• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 147 / 2115 dni
 
abc.atlant
 
Byłam, widziałam, stałam w kilometrowych kolejkach (nie no, tak źle nie było) i świetnie się bawiłam. To był zarówno mój pierwszy raz w Warszawie, jak i pierwsza edycja Comic Conu (nie wspominając już o tym, że pierwszy konwent w ogóle), ale na pewno nie ostatnia.

Byłam przygotowana na to, że co najmniej godzinę spędzę w kolejce do wejścia, ale okazuje się, że nie, mam bilet kupiony wcześniej, więc zostaję niemal od razu wpuszczona, a w kilometrowej kolejce stoją sobie ci, którzy bilet dopiero chcą kupić. Tym cudownym trafiam od razu na halę i jak na skrzydłach lecę prosto do strefy gwiazd. Byłam przygotowana na to, że nie zdążę na panel dyskusyjny z moimi ulubieńcami z "Władcy Pierścieni" i "Hobbita", tymczasem byłam jeszcze przed czasem i cały udało mi się obejrzeć. John Rhys-Davies mówił wspaniale, trochę o swojej postaci i jej relacjach z Legolasem, trochę o swojej przyjaźni z Orlandem, która się potem zawiązała, ale i tak najlepsze było, jak odgrywał ich słynną kłótnię o to, który więcej orków zabił. Trochę się potem pogubiłam w kolejkach, w końcu trafiając do właściwej i również niemal od ręki wpuszczono mnie do zdjęcia z Johnem Rhysem-Daviesem.
comic_con.jpg

Moja mina na tym zdjęciu to jest jakiś koszmar, bo ja nie umiem się uśmiechać, zresztą widać. A w tamtym momencie radość i uniesienie zdecydowanie wzięły górę, a zanim zdążyłam się uspokoić i w miarę normalnie uśmiechnąć, zrobili mi zdjęcie. Ale, broń Boże, nie mówię, że jest złe. Wręcz przeciwnie, jest takie urocze, kochane i po prostu super!

Z części zdjęciowej przenoszę się później do kolejki po autograf, w której stoję półtorej godziny. Zrządzenie losu chciało, że zaraz za mną stała kolejna Tolkienistka, więc zagadnęłam, jakoś się to rozwinęło i półtorej godziny przegadałyśmy. W międzyczasie w głowie sobie tworzyłam listę, co ja w ogóle powiem, jak już się po ten autograf przepchnę, a jak wreszcie przed Johnem stanęłam, oczywiście mnie zatkało i na początku udało mi się tylko nieśmiało sklecić proste zdanie; "My name is Kate". Potem już jakoś to poszło, nie wiem czy to adrenalina zrobiła swoje, ale rozumiałam wszystko co do mnie mówił i sama też się potrafiłam wspaniale wysłowić (co jest u mnie rzadkością, bo z językami obcymi chyba mi nie po drodze). W jednym tylko momencie wolontariusz siedzący obok musiał przetłumaczyć, bo pokręciłam słówka i nie zostałam zrozumiana. Ale na końcu już bez krępacji rzucałam hasłem "Could you hugging me?".
comic__con.jpg

Do samego końca nie mogłam uwierzyć, że to się stało naprawdę. Że naprawdę stałam przed nim, że z nim rozmawiałam, to było niesamowite... A po fakcie miałam jeszcze półtorej godziny do autobusu powrotnego, żeby pochodzić po straganach. Uświadomiona, że gdzieś na hali jest stoisko Śródziemia poleciałam go szukać, a jak już znalazłam to aż mi się smutno zrobiło, takie było biedne. Mijając stoisko z oryginalnymi wydaniami książek ujrzałam "Upadek Gondolinu", którego momentalnie zapragnęłam, ale mój portfel krzyczał, że nie wolno, więc z żalem sobie poszłam (ale potem dorwałam "Opowieść o Kullervo" ). Szukałam też figurki Sarumana w wersji Funko Pop!, bo zasadzam się na niego od dawna, ale go nie znalazłam niestety. Zdziwiła mnie tylko dość mała liczba cosplayerów, bo wiem, że taka impreza aż się prosi o przebranie, ale wyjazd udał się fantastycznie i dostarczył pozytywnych wrażeń na kilka dni naprzód, więc w przyszłym roku... Kto wie...

  •  
  • Pozostało 1000 znaków