• Wpisów: 1464
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 5 dni temu, 22:38
  • Licznik odwiedzin: 318 431 / 2080 dni
 
abc.atlant
 
- Pracujesz dla Davida Mercera, tak czy nie? - powtórzył Ed Romley, siedząc naprzeciwko Toma Reeda w pokoju przesłuchań.
- Tak, no i co z tego? - odpowiedział tamten. - Niczego nie wiem. Nie widziałem go od ostatniego zlecenia, przed odsiadką, nie wiem gdzie jest. - Romley rozparł się wygodnie na krześle.
- Posiedzisz kilka dni za kratkami, wytrzeźwiejesz, może pamięć ci wróci. - powiedział.
- Za kratkami? A za co? - Reed złożył ramiona na piersi.
- A za czynną napaść na funkcjonariusza. - odpowiedziała mu Emily, stojąca za Romley'em. - Już zapomniałeś? Dwa dni temu pod Whiteleys postrzeliłeś jednego z naszych agentów. Rozpoznała cię na zdjęciu. Poza tym znaleźliśmy tam twój odcisk buta.
- Mówicie o tym centrum handlowym? Ja tamtędy tylko przechodziłem. Nic nie wiem, ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu. - Emily i Ed popatrzyli po sobie. Na twarzy Romley'a wykwitł uśmiech.
- Nie pogrążaj się. - powiedział się. - A to? To skąd masz w takim razie? - spytał, spoglądając na zranioną nogę mężczyzny.
- Na polowaniu byłem... - zaczął tamten niepewnie.
- Mhm. I pewnie pomylili cię z jeleniem, nie nabierzesz mnie na to. - rzuciła przez zęby Emily. Romley położył jej dłoń na ramieniu, przywołując ją do porządku.
- Spokojnie. - powiedział łagodnie, przewijając taśmę nagrywarki. "Nic nie wiem ani o zleceniu na tę babę, ani o wybuchu." Reed spojrzał na niego, blednąc gwałtownie. - Coś mi się zdaje, że masz nam o wiele więcej do powiedzenia. Ale na razie wybierzemy dla ciebie celę.
                                                                   
- Okazuje się, że nasz ptaszek miał stały kontakt telefoniczny z Mercerem. - powiedział Romley, wchodząc bez pukania do gabinetu Emily. - Moi ludzie to sprawdzili.
- Dobrze, on i tak wszystko wyśpiewa. - odpowiedziała kobieta, przeglądając akta bieżących spraw. Żadna jednak nie była tak priorytetowa jak sprawa Alice. - Dajmy mu tylko czas do rana. Dopadnie go delirka.
- Jasne. - Romley westchnął. - Wracam do siebie, odwieźć cię do domu? - Emily pokręciła głową.
- Jeszcze zostanę. - odpowiedziała. - Następnym razem zapukaj. - dodała, gdy Romley, zamykał za sobą drzwi. Mężczyzna odpowiedział jej uśmiechem, a Emily padła na oparcie fotela. - Gdzie jesteś, Alice? - westchnęła.
                                                                  Jack usiadł obok Alice, skulonej w fotelu i wyjął z rąk śpiącej kobiety MacBook'a, a ją samą przykrył kocem. Chwilę jeszcze wpatrywał się w jej łagodnie zarysowany profil, a uśmiechnąwszy się do siebie, podszedł do okna, z zamiarem zasunięcia zasłon. W oczy rzuciła mu się postać, stojąca po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna w czarnej kurtce. Wpatrujący się dokładnie w okno ich pokoju. W tym samym momencie zadzwoniła jego komórka. Jack powoli podniósł ją, a mimo nieznanego mu numeru odebrał połączenie.
- Ćwierć miliona. Gotówką. - odezwał się głos po drugiej stronie. - Za dziewczynę. - serce Jacka przyspieszyło, tak samo jak oddech.
- Nie ma mowy. - odpowiedział. David Mercer roześmiał się.
- Daj spokój, Ascott. - rzucił. - Co takiego mają służby specjalne, czego ja nie mam? Na pewno nie płacą ci lepiej.
- Ale nie zabijają dla własnej korzyści. - Jack mocniej ścisnął telefon. Śmiech zamarł na ustach Mercera.
- Daję ci ostatnią szansę, Ascott... - zaczął, ale Jack mu przerwał.
- Wiem, że mnie słuchasz i rozumiesz, sukinsynu. Nigdy nie dostaniesz Alice, dorwę cię i zatłukę własnymi rękami, gorzko pożałujesz...
- Czcze groźby, Ascott. Nie wiesz kim są moi ludzie, ani do czego są zdolni.
- Dowiem się tego. A wtedy będziesz skończony. - Jack przerwał połączenie i z westchnieniem opadł na fotel, kryjąc twarz w dłoniach. Odgarnął kosmyki włosów z twarzy. Skąd Mercer wiedział? Skąd wiedział gdzie są? Skąd znał ich każdy krok, zanim jeszcze go zrobili. Spojrzenie mężczyzny padło na telefon komórkowy, a tknięty przeczuciem zdjął tylną obudowę. Tuż przy baterii migotała mikroskopijna zielona dioda. Jack musnął ją palcem. Urządzenie namierzające. Bez wahania wyrwał je z telefonu i zamknął w dłoni. Jak mógł się nie domyślić wcześniej? To wszystko co się wydarzyło od wyjazdu z Londynu... To była jego wina. Niczyja więcej. Jego.
Jack westchnął, potarłszy twarz dłońmi. Delikatnie wziął Alice w ramiona, przenosząc śpiącą kobietę na duże podwójne łóżko, sam - choć zmęczony - nie położył się jednak. Usiadł z powrotem w fotelu z pistoletem w pogotowiu, aż do rana nie zmrużywszy oka. Na szczęście aż do rana nikt ich nie niepokoił.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków