• Wpisów: 1590
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 22:56
  • Licznik odwiedzin: 329 587 / 2393 dni
 
abc.atlant
 
Spóźniony (to już norma u mnie, zdążyliście się przyzwyczaić) prezent na "Noc Świętojańską". Tak, to jest to opowiadanie, które w zamyśle pierwotnym miało być one-shotem, a potem się rozrosło. Tworzona z potrzeby istnienia jakiegokolwiek dobrego fanfiction z synami Denethora w rolach głównych (bo bardzo mało jest takich, naprawdę).  Opowieść o miłości, tej braterskiej i tej romantycznej, pokonującej największe przeszkody. O walce z własnymi słabościami, bólem i cierpieniem. O tym, że nad losem nie zawsze da się zapanować, bo często bywa on po prostu okrutny...

--------------------------------------------------------------------------------------------

Główny plac na jednym z wyższych poziomów Minas Tirith wypełniał stuk drewnianych, ćwiczebnych mieczy, pokrzykiwania młodszych i starszych dzieci i kobiecy śmiech (od czasu do czasu może też karcący głos jakiegoś dorosłego). Był dzień targowy i ulicami przechodziło mnóstwo ludzi z towarami na sprzedaż, lub już kupionymi. Wśród nich był i starszy syn namiestnika Gondoru (bo młodszy, chociaż wcześniej włóczył się z nim, teraz się gdzieś zawieruszył), który rozglądał się po placu. Szukał kogoś. Szukał jej. Niewiasty, która już niejednokrotnie mignęła mu na ulicach Białego Miasta. Teraz przystanął, zaintrygowany niecodziennymi odgłosami, a w końcu zdecydował się także podejść bliżej.
Sheila Faelivrin zgrabnie zbiła miecz jasnowłosego, na oko trzynastoletniego chłopca i znów przyjęła pozycję wyjściową. Blondynek zaatakował niemal natychmiast, tnąc od góry, ale kobieta płynnym ruchem odsunęła się i cofnęła, krzyżując z nim klingę.
- Bardzo ładnie. - pochwaliła, odpychając jego miecz i przybrała postawę wyjściową. - Kto następny?
- Może ja? - Sheila odwróciła się, słysząc męski głos i lekko uniosła kącik ust w półuśmiechu. - Jeśli pozwolisz. - dodał tamten, wyjmując z pochwy prawdziwą broń. Kobieta wyprostowała się, odrzucając drewniany miecz na bok i sama również sięgnęła po własną klingę, powoli wysuwając ją z pochwy.
- No proszę, syn namiestnika. - uśmiechnęła się krzywo, kręcąc młynka mieczem. - I to jeszcze pierworodny. - Sheila zerknęła w stronę dzieciaków, przypatrujących im się z uwagą i zaciekawieniem. - Za chwilę zobaczycie, jak prosta dziewczyna z tłumu kładzie na łopatki samego Boromira z Gondoru. - powiedziała z uśmiechem. Odpowiedziały jej entuzjastyczne okrzyki.
- Chyba nie sądzisz, że pokona mnie niewiasta. - mężczyzna odpowiedział uśmiechem.
- Zobaczymy. - Sheila spojrzała na niego krzywo. Zaatakowała pierwsza, tnąc od dołu, ale uchylił się przed atakiem i skontrował. Musiała nieźle się wysilić, żeby uniknąć cięcia. Skrzyżowała z nim ostrza. Uśmiechnęła się, a jej dłonie zadrżały lekko, gdy naparła na niego mocniej i zmusiła do cofnięcia się o krok. Boromir odchylił się, na chwilę tracąc równowagę, ale nie dał jej się podejść. Stal znów uderzyła o stal. Krążyli wokół siebie, ani na moment nie opuszczając wzroku, a gdy znów zaatakował, szybkim ruchem zablokowała cios jego klingi i cofnąwszy się, podcięła, jednocześnie uderzając go rękojeścią. Mężczyzna wylądował na bruku z jękiem.
- Szybko poszło. - kobieta uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem i dygnęła przed swoją małą widownią. - Pokonała cię niewiasta. - dodała, wyciągając dłoń do swojego przeciwnika, żeby pomóc mu wstać. Mężczyzna przyjął ją niemal z wdzięcznością, ale w następnym ruchu okręcił ją wokół, przyciągnął do siebie i ostrze własnego miecza przyłożył jej do gardła.
- A co zrobisz teraz? - zapytał niemal prowokująco.
- Nieźle... - uśmiechnęła się i odchyliła głowę tak, żeby móc zajrzeć mu w oczy. - Ale czy to wszystko, na co cię stać? - spytała i szybkim ruchem wykręciła mu nadgarstek po raz kolejny przygważdżając do ziemi.
- Zwracam honor. - odezwał się zduszonym głosem. Uśmiechnęła się, po raz drugi podając mu rękę i poderwała go do góry. - Boromir, syn namiestnika. Ale to pewnie już wiesz.
- Sheila. - odpowiedziała krótko. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, spoglądając jej w oczy. Tak. To dokładnie te oczy widywał czasem przelotnie w tłumie, a ich właścicielka niejednokrotnie poza spojrzeniem miała dla niego także uśmiech.
- I tylko tyle? - spytał.
- Tak. - kobieta puściła jego dłoń, odwracając się. Wsunęła własny miecz z powrotem do pochwy.
- Zobaczę cię jeszcze? - zawołał za nią. Sheila odwróciła się, spoglądając nań z uśmiechem.
- Może. - odpowiedziała. - Wiesz, gdzie mnie szukać. - syn namiestnika patrzył za nią, dopóki zupełnie nie zniknęła mu z oczu.

- No, to teraz mów. - Faramir usadowił się wygodniej w fotelu, zasłanym niedźwiedzim futrem. - Mów bratu wszystko, a mądry i cierpliwy brat wysłucha, doradzi i...
- Wyśmieje, tak, wiem. - przerwał mu uprzejmie Boromir, stojący przy oknie. - Ach, byłbym zapomniał, ojciec każe cię czule pozdrowić. A więc niniejszym to czynię. Czule. - mężczyzna uniósł trzymany w dłoni kielich wina w parodiowanym salucie i pociągnął spory łyk trunku.
- Miło, że tak kłamiesz. - Faramir uśmiechnął się do niego.
- Nie kłamię! Ojciec pamięta o tobie i bardzo się o ciebie troszczy.
- Tak? A można wiedzieć co takiego dokładnie powiedział?
- Uważa, że to skandal, iż nie raczyłeś pojawić się na dzisiejszej zmianie wart. Czyli, innymi słowy - myśli o tobie i bardzo tęskni. - Faramir zaśmiał się gorzko, również upijając wina ze swojego naczynia. - Nie żartuję. - Boromir popatrzył na niego z nieoczekiwaną powagą.
- Daruj sobie. - brat już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Zamiast tego zajrzał uważnie w głąb swojego kielicha. Faramir westchnął. - Dlaczego ty zawsze musisz upijać się w mojej kwaterze?
- Ja się nie upijam... - zaczął Boromir, ale brat nie dał mu dokończyć.
- Opowiedz mi lepiej...  powiedział, spoglądając na niego znad kieliszka. -  Jak tam twoje miłosne podboje, hmm? Któraż to panna wpadła ci ostatnio w oko? Bo jakaś wpadła na pewno. - Boromir uśmiechnął się lekko, spoglądając gdzieś w dal przez okno. - No już, nie katuj rodzonego brata.
- Rozłożyła mnie dziś w pojedynku na placu przy fontannie. Dwa razy. I to na oczach dzieciarni. - mężczyzna spojrzał na brata z powagą, ale Faramir jedynie parsknął śmiechem.
- Dałeś się pobić kobiecie? - odpowiedział pytaniem, śmiejąc się. - Ty?
- Śmiej się, śmiej. - Boromir rzucił w niego zgarniętą ze stołu rękawicą, przed czym jego brat wprawnie się uchylił. - Od jakiegoś czasu już jej wyglądam. Czarnulka, z oczami, przy których gwiazdy bledną, zawsze w męskim stroju, nigdy w sukience. Sheila jej na imię... - Faramir wyprostował się odruchowo w fotelu.
- Sheila? - powtórzył za bratem. - Sheila Faelivrin?- Boromir odwrócił się ku niemu ze zdumieniem malującym się na twarzy.
- To ty ją znasz? - Faramir skinął głową kilkukrotnie, bez słowa.
- Gdybyś choć trochę interesował się życiem swojego brata, wiedziałbyś, że od dość dawna się przyjaźnimy. - z jakiegoś powodu nagle rozzłoszczony Boromir rozejrzał się za drugą rękawicą, a gdy tejże nie znalazł, rzucił w brata jabłkiem, które Faramir złapał zręcznie.
- Nie demoluj mi komnaty. - poprosił, odkładając owoc na stolik i wstał z miejsca, by po chwili wyjąć z dłoni brata pusty kielich po winie. - Pora chyba do snu. - stwierdził.
- Nie myśl sobie, że do tej rozmowy nie wrócimy. - rzucił jeszcze na odchodne Boromir, gdy brat odprowadzał (czy też raczej niemal wypychał) go na korytarz.
- W to, że wrócimy, akurat nie wątpię. - odpowiedział cicho Faramir, zamykając za nim drzwi swojego pokoju i westchnął głęboko, opierając się o nie. A więc starszy brat znowu okazał się być o krok przed nim...

  •  
  • Pozostało 1000 znaków