• Wpisów: 1456
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 22:52
  • Licznik odwiedzin: 317 500 / 2059 dni
 
abc.atlant
 
Jack przedzierał się przez zarośla z szablą w dłoni, starając się podążać śladem Angeliki i załogi Czarnobrodego. Uśmiechnął się do siebie, gdy wreszcie dostrzegł ich między drzewami.
Liz szła za Angelicą w myślach klnąc najgorzej, jak umiała. Zostawił ją. Przebrzydły tchórz, zostawił i zwiał, jak zwykle troszcząc się tylko o siebie. W następnej sekundzie pisnęła cicho, gdy ktoś zatkał jej dłonią usta i wciągnął w zarośla. Chwilę szarpała się w uścisku, wreszcie w stosownej odległości od Czarnobrodego i jego załogi, Jack postanowił ją puścić.
- Ty idioto! - wrzasnęła, spojrzawszy mu w twarz, bo nic innego nie przyszło jej do głowy, po czym z rozmachem trzepnęła go po głowie. Jack uchylił się przed kolejnym uderzeniem i objąwszy ją za ramiona, odciągnął głębiej w las tropikalny.
- Ćśś... - nakazał, przykładając palec do ust. - Wróciłem, więc się nie awanturuj. A teraz zwiewajmy. - dodał, chwytając ją za nadgarstek i pociągnął za sobą. Liz posłusznie podążyła za nim przez tropiki, aż wypadli na plażę. Pirat pociągnął ją jednak dalej, stając wreszcie u stóp kamiennego klifu. Uśmiechnął się lekko.
- Santiago. - odezwał się. - Słynny okręt Ponce de Leona. - wytłumaczył, zerkając na kobietę i pokazał jej statek zawieszony tuż nad krawędzią urwiska. - I ani żywego ducha. - dodał, rozglądając się. - No dobra. - Jak wzruszył ramionami, ruszając w górę po kamienistym zboczu. Liz rzuciła się biegiem za nim.
- Dalej chcesz zdobyć te kielichy? - spytała zdziwiona, doganiając go. - Przecież mówiłeś, że...
- Posłuchaj... - przerwał jej Jack. - Oni mają Perlę, a ja nie znam położenia okrętu, zadowolona? Masz zatem wybór. Albo pomożesz mi zdobyć kielichy i zostaniesz bezpiecznie odstawiona do domu, lub też mi nie pomożesz i możemy się w tym momencie rozstać. Jak będzie? - Liz westchnęła zrezygnowana.
- Nienawidzę cię... - warknęła, ruszając za nim.

Liz rozejrzała się po wnętrzu starożytnego okrętu. Starała się ogarnąć wzrokiem bogactwo zgromadzone na tak niewielkiej powierzchni, jaką stanowiła kajuta kapitańska. Pod jedną ze ścian dojrzała ludzki szkielet.
- Ponce de Leon... - odezwał się Jack, zanim zdążyła choćby otworzyć usta. - Gdyby czterdziestu piratów marzyło przez czterdzieści dni o skarbie, ich wizja wypadłaby blado przy zawartości tej kajuty. - powiedział, uśmiechając się. Liz odeszła kilka kroków i zachwiała, tracąc równowagę, gdy statek przechylił się.
- Stój w miejscu! - zawołał Jack. - Niczego nie dotykaj. - nakazał, stając naprzeciw niej. - Kielichy. Gdzie one są? - zastanowił się na głos, rozglądając się po kajucie, dopóki jego wzrok nie padł na bogato zdobioną skrzyneczkę. Skinął głową z zadowoleniem. - Liz... Razem. - kobieta odpowiedziała skinieniem. Zrobiła pierwszy krok, gdy i on go zrobił, a w końcu oboje położyli dłonie na skrzyni.
- Nareszcie... - Jack z namaszczeniem uniósł wieki. Liz przeniosła wzrok z zawartości skrzyneczki na pirata. - Kamienie? - zdziwił się tamten. - Gdzie są kielichy?
- Tutaj. - Jack odwrócił się, słysząc za sobą znajomy głos. Ukryta w cieniu postać wyciągnęła przed siebie dłoń z dwoma kielichami. Jack zmrużył oczy, gdy mężczyzna w pirackim kapeluszu zrobił krok w ich stronę. Drewniana noga stuknęła o podłogę.
- Barbossa... - westchnęła Liz.
- Pani Turner... - pirat uśmiechnął się. - Widzę, że wciąż ciągnie panią do życia na morzu. - Jack bez słowa dobył szabli.
- Oddaj mi kielichy. - rozkazał z kamienną twarzą.
- Nie zrozum mnie źle przyjacielu... - zaczął Barbossa. - Ale Źródło Wiecznej Młodości w ogóle mnie nie interesuje...
- Kłamca. - rzucił Jack, nie dając mu dokończyć. Zaatakował lekką primą przed czym Barbossa zgrabnie się uchylił, żeby potem sięgnąć po własną broń. Zatańczyli na środku kajuty w morderczym tańcu, aż Liz znów zachwiała się, gdy statek zakołysał się na krawędzi klifu. Ciężko klapnęła na podłogę, tuż obok szkieletu Ponce de Leona i powoli sięgnęła do mapy, którą tamten wciąż trzymał w wysuszonej dłoni. Jack zgrabnie przekoziołkował w drugi kąt kajuty, od razu wstając. W prawej dłoni wciąż ściskał szablę, w lewej jeden z kielichów. Liz znowu przeniosła wzrok na mapę i spróbowała wyjąć ją z dłoni szkieletu. Mapa nie ustąpiła, a Ponce de Leon przekręcił głowę i wpatrywał się w nią teraz pustymi oczodołami.
- Liz... - Barbossa natychmiast przerwał walkę. - Nie dotykaj mapy. - kobieta natychmiast cofnęła dłoń.
- Wynośmy się stąd. - zdecydował Jack, wyjmując z dłoni Barbossy drugi kielich, mimo jego protestów. Hektor już bez słowa wyrwał mu oba kielichy, a kiedy znowu zaczęli się kłócić, kobieta westchnęła ciężko, otwierając drzwi kajuty i stanęła w miejscu jak wryta, widząc przed sobą zastęp uzbrojonych mężczyzn. Jack i Barbossa przerwali wyrywanie sobie kielichów, natychmiast zamierając.
- Hiszpanie... - odezwał się Hektor.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków