompozycją i klimatem, aurą oraz rzeczywistością średniowiecznych dworów królewskich.

Młodziutka, bo zaledwie dwudziestoparoletnia królowa stała przed poddanymi, w jedną dłoń ująwszy berło, w drugą jabłko. Srebrny diadem połyskiwał na głowie, kiedy patrzyła na oblicza swych ludzi.
- Przysięgam w obliczu Boga całemu Narodowi Mojemu, iż powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładności Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Gotowa jestem oddać życie za świętą sprawę Zjednoczenia i Niepodległości, bronić sztandaru narodowego i honoru oręża do ostatniej kropli krwi, oraz dbać o dobro powierzonych mi rycerzy. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna Jego. - głos nie zadrżał ani razu przy składaniu przysięgi. Zarówno jabłko jak i berło odłożyła na ich miejsce na bogato zdobionej poduszce. Kapłan podał jej klingę w pochwie, którą wzięła w obie dłonie, a skłoniwszy głowę, obnażyła ostrze i z nim w ręku uklękła, kiedy dokonywała się istota koronacji.
Ludzie przyglądali się temu w napięciu i zupełnej ciszy. Od tej chwili była ich królową, ich Panią, ich przewodniczką i matką narodu. Nie było odwrotu. W głębi sali stał mężczyzna. Surowe rysy twarzy i kwadratową szczękę podkreślał dodatkowo delikatny zarost i krótko przycięte włosy. Pogładził ukrytą w wydrążonej lasce szablę.
- Non ci si abitua. - wyszeptał do siebie. - Wkróce utracisz to, co dla ciebie ważne. - dodał, kładąc dłoń na rękojeści szabli.
 

 
Kate zeszła do kuchni ziewając i wciąż w piżamie, bo Mateusz zarządził pobudkę o jakże nieludzkiej godzinie piątej. On sam stał już przy kuchence i uśmiechnął się do dziewczyny gdy weszła. Miał na sobie fantastyczny szary sweter z golfem i jasne dżinsy. ”Skąd się biorą tacy faceci?” przemknęło przez głowę Kate, kiedy siadała przy stole.
- No... - odezwał się chłopak. - Pogoda nie najpiękniejsza, ale przynajmniej nie pada.
- Tyle, że gór wcale nie widać. - odparła wymijająco dziewczyna, zabierając się za podsuniętą jej pod nos owsiankę.
- To nic. One tu są, to najważniejsze. Zawsze będą. - kiedy to mówił, w jego głosie zabrzmiała jakaś tkliwość. Zupełnie jakby góry były żywymi istotami i jakby on je kochał. Tak jak kocha się starych przyjaciół.
- Gdzie się dzisiaj wybieramy? - zapytała Kate.
- Jeszcze nie wiem. - Mateusz wykonał szeroki, nieokreślony gest, jakby chciał ogarnąć nim wszystko dookoła.
- No a... Co mi polecisz na początek górskich przygód? Tylko pamiętaj, żadnych przepaści.
- Jeśli nie byłaś jeszcze w Kościeliskiej, to może zacznijmy od niej. Przespacerujesz się po Ornaku, powdychasz tatrzańskie powietrze. Musisz się zaaklimatyzować. A co do przepaści, o tej porze z reguły nie wchodzi się na wyższe szlaki. Jak leży śnieg, to nie należy pchać się powyżej granicy lasu. To znaczy oficjalnie zakazu nie ma, ale u początkującego turysty byłby to objaw...
- Głupoty?
- Tak, bezdennej głupoty. - zgodził się Mateusz. - Albo brawury, co na jedno wychodzi. No nic, jedz, ubieraj się i wychodzimy.
 

 

Królowa siedziała przy stole, maczając pióro w atramencie. Już miała nakreślić na pięciolinii kolejne nuty, kiedy usłyszała dźwięk dochodzący od drzwi i obejrzała się. Kropla atramentu spadła na papier, niszcząc zapisane tam nuty. Obrzuciła spojrzeniem wyrządzone szkody i westchnęła cicho, ale zaraz znowu zwróciła wzrok ku drzwiom. Ktoś tam stał, wyraźnie widać było cień, rysujący się na podłodze. Czym prędzej odłożyła pióro, bezgłośnie wstając od biurka i znieruchomiała przy półce z książkami, gdy drwi otworzyły się i do środka wszedł postawny mężczyzna. Krótko przycięte włosy tylko pogłębiały jego przerażający wyraz twarzy. W dłoni dzierżył laskę, jego ciemny płaszcz zafalował w rytm kroków.
- Divano... - odezwał się. - Dateli a me...
- Questo non è tuo. - odpowiedziała, starając się nie zdradzać oznak rosnącego przerażenia. - Nie jest twój. - dodała, odwracając się ku niemu. Płaszcz otulił jej nogi łagodną falą ciemnego materiału. Diadem na czole błysnął srebrzyście. Uniósł głowę
- Non... Non, non lo è... - odpowiedział. - Ma sarà così. - wysunął wąską szablę z pustej w środku laski i zapatrzył w klingę, połyskującą w świetle świec. - E esso to presto. - kobieta wyciągnęła zza pleców dłonie dzierżące miecz.
- Nie oddam ci tronu, ani poddanych. - odpowiedziała, patrząc na niego wrogo. - Nigdy! - wrzasnęła. Jej głos poniósł się echem po komnatach. Ręce drżały, nienawykłe do posługiwania się mieczem, kiedy dzierżyła w nich klingę. Zdołała odeprzeć kilka cieć szabli, lecz wkrótce ostrze przebiło jej pierś. Krew rozlała się po podłodze szkarłatną kałużą, a ona padła na kolana.
- Stupido... - odezwał się mężczyzna, zrywając jej z głowy diadem. Potem wyszedł z komnaty, nie zaszczyciwszy jej ani jednym spojrzeniem więcej. Wyciągnęła ku niemu dłoń, padając na marmurowa posadzkę, ale wkrótce znieruchomiała całkowicie.
 

 
Irena zajrzała do pokoju na poddaszu, a widząc drobną czarnowłosą istotkę skuloną na łóżku w pozycji embrionalnej, zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok córki.
- Hej... - odezwała się, kładąc jej dłoń na plecach. Kate poruszyła się przez sen, a chwilę potem otworzyła oczy, spoglądając wprost na nauczycielkę. - Spałaś? - dziewczyna skinęła głową.
- Chciałam pobyć chwilę sama. - odpowiedziała słabo Kate.
- Jeśli Poula znowu ci dogaduje, to chciałabym o tym wiedzieć. Chociaż z zeznań świadków porannej sytuacji wiem, że całkiem nieźle sobie z nią poradziłaś. Marzena wszystko mi zrelacjonowała.
- Nie, to nie chodzi o Poulę. - dziewczyna oparła się o ścianę, podciągając kolana pod brodę. - Radzę sobie. Staram się...
- Dlaczego mam wrażenie, że o czymś mi nie mówisz? - Irena spojrzała na nią podejrzliwie.
- To ja powinnam o to zapytać. - odpowiedziała Kate. - Słyszałam twoją rozmowę z ciocią Renatą.
- Słyszałaś... - nauczycielka odwróciła wzrok. Kate wpatrywała się w nią z oczekiwaniem, dopóki po policzkach znowu nie popłynęły jej łzy. Irena przeniosła spojrzenie z powrotem na nią, słysząc szloch i objęła córkę ramieniem. - Wszystko będzie dobrze. - wyszeptała.
- Dlaczego... Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś chora? - spytała dziewczyna, pomiędzy napadami szlochu.
- Nie jestem chora. - uśmiechnęła się Irena. - W każdym razie nie jakoś poważnie. Nic mi nie jest, hej... - nauczycielka pogładziła kojąco po plecach płaczącą coraz bardziej Kate. - Od czasu do czasu po prostu gorzej się czuję, ale nie jest to coś, czym trzeba by się było przejmować.
- Ja już raz straciłam mamę. - zaszlochała dziewczyna.
- Wiem. I nie pozwolę, żebyś straciła ją po raz drugi. - Kate podniosła wzrok na mamę i po chwili wahania mocno się do niej przytuliła. - Przepraszam, jeśli cię wystraszyłam. Jestem już umówiona na wizytę po świętach. Zrobimy gruntowne badania i jestem pewna, że wszystko w nich będzie w porządku. Mateusz pytał, czy pójdziesz z nim jutro na szlak. - Kate skinęła głową.
- Pójdę. - odpowiedziała. Jeszcze długo tak siedziały wtulone w siebie nawzajem, korzystając z chwili, w której mogły być tylko we dwie. Żadna z nich nie była samotna. Ale jednocześnie obie czuły, że mają tylko siebie nawzajem. I że nie są w stanie bez siebie żyć.
 

 
Za chwilę lato, a ja piszę świąteczną recenzję (wiec świat właśnie stanął na głowie), ale jest to jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach.

Przekrój przez wiele typów postaci, z których każda ma charakterystyczne wady i zalety to ogromny plus tej powieści. Jest tutaj typowa wtrącająca się teściowa, młoda mamusia zapatrzona w podręczniki o wychowaniu dziecka, nałogowy sknera, perfekcyjna pani domu, samotna zapracowana matka. Prawdziwy miszmasz charakterów. Ich wzajemne relacje są momentami emocjonujące i wywołują salwy śmiechu a czasem śmiech przez łzy...

To, co bardzo mi się spodobało w tej świątecznej historii, to spójność. Poszczególne wątki, nawet najdrobniejsze, idealnie wplatały się w całość tworząc barwną i oryginalną kompozycję. Połączenie różnorodnych bohaterów i ich perypetii, okraszone ogromną dawką humoru a także sporą ilością ciepła i wzruszeń, to idealna mieszanka, która doskonale wpasowała się w moje potrzeby. Przy tej książce poczułam, co jest tak naprawdę ważne w czasie Świąt i nie tylko.

Zaczynając czytać nastawiałam się na lekturę lekką, odprężającą. I taka też w istocie była, ale poza tym to książka, która traktuje o ważnych problemach oraz zawiera wiele cennych wartości. Autorka przypomina nam czym jest pielęgnacja tradycji, zwykła ludzka życzliwość oraz to jak ważna jest rodzina i to, by nikt w tym szczególnym czasie w roku nikt nie był sam. Lektura uświadamia nam, ilu ludzi wokół nas jest samotnych, potrzebujących zwykłych kilku słów zagadania. Czasem wystarczy jeden mały gest życzliwości, by sprawić, że ta osoba poczuje się ważna i zauważona. A wszystko to podaje z humorem, w ciepły sposób. Jestem zachwycona zawartym w książce świątecznym klimatem oraz tym, jak pisarka go podała.

"Cztery płatki śniegu" to moja pierwsza przygoda z twórczością Szarańskiej, ale już wiem, że nie ostatnia. Bardzo spodobał mi się jej styl, humor i wartka akcja. Ta niebanalna,ciepła i radosna powieść idealnie sprawdzi się jako lektura w okolicach Bożego Narodzenia i zimy, ale nie tylko. To opowieść o tym, jak obcy ludzie mogą stać się sobie bliscy, a każda skomplikowana sytuacja ma proste rozwiązanie.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/iwJ0Jdp0tLo

Limmaniel podniosła głowę, słysząc zgrzyt klucza w zamku i krata w drzwiach celi otworzyła się. Elka odgarnęła włosy z twarzy i z zaskoczeniem zrozumiała, że stoi przed nią członkini straży patrząca na nią z jeszcze większym zdumieniem.
- Limmaniel... - odezwała się, uklęknąwszy przy skulonej na podłodze elfce. Musnęła palcami sińce na jej policzkach i zaschniętą krew na łuku brwiowym. Elfka spróbowała zajrzeć jej w oczy w zapadającym zmroku, ale w lochu już teraz było na to zbyt ciemno.
- Należę do ruchu oporu. - odezwała się tamta. - Jestem Cairenn. Kontaktuję się z Idril, wydostanę was stąd. - obiecała wstając z miejsca. Drzwi celi zostawiła otwarte, a chwilę potem Limmaniel usłyszała odgłos otwierania kolejnego zamka i do niej samej dopadła Katrin.
- Mamo... - odezwała się, zarzucając jej ramiona na szyję. Limmaniel odwzajemniła uścisk, choć samo uniesienie rąk stanowiło dlań ogromny wysiłek. - Engwa laiwa ta... (Wyglądasz okropnie...) - dodała dziewczyna, odsuwając się od niej. Limmaniel powoli pokręciła głową.
- Ni kuile. (Żyję.) To najważniejsze... - odpowiedziała. Elrond pochylił się nad nią, składając na jej ustach pocałunek. Aragorn stał w drzwiach celi Limmaniel, tuż obok Legolasa.
- Nie jestem pewien, czy możemy jej ufać. - odezwał się. Zaraz jednak odwrócił głowę, słysząc kroki. Z głębi lochu wychodziła właśnie Cairenn, prowadząc przed sobą Lindreda.
- Lindred... - odezwała się Katrin, podbiegając do przyjaciela. - Ja nie... To przeze mnie to wszystko...
- Przestań, nie obwiniaj się. - Lindred musnął dłonią jej ramię. - Musimy porozmawiać.

Siedzieli w kręgu na podłodze w migoczącym świetle świec.
- Lindred? - odezwała się Cairenn. Elf uśmiechnął się, spoglądając jej w oczy.
- Masz swoją sprawiedliwość. - oznajmił. - Prawo dosięgnęło także mnie, jak sobie życzyłaś.
- Lindred, ja... Ja nie... Ja nie chciałam... Lindredzie, dobrze wiesz, po czyjej stoję stronie. Dlaczego się w to mieszałeś? - przerwała, uchwyciwszy mordercze spojrzenie Lindreda.
- Trudno powiedzieć, byś specjalnie utrudniała pojmanie naszych przyjaciół. - parsknął. - Jakoś nie przeszkadzało ci to, że on chce zniszczyć twoich bliskich, na przykład mnie, dlaczego wiec teraz ma cię to obchodzić? - dodał, odnajdując prawdziwą satysfakcję w sączeniu jadu w te słowa.
- Służę naszemu władcy, Lindredzie! - zawołała zdruzgotana elfka, przebiegłszy spojrzeniem po ziemi, jakby szukała argumentów. - Ty też powinieneś! - dodała, zebrawszy się w sobie, by na niego popatrzeć. - Dopóki jestem lojalna, mogę przekazywać wam informacje. Dopóki on nie wie...
Kiedyś go śmieszyło, jak przy przyjaciołach z pewnej siebie i niedostępnej osoby stawała się wrażliwą, płochliwą elfką, która szukała akceptacji i poparcia. Teraz jednak, patrząc na jej przerażoną twarz, nie potrafił czuć niczego poza złością.
- Nie służysz władcy, tylko samozwańcowi. - powiedział.
Cairenn jeszcze chwilę patrzyła na niego pustym wzrokiem, obojętnie, bez wyrazu, jakby jego słowa skreśliły go w jej oczach, jakby już został dla niej stracony. Wreszcie otarła dłonią łzy, odwróciła głowę i pociągnęła nosem.
- Idril przyjdzie po was jutro w nocy. - powiedziała. - Pomogę jej wejść tutaj i ucieknę razem z wami. Jeśli ma dojść do bitwy, wiem po której ze stron chcę stanąć. - dodała wstając. - Dam wam jeszcze godzinę. Potem przyjdę pozamykać cele. - powiedziała, oddalając się korytarzem.

Siedzieli w celach w niemałym napięciu, wsłuchując się w ciszę panującą w lochach. Legolas położył dłonie na ramionach Katrin, stojącej przy drzwiach celi. Obok Aragorn ponuro wpatrywał się w mrok, nasłuchując. Elrond opierał się o kraty, posyłając spojrzenia kulącej się pod ścianą celi naprzeciwko Limmaniel. Elfka opierała głowę o ścianę, oddychając najspokojniej jak mogła, choć serce biło nierówno, a każdy ruch oznaczał wysiłek.
Wreszcie na schodach rozległy się kroki, pojawiło się światło lampy.
- Przepraszam za zwłokę. - wydyszała Idril, schodząc do lochu z Cairenn za sobą. - Strasznie trudno się tu dostać. - dodała, biorąc od towarzyski klucze. Cela Aragorna i Elronda stanęła otworem. Katrin uśmiechnęła się do elfki, kiedy tamta wsuwała klucz w zamek. Limmaniel tylko podniosła wzrok. Nie stać jej było na nic więcej.
- Co teraz? - spytał Aragorn, stając obok Idril. - Nie mamy broni, nie poradzimy sobie w razie zagrożenia.
- Więc będziemy zagrożenia unikać. - odpowiedziała mu Idril.
- Dobrze, no to jaki masz plan?
- Wyjść tą samą drogą, którą weszłam. Tak samo niezauważenie. Pospieszcie się. - Limmaniel wstała powoli, wspierając sie na ramieniu Elronda. Elf przerzucił sobie jej rękę przez plecy.
- Będę cię niósł jeśli trzeba. - powiedział.
- Dam radę. - odparła Limmaniel, oddychając ciężko. - Muszę dać.
Niezauważeni przecięli pałacowy dziedziniec i wkrótce osłonił ich las. Limmaniel coraz to potykała się o wystające korzenie. Nie mogła złapać oddechu, a serce tłukło jej się w piersi. Elrond przystanął, czując, ze wsparta na nim elfka bezwładnie leci wprzód.
- Elrond... - odezwała się, zaczynając się krztusić. Wysiłek był zbyt duży. Musiałą zwymiotować, ale nie miała czym.
- Limmaniel... - elf spojrzał na nią. Z trudem podniosłą głowę.
- Kocham cię... - wyznała, patrząc mu prosto w oczy. Elrond poderwał ją do góry, biorąc w ramiona i złożył na jej ustach szybki pocałunek. Limmaniel odpowiedziała mu tym samym.
- Wytrzymaj. - nakazał elf, podążając za towarzyszami.
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/FWxs215YBqY

Katrin spojrzała na drzwi sali tronowej, przed którymi stała i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że zaraz stanie oko w oko z elfem, z którego rozkazu zostali pojmani, z którego rozkazu jej matkę czekała rychła śmierć z wycieńczenia.
Nagle cały strach i niepokój, poczucie słabości i wątpliwości zniknęło. Nie czuła już tego wszystkiego. Zacisnęła zęby, przez jej ciemne oczy przebiegł cień, kiedy Hirilin sięgnęła do klamki i otworzyła drzwi, które bezgłośnie ustąpiły. Zalało ją oślepiające światło, promienie słońca wpadły do sali tronowej przez szklane okna pokrywające niemal całą powierzchnię ścian. Komnata była wysoka, o żebrowo-krzyżowym sklepieniu, rozległa, na podeście naprzecie wejścia Katrin dostrzegła zarys tronu oblany złocistymi promieniami.
Wtedy też postać siedząca na tronie wstała, ciemna peleryna spłynęła z siedziska i opadła dookoła nóg mężczyzny. Sylwetka wyostrzona przez promienie słońca wydała się dziewczynie pełna majestatu, ale także bólu, jakby władca nosił na swych ramionach bardzo ciężkie brzemię popełnionych błędów. Popatrzył wprost na nią, a ona poczuła się jak zwierzę w potrzasku. Zadrżała. Miał niesamowicie świdrujący wzrok.
- Och nie, Hirilin. - odezwał się. - Te środki bezpieczeństwa są najzupełniej zbędne. - powiedział, wskazując na kajdany na nadgarstkach dziewczyny. Elfka posłusznie je zdjęła i Katrin roztarła zdrętwiałe dłonie. - Wina? - odezwał się znów władca.
- Nie, dziękuję. - dziewczyna pokręciła głową. - Jestem tu, by prosić cię o uwolnienie moich towarzyszy. - król znieruchomiał nagle, po czym obrzucił ją uważnym, czujnym spojrzeniem, ona natomiast wpatrywała się w niego niewzruszenie.
- Moja córka zawitała ostatnimi czasy do wioski w lesie, wiesz? - rzucił ni stąd, ni zowąd. - Mieszkańcy nie byli zbyt pomocni. Nie chcieli mówić z własnej woli, czy raczej utrzymywali, że nie wiedzą nic o żadnym planowanym powstaniu. W końcu trzeba było zmusić ich do współpracy. Kilku z nich miało przydatne informacje. - ciągnął, przekrzywiwszy głowę, kiedy to przyglądał się Katrin z wyraźnym rozbawieniem.
- Lindred... - szepnęła przerażona dziewczyna.
- Och, nie martw się, twojemu przyjacielowi nic się nie stało. W każdym razie nic poważnego. - zapewnił niedbale król. Katrin poczuła lodowaty dreszcz na plecach.
- Co mu zrobiłeś?! - zająknęła się, postąpiwszy o krok do władcy.
- Ja? Ja nic mu nie zrobiłem. Idąc tokiem twojego rozumowania, także moja droga Hirilin nic mu nie zrobiła. Przepytywał go jeden z jej podwładnych. - wytłumaczył, uśmiechając się.
- Ty potworze! - wysyczała przez zaciśnięte zęby. - Jak mogłeś?! Co on ci zrobił?! Co on wam zrobił?! Tak nie można! Jak śmiesz wydawać wyrok na innych, samemu nie będąc sądzonym?! - krzyczała dziewczyna.
- Potworem nie jestem ja, lecz potworami byli ci, którzy rządzili królestwem i rozszerzali swoje wpływy, kłamliwie mówiąc poddanym, że są jedynymi, którzy mają do tego prawo! - zawołał, w jego oczach zapłonął gniew. - Ale ty przecież wiesz o nich dostatecznie wiele, prawda? - dodał. Katrin znieruchomiała, ale szybko odzyskała mowę.
- Chcę, żebyś uwolnił moich towarzyszy i Lindreda. Są niewinni, znaleźli się tu przypadkiem. - powiedziała twardo. Król parsknął pozbawionym wesołości śmiechem i odchylił na chwilę głowę. Szybko jednak się uspokoił, popatrzył kpiąco na stojąca przed nim dziewczynę.
- Ach tak? Przypadkiem? Więc twoja matka wcale nie zaklina smoków? - Katrin zaniemówiła po raz drugi.
- Nie to było celem naszego przyjazdu tutaj. - odpowiedziała.
- Powiadasz? - westchnął król, z rozmachem siadając na tronie. - Twoja matka jest mi niebezpiecznym wrogiem i wspaniałym sprzymierzeńcem. Dlatego muszę zrobić to, co muszę by chronić swoich poddanych. - oznajmił. Katrin drgnęła spłoszona. - Smoki są wspaniałym narzędziem walki. Są potężne, okrutne i wspaniałe. A tylko twoja matka potrafi nad nimi zapanować. - dziewczyna otworzyła usta, chcąc odpowiedzieć, ale król uciszył ją gestem. - Dość już usłyszałem. Zabrać ja z powrotem do lochu, natychmiast! - Katrin posłała mu ostatnie spojrzenie, kiedy Hirilin zakładała jej kajdany.
- Nie skończy się to dla ciebie dobrze. - powiedziała jeszcze.
- zobaczymy, co przyniesie nam przyszłość. - odpowiedział król z uśmiechem na ustach. Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu, dopóki Hirilin nie popchnęła jej do wyjścia. Drzwi sali tronowej zamknęły się za nimi dwiema z hukiem.
 

 
Kate pomagała sprzątać po świątecznym obiedzie, jednocześnie rozmawiając z Marzeną i Anną. Babcia potrafiła wspaniale opowiadać i od samego początku traktowała Kate jak swoją. Może właśnie dlatego dziewczyna tak bardzo ją polubiła. Kate zaśmiała się, słysząc kolejny komentarz Marzeny odnośnie wspinaczek górskich, o których znów mówił Mateusz. Zanosiła właśnie ostatnie talerze do kuchni, ale przystanęła pod drzwiami, słysząc dobiegające z kuchni ściszone głosy.
- Byłaś już z tym u lekarza? - Kate rozpoznała wyraźnie głos Renaty.
- Wspominałam mu o złym samopoczuciu przy ostatniej wizycie, ale stwierdził, że w naszym wieku to zupełnie normalne. - dziewczyna poczuła, że serce zabiło jej szybciej, kiedy usłyszała Irenę. - Mimo to przy następnej wizycie zamierzam powiedzieć jeszcze raz. Strasznie mi skacze ciśnienie, wiesz? Czasami nie mogę aż złapać oddechu.
- To rzeczywiście niepokojące. Nie wiesz z czego to może wynikać?
- Nie. - Kate usłyszała wyraźnie pociągniecie nosem. Jej przybrana mama nigdy nie płakała.
- Mówiłaś już o tym Kate?
- Nie. Nie mam pojęcia jak jej powiedzieć. Nie chcę żeby się niepotrzebnie martwiła.
- Irena... Myślę, że ona powinna wiedzieć. To mądra dziewczyna. A im dłużej to odwlekasz...
- Ona już raz straciła matkę. - Kate drgnęła, biorąc głębszy wdech. - Nie chcę, żeby się bała, że coś mi się stanie, rozumiesz? Nie chcę, żeby musiała drugi raz przez to przechodzić. - Kate odłożyła trzymane w dłoniach szklanki na szafkę w przedpokoju i niemal niedosłyszalnie weszła po schodach na piętro. Dość już usłyszała. Zwinęła się w kłębek na kołdrze. Niewiele pamiętała z choroby mamy. Miała wtedy osiem lat, ale do samego końca nie wiedziała co tak naprawdę się dzieje. Wiedziała jedynie o tym, że mama jest chora. Bardzo chora. Po policzku dziewczyny spłynęła łza. Dni były wtedy wypełnione bólem i samotnością. Także strachem. Kate zaszlochała cichutko. Jeśli i tym razem miało być tak samo, to chyba pęknie jej serce.
 

 

Książka opowiada o pięciu bohaterów, choć jeśli miałabym wymieniać tych głównych, to na to miano zasługiwałoby dwoje z nich; Blue i Gansey. Blue pochodzi z rodziny jasnowidzów, w której kobiety są obdarzone nadnaturalnymi zdolnościami. Jej matka jest wróżką, przepowiada przyszłość i wróży z kart, nie byłoby więc niczym niezwykłym, gdyby i jej córka posiadała taki dar, ale Blue takiego daru nie ma. Jest jednak medium do kontaktów ze światem nadprzyrodzonym, może wzmacniać swoją energią energię swoich obdarzonych mocami ciotek i matki, co pozwala im np. na wyraźniejsze zobaczenie przyszłości. Natomiast Gansey i jego trzech przyjaciół (Adam, Ronan i Noah) tworzą paczkę niewyobrażalnie wręcz bogatych i snobistycznych chłopaków, z prywatnego, elitarnego liceum dla chłopców. Gansey jest pochłonięty poszukiwaniami legendarnego walijskiego króla i linii mocy, a pewnego dnia drogi jego i Blue się krzyżują (a wynikają z tego ciekawe rzeczy).

Do książki starałam się podchodzić sceptycznie i beż żadnych fajerwerków i może właśnie dzięki temu tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Już od pierwszego rozdziału zostałam wciągnięta w nowy, niesamowity świat, może na początku mając trochę problem z rozpoznaniem który chłopak jest który. Wszystko tam jest tajemnicze, nic nie jest opowiedziane wprost, wielu rzeczy należy domyślić się samemu i też wiele wątków pozostaje do wyjaśnienia, aż do kolejnych tomów Kruczego Cyklu (bo jest to pierwszy tom z czterech).

Bohaterów jest cała masa. Jest wspomnianych czterech chłopaków, jest Blue, a oprócz tego są jeszcze liczne ciotki i kuzynki Blue, które również odgrywają w tej książce ważną rolę. Chyba każdy zdaje sobie sprawę z tego, że przy takim natężeniu postaci ciężko jest każdemu stworzyć własny charakter i nadać głębiej, niemniej Maggie Stiefvater właśnie to udało się doskonale. Bohaterzy są bardzo oryginalni. Choć to książka o nastolatkach, to nie opowiada ona o typowych przedstawicielach tej kategorii wiekowej. Każda z postaci ma stworzony indywidualny zróżnicowany charakter. Blue jest szaloną hipiską, która posiada niebanalną rodzinę i pomysły. Gansey jest typem chłopaka, którego wszyscy lubią i któremu zazdroszczą. Ronan to typowy “bad boy”, który szuka kłopotów. Adam jest biednym chłopakiem w szkole dla bogatych. Noah jest spokojny i milczący. Z tak różnorodnej paczki nie sposób znaleźć bohatera, który zostanie naszym ulubionym. Oprócz tego warto zwracać uwagę na szczegóły. Żaden z rozpoczętych wątków nie został porzucony, wszystkie zostały doprowadzone do końca, lub są kontynuowane w następnym tomie, co tym bardziej dodaje aury tajemniczości.

Nie spodziewałam się, że tak książka okaże się taka dobra, ale zaczynając ją czytać ciężko jest się nie wciągnąć. Najbardziej przyciąga cała otoczka poszukiwań i tytułowy Król Kruków. Czy istnieje? Czy legenda jest prawdziwa? Wraz z Ganseyem nie możemy się oderwać od poszukiwań. Towarzyszy im wiele humoru i ciekawych dyskusji pomiędzy bohaterami. Do tego ciekawe postacie i mamy przepis na dobry wieczór.

Warto zauważyć, jak bardzo subtelny jest w powieści wątek romansowy. Uwielbiam, gdy miłość w książce istnieje, ale jako dodatek, a nie główna najważniejsza część fabuły. Tutaj autorka skupiła się na akcji, najważniejsze jest odnalezienie Glendowera. Rozterki miłosne bohaterów spadają na drugi plan, co dla mnie jest ogromnym plusem. "Król Kruków" to naprawdę dobry początek serii, która myślę, że zadziwi nas w drugim tomie. Już teraz autorka kilkakrotnie zaskoczyła mnie. Dobrze skonstruowana fabuła, to nie wszystko – dołączył do tego piękny styl i oryginalny pomysł. Ta powieść jest pełna magii i chociażby dlatego warto po nią sięgnąć.
  • awatar Gość: Zdecydowanie nie moje klimaty, jednak nie dziwię się twojemu entuzjazmowi. Z tego co piszesz to na pewno dobrze skonstruowana powieść. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Maj upłynął pod znakiem Harry'ego Hole, a ja ostatnio odkryłam coś tak cudownego jak "Kruczy Cykl". Książki z tej serii już jakiś czas stały u mnie na półce, wypożyczone z biblioteki, ale do szczęścia brakowało mi pierwszego tomu, którego biblioteka nie posiadała. Kilka wpisów niżej pisałam, że wskutek tego zamawiałam go przez internet, a dziś skończyłam czytać i jutro, najdalej pojutrze możecie się spodziewać recenzji szczegółowej. Oprócz tego grafik książkowy dość napięty, mnóstwo pozycji na liście do przeczytania (chwała Bogom, że zaraz wakacje) i prawie tyle samo na liście do kupienia.

Mogę się pochwalić, że wczoraj wieczorem skończyłam pisać "Teorię szczęścia" i teraz z czystym sumieniem mogę wam po prostu wklejać gotowe rozdziały, a skupić się na "Historii naturalnej smoków", bo skończyłam pisać ten kawałek, przez który za nic przebrnąć nie mogłam (to jest rozdział poniżej) i akcja wreszcie ruszyła z miejsca, bo teraz spróbuję wziąć was z zaskoczenia, a czy mi się uda, zobaczymy (coś mi się zdaje, że Lindred jeszcze parę razy namiesza zanim przyjdzie mi pisać zakończenie). Na razie wszystko zgodnie z planem, do lipca spróbuję skończyć to opowiadanie, żeby w wakacje zająć się tylko i wyłącznie Jackiem i Liz (a tam też się będzie działo).

W tematyce serialowej to wyszedł mi osiemnastego maja (osiemnastego? Jakoś tak...) drugi sezon "13 powodów" i zastanawiam się teraz kiedy ja to obejrzę, bo skoro oglądać drugi, to zrobić również powtórkę pierwszego, zwłaszcza, że i z pierwszym nie jestem na bieżąco, bo a) o ile kocham produkcje Netflixa (a przynajmniej ich większość) zniechęcono mnie tym, jak bardzo ten serial różni się od książki i jak wiele wątków zostało zmienionych i b) kiedy byłam w środku sezonu pousuwali mi kolejne odcinki z serwisu, na którym oglądałam, więc tak, to zdecydowanie wymaga nadrobienia. Oprócz tego miałam ochotę na jakieś dobre anime, bo strasznie dawno nic nie oglądałam, ale ostatnio strasznie trudno trafić mi na takie, które by mi się podobało. Ale za to odkryłam odcinki specjalne "Usagi Drop" i obejrzałam je dzisiaj, mając w głębokim poważaniu zbliżający się sprawdzian z matematyki. No czasem chyba mi wolno.
  • awatar SugarFirefly: "13 powodów" - ja oglądałam obydwa sezony na Netflixie. Serio dużo różnic? (książki nie czytałam). Ogólnie drugi sezon jakoś średnio przypadł mi do gustu, pierwszy był lepszy. Ale to moja opinia. Obecnie jestem w trakcie maratonu Death Note'a (też na Netflix). Kiedyś oglądałam, ale tylko do połowy i teraz mam w końcu okazję obejrzeć cała serię :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Soundtrack; https://youtu.be/Xohx2jFLF8Y

Katrin podniosła głowę, kiedy jej matkę wprowadzono z powrotem do lochów. Jeden z elfów wepchnął ją do celi, zatrzaskując za nią drzwi. Elfka opadła na kolana, kiedy nogi się pod nią ugięły i położyła głowę na wąskiej ławce, oddychając głęboko. serce tłukło jej się w piersi, kiedy walczyła z omdleniem.
- Mamo! - krzyknęła Katrin, zrywając się z miejsca. dopadła krat celi, zaciskając na nich palce. - Mamo! - powtórzyła.
- Limmaniel! - zawtórował jej Elrond z sąsiedniej celi.
- To nic. - wykrztusiła elfka. - Nic... Nic mi nie jest. - Legolas położył małżonce dłonie na ramionach, stając za nią. Katrin przyłożyła dłoń do ust.
- Co oni ci zrobili? - odezwał się Aragorn. Limmaniel z jękiem podciągnęła się na ławkę. Otarła twarz rękawem sukni.
- Kazali oswoić smoka. - odpowiedziała, próbując zatamować krwawienie. - Zerwał się z łańcucha, zaatakował mnie. - Limmaniel pociągnęła nosem, patrząc na przesiąknięty krwią rękaw.
- To nie smok ci to zrobił. - bardziej stwierdził niż zapytał Elrond.
- Nie smok. - elfka pokręciła głową. - Hirilin. Ten oswojony Glaurung... Uratował mnie przed tym drugim smokiem. Zamknęli go, a ze mnie chcieli wyciągnąć skąd się wziął. Hirilin sądzi najwidoczniej, że mam smoki na zawołanie. - Limmaniel uśmiechnęła się, choć po policzkach płynęły jej łzy. - Nie wie nawet jak bardzo się myli...

Katrin siedziała skulona na podłodze w swojej celi, drżąc z zimna. Z dnia na dzień robiło się coraz chłodniej. Letnie dni przemijały, nadchodziła jesień i gdy przy letnim cieple w lochach panował dość przyjemny chłód teraz robiło się po prostu zimno.
- Katrin, ty drżysz. - odezwał się Legolas, siadając przy niej i okrył ją szorstkim kocem, który dostali do dyspozycji. - Nie powinnaś siedzieć na gołej ziemi. W twoim stanie... - elf urwał, słysząc, że dziewczyna gwałtownie wciąga powietrze. - Co się dzieje? Katrin...
- Poruszyło się. - Katrin z uśmiechem przyłożyła dłoń małżonka do swojego zaokrąglonego brzucha. - Poruszyło, poczułam wyraźnie. - elf odwzajemnił uśmiech.
- Chyba jedyna iskierka radości w tym wszystkim. - powiedział. Zaraz też podniósł głowę, kiedy do lochów weszło dwóch członków straży, prowadząc do celi Limmaniel. Elfka szła powoli, cały czas popędzana i poszturchiwana, a kiedy jeden z nich wepchnął ją do celi, bezwładnie poleciała na podłogę i spróbowała usiąść, podpierając się dłonią. Drżącą ręką odgarnęła włosy z twarzy i Katrin zaniemówiła. Twarz Limmaniel pokrywała zasychająca krew, prawe oko miała podbite, na szyi można było dostrzec zasinienia, układające się w ślady palców. Elfka oddychała ciężko, kuląc się na podłodze. Przyłożyła dłoń do miejsca gdzie biło serce, jednocześnie walcząc z odruchem wymiotnym.
- Mamo! - Katrin rzuciła się do kraty. Limmaniel podniosła wzrok, ale w głowie huczało jej tak, że była przekonana, że lada chwila zemdleje. - Na vaia... (Boże...) - Katrin przyłożyła dłoń do ust, zaciskając palce drugiej ręki na kracie. Limmaniel zakrztusiła się własną śliną i pochyliła, przykładając dłoń do żołądka. Odkaszlnęła zbierającą się w ustach krew i dopiero wtedy zwymiotowała. Głównie krwią. Do oczu Katrin napłynęły łzy.
- Przecież jej trzeba ziół, leków, ją trzeba zabrać do Domu Uzdrowień! - rozszlochała się Katrin. Legolas natychmiast odciągnął ja w głąb celi, przytulając mocno do siebie. Dziewczyna ukryła twarz w jego ramieniu, szlochając rozpaczliwie.
- Uspokój się. - poprosił elf. - Spokojnie. - spojrzał ku Limmaniel, krztuszącej się w swojej celi. Elfka odpowiedziała spojrzeniem, drugą dłonią ocierając usta, żeby paść na posadzkę bez przytomności.

Limmaniel powoli otworzyła oczy. Leżała na twardej, zimnej podłodze, musiała stracić przytomność. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów i podciągnęła kolana pod brodę, odsuwając się od kałuży własnych wymiocin. W ustach ciągle czuła metaliczny smak krwi i chyba miała migrenę, bo głowa pękała z bólu. Przyłożyła do tętnicy szyjnej dwa palce, chcąc wyczuć puls. Serce ciągle biło, choć już co prawda chyba ostatkiem sił.
- Limmaniel... - elfka podniosła głowę, słysząc z sąsiedniej celi głos Elronda. - W porządku? - Limmaniel pokiwała głową. - Myślałem, że cię... Że już po tobie.
- Ja też tak myślałam. - odpowiedziała szeptem. Drgnęła, kiedy do lochów wpadła smuga światła i do środka zeszła Hirilin, jak zwykle w asyście dwóch elfów.
- Wstawaj. - rzuciła ostro, otwierając drzwi celi. Limmaniel wstała posłusznie. Puls przyspieszył na skutek skoku adrenaliny, kiedy chwytała za rękojeść noża elfki i wyszarpywała go z pochwy. Płaską stroną ostrza uderzyła jednego z członków straży, potem zamachnęła się na Hirilin. Tamta bez widocznego trudu skrzyżowała z nią klingę. Drugi w elfów natychmiast zareagował, wyrywając jej z osłabionych palców nóż. Limmaniel jęknęła, uderzając całym ciałem o ścianę. Osłoniła się przed kolejnym ciosem, który jednak nie padł.
- Ava kar ta! (Nie rób tego!) - wrzasnęła powodowana impulsem Katrin. Hirilin odwróciła głowę. Dziewczyna wzięła głębszy oddech. - Chcę rozmawiać z tym, którego nazywasz swoim Panem.
 

 
- O, Kate, wyglądasz pięknie! - Anna uśmiechnęła się do dziewczyny, gdy ta pomagała nakrywać do stołu. - Jaka elegancka sukienka. - Kate też uśmiechnęła się do babci. Po krytyce Pouli sukienka podobała jej się o wiele mniej, ale nie zamierzała przebierać się w nic innego. - Może chciałabyś kawałek ciasta jeszcze przed obiadem? - zaproponowała babcia, mrugając porozumiewawczo. Kate uśmiechnęła się, podążając za Anną do kuchni, gdzie została obdarowana pokaźnym kawałkiem sernika.
- Dziękuję. - powiedziała z uśmiechem, wyjmując z szuflady łyżeczkę.
- Jeśli mogę ci szepnąć słówko. - Anna założyła za ucho dziewczyny niesforny kosmyk włosów. - Nie słuchaj Pouli. Zachowuje się tak, bo jest zazdrosna...
- Zazdrosna? - powtórzyła Kate, przerywając kobiecie. - O mnie? - Anna z powagą skinęła głową.
- Może nie ubierasz się tak modnie jak ona i nie dostajesz wszystkiego, czego tylko zapragniesz, ale przynajmniej masz przy sobie mamę na święta. Jej nie chodzi o to jak się ubierasz, ale o to, że jej mama wolała święta z kochankiem, niż z własną córką. Ona cierpi, wiesz? I próbuje zwrócić na siebie uwagę niegrzecznym zachowaniem. Weź to pod uwagę.
- Dobrze. - Kate skinęła głową. - Myślałam, że po prostu mnie nie lubi. Że nie chce żadnej nowej kuzynki. - Anna uśmiechnęła się.
- Za dużo myślisz. - odpowiedziała. - Skoro ciasto zjedzone, to chodźmy. Na stole stoi już na pewno mnóstwo przysmaków i ktoś musi to zjeść.
Przy stole panował wesoły, rodzinny harmider. Wszyscy rozmawiali, śmiali się i oczywiście jedli. Kate odpowiadała na zadawane jej pytania, ale sama nie włączała się do rozmowy. Wolała słuchać. Nałożyła sobie na talerz kilka kawałków boczku i trochę sałatki. Bardzo smakowały jej nadziewane jajka, do których pomagała robić farsz poprzedniego dnia. Siedząca naprzeciwko niej Anna uśmiechnęła się, kiedy dziewczyna westchnęła cichutko. Kate odwzajemniła uśmiech i odwróciła wzrok, czując, że Irena nakrywa jej dłoń swoją.
- Wydajesz się zmęczona. - odezwała się. - Szczerze mówiąc mnie też męczą rodzinne zjazdy.
- Zwłaszcza, kiedy w pobliżu jest Asia. - odpowiedziała jej szeptem Kate. - Podziwiam jej entuzjazm.
- Pójdziemy chwilę odpocząć? - dziewczyna z wdzięcznością skinęła głową i obie jak na komendę wstały od stołu. W ferworze świątecznego zamieszania nikt niczego nie zauważył.
  • awatar Gość: I wszystko się wyjaśniło. Teraz rozumiem motywację Pouli, uważam jednak, ze bardziej niż niegrzeczne zachowanie, pomogłaby tu szczera rozmowa. Mimo wszystko to na pewno dobra dziewczyna. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Kate! - przez ogrodzenie sąsiadów przechyliła się Layne, machając do nowej znajomej. - Cześć! Też do kościoła? - spytała, widząc, że za dziewczyną z domu wychodzi Irena i znaczna część rodziny.
- Cześć Layne. - odpowiedziała nauczycielka z uśmiechem. - Dawno cię nie widziałam. Znacie się z Kate?
- Wczoraj wysłałyście mnie po marchewki. - odpowiedziała jej córka. - Layne była w swoim ogrodzie.
- Właściwie to masz może jakieś plany na wtorek? - zagadnęła dziewczyna.
- Nie. - odpowiedziała Kate, zresztą zgodnie z prawdą.
- Może obejrzymy film, albo posłuchamy razem muzyki... Albo coś w tym guście... To jak? - Kate zerknęła na przybraną mamę.
- Super. - odpowiedziała. Layne uśmiechnęła się.
- Cześć Poula. - odezwała się, widząc dziewczynę idącą ku bramie. Nastolatka tylko obrzuciła ją spojrzeniem i przewróciła oczami z pogardą. - Oho, wkurzyła się... Może to zabrzmi wrednie, ale lubię ją denerwować. - Kate zachichotała, słuchając koleżanki. - To co, jesteśmy umówione?
- Pewnie. - odpowiedziała Kate, ciągle się uśmiechając. Layne odwzajemniła uśmiech.
- Wtorek. Nie zapomnij. - dodała jeszcze, odbiegając w głąb swojego podwórka.
  • awatar Gość: Dobrze, że Kate znalazła sobie przyjaciółkę w sąsiedztwie cioci Renaty. Na pewno będzie jej dzięki temu raźniej. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Scena dodatkowa do "Teorii szczęścia", którą miałam wcisnąć do opowiadania, ale koniec końców nie zostało dla niej miejsca. Powinnam ją wrzucić bardziej pod koniec, ale na nowy rozdział "Historii naturalnej smoków" po prostu nie mam siły.

Kate ułożyła się wygodniej pod kocem i wyjrzała przez okno samochodu. Mama próbowała ją namówić na jeszcze kilka dni pobytu w Kościelisku, przynajmniej dopóki dziewczyna nie poczuje się lepiej, ale Kate protestowała. Jedyne, czego pragnęła (ale tak naprawdę) był powrót do swojego pokoju, swojego łóżka i pomieszczeń do których przywykła i o których mogła powiedzieć, że są jej własne.
Wysunęła dłoń spod koca i z westchnieniem przekręciła się na bok. Długa jazda autostradą i warunki środowiska, w jakich się obecnie znajdowała, zdecydowanie nie sprzyjały chorowaniu.
- Jak się czujesz? - spytała Irena, zerkając na nią.
- Źle. - odpowiedziała Kate. - Chyba znowu mam gorączkę.
- Za dwie godzinki powinnyśmy być w Warszawie. Wytrzymasz?
- Muszę. - dziewczyna, podciągnęła kolana pod brodę. - Możesz się gdzieś zatrzymać? Muszę do toalety.
- Koniecznie? - Kate pokiwała głową. Już od jakiegoś czasu powstrzymywała się od zapytania o postój. - Spróbuję na najbliższym zjeździe na parking. Może byś coś zjadła, co? Rano nie miałaś apetytu. - dziewczyna nie odpowiedziała. Jej żołądek słusznie buntował się przed przyjmowaniem pokarmów stałych.

Kate powoli wyszła z toalety i pochyliła się nad umywalką. Przełknęła ślinę, walcząc z odruchem wymiotnym.
- Kate? - Irena położyła jej dłoń na ramieniu. - Strasznie zbladłaś, wszystko w porządku? - dziewczyna pokręciła głową przecząco. Było jej niedobrze, miała ochotę tylko zwymiotować. Drżącą dłonią odgarnęła włosy z twarzy i pochyliła niżej, zaczynając się krztusić.
- Spokojnie. - odezwała się nauczycielka, kładąc jej dłoń na plecach. - Lepiej? - Kate otarła z twarzy łzy, bez kontroli lecące po policzkach i wzięła od mamy chusteczkę do wytarcia ust. - Chodź na dwór. Świeże powietrze powinno dobrze ci zrobić. - dziewczyna powoli skinęła głową i równie powoli wyszła na zewnątrz, podtrzymywana przez nauczycielkę. Nie chciała jeszcze przysparzać jej zmartwień, ale bała się, że zemdleje, a wszystko ku temu zmierzało.