• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 3 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 173 / 2115 dni
 
abc.atlant
 
- Co znowu knujesz, Jack? - spytał szeptem Barbossa, gdy Hiszpanie prowadzili ich do swojego obozu.
- Jest dziewczyna. - odparł Sparrow. - Kobieta płci przeciwnej. - Barbossa skrzywił się. - Powinienem rzec "dama".
- Śpieszysz na ratunek damie? To coś nowego. - parsknął Hektor.
- Tak. - odpowiedział całkiem poważnie Jack. - Ale mogłem wyrządzić kiedyś wyżej wymienionej damie krzywdę. To ta kobieta z Sewilli.
- Jak zawsze. Udawałeś, że kochasz, a potem porzuciłeś ze złamanym sercem? - Liz przysłuchująca się rozmowie, prychnęła.
- Nie, gorzej. Być może coś we mnie... Przez krótką chwilę... Drgnęło. - Hektor wlepił w niego wzrok. - To nie uczucie, nie przesadzajmy. Bardziej coś jak... Uczucie.
- A jednak ją porzuciłeś. To podłe. - Jack zastanowił się przez chwilę.
- Masz rację. - stwierdził.
Hiszpanie przywiązali całą trójkę grubymi linami do drzew tuż przy ich obozie, wcześniej skonfiskowawszy Jackowie kielichy.
- Jak tam nasz plan odwrotu? - zagadnął Sparrow.
- Masz okazję improwizować. - odpowiedział mu ponuro Barbossa. Liz patrzyła na nich oboje z rządzą mordu w oczach. Od pojmania nie odezwała się do nich ani słowem, manifestując w ten sposób swoją wściekłość. Coraz bardziej złościło ją jednak to, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Była niewidzialna.
- Może mógłbym wyswobodzić rękę... - zastanawiał się na głos Jack. - Masz nóż? - spytał, gdy Barbossa odkręcił swoją drewnianą nogę. Hektor uśmiechnął się.
- Coś lepszego. - odparł, zębami wyjmując korek z ukrytej w protezie butelki trunku. Jack patrzył na to w zdumieniu.
- Ja też taką chcę. - powiedział w końcu. Barbossa upił łyk rumu i z trudem, przez krępujące go liny, podał butelkę towarzyszowi niedoli.
- Za zemstę. Słodką i bezkarną. - wzniósł toast Jack.
- Za zemstę? - zdziwił się Barbossa.
- Owszem. - Sparrow skinął głową. - No, Hektor... Przyznaj wreszcie, że zaczaiłeś się na Czarnobrodego. Nie dam się zwieść.
- Liz? - Barbossa skinął na nią, podając jej butelkę. Chwilę jeszcze się wahała, aż w końcu z westchnieniem przytknęła ją do ust. Rum rozlał jej się ciepłem w gardle i żołądku.
- Nie było cię tamtej nocy. - odezwał się znów Hektor. - Gdy zabrali mój okręt. Zabrali, nie zatopili. Byliśmy u wybrzeży Hispanioli, gdy przypuścili atak. Bez prowokacji, ostrzeżenia, prób pertraktacji. Obsypał nas grad pocisków... Pod nami zakipiały wody... Statek zaczął tańczyć na fali. Deski, reling, drzewce zaczęły nagle trzeszczeć. Takielunek ożył. Aż okręt zwrócił się przeciw nam... Liny pętały załogę, wijąc się niczym węże... Pochwyciły mnie za nogę. Ale ręce miałem wolne, a pod ręką szablę. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem okrętu. To ja, nie Czarnobrody, byłem panem swego losu. Zrobiłem to, co zrobić należało. - Barbossa pociągnął jeszcze łyk rumu i umieścił drewnianą nogę na jej miejscu.
- A więc... Odciąłeś sobie nogę... - odezwała się Liz.
- Przeżyłem. - odpowiedział Hektor.
- I nie szukasz Źródła. - dodał Jack, odwracając wzrok.
- Oddałbym lewą rękę za możność zemsty na Czarnobrodym.
- A nie prawą? - Jack znów się uśmiechnął. Liz też.
- Tę zachowa, by wbiła zatrutą klingę prosto w jego serce.
- Zadbam, byś miał sposobność. - Sparrow pomachał uwolnionymi dłońmi. Liz i Barbossa wymienili zdumione spojrzenia, po czym oboje przenieśli wzrok z powrotem na Jacka, który właśnie wstawał, wysuwając się zgrabnie z krępujących go lin. Kobieta roześmiała się.
- No jasne... - skomentowała. - A ja cię nie doceniałam.
- Sza. - upomniał ją pirat, przykładając palec do ust, po czym uwolnił ją z więzów i pomógł wstać. Wkrótce również Barbossa był wolny. Najciszej jak potrafili, pomknęli w stronę hiszpańskiego obozu, po drodze zgarniając trzy szable. Uzbrojeni wpadli między Hiszpanów, wśród których zawrzało. Barbossa wywijał szablą na wszystkie strony, Liz radziła sobie nie gorzej od niego. Jack skołował wiec linę, którą wkrótce obwiązani byli wszyscy wrogowie, łącznie z ich dowódcą.
- Zwiewajmy, póki się nie uwolnią. - odezwała się Liz.
- Nie pomogę z kielichami. - powiedział Barbossa, spoglądając na Jacka. - Jestem umówiony i już nie wrócę.
- Nie będziesz musiał. - odparł Sparrow, unosząc do góry obie dłonie, w których trzymał kielichy. - Napijemy się?
- Tak! Przy Źródle! - odkrzyknęła Liz, zrywając się do biegu. Jack pognał za nią.
- Czyżby panna Harrington zmieniła zdanie? - spytał.
- Nie. - odpowiedziała. - Ale akurat jestem pod twoim wrażeniem, więc radzę ci tego nie zepsuć.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków