• Wpisów: 1468
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 3 dni temu, 22:26
  • Licznik odwiedzin: 318 860 / 2088 dni
 
abc.atlant
 
Jack przebudził się po tym, jak ktoś brutalnie zrzucił go z hamaka. Pirat rozejrzał się wokół zdezorientowany.
- Do roboty, majtku! - zawołał ktoś, stojący nad nim.
- Tak jest! - odpowiedział odruchowo Jack, zanim dotarło do niego, że to przecież on jest kapitanem i jeśli ktoś powinien leżeć teraz na podłodze, to na pewno nie on. - Że jak? - odezwał się, wstając z desek. Liz wrzasnęła, z hukiem lądując na podłodze, a Jack odwrócił się ku niej, gdy z jękiem siadała.
- O, moja głowa. - jęknęła, podnosząc się do pionu. zaraz też ktoś popchnął ją brutalnie w stronę schodów prowadzących na pokład.
- Zaszła okropna pomyłka. - odezwał się Jack, próbując tłumaczyć cokolwiek mężczyźnie, który wcisnął mu w dłoń kij od mopa. - Nie powinno mnie tu być.
- Niejeden budzi się na morzu, nie wiedząc co, gdzie, kiedy i jak. Nie pamiętając, jak poprzedniej noc zaciągnął się i przepił zaliczkę. - odpowiedział jeden z marynarzy, zmywających pokład. Liz przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc.
- Jestem kapitan Jack Sparrow! - zawołał pirat. - Jeden jedyny! - niewiele to pomogło.
- Ruszaj się! - wrzasnął barczysty mężczyzna, popychając Jacka do pracy. Liz natychmiast pociągnęła go za rękaw koszuli, orientując się, że dopóki będą robić co im się każe, będą mogli liczyć na zostawienie ich w spokoju.
- Ej, ty! - odezwała się, stając ze swoją szczotką obok marynarza, klęczącego na deskach i zawzięcie szorującego pokład. - Gdzie my jesteśmy? - spytała, mocząc swój mop w wiadrze.
- Panienka wybaczy... - odpowiedział. - Mam honor powitać na pokładzie okrytej paskudną sławą Zemsty Królowej Anny. - Jack wyprostował się na te słowa.
- Czarnobrody... - rzucił, mrużąc oczy. Zaraz też uchylił się przed biczem, który trzasnął mu koło ucha.
- Do roboty! - wrzasnął umięśniony mężczyzna, zmuszając go do pochylenia się nad mopem. Liz wymieniła spojrzenia z Jackiem.
- Ciekawy okaz. - odezwał się pirat.
- Przerobiony na zombie. - odpowiedział marynarz, szorujący pokład. Liz spojrzała na niego. - Przez Czarnobrodego. - wyjaśnił tamten. - Jak pozostali oficerowie. Gwarancja większej uległości. - Liz skuliła się odruchowo, słysząc krzyk jednego z załogantów, który oberwał biczem.
- I wiecznego niezadowolenia. - dodał Sparrow, spoglądając na oficera, a kiedy tamten odwzajemnił spojrzenie, natychmiast spuścił głowę.
- Chyba nie do końca taki był plan, prawda? - wysyczała przez zęby Liz. Jack uśmiechnął się do niej, ale nie odpowiedział.

Liz wykonywała swoje obowiązki, po cichu marząc o powrocie na Czarną Perłę. Na pokładzie Zemsty Królowej Anny panował terror, a jej kapitan miał tu całkowitą kontrolę nad wszystkimi i wszystkim, choć od rozpoczęcia rejsu ani razu nie wyszedł ze swojej kajuty. Na tym okręcie również śpiewano piosenki, były jednak tak różne od przyśpiewek nuconych na Perle. Liz próbowała odrobinę rozluźnić atmosferę panująca na statku, co spotkało się z wesołą aprobatą załogi, ale niestety nie oficerów. Biczem i wrzaskiem szybko została zagoniona z powrotem do szczotki. Teraz szorowała pokład z ponurą miną, przyglądając się jednocześnie Jackowi, pomagającemu wiązać liny. Załoganta, który pierwszego dnia wprowadził ich w zasady obowiązujące na okręcie traktowali teraz jako ewentualnego sprzymierzeńca.
Jack zawiązał kolejny węzeł, spoglądając przy tym na mężczyznę przywiązanego do masztu, jakieś dwa metry wyżej.
- A ten biedak co przeskrobał? - zapytał. - I jak się tego ustrzec?
- On? - załogant - chyba miał na imię Scrum - spojrzał w górę. - Ciągle ględzi o Wszechmocnym.
- Kaznodzieja na tym statku? - zdziwił się Sparrow.
- Ponoć misjonarz. Porwany podczas abordażu. Resztę wycięli, on jeden przeżył. Pierwszy oficer nie dała go tknąć, bo ma fory u Boga. Pierwszy oficer nadstawiała karku dla zakładnika, a to rzadki widok...
- Ona? - przerwał Scrum'owi  Jack. - Pierwszy jest kobietą?
- Wszyscy wracać do roboty! - po pokładzie poniósł się kobiecy głos. Jack machinalnie chwycił za linę, ale zaraz podniósł głowę. Przez pokład szła wyprostowana jak struna kobieta. Brązowe włosy powiewały na wietrze, a ciemne oczy rozglądały się wokół. Lewa dłoń spoczywała na rękojeści szabli. Liz odprowadziła ją wzrokiem, kiedy tamta przeszła obok niej, nie zaszczyciwszy kobiety najmniejszym spojrzeniem.
- Utrzymaj kurs! - krzyknęła do oficera, stojącego przy sterze. Jej spojrzenie zatrzymało się na Jacku, a kącik ust drgnął w lekkim uśmiechu, gdy się odwracała. Sparrow wrócił do lin. Zanosiło się na burzę z piorunami.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków