• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 147 / 2115 dni
 
abc.atlant
 
Lizzie uniosła głowę, mrużąc oczy w ostrym słońcu. Osłoniła twarz dłonią. Słońce świeciło mocno, a morze było spokojne. Kobieta przyłożyła dłoń do miejsca, w które została uderzona podczas sztormu, pod palcami wyczuwając sporą wypukłość. Musiała stracić przytomność. Rozejrzała się dookoła, wciąż nieco zamroczona. Dryfowała na grubej desce, którą natychmiast rozpoznała. Jęknęła cicho. Miała nadzieję, że Perła nie odniosła strat poważniejszych, niż utrata masztu głównego. A skoro już o Czarnej Perle była mowa... To gdzie się podział okręt? Jeszcze raz powiodła spojrzeniem wokół, przez spieczone wargi z trudem łapiąc powietrze. Otaczał ją tylko ogrom oceanu.
- Jack...? - wyszeptała ochryple. - Will... - dodała zaraz potem. Oczy zamknęły jej się, gdy tylko położyła głowę na desce.

- Człowiek za burtą! - zawołał pan Gibbs i załoga natychmiast zakrzątnęła się do roboty. Jack Sparrow przechylił się przez burtę, patrząc na młodą kobietę unoszącą się na falach, a potem podał jej rękę, pomagając wejść na pokład. Liz Harrington wsparła się na nim, nie mogąc ustać na nogach. Czuła jak słońce pali jej twarz, jednocześnie cała od piersi w dół była mokra. Z ulgą przyjęła fakt, że ktoś podał jej kubek z wodą. wypiła życiodajny płyn w kilku łykach.
- Co... się właściwie stało? - spytała Liz wciąż oparta na Jacku.
- Mieliśmy sztorm. - odpowiedział pan Gibbs, stając obok. - Wypadłaś za burtę. - Liz spojrzała na niego. Tak, tyle pamiętała.
- To było istne zrządzenie losu, że cię znaleźliśmy. - dodał Jack. - Myśleliśmy, że już po tobie, ale ciebie nie da się tak łatwo pozbyć, panno Harrington. - pirat uśmiechnął się.
- Szukaliśmy cię przez trzy dni. - odezwał się znowu Gibbs. - Niektórzy uważali, że to bezcelowe. Ocean jest niezmierzony.
- Trzy dni? - powtórzyła Liz. Aż tyle czasu dryfowała na tej desce bez przytomności? Powiodła wzrokiem po pokładzie. Maszt był strzaskany, żagiel w strzępach, prawa burta poszła w drzazgi.
- No ale... To co teraz zrobimy? - spytała, stając pewnie na nogach.
- Obierzemy kurs na Tortugę. - odpowiedział Jack, a widząc niedowierzanie na twarzy Liz, kontynuował. - Powiem ci coś, co lata temu usłyszał ode mnie młody panicz Turner. Liczą się dwie zasady. Co człowiek może zrobić, a czego nie może.
- Jack, nie mamy głównego masztu...
- A ty możesz uwierzyć w to, że dopłyniemy na Tortguę, albo nie możesz. - przerwał jej kapitan.
- Tortuga? - powtórzyła kobieta niepewnie.
- Tortuga. - odpowiedział jej z uśmiechem pirat.
Perła dzielnie sobie radziła, choć pozbawiona głównego masztu i żagla, potrzebowała wspomagania ręcznego. Na Tortudze mieli nadzieję uzupełnić zapasy żywności i słodkiej wody, a także płótna żaglowego. Pogoda była słoneczna, wiatr sprzyjał. Przy utrzymujących się warunkach i prędkości dziesięciu węzłów dotarcie na Tortugę wydawało się dziecinną igraszką. Liz zaczęła pełnić funkcję pierwszego oficera na statku, zarówno z polecenia Jacka, jak i wyboru załogi. Pozostali naturalnie zaakceptowali jej przywództwo. Żyli wedle swoich możliwości. Zniesiona została własność prywatna - dzielono wszystkie trudy i niewygody po równo. I codziennie wypatrywano lądu na horyzoncie.
Liz wpatrywała się w poświatę zachodzącego słońce, opierając łokcie na burcie.Według wszelkich wyliczeń i ustaleń jutro mili zobaczyć brzeg, czego wszyscy wyczekiwali. Kobieta odwróciła głowę, widząc kątem oka podchodzącego do niej Jacka. Pirat stanął obok niej, uśmiechając się.
- Czy mogę spytać... - odezwał się. - Nad czym rozmyślasz w tej swojej ślicznej główce?
- Zastanawiam się, czy słusznie wybrałeś mnie pierwszym oficerem.
- Czyli masz takie wrażenie... Że stoisz na krawędzi i chcesz skoczyć?
- Tak, wspaniale to podsumo... Co?! Nie! - Liz spojrzała na Jacka. - Chodzi mi o to... Że załoga chyba nie do końca jest zachwycona moim przywództwem.
- Wykonują twoje polecenia bez szemrania. Wiec w czym problem? - Liz westchnęła, kryjąc twarz w dłoniach.
- Nagle wszystko się pokomplikowało. - powiedziała.
- Nie, to ty patrzysz na to w ten sposób. Zmień sposób myślenia, a wszystko stanie się łatwiejsze. Perspektywa na życie to patrzenie na nie przez pustą butelkę po rumie.
- Czy ty właśnie udzielasz mi rad? Nigdy wcześniej tego nie robiłeś.
- Jedyna rada jaką ci dam to ta, że nie powinno się słuchać moich rad. - powiedział jeszcze Jack, zbiegając z mostku. Liz odprowadziła go wzrokiem.
- Dlaczego tak ciężko mi cię zrozumieć, Jack? - szepnęła, odgarniając włosy z twarzy, a zaraz potem odwróciła głowę, słysząc swoje imię. Pan Gibbs wołał ją do kolacji.
- Lizzie, panie mają pierwszeństwo! - dodał jeszcze. Liz uśmiechnęła się.
- Idę! - odkrzyknęła, zbiegając po schodach.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków