• Wpisów: 1594
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 239 dni temu, 21:13
  • Licznik odwiedzin: 339 017 / 2675 dni
 
abc.atlant
 
Boromir ślęczał nad księgą rachunkową w swojej komnacie, ze znudzeniem wpatrując się w ciągi liczb. Zajęcie, które zlecił mu ojciec bynajmniej nie sprawiało mu przyjemności. Mężczyzna westchnął, zerkając za okno. Był piękny czerwcowy dzień, który zachęcał raczej do wyjścia na zewnątrz, niż spędzania czasu nad księgami. Boromir westchnął, wracając do powierzonego mu zadania, ale chwilę potem podniósł głowę, słysząc delikatny stuk o szybę w oknie, który chwilę potem się powtórzył. Zaciekawiony (wszystko było ciekawsze niż stare księgi) wstał z miejsca i otworzył okno na oścież. Na parapecie dojrzał kilka łupinek po orzechach. Jedną z nich podniósł i obrócił w palcach. Skąd to się tu wzięło?
- No, nareszcie. - Boromir, który odruchowo zerknął na plac, żeby sprawdzić, kto robi sobie z niego żarty, teraz z powrotem poderwał głowę, słysząc dobrze mu znany damski głos, ale dochodzący gdzieś z góry.
- Myślałam już, że nigdy nie otworzysz tego okna. - siedząca na dachu pobliskiej stajni Sheila uśmiechnęła się, chowając do kieszeni resztę łupinek, trzymaną w dłoni. Mężczyzna przypatrywał się jej przez dłuższą chwilę, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie, dlaczego u licha ciężkiego dziewczyna siedzi akurat na dachu stajni, ale w końcu dał sobie spokój.
- Nie ruszaj się stamtąd. - nakazał jej i zniknął w głębi komnaty, żeby chwilę potem wypaść jak burza na korytarz, nie troszcząc się o sprawy tak błahe, jak zamknięcie za sobą drzwi.
Chwilę potem Sheila z rozbawieniem przyglądała się, jak Boromir nieporadnie próbuje wleźć do niej i podała mu rękę, pomagając wdrapać się na kalenicę. Mężczyzna usiadł przy niej i zamknął oczy, rozkoszując się delikatnymi podmuchami wiatru, które łagodnie muskały jego twarz.
- Co ty tu w ogóle robisz? - zagadnął syn namiestnika z powrotem spoglądając na nią.
- Lubię patrzeć na świat z góry. - dziewczyna uśmiechnęła się. - To zupełnie inna perspektywa od tej, którą ma się na co dzień, nawet gdy stoi się na placu siódmego poziomu miasta. No i... W nocy bliżej jest do nieba... I gwiazd...
- Widzę, że ktoś tu lubi podziwiać nocne niebo. - Boromir uśmiechnął się.
- Lubię... To zdecydowanie za mało powiedziane. - stwierdziła Sheila, patrząc przed siebie. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Przez naprawdę długą chwilę oboje milczeli, ciesząc się swoją wzajemną obecnością.
Gdy Boromir znowu spojrzał na dziewczynę, podłapała jego wzrok i uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech, powoli wodząc palcem po wierzchu jej dłoni, aż wreszcie zdecydował się wziąć ją za rękę. Splotła ich palce ze sobą, nie przestając się uśmiechać. Mężczyzna przysunął się do niej bliżej, obejmując ją w talii. Przez naprawdę długą chwilę patrzyli sobie w oczy, wsłuchując się wzajemnie w swoje oddechy. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Boromir pierwszy nachylił się do niej. Przekrzywił głowę, jakby pytając ją o zgodę. Sheila bezwiednie zrobiła dokładnie to samo. Wreszcie zniecierpliwiona pociągnęła go za kołnierz i pierwsza pocałowała.
Boromir odwzajemnił i niemal od razu pogłębił pocałunek. Czekał na tę chwilę, odkąd pierwszy raz obdarzyła go tym charakterystycznym tylko dla niej zadziornym, niemal wyzywającym spojrzeniem. Odkąd pierwszy raz delikatnie uniosła kącik ust w półuśmiechu na jego widok. Sheila zarzuciła mu obie ręce na szyję, więc on również przyciągnął ją do siebie blisko. Jego dłonie powoli wędrowały po jej plecach i talii. Pozwoliła mu na pieszczoty, podparła się tylko dłonią o kalenicę, żeby przypadkiem nie spać, bo niechybnie zabiłaby i siebie i przyszłego namiestnika Gondoru. Wsunęła mu obie dłonie we włosy, całując coraz mocniej i z coraz większą pewnością.
Kiedy w końcu odsunął się od niej wargi miała zaczerwienione, niemal brakowało jej tchu.
- Boisz się, że spadniesz, że aż tak się do mnie tulisz? - spytał z rozbawieniem Boromir.
- Mhm... Może. - odpowiedziała, obdarzając go tym samym krzywym uśmiechem, który tak pokochał. - Nigdy jeszcze nie całowałam się z nikim, siedząc na dachu stajni. - zamyśliła się. - I nikt dotąd nie całował tak dobrze.
- Nie jestem do końca pewny, czy to jest komplement. - zaśmiał się mężczyzna.
- Zaproponujesz mi to w końcu? - Sheila uniosła brew niemal wyzywająco. Syn namiestnika uśmiechnął się szeroko. Nachylił się do niej, dotykając czołem do jej czoła.
- Zechcesz zostać moją wybranką? Damą mojego serca? Iść ze mną przez życie? - dziewczyna pokiwała głową, przytulając się do niego.
- Tak. - odpowiedziała, czule gładząc go kciukiem po policzku. - Ale gdybym ci nie pomogła, nie zapytałbyś.
- Kiedyś musiałbym zapytać. - uśmiechnął się, raz jeszcze dotykając ustami jej warg. Odwzajemniła pocałunek, wspierając się o niego i zupełnie zapominając przy tym, że siedzą na dachu. Przypomniała sobie o tym, gdy Boromir poleciał w tył, tracąc równowagę. Wciąż ją obejmował, więc chcąc nie chcąc zsunęła się za nim po pochyłej powierzchni i krzyknęła, kiedy oboje polecieli w dół.
Mężczyzna jęknął, z cichym pacnięciem lądując w zostawionej pod budynkiem stercie siana. Upadek na plecy jednak bolał jak cholera, mimo iż siano w pewien sposób i tak zamortyzowało upadek. Próbująca wygrzebać się z suchych ździebeł Sheila wybuchnęła śmiechem. Sam również nie mógł powstrzymać śmiechu, kiedy na nią spojrzał. Odgarnął jej włosy z twarzy, kiedy usiadła, a chwilę potem, gdy zsunęła się ze sterty na ziemię, zrobił to samo. Przyglądał jej się, kiedy przeczesywała włosy palcami, próbując pozbyć się z nich siana.
- Dałabyś się teraz gdzieś zaprosić? - zapytał w końcu. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Bardzo chętnie, ale... Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia, a ciebie i tak już odciągnęłam od obowiązków. Może wieczorem? - zaproponowała.
- Dobrze. Wieczorem. - Boromir skinął głową z uśmiechem.
- Wiesz, gdzie mnie znaleźć. - posłała mu ostatnie spojrzenie i oddaliła się jedną z uliczek. Mężczyzna nie ruszył się z miejsca, dopóki całkiem nie zniknęła mu z oczu.

Sheila siedziała na murku okalającym plac targowy, wypatrując wśród przechodzących ludzi młodszego z synów namiestnika i uśmiechnęła się, kiedy wreszcie go dojrzała.
- Masz siano we włosach. - odezwał się Faramir, dosiadając się do czekającej na niego dziewczyny.
- Och... Możliwe. - Sheila sięgnęła ręką do tyłu, próbując wyczuć pod palcami źdźbło, które przegapiła, aż wreszcie to mężczyzna nachylił się do niej, żeby jej pomóc. Na bardzo krótką chwilę spojrzał jej w oczy z delikatnym uśmiechem, ale zawahał się, nie decydując na nic więcej. Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. W jego oczach dojrzała wszystko, przed czym się wzbraniał i nie miała już serca powiedzieć mu o niej i o Boromirze. Nie chciała psuć mu nastroju, którego nie zdążył jeszcze zepsuć Denethor. Faramir uśmiechnął się do niej ciepło.
- Co porabiałaś? - zagadnął. Sheila wzruszyła ramionami z uśmiechem.
- Włóczyłam się tu i tam, jak zwykle. Trochę nawet z twoim bratem. O wiele ciekawsze jest, co ty porabiałeś.
- Unikałem ojca. Czytałem trochę. - mężczyzna podał jej starą, wytartą książkę. - Znalazłem w bibliotece. Pamiętasz? - dziewczyna przekartkowała tom z opowieściami dla dzieci.
- No pewnie. - uśmiechnęła się szeroko. - Te nasze wszystkie zabawy... Denerwowanie twojego brata... Wymachiwanie drewnianymi mieczami... - dziewczyna roześmiała się. - Pod tym względem nic się nie zmieniło. - Faramir również się zaśmiał.
- Podkradanie ciastek ze straganów... - dodał. - Tyle razy musiałaś ratować mi skórę...
- Tak, to też... - Sheila oddała mu książkę. - Ale pamiętam coś jeszcze, o czym ty chyba zapomniałeś. - odwzajemniła spojrzenie, kiedy zerknął na nią z niemym pytaniem wypisanym na twarzy. - Taka piosenka była. Jak to szło? Ach, chodź tu piękna, wina przynieś mi, wina przynieś mi i napijmy się... - zanuciła, wystukując palcami rytm na kolanie. - Ach, chodź tu piękna, przynieś wina dzban, bo spragniony jestem tak... - Faramir klasnął w dłonie.
- Tak! - zawołał, podrywając się z miejsca i podjął dokładnie w tym momencie, w którym skończyła ona. Chwycił ją za ręce i pociągnął do tańca.
- Sobótka jest dopiero jutro! - odpowiedziała mu ze śmiechem Sheila, ale nie protestowała, wręcz przeciwnie, przyłączyła się do śpiewu. Przechodzący przez plac ludzie, jak i ci stojący przy straganach zerkali na nich z radosnym zaciekawieniem. Kilkoro również zaczęło śpiewać, jeden z mężczyzn chwycił za skrzypce, inny za dzwonki. Krążyli wokół siebie w niemal szaleńczym tańcu, to oddalając się od siebie, to znów do siebie wracając. Faramir roześmiał się, przygarniając dziewczynę do siebie i ucałował ją w policzek na zakończenie zwrotki, w której go o to prosiła.
W tej chwili nie liczył się nikt inny, oprócz nich dwojga, nic, co działo się wokół. Liczyła się jedynie realność tej chwili. Pozornie nic nieznaczące muśnięcie dłoni Faramira na ramieniu Sheili, jej rozradowane spojrzenie, gdy na niego patrzyła, to jak ich palce splatały się mocno, żeby zaraz znowu rozdzielić i ogarniający oboje elektryzujący dreszcz, ilekroć tylko się dotknęli.
Wreszcie, kiedy piosenka dobiegła końca, padli sobie w ramiona ze śmiechem. Sheila otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, gdy Faramir odsunął ją gwałtownie od siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, potem powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem.
- Ojcze... - odezwał się mężczyzna, widząc zmierzającego w ich stronę Denethora. - Co ty tu... - zaczął, ale namiestnik Gondoru niemal natychmiast mu przerwał.
- Przyszedłem zobaczyć, kto urządza burdy pod moimi oknami. - warknął. - I jak zwykle, jeśli chodzi o ciebie, musiałem się rozczarować. - Faramir w jednej chwili zmarkotniał, zgarbił się i spuścił głowę, wbijając wzrok w brukowany dziedziniec. Sheila w pierwszym odruchu miała zamiar go bronić, a najlepiej własnym ciałem osłonić przed gniewem ojca, ale cofnęła się natychmiast, gdy Denethor przeniósł spojrzenie na nią. - Nie życzę sobie więcej widzieć Faramira w twoim towarzystwie. - warknął rozwścieczony. - Ty... - wskazał palcem na syna. - Ty pójdziesz ze mną. - Faramir posłał Sheili ostatnie, kojące spojrzenie i posłusznie skierował się za ojcem ku Cytadeli.

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.