• Wpisów: 1456
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 22:52
  • Licznik odwiedzin: 317 500 / 2059 dni
 
abc.atlant
 
Angelica przedzierała się przez dżunglę na czele załogi, w dłoni ściskając kompas Jacka. Przystanęła,  spoglądając na leniwie obracająca się igłę i drgnęła, czując ostrze szabli na szyi, ale uśmiechnęła się, spoglądając w bok.
- Przy każdym spotkaniu czymś we mnie celujesz. - powiedziała na powitanie. Jack płynnie wsunął szablę z powrotem do pochwy i odwzajemnił uśmiech. Zza jego pleców wyłoniła się Liz.
- Widzę, że nie sposób was rozdzielić, choć to Sparrowa wysłałem, żeby zdobył dla mnie skarb Ponce de Leona, nie pannę Harrington. - rzucił Czarnobrody. - Masz kielichy?
- Tak. - odpowiedział Jack i skinął głową na towarzyszkę, która na dowód jego słów rozchyliła poły płóciennej torby.
- Jednonogi też jest blisko, tak?
- Tak. - potwierdził znów Jack. - Przekaże ci je pod paroma warunkami. - powiedział, stając między starym piratem a Liz. - Po pierwsze: oddasz mi kompas. Nie, to po drugie... Po pierwsze: dasz słowo, że nie skrzywdzisz Lizzie. - kobieta spojrzała na niego zdumiona, podobnie jak Angelica.
- Nie daję słowa takim łajzom, jak ty. - warknął Czarnobrody. - Ale mogę cię zapewnić, że nigdy nie była zagrożona.
- Po drugie... - przerwał mu Jack. - Czy wcześniej po pierwsze: upomnę się o zwrot kompasu. Poproszę. Zasłużyłem. - Angelica przewróciła oczami, rzucając mu jego własność. - Dziękuję. A po trzecie... Czasem, nie za często, rozmyślam o swoich haniebnych występkach. - Czarnobrody westchnął z rezygnacją, co bynajmniej nie zniechęciło Jacka do kontynuowania monologu. - Boli mnie zwłaszcza to, jak podle traktowałem pannę Harrington, lojalną pierwszą oficer. - Liz złożyła ręce na piersi, spodziewając się - niesłusznie zresztą - oficjalnych przeprosin. Przeliczyła się po raz kolejny. - Było mi obojętne, czy zginie po drodze do Źródła, trawioną gorączką... I wciąż jest...
- Ha! - żachnęła się kobieta. - Jack, ja cię normalnie...
- A jednak teraz musicie ją uwolnić. - pirat puścił jej słowa mimo uszu. Czarnobrody uniósł brwi.
- Czy to wszystko? - spytał. Jack zastanowił się.
- Chyba tak. - odparł wreszcie. Edward Teach spojrzał mu w oczy.
- Zgoda. - powiedział. Jack uśmiechnął się.
- Co?! - wyrwało się Liz. Na jej głos nałożył się krzyk Angeliki i kobiety spojrzały po sobie.
- Przekaż proszę kielichy naszemu dobrodziejowi. - Jack skinął głową Czarnobrodemu. Liz spojrzała na niego z wahaniem, ale w końcu zdjęła torbę z ramienia i oddała piratowi. Sparrow rzucił jej kompas. - Przepustka do wolności. - wyjaśnił krótko. Kobieta przytroczyła busolę do paska, ale ruszyła za Jackiem i Angelicą. Był palantem, owszem, ale nie zamierzała do teraz zostawiać.

Jack rozchylił kolejne liście tarasujące drogę.
- Przysiągłbym, że to gdzieś tutaj. - odezwał się. - To na pewno gdzieś tu niedaleko... - pirat zatrzymał się przed szerokim urwiskiem. Na skalnej ścianie wyryte były niezrozumiałe symbole, gdzieś w dole połyskiwało jezioro, a w głąb urwiska sięgała grota. Jack uśmiechnął się. - A właśnie...
Prędko zapalono pochodnię i zadecydowano o wejściu do środka. Szli gęsiego, jeden za drugim, brodząc po kostki w wodzie, aż w końcu dotarli do rozwidlenia korytarza i niewielkiej wysepki na płytkim jeziorze. Jack musnął palcami pokrytą starożytnym chyba pismem skalną ścianę.
- Aha! - Czarnobrody ruszył ku niemu. - Martwy punkt!
- Jack... Zaczyna podejrzewać, że nie znasz drogi. - powiedziała Angelica. Sparrow odwrócił się ku niej.
- Nie o to chodzi, by złapać króliczka. - rzucił. - Kielichy proszę. - Czarnobrody skinął przyzwalająco na bosmana i Jack wziął od niego naczynia, unosząc je w górę. - Cofnijcie się. - polecił, popatrzywszy po załodze. Po jaskini poniósł się czysty dźwięk, gdy kielich uderzył o kielich. Bardziej przesądni rozejrzeli się wokół niepewnie, ale nic się nie wydarzyło. Nic. Absolutnie.
- Czyś ty kiedykolwiek widział na własne oczy Źródło Wiecznej Młodości? - spytała Angelica, składając ramiona na piersi.
- Możesz powtórzyć pytanie? - Jack uśmiechnął się uroczo.
- Dość tego. - Czarnobrody wyszarpnął pistolet.
- Zaraz! - Liz rzuciła się ku Jackowi. - Nic ci nie przyjdzie z tego, że go zabijesz.
- Właśnie. - podchwycił natychmiast Sparrow, zasłaniając się kielichami, które uniósł na wysokość oczu. - Momencik! - zawołał zaraz, dostrzegając napis na metalowym okuciu naczyń. - Aqua de Vida. - przeczytał na głos. Niemal natychmiast rozległ się głośny szum. Woda z jeziora wezbrała, zawirowała i otuliła ich miękko, porywając ze sobą.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków