• Wpisów: 1594
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 15 dni temu, 21:13
  • Licznik odwiedzin: 331 757 / 2452 dni
 
abc.atlant
 
Faramir siedział w siodle, na czele konnicy, tuż obok starszego brata, gdy powoli opuszczali Białe Miasto, kierując się w stronę Osgiliath. Patrzył gdzieś przed siebie, w prawej ręce mocno ściskając wodze. Lewą wspierał na rękojeści miecza, palcami bezwiednie gładząc obwiązaną wokół niej wstążkę.
- Przepraszam. - dobiegł go nieoczekiwanie głos Boromira i dopiero wtedy zamrugał kilkukrotnie, wyrywając się z zamyślenia.
- Słucham? - Faramir spojrzał na brata, nieudolnie kryjąc zaskoczenie.
- Przepraszam za to, co wcześniej... - Boromir wykonał nieokreślony ruch ręką. - Źle to zabrzmiało, nie chciałem... Nieważne. - mężczyzna odwrócił głowę, ale Faramirowi i tak udało się dostrzec lekki rumieniec na policzkach brata. Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Na dłuższą chwilę znów zapanowało między nimi milczenie.
- Tak szczerze, między braćmi... - odezwał się znowu Boromir, nieoczekiwanie zwracając wzrok na młodszego syna namiestnika. - Wybacz, ale sumienie nie da mi spokoju, jeśli tego nie powiem...
- Słucham cię uważnie. - brat zachęcił go spojrzeniem.
- Sheila kocha mnie. Masz tego świadomość?
- Tak. - odpowiedział spokojnie Faramir, mimo iż palce jego lewej dłoni odruchowo zacisnęły się mocniej na rękojeści miecza, a tym samym na wstążce Sheili właśnie.
- Mam nadzieję, że plotki pozostają plotkami i nie jesteś w Sheili zakochany? - Boromir patrzył mu prosto w oczy. Jego brat zdębiał, odruchowo prostując się w siodle. Jego policzki natychmiast pokryły się czerwienią.
- S-słucham?! - wykrztusił, bo nic więcej nie chciało mu przejść przez gardło.
- Twoja dzisiejsza reakcja była na tyle gwałtowna, że przemknęło mi przez myśl, czy ty aby nie chciałeś jej dla siebie. - ciągnął Boromir, nie przejmując się reakcją brata.
- Nie żartuj, proszę... - odrzekł Faramir zbolałym głosem, choć serce tłukło mu się w piersi, jakby zaraz miało się stamtąd wyrwać, a policzki pokrywały się rumieńcem coraz czerwieńszym.
- Czyli nie?
- Oczywiście, że nie, cóż za pomysł!
- A już się bałem, że jest coś na rzeczy. - Faramir jęknął przeciągle i odchylił do tyłu, kryjąc twarz w dłoniach.
- Ludzie! - westchnął głęboko. - Miejcie litość. Sheila to moja przyjaciółka. Przyjaciółka! Najbliższa mi i najdroższa, ale jedynie przyjaciółka. - powiedział dobitnie, gwałtownie przy tym gestykulując. - Nie było moim celem w jakikolwiek sposób przekonywać cię, że jest inaczej. - Boromir uśmiechnął się najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią.
- To może teraz powiesz bratu, któraż to panna oddała ci wstążkę? - zagadnął, przechylając się w siodle, by zerknąć na miecz Faramira.
- Właśnie ta, z którą nie pojechałeś się pożegnać. - rzucił bez zastanowienia tamten z satysfakcją wymalowaną na twarzy i wyprzedził brata, by chwilę potem uchylić się przed lecącą w jego stronę rękawicą.

W Osgiliath przywitano ich niemalże chlebem i solą z entuzjazmem przyjmując przybycie wsparcia. Wojska Mordoru wciąż nie przekroczyły jeszcze rzeki, mogły to zrobić jednak niemal w każdej chwili. Oddziały gondorczyków nie mogły pozwolić sobie na utratę czujności. Przybyłych nakarmiono i rozlokowano w kwaterach, pozwalając zażyć snu i choć wydawać by się mogło, że w tej sytuacji byłoby niemożliwe, obaj synowie Denethora zasnęli natychmiast, gdy tylko się położyli.
Faramir gwałtownie przekręcił się na własnym posłaniu, zachłysnął powietrzem i nagle chaos rozgrywający się przed jego oczami zamienił się w widok na sufit i kawałek okna jego kwatery. Tyle, że oglądanego z nietypowego miejsca – podłogi przy łóżku. Zalała go niemal fala ulgi, gdy zrozumiał, gdzie jest. Z westchnieniem podobnym raczej do jęku przytulił policzek do podłogi, uspokajając łomocące serce. Dopiero po chwili poczuł zimno. Chłód kamienia podłogi, mokra od potu koszula klejąca się do pleców i smak popiołu w ustach. Zaczął dygotać. Z trudem, wstrząsany dreszczami, zdołał wstać i oprzeć się o ramę okienną, a to, co zobaczył sprawiło, że natychmiast złapał za kolczugę, pas i miecz i ubierając się w biegu, rzucił ku sypialni brata.
- Boromir! Otwórzże wreszcie! Boromirze! - starszy z synów namiestnika niechętnie zwlókł się z legowiska i, potknąwszy się o własne buty, jak zwykle porzucone bezmyślnie na środku komnaty, sięgnął do drzwi.
- Co u licha ciężkiego... - słowa zamarły mu na ustach, gdy ujrzał przerażoną minę rozczochranego i nie w pełni ubranego brata, który próbował teraz nieudolnie włożyć buty.
- Atak na wschodni garnizon! - ponaglił go Faramir. - Ubieraj się i zbieraj żołnierzy na nogi! Byle prędko! - Boromir odwrócił głowę, gdy jak na zawołanie zagrały rogi. Brzęk metalu dał się słyszeć nawet z drugiej strony mostu, gdzie znajdowała się wschodnia strażnica. Mężczyzna natychmiast otrzeźwiał.

Po jednej rozgorączkowanej chwili cwałował już na czele konnego oddziału przez most, czując za plecami obecność brata i ludzi gotowych oddać życie za tę ziemię, która ich wydała. Po krzyżu przebiegł mu dreszcz, niby czyjeś lodowate palce na skórze, jak zwykle tuż przed bitwą. Ozwał się też łomot w uszach, pulsowanie krwi równe z tętentem końskich kopyt, oddech przyspieszył, dłonie dzierżące wodze zaczęły drżeć niekontrolowanie. Oko wyłowiło cel: zwartą na przedmościu linię orczej kawalerii, błyskającą metalem zbroi w świetle ognia i pochodni.
Faramir z trudem łapał oddech, siedząc we własnym siodle. Dłoń kurczowo zaciskał na rękojeści miecza, na wstążce obwiązanej wokół niej. Serce tłukło mu się w piersi, a dłoń zaciśnięta na lejcach drżała nie mniej niż ręce jego brata. Na chwilę przymknął oczy, przywołując w pamięci obraz Sheili, roześmianej i zarumienionej lekko, gdy jeszcze poprzedniej nocy przygarniał ją do siebie w tańcu.
Boromir już bez namysłu chwycił za miecz, wyrwał go z pochwy i wzniósł do góry. Skoczyli naprzód, sformowali się w szyku, pomknęli galopem i natarli z głośnym okrzykiem. Wbili się w szeregi Mordoru, robiąc w nich szeroką wyrwę i powodując chaos i zamieszanie, które trudno było ogarnąć w zamęcie bitwy. Ostrze starszego syna namiestnika spadło na wysoki hełm jednego z orków, rozcinając go na dwie nierówne połowy z obrzydliwym, wykręcającym trzewia trzaskiem i mlaśnięciem, krwistej barwy sztandar tylko mignął mu przed oczami, po czym zginął pod kopytami rumaków.
Nagle jego koń zakwiczał boleśnie i, przeszyty włócznią, stanął dęba, zrzucając go ze swego grzbietu. Odtoczył się na bok, by uniknąć stratowania przez kopyta i zerwał na nogi, wciąż pewnie dzierżąc miecz w dłoni.  Zamachnął się zaraz, oddzielając parszywą głowę orka od reszty ciała i odwrócił gwałtownie, kątem oka rejestrując ruch po swojej lewej. Kolejnego, który zamachnął się na niego krzywym mieczem zabił Faramir, wbijając mu klingę w sam środek piersi i ratując przy tym bratu życie.
- Thangil! - wrzasnął Boromir do dowódcy oddziału. -  Mur tarcz! Nie dajcie się zepchnąć z mostu! Za Minas Tirith! - oddział stanął najeżonymi włóczniami murem u bramy. Orkowie rozbili się o tarcze jak morska fala o mury twierdzy w Dol Amroth, strzały odbiły niczym odpryski piany. Z okrzykiem Boromir rzucił się w wir walki, kątem oka łapiąc, jak jego ludzie również krzyczą, podrywając konie do biegu za nim.
Miasto wypełniał huk, świst lotek, tętent kopyt, łoskot metalu uderzającego o metal, buczenie rogów... Napaść była na razie powstrzymana i odparta, lecz ku bramie ciągnęły nowe siły. Wreszcie na wschodzie rozbłysła pierwsza łuna. Boromir odwrócił się w tamtą stronę, w jego oczach zalśnił blask nowej nadziei.
Sylwetki orków już znowu czerniały w rumowisku białych kamieni. W świetle świtu miecze zabłysły piękniej od jakichkolwiek klejnotów.
- Gondor! - wrzasnął mężczyzna, wznosząc swoją klingę ku górze. - Nie ważcie się poddać grobli! - zawołał. - Mamy stąd wroga wypędzić na cztery wiatry! Na chwałę Gondoru! - żołnierze również podnieśli wojownicze okrzyki. Z setek gardeł wyrwało się:
- Gondor! - wiele okrzyków spoiło się w jeden potężny grzmot, gdy wojska ruszyły w kolejnym zrywie z łomotem kopyt i obutych stóp.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków