• Wpisów: 1456
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 2 dni temu, 22:52
  • Licznik odwiedzin: 317 500 / 2059 dni
 
abc.atlant
 
W którym wykorzystane zostały pisane przeze mnie wcześniej fragmenty. Miłego czytania i dobrej nocy.
Soundtrack; youtu.be/GR3qkECLJbw

Katrin skończyła sznurować wysokie trzewiki i zarzuciła kołczan pełen strzał na ramię. Limmaniel włożyła do juków ostatnie potrzebne im rzeczy i odwróciła się do córki.
- Jedziemy? - spytała. Katrin natychmiast odwróciła wzrok.
- Tak. - odpowiedziała. - Tak... - powtórzyła, sadowiąc się w siodle. Dziewczyna poprawiła suknię i spięła konia. Obie wjechały w las.
- Chcesz mnie o coś zapytać. - odezwała się Limmaniel.
- Legolas powiedział, że możesz chcieć mi o czymś opowiedzieć. - odpowiedziała Katrin. Elfka umilkła.
- W swoim czasie. - odpowiedziała w końcu. W ułamku sekundy wyszarpnęła strzałę z kołczanu, i napięła łuk. Posłała strzałę w stronę wyjątkowo gęstych zarośli, natychmiast zeskakując z wierzchowca. Chwilę potem włożyła do juków pięknego zająca.
- Ładnie. - skomentowała Katrin. - Legolas nie będzie zachwycony. - dodała, ale sama również chwyciła za łuk. Zamknęła oczy, wyraźnie nasłuchując, po czym na ślepo strzeliła w górę. Na ziemię spadł dorodny ptak. Katrin ostrożnie podniosła go z ziemi.
- Dokąd jedziemy? - spytała.
- Na wyżyny. - odpowiedziała Limmaniel. Posłała strzałę za córką, która jechała teraz przodem. Katrin uchyliła się odruchowo i odwróciła. Elfka roześmiała się, widząc jej wystraszoną minę. Katrin wyprostowała się w siodle.
- Are, lehta (Oj, poczekaj)... - szepnęła, napinając łuk. Limmaniel w jednej chwili przestała się śmiać w wbijając pięty w boki wierzchowca, śmignęła między drzewa. Katrin posłała za nią strzałę, nałożyła na cięciwę kolejną. Pogalopowała w ślad za matką.

Katrin z westchnieniem ulgi, zsiadła z konia, wjeżdżając do niewielkiej zatoczki. Niedaleko płynął strumień, który okalały drzewa, sprawiając, ze miejsce to dla zwykłego śmiertelnika było prawie niewidoczne, a na pewno nigdy niedostrzegane. Limmaniel zanurzyła dłonie w strumieniu i obmyła sobie twarz. Katrin wyjęła z juków zabrany ze sobą prowiant. Obie z westchnieniem usiadły wprost na ziemi. Limmaniel sięgnęła po chleb, Katrin włożyła do ust kawałek sera.
- Dawno już nie byłam tak daleko poza pałacem. - odezwała się elfka. Katrin nie odpowiedziała. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Obserwowała tylko matkę, kiedy ta kiedy ta zakładała na rękę skórzaną rękawiczkę. Limmaniel zagwizdała krótko. Chwilę potem na jej przedramieniu usadowił się młody sokół wędrowny. Elfka zerknęła na córkę.
- To dziki ptak. - odezwała się Katrin, wyciągając palce w jego stronę. Sokół zaskrzeczał, kłapiąc dziobem.
- No, ostrożnie. - powiedziała Limmaniel. - To jest Ilmarinen.
- Wojowniczka światła. - wyszeptała dziewczyna.
- Zgadza się. - elfka skinęła głową. - Znalazłam ją podczas jednej z przejażdżek po lesie. Miała złamane skrzydło. Chyba traktuje mnie jak... Kogoś bliskiego. Przylatuje na każde wołanie.

Katrin obejrzała się na swojego konia, który uwolniony od siodła, popręgu i uzdy, postanowił wytarzać się w trawie. Dziewczyna uśmiechnęła się. Ciepły popołudniowy wiatr rozwiewał jej włosy. Zerknęła na szybującą w górze Ilmarinen. Postanowiła wyryć na głowni łuku wizerunek lecącej sokolicy. Limmaniel siedziała tuż obok, zajęta szkicowaniem układu nerwów liścia, któremu z uwagą przypatrywała się już od dłuższego czasu. Liść prawie cały był już w pomarańczowym kolorze, w jednym tylko miejscu przechodził w czerwień, a u góry blaszki pozostało jeszcze trochę zielonego. Katrin wstała z miejsca, narzucając na ramiona matki swój płaszcz. Limmaniel obejrzała się na nią.
- Nie powinnaś siedzieć na gołej ziemi. - odezwała się.
- Jedyna elfka w Ardzie z wadą serca, co? - Limmaniel oddała córce szkicownik. Katrin przejrzałą kolejne rysunki, wyjęła z kałamarza pióro umoczone w atramencie. Zaczęła robić notatki zgrabnym, pochyłym pismem.
- To nic złego. - odpowiedziała. Limmaniel z westchnieniem opadła na trawę.
- Katrin... Ja chciałabym coś zrobić. - odezwała się. Chciałabym pojechać do Beleriandu. Na własne oczy zobaczyć smoka. Móc go zobaczyć, dotknąć... - Katrin parsknęła śmiechem.
- I tylko tyle? - spytała podejrzliwie.
- Nikt jeszcze nie dowiedział się jak taki smok wygląda od środka. Kości, mięśnie, budowa skrzydła. Co sprawia, że smok jest zdolny do lotu. Ja będę pierwsza...
- Niebezpieczne masz marzenia. - odpowiedziała jej córka. - Są niebezpieczne; parzą niczym ogień. I czasami potrafią spalić. Ale... Może nie niemożliwe do spełnienia... - Katrin wstała z trawy, zrzuciła z ramienia kołczan ze strzałami, odłożyła na ziemię łuk i odpięła klamrę paska, podtrzymującego miecz w pochwie. Odwróciła się ku matce.
- Masz jeszcze siłę? - spytała. - Czy twoje serce wytrzyma wspinaczkę? - pokazała na górę i wodospad. Limmaniel uśmiechnęła się.
- Co ma nie wytrzymać. - powiedziała.
Wspięły się do wodospadu, pomagając sobie nawzajem, aż wreszcie stanęły wysoko, na skalnej półce. Zachodzące słonce barwiło niebo na głęboki pomarańcz z pasmami czerwieni. Zasapana Limmaniel wzięła się pod boki, odrzucając głowę do tyłu i wybuchając ożywczym śmiechem. Katrin wpatrywała się w krajobraz, malujący się przed nimi, potem wsunęła dłonie pod wodospad i napiła się wody. Otarła usta wierzchem dłoni. Czuła się wspaniale, stojąc nad wielometrową przepaścią, niczym nad krańcem świata.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków