• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 147 / 2114 dni
 
abc.atlant
 
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - odezwał się Jack, obserwując Alice, wrzucającą do torebki klucze i portfel. - Polują na ciebie, a ty beztrosko wychodzisz na zakupy?
- Będę tam z Emily. - odpowiedziała Alice. - Ona nie uważa, żeby coś miało mi się stać w centrum handlowym pełnym ludzi. Ja uważam, że ma rację. - Ascott pokręcił głową.
- Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobił. - nakazał jej.
- Postaram się. - uśmiechnęła się Alice. - Przyjedziesz po mnie o siódmej? Nie mogę sama wracać do domu. - dodała. Jack spojrzał na nią, od razu domyślając się, że to właśnie o to chodziło jego partnerce od samego początku.
- Przyjadę. - odpowiedział skinąwszy głową.
- Świetnie. Baw się dobrze. - rzuciła jeszcze Alice, wychodząc z mieszkania.
Centrum handlowe Whiteleys było ulubionym miejscem spotkań Alice i Emily, mieściła się tam również ich ulubiona kawiarnia, gdzie od czasu do czasu lubiły zjeść coś słodkiego i wypić kawę, chociaż Emily już dawno wspominała o przejściu na dietę. W zaistniałej sytuacji stwierdziła jednak, że obie (a zwłaszcza Alice) potrzebują teraz pysznego sernika i latte, a jej przyjaciółka chętnie na tę propozycję przystała.
Włóczyły się teraz bez celu po sklepach, oglądając ubrania i buty. Alice obrzucała wzrokiem sukienki ze sklepu Marksa & Spencera. Sama nigdy nie założyłaby podobnego ubrania, ale Emily czasem lubiła zostawiać u nich całą wypłatę, podobnie jak w sklepach Zara.
Kobieta odwiesiła oglądana sukienkę z powrotem na wieszak, dyskretnie przyglądając się mężczyźnie kręcącemu się po sklepie.
- Emily... - odezwała się, nachylając się do przyjaciółki. - Czy ten mężczyzna nie wydaje ci się znajomy? Dam sobie głowę uciąć, że już go widziałam. - agentka MI5 przyjrzała się młodemu mężczyźnie w luźnym swetrze i okularach przeciwsłonecznych, wskazanego przez Alice.
- Nie wydaje mi się. - odpowiedziała. - Pewnie przyszedł po prostu po prezent dla żony. Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz, Alice. Przestań wszędzie widzieć zagrożenie. - dodała, odchodząc w inną część sklepu. Alice nie mogła jednak oderwać wzroku od podejrzanego i wkrótce jej złe przeczucia się sprawdziły. Tamten rozejrzawszy się dyskretnie wokół, wyjął z kieszeni niewielki przedmiot, który po chwili przymocował do ściany sklepu. Alice odetchnęła głębiej, rozpoznając w urządzeniu zdalnie detonowaną bombę.
- Chryste... - westchnęła. - Emily! - zawołała zaraz potem, rzucając się ku przyjaciółce. - Trzeba ewakuować cały budynek. - kobieta wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, starając się wytłumaczyć przyjaciółce, co przed chwilą zobaczyła. Emily niemal od razu rzuciła się do działania.
Whiteleys zostało postawione w stan najwyższej gotowości. Człowiek Mercera zaklął pod nosem, widząc ludzi z wrzaskiem opuszczających sklepy. Sam również pospieszył ku drzwiom obrotowym po drodze mijając Alice Racine tłumaczącą coś gorączkowo ochronie. Dobrze. Zależało mu, żeby zatrzymać w środku właśnie ją. To ona miała dziś zginąć. Starając się nie wzbudzać podejrzeń, przebiegł na drugą stronę ulicy i dopiero wtedy wyjął z kieszeni pilota. Czekał. Guzik detonatora wcisnął dopiero wtedy, gdy zobaczył w drzwiach centrum swoją ofiarę.
Siła wybuchu ogłuszyła Alice i odrzuciła ją w tył. Kobieta z jękiem wylądowała na betonie, ale choć czuła, że wszystko ją boli, spróbowała się podnieść na łokciu. Whiteleys stało w ogniu, ludzie krzyczeli i płakali, niektórzy potrzebowali opieki medycznej.
Podwładny Mercera zaklął. Nie mógł uwierzyć w to, jakiego ma pecha. Eksplozja rozwaliła cały budynek, a tej dziwce nic się nie stało. Nawet paznokcia sobie nie złamała. Szef nie będzie z niego zadowolony, chyba że... Mężczyzna powoli wyciągnął zza paska pistolet.
Alice skuliła się odruchowo, słysząc wystrzał. Tuż przy jej uchu śmignęła kula, wbijając się w słup latarni. Natychmiast rozejrzała się, szukając wzrokiem kogoś, kto mógł strzelić. Zobaczyła go. Spojrzała mu w oczy, jednocześnie sięgając ręką do tyłu po własną broń. Mężczyzna dopiero po chwili zrozumiał, co agentka chce zrobić i nie troszcząc się o chowanie broni, rzucił się do ucieczki. Usłyszał jeden wystrzał i wrzasnął, padając na kolana. Palce przycisnął do łydki, która zaczęła krwawić. Z trudem doczołgał się do stojącego niedaleko samochodu.
- Jedź! - rzucił do kierowcy. Czarne BMW z piskiem opon ruszyło z miejsca. Postrzelony przyłożył do ucha komórkę, wybrawszy numer zleceniodawcy.
- Szefie... Racine żyje. - odezwał się, usłyszawszy w słuchawce Mercera.
- Na pewno? - spytał tamten. Mężczyzna nerwowo pokiwał głową i potwierdził. - Idiota! - usłyszał jeszcze w odpowiedzi zanim rozległ się dźwięk przerywanego połączenia.

Jack Ascott zaparkował na wprost Whiteleys, a widząc dymiące szczątki centrum handlowego i Alice w otoczeniu antyterrorystów, rozmawiającą z Bobem Hunterem, przeklął głośno, waląc dłońmi w kierownicę i wypadł na zewnątrz.
- Co tu się stało? - zapytał bez zbędnego owijania w bawełnę, przerywając rozmowę funkcjonariuszki z przełożonym ze stanów Zjednoczonych.
- Człowiek Mercera porozkładał na terenie obiektu bomby detonowane zdalnie pilotem. - odpowiedziała Emily, przyłączając się do dyskusji. - Alice go rozpoznała. Udało jej się go nawet postrzelić.
- Dlaczego akurat Whiteleys? - Jack zadał kolejne pytanie. - Przecież mogłaś, kurwa, zginąć! - krzyknął, zwracając się do Alice. - Dlaczego ja w ogóle pozwoliłem ci wyjść z mieszkania? Miałem cię chronić! - Jack odgarnął włosy z twarzy i wziął się pod boki.
- Najpierw należy sobie postawić pytanie, skąd wiedzieli, że to właśnie dzisiaj będziemy razem na zakupach. - odezwała się Alice, spoglądając na Emily. Kobieta pokręciła głową.
- Nie wiem. Podsłuch w telefonie? Jakiś chip namierzający?
- Albo dobrze przeszkolony obserwator. - Alice złożyła ręce na piersi.
- Co by to nie było, obejmujemy cię programem ochrony świadków dopóki to wszystko się nie wyjaśni. - Hunter podał jej plik dokumentów spiętych gumką. - Do czasu rozwiązania sprawy przyjmiesz nazwisko Noomi Rapace. Ascott zabierze cię w bezpieczne miejsce. Mogę na ciebie liczyć, Jack?
- Oczywiście. - odpowiedział tamten. - Nie zostawię jej teraz, to... Moja partnerka.
- Podobasz mi się. - uśmiechnął się Hunter. - Masz samochód, jedźcie natychmiast. Alice... Nie chcę cię tu widzieć, dopóki sam cię nie wezwę. Parę dni pewnie zabawię w londyńskiej placówce, bo MI5 sobie nie radzi. - Emily wykrzywiła się w odpowiedzi na jawną obelgę.
Alice posłusznie wsiadła za Jackiem do samochodu.
- Mam rozumieć, że nie wracamy do mojego mieszkania? - spytała.
- Hunter zabronił. - odpowiedział krótko Jack, wklepując w GPS współrzędne, które podał mu szef.
- Potrzebuję jakichś ubrań, bielizny na zmianę...
- Kupisz po drodze. - przerwał jej partner, zawracając na całej szerokości ulicy.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków