• Wpisów: 1490
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 20:24
  • Licznik odwiedzin: 321 004 / 2141 dni
 
abc.atlant
 
Jack odwrócił się od okna, kiedy Alice wyszła z łazienki.
- Słuchaj... - odezwała się kobieta, podchodząc do niego. - Zajęty jesteś? Bo trzeba pójść do apteki, potrzebuję podpasek. - powiedziała, stając obok. Jack zaniemówił.
- Co? - zapytał wreszcie. - Że niby ja? Nie ma mowy, nigdzie nie pójdę.
- Sama raczej też nie pójdę. Nie chcemy strzelaniny na ulicy, co? - Jack westchnął.
- Mam cię tu... Samą zostawić? - rzucił jedynym racjonalnym argumentem, jaki mu przyszedł do głowy, ale skapitulował, kiedy Alice spojrzała na niego wyzywająco, składając ramiona na piersi. - Zamknij drzwi i okno, trzymaj przy sobie broń i pod żadnym pozorem stąd nie wychodź. - powiedział, zdejmując z oparcia fotela swoją kurtkę. - Wracam za pięć minut.
Jack wszedł do apteki na tej samej ulicy i nerwowo postukał palcami w ladę.
- Dzień dobry. - odezwał się niepewnie. Młoda ekspedientka odwróciła się od szafek z lekami i uśmiechnęła się podchodząc do niego.
- Proszę, co podać? - spytała. Jack obejrzał się na dwóch mężczyzn stojących kolejce za nim.
- Podpaski poproszę. - odpowiedział, z zażenowaniem odwracając wzrok. - Paczkę podpasek. - dodał dobitniej, widząc nieco zdziwioną minę ekspedientki.
- A, tak. - zreflektowała się tamta. - Rozumiem. To jakie mają być? - Jack przekrzywił głowę.
- No jak to jakie? Te damskie... - odparł. Kobieta uśmiechnęła się.
- Jakie? Cieniutkie, grube, ze skrzydełkami, bez skrzydełek? Medyczne? Zapachowe...? - mężczyzna wcisnął dłonie głębiej w kieszenie. Uśmiechnął się nerwowo.
- Ok, pani da jakieś grubsze, ze skrzydełkami. Dwie paczki najlepiej. - ekspedientka uśmiechnęła się, a po chwili położyła na ladzie dwa fioletowo-różowe opakowania, które Jack od razu wsunął do kieszeni.
- Trzy funty. - powiedziała jeszcze kobieta, a on położył na ladzie pięciofuntówkę i rzucając przez ramię, że reszty nie trzeba, skierował się ku drzwiom, słysząc jeszcze chichot dwóch kobiet stojących w kolejce i widząc porozumiewawczy uśmiech mężczyzny za nimi.
- Masz? - spytała Alice, kiedy tylko jej partner przekroczył próg pokoju i natychmiast wyjęła mu z ręki opakowanie, które jej podał, zamykając się w łazience. Jack stał w miejscu osłupiały.
- Zaraz, a gdzie proste dziękuję?! - zawołał za nią. - To człowiek się naraża, własne dobre imię na zszarganie wystawia w tym boju aptecznym, a tu nawet zwykłego dziękuję nie usłyszy? - zapytał, zaczynając się śmiać. Zza drzwi toalety dobiegł go śmiech Alice.
- Dzięki bohaterze! - zawołała kobieta.
- Nie ma za co. - odpowiedział z uśmiechem Jack, zdejmując z siebie kurtkę.

Emily stała pod kamienicą na St. Martin’s Lane, czekając na rozwój wydarzeń. Jeszcze tego samego dnia udało im się namierzyć Toma Reeda, który - postrzelony w nogę - ukrywał się teraz w mieszkaniu matki.
- W mieszkaniu go nie ma, a przynajmniej tak twierdzi starsza pani. - kobieta usłyszała w bezprzewodowej słuchawce głos Romley’a.
- Pofatyguj się na dół, widzę go. - odpowiedziała, poprawiając sobie niewielki mikrofon, wpięty w klapę płaszcza. Mężczyzna rzeczywiście nieporadnie przełaził przez balustradę balkonu na pierwszym piętrze, a nieprzytomnym wzrokiem oceniwszy odległość od ziemi, zeskoczył na chodnik, jęknąwszy przy tym. Emily uśmiechnęła się.
- No proszę, jaki piękny skok. - odezwała się, gdy mężczyźnie udało pozbierać się z ziemi. Był kompletnie pijany. - A teraz... Zapraszam tędy. - powiedziała, skinąwszy na niego głową.
- A gdzie mnie pani zaprasza? - spytał tamten, oceniając sytuację.
- A na przesłuchanko. - Emily pomachała mu przed nosem legitymacją. - CIA. Tom, jesteś facetem, ja jestem kobietą, trochę głupio będzie wyglądać, jak ci dziób oklepię przy kolegach, nie? - spytała zerkając na trzech facetów, stojących niedaleko z butelką piwa w dłoni każdy. - Jeszcze się jakieś zbiegowisko zrobi. - kontynuowała.
- No dobra już. - Reed pociągnął nosem, ruszając za funkcjonariuszką, a kiedy odwróciła się od niego, zamachnął się na jej głowę. Emily uchyliła się zgrabnie i kopnęła w przestrzeloną nogę, wyrywając mu z gardła wrzask bólu. Obejrzał się na kumpli, zwijających się ze śmiechu, gdy kobieta zakładała mu kajdanki. Emily spojrzała na Romley’a wychodzącego właśnie z kamienicy.
- Nie śpieszyło ci się. - zauważyła.
- Dobrze sobie poradziłaś i beze mnie. - odpowiedział mężczyzna, podrywając z klęczek Reedda..
- Ał, moja noga! - zaprotestował tamten. Emily skinęła głową kolegom Toma.
- Zdrówko, chłopaki! - rzuciła w odpowiedzi na toast wzniesiony w jej stronę.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków