• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 147 / 2115 dni
 
abc.atlant
 
Jeśli chodzi o "Hotel Transylwanię", jestem wierna pierwszej części przygód paki Dracka i do kolejnej podchodziłam z początku sceptycznie, bo mimo wszystko sequele wszelkiej maści to nie zawsze dobry pomysł. Do kina nie mogłam się jednak nie wybrać i zostałam dość pozytywnie zaskoczona, bo chociaż "trójka" nie dorównuje swoim poprzedniczkom świetnie się przy niej bawiłam, a i śmiechu było dużo. Tym razem ponownie skupimy się na miłosnych rozterkach targających sercami bohaterów. Strzałą amora oberwie nie kto inny, a sam Dracula, który pozna swoją wybrankę na statku podczas luksusowego rejsu zafundowanego mu przez jego córkę.
Bez tytułu.jpg

Pomysł był, gorzej jednak wyszło z samym wykonaniem. Pierwsze dwie części filmu cenię sobie bardzo i uwielbiam (zwłaszcza pierwszą), a i "trójkę" ogląda się bardzo przyjemnie. Na pewno interesująca jest zmiana scenerii, która jest ciekawym zabiegiem, ale ja tam szczerze mówiąc wolę tytułowy hotel. Tutaj może i mamy coś nowego, ale wszystko jakieś przerysowane i zbyt jaskrawe (zdecydowanie nie do tego przywykłam). Fabuła jest super, wątki miłosne przedstawione w ciekawy i uroczy sposób (biednym zakochany Dracula), ale wszystko to przemieszane z innymi elementami sprawia, że trochę to poplątane. I właśnie sposób w jaki historia została opowiedziana sprawia, że film nie dorównuje pierwszej części. Wtedy Dracula miał przed sobą konkretny problem, z którym musiał się zmierzyć, wewnętrzne wady, które musiał pokonać, żeby na końcu można było mówić o happy endzie. Tutaj wszystkie dylematy moralne są przesunięte na dwie postaci drugoplanowe, przez co nie jesteśmy aż tak bardzo zaangażowani emocjonalnie, niż gdyby historia dotyczyła tylko i wyłącznie Draculi.

W trzeciej części "Hotelu Transylwanii" mamy przyjemność poznać odwiecznego wroga Draculi, który niezmiennie marzy o tym, by zakopać go w piachu, aby już po kres wieczności wąchał kwiatki od spodu. Mowa oczywiście o Van Helsingu. Wszystko byłoby miłe, fajne i przyjemne, gdyby tylko z odwiecznego pogromcy wampirów nie zrobiono zdziwaczałego pół człowieka, pół machinę, ogarniętego tak ogromną żądzą zemsty i śmierci, że z niego samego nie zostało prawie nic. Uważam, że sama jego kreacja była mocno creepy, ale mimo wszystko rozumiem taki zabieg.

Film polecam jako alternatywę na wolne popołudnie, lub weekend. Na filmie na pewno można się świetnie bawić, nie jest to jednak jakieś wybitne arcydzieło, ale nowe przygody Hrabiego Draculi, pomimo kilku wad, dostarczają dużej dawki humoru i pozytywnego przekazu. Warto więc wybrać się na seans z rodziną.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków