• Wpisów: 1575
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 20:03
  • Licznik odwiedzin: 328 165 / 2356 dni
 
abc.atlant
 
Dwóch dni potrzebowałam, żeby się pozbierać po wyprowadzce. Do samego zamknięcia za sobą drzwi pokoju w internacie nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to już naprawdę koniec (choć odwlekać usiłowałam to jak najdłużej). Jakkolwiek to się komuś może wydawać dziwne, to tam poczułam, że jestem w domu. Tam przez tyle miesięcy było moje miejsce. A teraz trzeba było to wszystko zostawić i się pożegnać. I nic nie pomogło powtarzane jak mantra: przecież taka kolej rzeczy, tak musi być.

Pożegnania są czymś, czego nie cierpię, a to właśnie one okazały się najtrudniejsze... I nie chodzi tutaj tylko o tęsknotę za ludźmi, z którymi dzieliłam wiele wspaniałych chwil, czy za samym miejscem, ale za moim życiem. To do internatu wracałam każdego dnia po szkole, czy po weekendzie. To było to miejsce, w którym cieszyłam się swoimi sukcesami i opłakiwałam porażki. Tam pierwszy raz się zakochałam i dostałam pierwszego w życiu kosza. Przez ostatnie trzy lata to miejsce było stałym punktem w moim życiu: wszystko wokół mogło się zmieniać, ale wiedziałam, że zaraz wrócę "do siebie". A teraz to się skończyło... Wszystko, co miało się wydarzyć i co miał mi dać ten okres w życiu, już się stało, już to przeżyłam i mam w sobie. Ale jednocześnie tak trudno otworzyć mi się na dalszy ciąg...

Każdy kto mnie zna osobiście, wie, że rutyny na dłuższa metę po prostu nie znoszę, ale teraz... Naprawdę boję się przyszłości. Nie sądziłam, że będę wpadać w panikę na myśl o utracie bezpiecznej rutyny dni podporządkowanych obowiązkowi szkolnemu. Że jednocześnie będę się bała i cieszyła na myśl, że oto zaczyna się coś nowego, coś innego, coś obcego. I (jak nie ja) boję się obcości.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego