• Wpisów: 1468
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 3 dni temu, 22:26
  • Licznik odwiedzin: 318 822 / 2088 dni
 
abc.atlant
 
Liz rozejrzała się wokół, otrzepując się z ostatnich kropli wody. Stałą po kostki w płytkim jeziorze. Zadarła głowę wychodząc na trawiastą wysepkę. Gdzieś z góry zwieszały się pnącza lian, nie potrafiła dostrzec natomiast nieba. Przeniosła wzrok na skalną ścianę ze szczeliny której wypływała cienka strużka wody.
- Czy to... - odezwała się, podchodząc bliżej.
- Owszem. - odpowiedział Jack, stając za nią. - Wspaniałe, co? - Liz skinęła głową, podsuwając obie dłonie o strugę.
- Ani mi się waż, Harrington! - wrzasnął Czarnobrody, gdy nachyliła się, by się napić. - Ja pierwszy jej skosztuję! - Angelica powiodła wzrokiem wokół, nasłuchując.
- Ojcze... - odezwała się ostrzegawczo. Edward Teach wytężył słuch.
- Jednonogi. - powiedział, odwracając się.
- Sprowadziłeś go tu! - rzuciła Angelica oskarżycielsko.
- A niby po co? - Jack rozłożył ramiona w geście niewinności.
- Edwardzie Teach! - z mgły okalającej Źródło wyłonił się Barbossa wraz ze swoją załogą. - Za zbrodnie popełnione na pełnym morzu, działając z upoważnienia Jego Królewskiej Mości, ze sporą dozą osobistej satysfakcji... Pozbawiam cię wolności i ogłaszam iż jesteś... Moim więźniem.
- Moja wachta dobiegła końca, tak? - odpowiedział pytaniem Czarnobrody, podchodząc bliżej.
- Wśród wspomnianych przestępstw zarzuca ci się piractwo, zdradę, morderstwo, zadawanie haniebnych tortur, takich jak kradzież używanej, owłosionej i krzywej prawej nogi. - Barbossa dobył szabli. Czarnobrody również.
- Odważysz się stanąć przeciwko temu ostrzu?
- Z dala od twojego okrętu? Owszem. - Liz nachyliła się do Jacka.
- Od kiedy to Barbossa jest korsarzem w służbie koronie? - spytała.
- Nie jest. - odparł Jack. - Ma w głębokim poważaniu króla Jerzego. Rozumiesz? - kobieta westchnęła, pojmując i skinęła głową. Barbossa potrzebował przecież okrętu i załogi, a swoje utracił.
- Czuję na karku lodowy oddech przeznaczenia. - kontynuował Czarnobrody. - Ale nie odmówię sobie ostatniej potyczki. Wybić ich! - jego załoga natychmiast dobyła szabli, podobnie jak Anglicy pod wodzą Hektora.
- Zaraz, momencik jedną chwilkę! - zawołała Liz, zamachawszy rękami. - Czegoś tu nie rozumiem. Więc... Wy macie walczyć z nimi, a oni z wami... - zaczęła, gestykulując żywiołowo. - Bo ten ma ochotę utrupić tego? Gdzie tu logika? - załoganci popatrzyli po sobie. - Właśnie. Niech więc sami się biją, a my popatrzmy, wypijmy, poróbmy zakłady... Dosyć mam piractwa jak na jeden dzień. - Barbossa rzucił jej spojrzenie.
- Zabić ich! - rozkazał. Rozgorzałą walka.
Liz drgnęła, gdy zewsząd rozległy się strzały. Stal uderzała o stal. Barbossa wymachiwał dwiema szablami naraz, próbując odpierać ataki Czarnobrodego, co swoją drogą nieźle mu szło.
- Lizzie... - Jack postukał palcem w swój kompas. - Domyślasz się chyba, co masz robić? Ja spróbuję tu trochę posprzątać.
- Jasne, daj mi trochę czasu. - Liz ścisnęła w dłoni busolę i odbiegła z miejsca jatki. Jack rzucił się za Angelicą biegnącą ku Źródłu.
- Oddaj łezkę. - powiedział, przystawiając ostrze do szyi Scrum'a. - Wiem, że ty ją masz. Bądź grzeczny. - dodał.
- Jej boję się bardziej niż ciebie. - odparł tamten, atakując. Jack zgrabnie odbił jego ciosy, a okręcając się na pięcie, wyjął mu z kieszeni fiolkę. Uśmiechnął się.
- Dziękuję. - rzucił przelotem, ale zaraz zamarł w bezruchu. Na odległość ostrza trzymała go Angelica.
- Oddaj ją. - rzuciła ostro. - Wybacz mi. - dodała. - Mówiła, że potrzebuję lat. Teraz zadowolę się twoimi. - Jack bez namysłu zabił jej szablę swoją, a kielichy posłał kopniakiem w pobliże Źródła, po czym - unikając cięcia kobiety - rzucił się w tamtą stronę. Angelica rzuciła się za nim, klnąc na czym świat stoi.

Liz przedzierała się przez dżunglę z kompasem Jacka w dłoni, raz po raz potykając się i odgarniając liście i gałęzie, zwieszające się nisko nad ziemię. W końcu jednak wypadła na plażę i odetchnąwszy z ulgą, pobiegła przed siebie po miękkim piasku, co jakiś czas rzucając okiem na busolę, dopóki ni dostrzegła zacumowanej na mieliźnie Zemsty Królowej Anny.
- No, jesteś... - szepnęła, zatrzaskując klapkę kompasu. Po olinowaniu wspięła się na pokład, a odnalezienie kajuty kapitańskiej nie sprawiło jej już trudności. Znów zerknęła na kompas, a igła zawirowała, wskazując jej dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowała najbardziej, czyli klucze do ciężkiej drewnianej szafy. Chwilę potem miała już w dłoni to, czego szukała, a drzwi szafy stanęły otworem. Liz wstrzymała oddech. Półki były bowiem wypełnione butelkami z uwięzionymi weń dziesiątkami okrętów. Perłę odnalazła wcale nie bez trudu.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków