• Wpisów: 1465
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 21:06
  • Licznik odwiedzin: 318 492 / 2082 dni
 
abc.atlant
 
Soundtrack; youtu.be/fO6Zrk-WZFE

Limmaniel zapaliła więcej świec i usiadła przy stole w jadalni. Wszyscy od dawna już spali, ale ona nie czuła się ani trochę zmęczona. Otworzyła księgę od Lindreda. Postanowiła, że nie położy się, dopóki nie skończy tego, co powinna zrobić już dawno.
- Wyróżnia się dwanaście kategorii wiekowych smoków... - przeczytała szeptem. - Znane rodzaje smoków... Smoki Zielone... Smoki Czarne, Smoki Skalne... - elfka przewróciła stronę. To już wiedziała. - Ocvist... - Smok samotnik zamieszkujący morskie jaskinie i podwodne rowy. Niepokojony wytwarza potężną falę dźwiękową. Śmiertelnie niebezpieczny, zabijać bezwzględnie. - Limmaniel przekartkowała księgę. - Ogromny gad z ostrymi jak brzytwa szponami... Niezwykle niebezpieczny, zabijać bezwzględnie. Śmiertelnie niebezpieczny... - elfka drgnęła, omal nie krzycząc, kiedy drewniane okiennice z hukiem uderzyły o ramę okna. Na zewnątrz szalała burza. Limmaniel uspokoiła oddech i powoli podeszła do okna, zamykając je na zasuwkę. Zerknęła niespokojnie ku drzwiom, ale zaraz na powrót pochyliła się nad księgą.
- Nawet świeżo wyklute osobniki skutecznie plują ogniem. - elfka przewróciła kolejne kartki. - Spopiela ofiarę, pożera ofiarę, pali ofiarę, patroszy ofiarę od środka. Śmiertelnie, niebezpieczny, śmiertelnie niebezpieczny... Zabijać bezwzględnie, zabijać bezwzględnie, zabijać bezwzględnie... - Limmaniel podparła głowę dłonią, kartkując wolumin, ale zatrzymała się, widząc rysunek smoka, którego poprzedniego dnia zdążyła poznać aż za dobrze. - Szybkość; nieznana. Rzeczywisty rozmiar; nieznany. Przeklęty pomiot plujący ogniem i niosący śmierć. Pod żadnym pozorem nie atakować... Jedyna szansa to... Ucieczka... - elfka drgnęła, gwałtownie wciągając powietrze. Wygrzebała ze sterty notatek szkic zielonego jaszczura.
- Smok nie przegapi żadnej okazji, żeby cię zabić, co? - odezwała się w ciemność, obracając w palcach rysik. - To dlaczego ja jeszcze żyję?

Limmaniel przeciągnęła się i przetarła oczy, wciąż wspierając się na stercie książek. Przez szparę w okiennicach wpadały pierwsze promienie słońca. Było już rano.
- Dzień dobry mamo... - odezwała się Katrin, schodząc na dół.
- Dzień dobry... - Limmaniel rozprostowała zdrętwiały kręgosłup.
- Znowu całą noc spędziłaś nad książkami?
- Tak. - Limmaniel przetarła oczy.
- Przeglądałaś wolumin od Lindreda? - elfka natychmiast oprzytomniała.
- Tak... - wyszeptała. - Przepraszam cię. - dodała, zbierając ze stołu swoje rzeczy i pobiegła na górę.
Limmaniel odłożyła notatki na komodę i stanęła w miejscu, walcząc z własnymi myślami. Obrzuciła spojrzeniem mapę okolicy, przeczepioną do ściany, spojrzała na szkic poglądowy smoczego szkieletu, wiszący obok. Zerknęła na zielonego iskrzyka w formalinie na komodzie i kawałki smoczych kości. Nie wolno jej było tego robić... Nie bez obstawy. Miała chore serce...
- Do diabła z chorobą... - szepnęła do siebie i rzuciła się ku swojej torbie, wrzucając do środka notatki, szkicownik i księgę oprawioną w skórę, a do tego rysik, pióro i atrament. Zawinęła w lnianą szmatkę kilka lembasów, wzięła niewielki słoiczek ze smalcem, który zwinęła z kuchni. Zarzuciła na ramię łuk i kołczan ze strzałami, przypasała miecz w pochwie. Otworzyła na oścież okno i siadając na parapecie, ostatni raz obrzuciła wzrokiem sypialnię. Potem przerzuciła nogi na drugą stronę i z trudem, ale i najciszej jak umiała, opuściła się na łąkę za domem. Dla pewności rozejrzała się jeszcze raz, a nie zobaczywszy nikogo, pobiegła w stronę lasu, niknąc między drzewami.
Elfka szła powoli przez las z napiętym łukiem w dłoniach, gotowa do strzału. Miała nadzieję, ze dobrze zapamiętała drogę do ostatnio odkrytego smoczego leża. Ukucnęła, muskając palcami podłoże, ale nie zauważyła żadnych śladów smoczych łap. Westchnęła.
- Gdzie jesteś? - wyszeptała, rozglądając się za jakimikolwiek śladami. Gdzieś w górze usłyszała charakterystyczny łopot smoczych skrzydeł i zadarła głowę, opierając się o pień drzewa. Dopiero potem, wyczuwając pod palcami głębokie bruzdy, zerknęła w bok. W pniu widniały głębokie ślady smoczych pazurów. Limmaniel wyjęła z torby wrzucone tam naprędce szkło powiększające. Na pniu dostrzegła fragmenty zrogowaciałego naskórka. Najwyraźniej jej smok zrzucał łuski, co znacznie ułatwiało jej zadanie.
Elfka ruszyła dalej, trzymając broń w pogotowiu. Nie minęło dużo czasu, a natknęła się na poszukiwane przez siebie leże. Przykucnęła w zaroślach, z uśmiechem wpatrując się w wejście do jaskini. Podniosła z ziemi pojedynczą zieloną łuskę, muskając palcem jej gładką krawędź. Potem poczuła na twarzy silny podmuch powietrza i wstrzymała oddech. U wejścia do jaskini wylądował smok.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków