• Wpisów: 1466
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 23:04
  • Licznik odwiedzin: 318 694 / 2084 dni
 
abc.atlant
 
06 lipca 2018r. godzina 17 minut 37
Całą noc padało, więc pokład od rana mokry i śliski. Po niebie przewalają się zwały szarych chmur, grożących sztormem. Ilekroć ktoś wywija orła na pokładzie, spotyka się to z salwami śmiechu. Cóż... Przyczyna uzasadniona. Naprawiony żagiel wrócił na swoje miejsce, ale ten sam idiota, który poprzedniego dnia dołożył nam roboty, zawiązał węzeł w miejscu, w którym absolutnie nie powinno go być, w efekcie czego połowa żagla pięknie nam się rozwinęła, podczas gdy druga smętnie zwisała z masztu. Ta lina nadawała się już tylko do przecięcia. Zgłosiłam się na ochotnika. I zaraz usłyszałam z tłumu lekceważące "Nie da rady". Odrzuciłam załogę spojrzeniem bardzo wyzywającym i w ręce pierwszego z brzegu wcisnęłam kapelusz Jacka, który znowu zaczęłam nosić na głowie. Po olinowaniu wspięłam się na górę szybko. Potem było już trudniej. Przytrzymując się lin powoli posuwałam się w stronę żagla. Wszystko wydarzyło się w jednej chwili. Poślizgnęłam się na mokrej belce i poczułam, że lecę. Jednocześnie poczułam mocne szarpnięcie i uświadomiłam sobie, że nadgarstek zaplątał mi się w liny. Rzuciłam przerażone spojrzenie w dół. Tylko dzięki temu nie leżałam teraz na pokładzie z połamanym kręgosłupem. Z dołu słyszałam okrzyki załogi: "Spadnie", "Zabije się". Wszyscy patrzyli teraz na mnie, ale nie zamierzałam dawać im satysfakcji. Mocniej złapałam za linę, zaczynając się bujać. Wbiłam sztylet w belkę masztu, przecinając linę. Żagiel załopotał na wietrze, opadając w dół. Udało mi się uwolnić nadgarstek i po linach zjechałam na dół, pewnie lądując na obu nogach. Przemaszerowałam dumnie przed osłupiałą załogą. I to wszystko bez ani jednej kropelki rumu.

Edit: To miał być taki wspaniały dzień, a w efekcie mogło być lepiej. W planie był rejs statkiem pirackim i to była rzecz fantastyczna (tak samo zresztą jak za każdym razem). Było zimno, wiało jak cholera, ale właśnie dzięki temu przeżycia były niesamowite. Potem był spacer po molo w Kołobrzegu i czas wolny (moim zdaniem dostaliśmy go śmiesznie mało, bo pół godziny i prawie nic nie zdążyłam zrobić). Po obiedzie mieliśmy iść na plażę, ale wychowawczynie stwierdziły, że jest za zimno na plażę i całe popołudnie kwitłam na jakimś placu zabaw z boiskiem, bo dzieci musiały sobie przecież pograć w piłkę. Strasznie byłam zła, że siedzę na boisku i się nudzę, podczas gdy mogłabym siedzieć na plaży i robić coś ciekawego.
IMG_20180707_004423_993.jpg

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego