• Wpisów: 1581
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 48 minut temu
  • Licznik odwiedzin: 312 971 / 1991 dni
 
abc.atlant
 
03 lipca 2018r. godzina 22 minut 49
Atmosfera na statku burzliwa. Załoga nieufna wobec swoich członków i siebie nawzajem (chyba szykuje się bunt na pokładzie). Nastroje ponure. Mimo to pogoda dopisuje, nie zanosi się na sztorm ani huragany.
Wypływając dzisiaj z portu pierwszy raz od dawna widziałam morze. I mój najsłodszy horyzont. Nie mogąc się powstrzymać, tuż przed wejściem na pokład Perły, zrzuciłam buty, odrzuciłam worek z rzeczami osobistymi i rzuciłam się prosto w fale, skacząc przez wzburzone bałwany, wręcz tańcząc na mokrym piasku. Jack twierdzi, że jestem jak dziecko, które nieświadome zagrożenia, rzuca się prosto w paszczę niebezpieczeństwa. Ja uważam, że będąc świadoma czekających mnie niebezpieczeństw, z pełną gotowością jestem w stanie stawić im czoła. Ocean jest piękny, zimny i groźny, wręcz zabójczy. Ale zajmuje ponad połowę mojego serca i tylko to liczy się tak naprawdę.
Liz Harrington

Edit: postaram się być na bieżąco, bo trochę tych zapisków będzie, a zawsze jak mi się tego nazbiera, to potem nie wiem co z tym zrobić. Podróż pociągiem minęła względnie spokojnie, chociaż zmiana przedziału była, bo wrzeszczące bez przerwy dzieci doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Zaraz po rozpakowaniu się i zjedzeniu obiadu poszliśmy zobaczyć morze. Jak ja tęskniłam za tym widokiem. Mogę kochać góry, ale morze to jednak połowa mojej duszy... Była chwila załamania i w pewnym momencie po prostu chciałam do domu, ale przecież właśnie ta ulotność chwili, ta niepewność kolejnego dnia... Właśnie to jest wspaniałe w podróżach. I chyba właśnie to kocham w nich najbardziej.
IMG_20180706_172000_396.jpg

04 lipca 2018r. godzina 23 minut 55
Morze wciąż spokojne, załoga coraz bardziej ufna wobec siebie i swoich członków. Dopada mnie melancholia. W "domu" zostawiłam przecież męża, jedynie po to, by rzucić się w wir szalonych przygód, do których tak tęskniłam. Powoli dociera do mnie, że to ocean jest mi prawdziwym domem, a mnie rozpiera duma, kiedy mogę pływać pod banderą osławionego Jacka Sparrowa. Wpatruję się w linię horyzontu, rozmyślając o wydarzeniach przeszłych, teraźniejszym i przyszłych. Tęskniłam za Williamem, jednocześnie mając świadomość, że nigdy nie popierał stylu życia, jaki wybrałam. Odwróciłam głowę, czując, że Jack postukuje mnie w ramię szyjką od butelki rumu. Bez wahania wzięłam od niego butelkę i pociągnęłam długi łyk alkoholu. Moje ciało zalała fala ciepła. Poczułam, że wszystko się jakoś ułoży.
Liz Harrington (nie, Turner)

Edit: Noc przespana. Bałam się trochę jak to będzie, ale dziewczyny z pokoju o rozsądnych porach chodzą spać i naprawdę się dogadujemy, co jest super! Mieszkamy w szóstkę i jest naprawdę fajnie (tylko tyle nas jest w grupie, reszta to faceci). Właściwie normalnych facetów to zdecydowanie na tym obozie mniejszy odsetek. Ale nie faceci mnie interesują. Cały dzień plażowaliśmy. Zaliczyłam pierwszą kąpiel w morzu i dwa razy dałam się pogrzebać żywcem w piasku. Troszeczkę spaliłam sobie plecy. Coraz bardziej mam ochotę się zaokrętować, odpłynąć i nigdy nie wrócić. Pływać pod dowództwem największego zachara na wszystkich siedmiu morzach. Z szablą i kordelasem. Pod banderą ze skrzyżowanymi piszczelami...

  •  
  • Pozostało 1000 znaków