• Wpisów: 1478
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 19:38
  • Licznik odwiedzin: 319 874 / 2108 dni
 
abc.atlant
 
Liz stała pod ściana kajuty kapitańskiej, śledząc wzrokiem Czarnobrodego. Jeden z oficerów pchnął Jacka bliżej biurka przy którym z rozmachem usiał kapitan i przyszpilił jego koszulę do drewnianej kolumny sztyletem. Czarnobrody skinął głową pozwalając mu odejść. Jack odprowadził go wzrokiem.
- Źródło zupełnie mnie nie interesuje, więc możesz nas wysadzić w dowolnym miejscu. - powiedział.
- Twoje słowa są jak mgła, w której się chowasz. - odparł Czarnobrody. - Bosman ma dar widzenia przyszłości. Przepowiedział mi śmierć. Mój los jest przesądzony. Nić przeznaczenia spleciona. - Liz spojrzała na Jacka.
- nie wierzę w przewidywalność zdarzeń i moją własną. - odpowiedział tamten odważnie. Powoli sięgnął ku sztyletowi, który trzymał go w miejscu i gdy udało mu się do wyciągnąć, powoli ruszył ku Czarnobrodemu.
- Tylko szaleniec walczy z losem. - kontynuował tamten. - Ale kusi mnie, by go oszukać. Dotrę do Źródła Wiecznej Młodości. Ty wskażesz mi drogę. - Teach podniósł głowę. - Będziesz miał z tego ostrza tyle pożytku, co ze swego buntu. - Jack skrzywił się, odrzucając sztylet na bok.
- Bunt się opłacił. - odparł. - Mogłem z tobą porozmawiać. By cię ostrzec. Twój pierwszy oficer udaje kogoś, kim nie jest. - Czarnobrody spojrzał na niego zdumiony. Liz również podniosła głowę. - Nie jest twoją córką.
- Ośmielasz się tak mówić o krwi z krwi mojej?
- Ta kobieta jest mistrzynią sztuki podstępu. Wiem o tym, bo sam pchnąłem ją niechcący na ścieżkę podłości. Choć nie mogę jej odmówić sporych wrodzonych zdolności.
- Angelica? Moja ukochana córka? Jedyne dobro jakie po mnie zostanie? I twierdzisz, że to ty ją zdeprawowałeś.
- Panie, ta kobieta to zło wcielone. Groźniejsza od dzikiej bestii. Wygłodzonej, dzikiej bestii, zgrzytającej zębami. To mściwy, nienasycony, piekielny...
- Ojcze! - jego wywód przerwało wejście do kajuty osoby, która była jednocześnie przedmiotem rozmowy. Czarnobrody wziął w dłoń niewielką laleczkę voodoo, do złudzenia przypominającą Jacka, a następnie od niechcenia podniósł ze stołu sztylet, wbijając go w brzuch laleczki. Liz natychmiast rzuciła się podtrzymać Jacka, który - zgięty wpół - wsparł się na ramieniu towarzyszki. Oddychał głęboko, kiedy pirat wiercił mu ostrzem we wnętrznościach, a z gardła wyrwał mu się zduszony jęk.
- Jack... - odezwała się Liz. - Nie róbcie mu krzywdy. - poprosiła, podnosząc wzrok na starego pirata.
- Poprowadzisz mnie do Źródła. - powiedział Czarnobrody, odejmując sztylet od laleczki. Jack odetchnął głęboko, przykładając rękę do brzucha. Podtrzymywany przez Liz, zatoczył się na ścianę kajuty. - Ujmę to inaczej. Jeśli nie dotrę do Źródła na czas... - pirat przyłożył główkę laleczki do płomienia świecy. - Tobie też się to nie uda. - Jack padł na kolana, obejmując dłońmi głowę. Palący ból promieniował na całe ciało, pozbawiając go oddechu. Zanim się zorientował, z oczu popłynęły mu łzy, a z gardła znów wydobył jęk.
- Jack... - Liz klęknęła przy nim. - Przestańcie! - krzyknęła ku Czarnobrodemu. - Jego to boli! Przestańcie!
- Masz wierną towarzyszkę, panie Sparrow. - odezwała się milcząca dotąd Angelica. - Która na pewno będzie pamiętać, co cię czeka, jeśli zawiedziesz. - Liz przełknęła ślinę, patrząc na kapitana, zwijającego się z bólu na podłodze. Kobieta od niechcenia zakręciła młynka sztyletem i wbiła go prosto w krocze laleczki. Jack padł na deski, krzycząc z bólu. Angelica uśmiechnęła się.
- Cieszę się, że się rozumiemy. - powiedziała.

Oparty o burtę Zemsty Królowej Anny Jack podniósł głowę, widząc wychodzącą spod pokładu Angelicę. Na jego dyskretny znak Scrum, siedzący na schodach, trącił struny niewielkiej gitary.
- Witaj... - Jack posłał kobiecie uśmiech. - Napijesz się? - spytał, postukując palcem w butelkę trunku i podał jej kieliszek.
- Wino, muzyka, blask świec... - Angelica westchnęła rozmarzona. - Już to kiedyś przerabialiśmy.
- W rzeczy samej. - Jack nalał jej wina. - Doskonale to pamiętam.
- Pamiętasz Saint Dominic? La Martinique? Na Saint Dominic próbowałam cię zabić. - kobieta upiła łyk alkoholu. - Umiesz być czarujący, gdy ci na czymś zależy. Pytanie, na czym?
- Czas wyjawić prawdę. - Jack poprowadził ją w rytm tanga. - Czarnobrody spełnił swoją rolę. Teraz możemy dotrzeć do Źródła razem, by pławić się pospołu w sławie.
- Opowiem ci o rytuale Źródła. Tylko... Czy mogę ci zaufać? Potrzebuję wsparcia.
- Najdroższa Angelico... Ty i ja jesteśmy nierozłączni. Zdradź tajemnicę.
- Woda ze Źródła Wiecznej Młodości... Połyskliwa łza syreny. Kielichy Ponce de Leona. Te przedmioty pozwolą odebrać drugiej osobie lata życia, więc wiesz co to znaczy. Nie możemy tam iść sami. Rytuał wymaga ofiary.
- Hm... Nagle mój zapał do Źródła dziwnie oklapł.
- Ale jest na pokładzie coś, o czym marzysz. - Angelica pociągnęła go za sobą do kajuty ojca i teraz zręcznie zdejmowała kłódkę z drzwi starej szafy. Jack rozejrzał się w popłochu.
- A Czarnobrody? - spytał z zaniepokojeniem.
- Jest w mapiarni. Śpieszmy się. - Angelica otworzyła drzwi szafy, a Jack podszedł bliżej. Półki były wypełnione statkami w butelkach. co więcej, wyglądały niezwykle autentycznie. - Zachowuje każdy zdobyczny okręt. - wyjaśniła kobieta. - Pomóż mi, a ja ci pozwolę wybrać. Ale chyba wiem, na którym ci zależy. - Angelica podała mu butelkę z uwięzioną weń Czarną Perłą. Jack przyjrzał się jej bliżej. - Potrzebuję lat. Nie dla siebie, dla ojca. Jestem córką Czarnobrodego. To mój ojciec. Kłamstwa, które ci mówiłam, nie kłamały. - Jack oderwał oczy od Perły w butelce.
- Okłamałaś mnie, mówiąc prawdę? - Angelica skinęła głową. - Dobre. Mogę to kiedyś wykorzystać?
- I tak to zrobisz. - kobieta uśmiechnęła się. - Chcę mieć ojca. Nigdy nie miałam. - Jack położył jej dłonie na ramionach.
- Angelico... Czarnobrody to drań, który cię przy pierwszej okazji uśmierci. Nie zbawisz go.
- A co ty wiesz o odkupieniu? Pomożesz mi, lub nie. Ale jeśli nie... - Angelica podniosła ze stołu dobrze już znaną Jackowi laleczkę voodoo. - Wiesz co cię czeka.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków