• Wpisów: 1575
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 3 dni temu, 20:03
  • Licznik odwiedzin: 328 165 / 2356 dni
 
abc.atlant
 
- Hunter, Alice została postrzelona... - odezwała się Emily, kiedy jej mężczyzna wreszcie odebrał telefon. - Nie, spokojnie, spokojnie... Wyjdzie z tego, nic jej nie będzie... Będę informować. Na razie.
- Cholera, to się wydawało, że to będzie taka prosta akcja! - Jack Ascott uderzył pięścią w ścianę. Najchętniej zabiłby sukinsyna, który jej to zrobił, gdyby ten nie leżał już martwy.
- Ascott, spokojnie. - Emily, położyła mu dłoń na ramieniu. - Zdarza się trudno.
- To moja wina, ja powinienem ją osłaniać. - Jack ukrył twarz w dłoniach.
- Ale co też ty opowiadasz?! Jaka twoja wina?! Przecież nikt nie był w stanie tego przewidzieć. Że będą strzelać w środku miasta, na głównej ulicy i to jeszcze w biały dzień.
- Dzięki, ale ja teraz powinienem tam przy niej siedzieć. - mężczyzna powoli odwrócił się od niej, kierując się do sali, w której leżała jego partnerka. Emily odprowadziła do wzrokiem. Sama również nie zamierzała się ruszyć ze szpitala na krok.
Jack siedział przy szpitalnym łóżku w białej sali, wpatrując się w łagodnie zarysowany profil Alice. Kobieta leżała pod kroplówką, oddychając spokojnie przez sen, nie wybudziwszy się jeszcze z narkozy. Ascott westchnął ciężko.
- Co ty tu robisz? - usłyszał zaraz słaby, lekko zachrypnięty głos Alice. Kobieta powoli przekręciła głowę, spoglądając na niego. Jack nie odpowiedział, odwzajemnił tylko spojrzenie. Partnerka wydawała mu się taka krucha i słaba, kiedy leżała w sterylnej, szpitalnej pościeli. - Myślałeś, że już po mnie, co? - mężczyzna uśmiechnął się słabo. - Ascott... Wracaj do roboty...
- Nie, nie ma mowy. - zaprotestował Jack. - Zostaję tu, z tobą. Potrzebujesz mnie tutaj, Alice. - kobieta przełknęła ślinę, starając się zwilżyć wyschnięte gardło. Miała wrażenie, że ktoś przeszorował je papierem ściernym. Powoli wyciągnęła dłoń w stronę butelki wody stojącej na szafce nocnej, a Jack natychmiast zerwał się z miejsca, żeby jej pomóc. Alice nieporadnie spróbowała podtrzymać szklankę, którą przytknął jej do ust i powoli upiła kilka łyków cudownie chłodnej wody. Potem z westchnieniem opadła z powrotem na poduszkę, zamykając oczy. Piorunujący ból przeszył jej miejsce postrzału, a twarz wykrzywił grymas bólu.
- W porządku? - spytał Jack. Alice jęknęła, muskając dłonią bandaż na piersi. - Bardzo cię boli? Zawołam pielęgniarkę, jeśli trzeba.
- Nie, przestań. - kobieta złapała partnera za rękaw. - Nie trzeba. Jack... Muszę iść do łazienki. - mężczyzna spojrzał na nią niepewnie, ściągnął brwi.
- Nie wiem, czy mogę... - zaczął.
- Jack, proszę. - przerwała mu Alice. - Proszę... - powtórzyła.
- Dobrze, to chodź... - Jack pochylił się i delikatnie wziął ją na ręce. Alice zarzuciła mu ręce na szyję, a jej ciało natychmiast zaprotestowało. Bolało ją dosłownie wszystko. Mężczyzna zaniósł ją do przylegającej do sali łazienki i delikatnie postawił na ziemi. Zachwiała się. Przestrzelona kolano przeszyła błyskawica bólu. Jack zapalił światło, oślepiło ją migotanie żarówki fluorescencyjnej. - Usiądź, zanim się przewrócisz. - poprosił, nadal ją podtrzymując. Alice jęknęła cicho, ostrożnie siadając na sedesie.
- Możesz już iść. - odezwała się, podnosząc wzrok na partnera.
- O nie, nie ma mowy. - Jack pokręcił głową przecząco. - Rób swoje, Alice.
- Nie dam rady przy tobie. Wiesz jakie to krępujące?
- Możesz upaść, bo ja wiem... Stracić przytomność.
- Proszę... - Ascott uniósł ręce w geście poddania.
- Zaczekam na zewnątrz, drzwi otwarte. - cofnął się kilka kroków, aż stał tuż za progiem.
- Odwróć się, proszę... - przewrócił oczami z uśmiechem, ale odwrócił posłusznie. Alice westchnęła cicho. Nie spodziewała się, że aż tak bardzo jej ulży. Zrobiła bilans swoich obrażeń. Bolała ją głowa, bolała ją przestrzelona noga i bolała rana od postrzału w pierś. Poza tym czuła się świetnie, nie licząc może senności wywołanej lekami. Przywołała z powrotem do siebie Ascotta i chwilę potem znów znalazła się w jego ramionach.
- No, powoli... - szepnął Jack, pomagając jej się na nowo położyć. - Jak się czujesz?
- Jestem zdezorientowana. Obolała. Senna. - Alice wsparła się na poduszce. - Mercer?
- Ujęty. A właściwie to w kostnicy. Dzięki tobie. - mężczyzna uśmiechnął się. Kobieta pokręciła głową.
- Bez przesady. - odpowiedziała z uśmiechem. - Jack... Wracaj do centrali. Tam naprawdę bardziej się przydasz. A... Choć raz zrób to, co ci się każe. - dodała, zanim zdążył odpowiedzieć. Jack uśmiechnął się.
- Dobrze. - odpowiedział już spokojniej i posłusznie odwrócił się, kierując do drzwi.
- Ascott... - mężczyzna odwrócił się jeszcze, słysząc głos partnerki. - Dziękuję... - wyszeptała Alice z uśmiechem. Jack odwzajemnił uśmiech.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków