• Wpisów: 1452
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 4 dni temu, 19:58
  • Licznik odwiedzin: 317 274 / 2053 dni
 
abc.atlant
 
Liz zmywała pokład pociągając nosem i pokasłując. Otuliła się szczelniej płaszczem Jacka, drżąc z zimna. Od wczoraj trawiła ją gorączka, nie mogła też nic zjeść, jej żołądek buntował się przed przyjmowaniem stałego pokarmu.
- Hej, ty! - Liz z trudem podniosła głowę, słysząc kobiecy głos. - Jak sobie radzisz z igłą i nitką? - spytała angelica, stając przed nią. Liz wsparła się na kiju mopa.
- Nie najgorzej. - odpowiedziała.
- Świetnie. Zszyj mi to. - poleciła sucho kobieta, rzuciwszy jej swoją kurtkę rozdartą na ramieniu. Liz przysiadła na schodach, w głębi duszy ciesząc się chwilą wytchnienia i od razu zabrała się za szycie. Kręciło jej się w głowie, było jej niedobrze, a niedługo potem stwierdziła, że musi pójśc do wygódki i że musi tam pójśc od razu. Z jękiem wstała ze swojego miejsca i skierowała pod pokład, łatana kurtkę zostawiając na schodach.
W chwilę potem zamknęła za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia i z ulga opadła na drewniany sedes, opierając głowę o ścianę. Najchętniej przesiedziałaby tak cały dzień. N to jednak nie mogła liczyć. Otworzyła oczy, słysząc łomotanie w drzwi.
- Już! - odkrzyknęła, a doprowadziwszy się do porządku, wyszła na zewnątrz, mijając w drzwiach jednego z oficerów.
Jack przyglądał się z troską kobiecie, mechanicznie przesuwającej szczotką po deskach.
- Lizzie... - odezwał się, gdy kobieta odetchnęła głębiej, przykładając dłoń do żołądka. Nie odpowiedziała.
- szoruj! - nakazał jej, klęczący obok Scrum. - Bo wszystkim nam się oberwie. - Liz pokręciła głowa przecząco.
- Nie mogę. - powiedziała tylko, a czując nawracającą falę mdłości, powlekła się w stronę burty i przechyliwszy na drugą stronę, zwymiotowała. Wciąż jeszcze się krztusiła, gdy ktoś szarpnął ją w tył i pchnął z powrotem na stanowisko. Padła ciężko na deski pokładu, nie mając siły wstać, a chwilę potem poczuła smagniecie bicza na plecach. z gardła wyrwał jej się jęk bólu, ale tylko nieporadnie osłoniła twarz ramieniem. Jack rzucił się w jej stronę.
- Zostaw ją! - na jego krzyk nałożył się rozkaz pierwszego oficera. Zombie z nahajką w ręku posłusznie wycofał się, widząc zmierzającą w ich stronę Angelicę.
- Liz Harrington, tak? - kobieta dźwignęła Liz z pokładu.
- Tak. - odpowiedziała jej tamta słabo.
- Chodź ze mną. - poleciła już łagodniej Angelica.

Płomień świecy zapalonej przez Jacka rozjaśnił mrok panujący pod pokładem. Załoga zebrała się wokół pirata, wpatrując się w niego z oczekiwaniem.
- Pogadajmy panowie o buncie. - odezwał się Sparrow. - O buncie ze wszech miar ohydnym.
- Zamustrowałem się u Czarnobrodego, nie u jakiegoś oszusta. - rzucił jeden z załogantów.
- I to kobiety. - dorzucił Scrum. - Załoga tez jest osobliwa.
- Az ciarki przechodzą. - dodał ktoś.
- Mam je! - zawołał młody mężczyzna, dołączając do kręgu i położył na drewnianym stole naręcze szabli. - Wszystkie.
- Brawo chłopcze! - jeden z załogantów poklepał go po ramieniu.
- Kontynuujmy. - poprosił Jack. - Czarnobrody. Jego zwyczaje.
- Siedzi w swojej kajucie. - powiedział Scrum, ignorując słowa tego, który wciąż twierdził, że to nie Edward Teach, a oszust.
- Tak. Zawsze. - potwierdził mężczyzna, siedzący obok Jacka.
- Ale kiedy wychodzi? - spytał Sparrow.
- Nie wychodzi. - młody chłopak pokręcił głową.
- Czasem chyba musi. - Scrum również zaprzeczył.
- Raczej nie. - powiedział. Inni tylko w zamyśleniu pokiwali głowami.
- Ktoś już z nim pływał? - wypytywał Jack. - Znów odpowiedziały mu przeczące ruchy. - Ktoś już go widział? - zaprzeczenie. - Siedzi w kajucie, nikt z nim nie pływał, nikt go nie widział. Dobra nasza. To rzeczywiście nie jego statek. To nie Zemsta Królowej Anny. - załoganci popatrzyli po sobie w uniesieniu.
- A właśnie, że Zemsta. - odparł Scrum. - widziałem nazwę. Na rufie. - Jack westchnął z rezygnacją.
- Panowie... Zamustrowani bracia... - zaczął. - Zostaliście haniebnie oszukani. Nie znacie prawdziwego celu podróży. Grozi nam niechybna śmierć ponieważ płyniemy do Źródła Wiecznej Młodości. Czeka nas marny los, kamraci. - załogancie wlepili w niego przerażone spojrzenia. - Chyba, że przejmiemy okręt.
- Przejmijmy go więc! - wrzasnął Scrum, chwytając za szablę. - Już! - dodał, wypadając z krzykiem z kajuty. Odprowadziły go osłupiałe spojrzenia załogi, która potem zwróciła głowy ku Jackowi, jakby oczekując poleceń. Sparrow popatrzył po nich.
- Do dzieła. - zachęcił. Odpowiedziały mu wojownicze okrzyki.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków