• Wpisów: 1594
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 15 dni temu, 21:13
  • Licznik odwiedzin: 331 757 / 2452 dni
 
abc.atlant
 
Przy akompaniamencie radosnych wrzasków i okrzyków podniecenia Boromir zatknął chorągiew Gondoru na dachu jednego z budynków i powiódł wzrokiem po swoich ludziach. Wyszarpnął miecz z pochwy, wznosząc ku górze lśniące w blasku dnia ostrze.
- To miasto było kiedyś klejnotem w naszej koronie! - zaczął donośnym głosem. - Tętniło życiem, urodą i muzyką. I znów takie będzie! Niech armie Mordoru wiedzą, te ziemie już nigdy nie wpadną w ręce wroga! - mężczyzna uśmiechnął się lekko, gdy odpowiedziały mu krzyki żołnierzy. - Miasto Osgiliath znów należy do Gondoru! - wrzasnął, wymachując mieczem.
- Za Gondor! - ryk, który zabrzmiał w odpowiedzi przyprawił go o ciarki. Rycerze wznosili w górę własne ostrza lub zaciśnięte pięści, raz po raz krzycząc jego imię z płonącą z głębi serc pasją. Boromir poczuł biegnące wzdłuż kręgosłupa dreszcze, mrożące ciepłem i zimnem, krew zaszumiała mu w uszach. W tym momencie - czując wiarę i siłę, płynącą od jego ludzi - czuł się tak, jakby gdyby sam jeden mógł przeciwstawić się zastępowi orków.
Faramir przepychał się między ludźmi, wypatrując w tłumie twarzy brata. Ulice miasta wypełniał gwar rozmów i podniesionych głosów rycerzy. Ciała poległych uprzątnięto, podobnie jak trupy orków i w Osgiliath panował podniosły i radosny (niemal uroczysty) nastrój. Wreszcie mężczyzna uśmiechnął się, dostrzegając wśród ludzi na placu Boromira i dopadł do niego. Brat wziął go w ramiona obejmując i czule klepiąc po plecach.
- Dobra mowa. - pochwalił Faramir, kiedy już odsunęli się od siebie. - Piękna i krótka.
- Tym więcej zostało czasu na picie. - Boromir uśmiechnął się szeroko. - Rozlewać wino! Ludzie są spragnieni! - krzyknął, wywołując tym wokół powszechną wesołość. - Zapamiętaj ten dzień, braciszku. - powiedział chwilę potem, podając Faramirowi kielich wina. - Dziś życie jest piękne. - brat odwzajemnił jego uśmiech i upił długi łyk trunku, ale mina mu zrzedła, gdy spojrzał ponad ramieniem Boromira na właśnie wchodzącego na plac namiestnika.
- Co? - odezwał się Boromir, nie rozumiejąc nagłej zmiany zachowania młodszego brata. Faramir skinieniem głowy poradził mu, by się odwrócił. Starszy z braci zerknął we wskazywanym kierunku. - Litości... - westchnął głęboko dostrzegając zmierzającego w ich stronę ojca. - Nie może nam dać choć chwili spokoju?
- Gdzie on jest? Gdzie kwiat Gondoru? - tuż za nimi rozbrzmiał głos Denethora. - Gdzie mój pierworodny? - Boromir kojąco poklepał brata po ramieniu i odwrócił się ku namiestnikowi, przywołując na twarz swój wyćwiczony książęcy uśmiech.
- Ojcze... - odezwał się, skinąwszy mu głową i uściskał serdecznie.
- Powiadają, że rozgromiłeś wroga w pojedynkę. - rzekł z uznaniem namiestnik.
- Przesadzają. - Boromir machnął ręką i spojrzał zachęcająco na młodszego brata. - Faramir także się przyczynił do zwycięstwa. - Faramir uśmiechnął się lekko na te słowa i zrobił krok w stronę ojca, licząc na choć jedno ciepłe słowo. Denethor jednak przestał się już uśmiechać, a na jego twarzy pojawił się znajomy grymas niezadowolenia.
- Gdyby nie on, nie zburzono by miasta. - rzucił szorstko i przeniósł w wzrok na młodszego syna. - Miałeś go bronić. A pozwoliłeś wrogowi wejść i zająć miasto. Zawsze przynosisz mi wstyd. - Faramir pokręcił głową przecząco, zamierzając odpowiedzieć, ale zanim zdążył choćby się odezwać, Boromir mocno chwycił ojca za ramię.
- Gardzisz nim, ale on mimo to wypełnia twoją wolę. - warknął, odciągając Denethora na bok. - Kocha cię.
- Nie zawracaj mi nim głowy. Żadnego z niego pożytku. - Boromir z niedowierzaniem pokręcił głową. - Są ważniejsze sprawy. - namiestnik nie dał mu dojść do słowa. - Elrond z Rivendell zwołuje naradę. Nie mówił o co chodzi, ale się domyślam. Krążą plotki, że znaleziono broń wroga.
- Jedyny Pierścień? - zapytał z powątpiewaniem Boromir. - Przekleństwo Isildura...
- Wpadł w ręce elfów. Wszyscy chcą go przejąć, ludzie, krasnoludy, czarodzieje. Nie dopuścimy do tego, musi wrócić do Gondoru. - Denethor położył dłonie na ramionach syna, widząc jego wahanie. - To niebezpieczne, wiem. Pierścień zatruwa serca zwykłych ludzi. Ale ty jesteś silny, a my jesteśmy w wielkiej potrzebie. Przelewamy naszą krew, nasi ludzie giną... Sauron zwleka, zbiera nowe wojska... Wróci. A kiedy to zrobi, nie zdołamy go już powstrzymać. Musisz tam jechać i przynieść mi ten potężny dar. - Boromir pokręcił głową przecząco, wyrywając się z uścisku ojca.
- Moje miejsce jest tutaj, nie w Rivendell. - zaprotestował, odwracając się od niego, ale przystanął, słysząc dobiegający go głos Denethora:
- Sprzeciwisz się własnemu ojcu?! - to jedno zdanie zawsze wystarczało, by wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. Faramir stanął przy nim, patrząc na namiestnika z nową nadzieją i siłą.
- Wyślij tam mnie, jeśli trzeba. - rzucił.
- Ciebie? - Denethor zmierzył go pogardliwym spojrzeniem. - Rozumiem. Dać szansę Faramirowi, by się wykazał męstwem. - mężczyzna dzielnie wytrzymał spojrzenie ojca. Nie opuścił wzroku, choć serce zabiło mu mocniej w piersi i ścisnęło boleśnie. - Nie. To zadanie powierzę wyłącznie twemu bratu. On mnie nie zawiedzie.

Sheila siedziała na dachu jednego z budynków przy placu z fontanną, ostrząc miecz, ale podniosła głowę, kątem oka dostrzegając rozglądającego się za nią Boromira. Wiedziała, że wojska Mordoru zostały odepchnięte, a Osgiliath odbite, bo wieści rozeszły się po Białym Mieście z prędkością gromu, gdy tylko wróciły oddziały. Sama również też zresztą widziała kolumnę jeźdźców wjeżdżającą przez bramę na główny dziedziniec.
- Szukasz kogoś? - spytała z góry, nawet na niego nie patrząc. Nadal nie mogła przeboleć tego, że wyjechał nawet się nie żegnając. Zwłaszcza, że była przecież jego wybranką. Mężczyzna zerknął w jej stronę, a jego twarz natychmiast rozjaśnił uśmiech.
- Tak, właściwie tak. - odpowiedział. - Może widziałaś gdzieś piękną dziewczynę o ciemnych włosach, której uśmiech potrafi rozjaśnić każdy dzień, a w oczach mieni się tysiąc gwiazd? - kącik ust dziewczyny drgnął w lekkim uśmiechu, ale zaraz z powrotem przywołała na twarz niewzruszoną minę.
- Niestety, nie kojarzę. - odparła po chwili zastanowienia.
- A to przepraszam. - Boromir odwrócił się z zamiarem odejścia, uśmiechnął się jednak jeszcze szerzej. Sheila uwielbiała grać niedostępną. Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, gdy odszedł o kilka kroków, wypuściła z dłoni ostrzałkę, która z głuchym łoskotem upadła na dachówki i zgrabnie zeskoczyła z dachu, kręcąc młynka mieczem. Boromir zaraz odwrócił się ku niej i wziął w ramiona, całując mocno i zachłannie. Sheila wbrew sobie odwzajemniła pocałunek, ale szybko odepchnęła go od siebie.
- Mogłeś mnie chociaż poinformować, że wyjeżdżasz. - rzuciła szorstko, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści miecza.
- Wiem, przepraszam... - Boromir westchnął. - Powinienem był ci powiedzieć, ale... - sięgnął do jej policzka, który pogładził czule kciukiem. - Ale wróciłem, tak?
- Powinieneś. - powiedziała dobitnie, odtrącając jego dłoń. - Wyobraź sobie moje zdezorientowanie, kiedy przybiegł do mnie Faramir i powiedział, że jedziecie obaj. Wyobraź sobie, jak się martwiłam, kiedy na targu nie mówiło się o niczym innym, jak tylko o tym, że pojechaliście bronić Osgiliath. Gdyby nie twój brat, o tym, że rycerzy prowadzi pierworodny namiestnika dowiedziałabym się pewnie na samym końcu od stajennego, albo przekupki.
- Wiem, że źle zrobiłem. - odezwał się ze skruchą Boromir. - Gdy wyjeżdżaliśmy miałem okropne wyrzuty sumienia, że zostawiam cię bez słowa, ale jednocześnie nie chciałem, żebyś martwiła się niepotrzebnie. Miałem zamiar wrócić. I jestem. Kochanie...
- Nie wyjeżdżaj mi tu z kochaniem... - warknęła Sheila spoglądając na niego spode łba. - Jak miałam się nie martwić, kiedy nie wiedziałam co się z tobą dzieje, gdzie cię poniosło i czy w ogóle wyjdziesz cało z tej bitwy?!
- Sheila... - mężczyzna ujął w dłoń jej podbródek i spojrzał jej w oczy, w których połyskiwały iskierki gniewu, ale nic więcej nie zdążył powiedzieć, bo dziewczyna wypracowanym ruchem chwyciła go za nadgarstek, wygięła rękę, aż musiał skulić się z bólu, a na koniec przyłożyła mu płazem miecza w brzuch, kładąc na bruku.
- Chyba jesteśmy kwita. - stwierdziła, wsuwając miecz do pochwy przy pasku, na rękojeści opierając lewą dłoń. Prawą wyciągnęła do niego, żeby pomóc mu wstać.
- Cieszę się. - jęknął Boromir, podnosząc się z kostki i spróbował ucałować ją w policzek, od czego zręcznie się uchyliła. Mężczyzna zmarszczył brwi i mruknął coś z niezadowoleniem. Zignorowała go.
- Jesteś głodny? - zagadnęła za to i uniosła pytająco jedną brew, zerkając na niego.
- Trochę. To rzeczywiście już pora obiadu. A masz ochotę na coś konkretnego?
- Nie, ale coś smacznego mogę wykombinować. - Sheila uśmiechnęła się zadziornie, chwyciła go za rękę i pociągnęła przez wąskie uliczki na wyższe poziomy Białego Miasta, chwilę potem podchodząc od tyłu pod spiżarnię zarezerwowaną dla samego namiestnika i wyższych rangą rycerzy. Boromir przyglądał jej się z niejakim zdumieniem, gdy z pewną wprawą otwierała od zewnątrz okno.
- Co ty wyprawiasz...? - zapytał wreszcie, ściszając głos.
- No co? - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Nie moja wina, że twój ojciec trzyma tu najlepsze przysmaki. - rzuciła przez ramię i przelazła przez okno do środka. Nie musiał długo na nią czekać, bo chwilę potem pokazała się z powrotem z dwoma plackami z mięsem i sporym kawałkiem sera. Mężczyzna wziął od niej część zapasów, żeby było jej łatwiej i kiedy dokładnie zamknęła za sobą okno, poprowadził za rękę między domami, szukając miejsca, gdzie mogliby w spokoju zjeść.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków