• Wpisów: 1490
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 20:24
  • Licznik odwiedzin: 321 004 / 2141 dni
 
abc.atlant
 
Ponad tydzień po premierze, w końcu wylądowałam w kinie na wyczekanym seansie. Wielką fanką Harry'ego Pottera nie jestem, ale do uniwersum lubię od czasu do czasu wrócić, bo jednak Potter jest Potterem. Pierwsza część "Fantastycznych Zwierząt" była powiewem czegoś nowego, powrotem do dobrze znanego nam świata, ale... O lata wcześniej. Gdy w 2016 roku premierę miała pierwsza część "Fantastycznych Zwierząt", nie byłam do niej przekonany. Nie pobiegłam do kina, spragniona magii i powrotu do Hogwartu, a film obejrzałam dopiero, kiedy był dostępny na DVD i chociaż nie urzekł mnie tak bardzo jakbym tego oczekiwała, był wspaniały i zanim się zorientowałam, zaczęłam niecierpliwie wyglądać drugiej części.
Zbrodnie.jpg

Akcja "Zbrodni Grindelwalda" mknie szybko. Zaczynając dość negatywnie; w filmie nagromadzono niezliczoną ilość wątków, które choć zwinnie, niczym węże, przeplatają się ze sobą i nieustannie przykuwają uwagę widza, to są mocno pourywane i niekompletne. Równolegle na ekranie toczy się przynajmniej z siedem ważnym historii, lecz każdej z nich brakuje początku i zakończenia. Dostaliśmy niesamowity miks opowieści i zostaliśmy wrzuceni w sam ich środek. Mam nadzieję, że jest to zabieg celowy i wszystko to zostanie rozwinięte w kolejnych częściach (a tych przed nami, według zapowiedzi, jeszcze co najmniej trzy). Ten mankament nadrabiają bohaterowie, różne niezwykłe smaczki, które samemu trzeba wyłapać, lub samemu się ich domyślić i oczywiście zwierzęta, bo chociaż ten film skupia się w większości na głównym, czarnym charakterze i zwierzaków tu nie brakuje (Newt ma małe niuchacze! ^^).

Na ekranie przewija się cała gama nowych, barwnych postaci: poplecznicy Grindelwalda, młody Dumbledore, Nagini, Leta Lestrange wraz z Tezeuszem Skamandrem i legendarny alchemik Nikolas Flamel (choć ten ostatni jest, ale jakby go nie było), poza tym towarzysza nam oczywiście dobrze już nam znani bohaterowie z poprzedniej części. Rozwinięto wątek Creedenca (chociaż on sam i mędzenie w pewnym momencie jest męczące (się zdecyduj, o co ci chodzi, człowieku!)), nie wiem kto tak skrzywdził Tinę i kazał jej podciąć włosy, ale to wciąż moja ulubienica, Quennie przechodzi na ciemną stronę mocy, a Newt... No cóż, jest sobą. Bohaterowie ewoluują, co jest wspaniałe. No i jest Grindelwald (w tej roli Johnny Depp), a rozróba, którą ten koleś robi już na samym początku z miejsca zapowiada "To będzie coś dobrego". I rzeczywiście, bo śmiało mogę powiedzieć, że ta część wypada o wiele lepiej niż jej poprzedniczka.

Wciąż jest to magiczna opowieść. Trup ściele się gęsto, cel uświęca środki, a dorośli czarodzieje bywają bezwzględni. Grindelwald dopiero zbiera popleczników, więc trudno oczekiwać, że od razu zrobi "zadymę", ale spokojnie, inni nadrabiają. Ludzie, jazda do kina (a Creedenca utopić).

  •  
  • Pozostało 1000 znaków