• Wpisów: 1464
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 5 dni temu, 22:38
  • Licznik odwiedzin: 318 431 / 2080 dni
 
abc.atlant
 
- Ascott na dwójce! - krzyknął jeden z agentów CIA i Ed Romley natychmiast dopadł do telefonu.
- Liczę na to, że jesteście bezpieczni - rzucił do słuchawki. - Gdzie jesteście?
- Ktoś zna nasze posunięcia, nie wiem komu ufać! - wypalił Jack. Oboje z Alice stali pod niewielkim daszkiem przy wejściu do małego motelu, a od dobrych kilku chwil nieprzerwanie lał deszcz.
- Co ty gadasz? - zdziwił się Romley. David Mercer uśmiechnął się, wciskając niewielką bezprzewodową słuchawkę głębiej do ucha. Zainstalowanie podsłuchu okazało się całkiem proste i niezwykle przydatne. - Co z Alice?
- Bezpieczna. Ze mną. Przynajmniej na razie. - Jack odgarnął z czoła mokre kosmyki włosów. - Chcieli nas powystrzelać. Albo powiesz mi co tu jest grane, albo to z Langely będziesz rozmawiał! Jeśli ktoś z naszych jest podejrzany...
- Uspokój się Ascott. - przerwał mu Ed. - Dacie sobie radę. Zawsze dajecie. Wasza dwójka jest praktycznie niezniszczalna. Nie wiem jakim cudem znaleźli was w Glasgow, ale dowiem się tego. Trzymajcie się. - powiedział jeszcze, odkładając słuchawkę.
Jack z westchnieniem odjął telefon komórkowy od ucha. Alice położyła mu dłoń na ramieniu, przysuwając się bliżej, a usłyszawszy westchnienie, spojrzała pytająco na partnera. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie.
- Wejdźmy do środka. - odezwał się. - Nie będziemy stać na tym deszczu i czekać na cud. - powiedział, obejmując partnerkę ramieniem.

Alice wbrew sobie odprowadziła wzrokiem kobietę w garsonce i z drogą torebką w dłoni, która trzymała za rękę córeczkę , ciągnąc ją za sobą. Dziecko wyraźnie próbowało się opierać, ale kobieta nie zwracała na nie uwagi, krzycząc na córkę i próbując jej coś tłumaczyć, aż wreszcie przy drzwiach hotelu uderzyła małą. Tamta natychmiast zaniosła się płaczem, tuląc do siebie trzymaną lalkę. Alice zrobiła krok w ich stronę, ale Jack natychmiast złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie.
- Nie wolno nam się rzucać w oczy. - przypomniał jednocześnie podając mężczyźnie siedzącemu w recepcji dowód osobisty. Po namyśle położył przed nim również legitymację CIA. Tamten popatrzył na Jacka zdezorientowany, potem przeniósł wzrok na Alice.
- Państwo ze służb specjalnych... - zaczął. - Czy coś... - Jack przyłożył palec do ust.
- Zależałoby nam na dyskrecji. - powiedział. - Niech nikt nie wie, że tu jesteśmy.
- Oczywiście. - potaknął gorliwie recepcjonista, podając mężczyźnie klucze. - Drugie piętro. Pokój trzysta sześć. - Jack skinął mu głową, kierując się do windy.
Pokój przywodził na myśl ten, który dostali do dyspozycji w pierwszym hotelu, w którym się zameldowali, był jednak większy i przestronniejszy. Jack westchnął, odkładając broń na stół pod oknem i odwrócił się, gdy rozdzwoniła się komórka Alice.
- Emily? - odezwała się kobieta, przykładając słuchawkę do ucha.
- Wiemy z jakiej broni do ciebie strzelano, niestety jest nierejestrowana, więc mamy niewielkie pole do popisu. Ale pod Whiteleys zabezpieczyliśmy odcisk buta... Może się coś uda dopasować w bazie danych? - Alice pokręciła głową.
- Przestań. - westchnęła tylko.
- Mamy za to zdjęcia i profile tych, którzy ostatnio wyszli na wolność. Co najmniej trzech z nich pracowało dla Mercera, bądź miało z nim styczność. Może któregoś z nich widziałaś wtedy.
- Wyślij mi te zdjęcia na komputer Romley’a. Mam go ze sobą. - powiedziała Alice. - Przejrzę je i dam ci znać. Na razie.

- Kurwa mać! - wrzasnął Romley, uderzając dłonią w stół. A potem jeszcze raz. - Jak to jest możliwe?! Jak?! Co przeoczyliśmy?
- Szefie, MI5. - odezwał się któryś z podwładnych, przekazując mu słuchawkę. Mężczyzna od razu wziął od niego telefon.
- Cześć, Ed. - odezwała się Emily. - Przesyłam ci właśnie maila od Alice. Wśród tych ośmiu zdjęć, które jej przekazałam, rozpoznała mężczyznę, którego postrzeliła pod Whiteleys. - Romley wklepał kilka poleceń w pierwszy lepszy komputer i wyświetlił na ekranie rzutnika wiadomość. - Szukacie tego człowieka. - kontynuowała agentka.
- Ja go znam, nazywa się Tom Reed. Zamordował dwie młode kobiety, ale skazano go tylko za jedno zabójstwo. Skazany na osiemnaście lat więzienia, po dziesięciu wyszedł na wolność.
- Po dziesięciu? Jak to możliwe? - spytała Emily.
- Udana resocjalizacja. Przynajmniej tak twierdził jego prawnik. - odparł Romley.
- Łaskawca. - w głosie kobiety słychać było wyraźny sarkazm. - W każdym razie wyszedł tydzień temu. Zgadnij kto go wsadził.
- Ale skąd on się w ogóle wziął? Awanturował się, odgrażał przy aresztowaniu, czy to po prostu zwykły świr?
- Moim zdaniem leci na grubą kasę, a przy okazji pracuje przecież dla człowieka, który chce się zemścić na agentce, która i jego wsadziła. Jestem do waszych usług Ed. Powodzenia. - Romley zacisnął zęby, słysząc odgłos przerywanego połączenia i resztką silnej woli powstrzymał się przed ciśnięciem komórki o ścianę.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków