• Wpisów: 1480
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: 4 dni temu, 20:25
  • Licznik odwiedzin: 320 220 / 2116 dni
 
abc.atlant
 
Obiecałam rozdział fanfiction, ale po pierwsze; zapomniałam notatek z internatu, a bez nich nic nie napiszę, po drugie; za dużo mam wam do opowiedzenia, bo ostatnia noc to była najpiękniejsza chyba w moim całym życiu. Rozdział nieodwołalnie jutro wieczorem, a ja prawie na żywo zdaję relację z wczorajszej Nocy Biologów.

Wyjazd punktualnie dziewiątej trzydzieści (dobra, cztery minuty po czasie, bo spóźnił nam się jeden opiekun). Jedziemy na Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej do Lublina. Humory dopisują i wszyscy podekscytowani, no może z wyjątkiem naszej biolożki, której mina mówi sama za siebie "Jezu, znowu muszę gdzieś z nimi jechać...".

Zaraz po przyjeździe zaganiają nas do galerii Plaza, bo do zaczęcia wykładów jeszcze dwie i pół godziny, a my zapewne jesteśmy głodni, poza tym gdzie najlepiej spożytkować czas jak nie w galerii jakiejkolwiek. Chodzimy oczywiście całą ekipą, nierozłączni, bo tylko wtedy jest fajnie, a chłopakom nie przeszkadza nawet to, że my - dziewczyny ciągamy ich po sklepach z ciuchami. W KFC posilamy się frytkami i skrzydełkami kurczaka (znaczy kto się posila, ten się posila), Igor chomikuje dwie porcje kurczaków na później i troszeczkę się rozdzielamy. Tak na marginesie wizyta w Empiku kończy się krzywdząco nie tylko dla mojego portfela.

Na UMCS docieramy tym bardziej zintegrowani, najedzeni, szczęśliwi, zaopatrzeni w mniej, lub bardziej potrzebne rzeczy kupione w galerii i po przebrnięciu przez tłum ludzi w szatni i odstania w holu powitań i tym podobnych udajemy się do pierwszych laboratoriów, z miejsca trafiając na ciekawe rzeczy. Młodsze dzieci produkują mydełka, nas bardziej interesują eksperymenty z kodem genetycznym i z tej części wieczoru mam pamiątkę w postaci wyizolowanego, mojego własnego DNA, co wygląda dość niesamowicie.

Odrobinę tylko spóźnieni lecimy na pierwszy wykład, dotyczący biologii miłości, który jest tak interesujący, że bez problemu włączamy się do dyskusji i śmiejemy razem z wykładowcą. Przybliżona nam zostają procesy zakochiwania się i łączenia w pary nie tylko homo sapiens (na filmiku modliszki odgryzają sobie głowy). Zakochany mózg to upośledzony mózg, więc w stanie zauroczenia jesteśmy trochę podobni do osób z niepełnosprawnością umysłową. Też nie chciałam na początku wierzyć.

Stajemy w korytarzu zapełnionym po brzegi młodzieżą, ale też bachorami, których istnienia w tym konkretnym miejscu nie możemy rozgryźć. Igor wdaje się w jałową dyskusję z jedną z matek, usiłując jej uświadomić, że jej bacho... dzieci najzwyczajniej w świecie się nudzą, na co ona zupełnym przekonaniem odpowiada "Je to bardzo interesuje.". Ciekawe... Jakimś cudom dostajemy się do środka, dopychamy do pudełka z rękawiczkami i tu się dopiero zabawa zaczyna. Trzymałam na dłoni nerkę, podnosiłam ludzkie serce, dotykałam mózgu i wkładałam dłoń w płuco (konkretnie lewe) i oczka mi błyszczały z radości. Wiedzą się też mogłam popisać, bo układ pokarmowy czy oddechowy to materiał z tego roku. Udaje nam się również wyjść, co jest naprawdę niełatwe w tłoku i dostajemy do dyspozycji pół godziny przerwy, które pożytkujemy na zjedzenie zapasów Igora.

Następny wykład może i ciekawy, ale poprowadzony w usypiający sposób i wszyscy walczymy o to, żeby nie zasnąć. Neurobiologia używek jest spoko, kiedy nie opowiada o niej wyraźnie naćpany student. Robię notatki, tylko po to, żeby nie zasnąć, Kuba pokrywa zeszyt pentagramami. Jakiemuś gostkowi na drugim końcu sali zaczyna się wybitnie nudzić, bo puszcza sobie piosenkę z Kubusia Puchatka, którą i tak słychać w całym obejściu, więc nagle zaczynamy się dobrze bawić. Student wykładowca piorunuje naszą grupę wzrokiem, bo nasze szalone nauczycielki chichrają się jak durne, ja udaję, że nie mam z nimi absolutnie nic wspólnego, siedzący obok mnie Igor piorunuje naszą biolożkę wzrokiem oznaczającym "Uspokój się kobieto.". Wykład się kończy, idziemy szaleć dalej.

Dowiadujemy się co nieco o hodowaniu mikroorganizmów i może też chcemy sobie pohodować, ale niestety skończyły się wolne szalki. Wobec tego skupiamy się na konstruowaniu zegara jodowego (Igor swój zepsuł, stwierdził, że to głupie i sobie poszedł), a potem uciekamy wkręcić się na tzw. Escaperoom, na który co prawda nie mamy rezerwacji, ale może coś z tego wyjdzie. Niestety rozmowa z kierowniczką zbyt wiele nie wnosi. Możemy się wkręcić gdyby jakaś grupa nie przyszła, niestety wszystkie są obecne. Wspólnie z nasza ekipą dochodzimy do wniosku, że to niesprawiedliwe, bo bachory z podstawówki nie będą czerpać z tego takiej radości jak my, w poczuciu beznadziei siadamy na schodach i czekamy na nasze nauczycielki, które znowu gdzieś przepadły.

Droga powrotna mija sennie i głośno, zostaję odstawiona pod sam internat i długo jeszcze nie mogę spać, bo to zdecydowanie mnóstwo wrażeń jak na jeden dzień.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków