• Wpisów: 1411
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis: wczoraj, 21:36
  • Licznik odwiedzin: 301 474 / 1775 dni
 
abc.atlant
 
- Ciągnie nas na dno! - wrzasnął Barbossa zza steru. - Zwijać się, bo wszyscy skończymy w otchłani. - wystrzelona z armaty kula strzaskała maszt Czarnej Perły, ale okręt znów stanął w pionie na falach i wypłynął z morskiego wiru, w który coraz bardziej osuwał się Holender.
Will znów dobył szabli, kiedy spod pokładu wylazły oślizgłe kreatury pod rozkazami Jonesa. Ich kapitan leżał martwy na pokładzie, ale nie miało to dla nich wielkiego znaczenia. Chcieli zemsty. I chcieli jej teraz.
- Liz, uciekaj! - wrzasnął Will, odpierając pierwsze ataki. - Jack, zabierz ją stąd! - kapitan posłuchał. Odciągnął na bok zupełnie osłupiałą dziewczynę. Zgarnął z pokładu swój pistolet. Rzucił się ku linom. Objął Liz ramieniem i przestrzelił dokładnie tą linę, która miała być przestrzelona. Oboje unieśli się w górę na prowizorycznym spadochronie z żagla. Liz rozszlochała się, patrząc na otoczonego przez śluzowate kreatury Willa. Wtuliła się mocno w płaszcz Jacka. Nie chciała widzieć jak Holender idzie na dno. Jack jęknął z bólu. Lina wrzynała się w przestrzeloną przez Jonesa dłoń, a po chwili wyślizgnęła się z ręki. Kapitan mocniej objął dziewczynę, kiedy oboje polecieli do oceanu.


Liz z trudem wpełzła na pokład Perły i oparła się o burtę, nie mogąc ustać na nogach. Niemal od razu znów wybuchnęła płaczem. Zaraz też poczuła jak obejmują ją czyjeś ramiona i przyłożyła policzek do szorstkiego materiału płaszcza. Podniosła wzrok na tulącego ją Jacka.
- Jack, ty krwawisz... - odezwała się, ocierając nos wierzchem dłoni i dotknęła zalanej krwią ręki kapitana. - Pozwól mi. - poprosiła, przykładając do rany niezbyt czystą szmatkę, a następnie obwiązując ją własną bandaną.
- Bogu dzięki, Jack... - przed załogantów przepchnął się pan Gibbs. - Flota nas dogania. Nieustraszony na sterburcie. Chyba trzeba się uciec do prastarej, szlachetnej pirackiej tradycji.
- Nie należę do miłośników tradycji. - odpowiedział Jack, odwracając się od niego i stanął przy burcie. - Ostro na wiatr! - rozkazał. Przez tłum przepchnął się Barbossa.
- Nie zmieniać kursu! - zaprotestował.
- Nie słuchać go! - wrzasnął znów Jack.
- Zmiotą nas... - zaczął niepewnie pan Gibbs.
- Nie słuchać tego! Nie słuchać! - miotał się kapitan.

- Na co oni czekają? - zapytał jeden z Anglików.
- Spodziewają się, że dotrzymamy warunków umowy. - odpowiedział mu lord Becket. Uśmiechnął się. Z luków wysunęły się działa. Okręt ruszył na statek piracki.
- Nic do ciebie nie mam, Jack. - odezwał się szeptem lord.

Liz obejrzała się, kiedy na pokład statku wtoczył się ociekający wodą Will. Dziewczyna natychmiast podbiegła do niego.
- Ty żyjesz. - wyszeptała, obejmując go mocno.
- Żyję. - odszepnął mężczyzna. - Uciekłem. - wysapał, wciąż zmęczony po długotrwałym wysiłku. Jack powiódł wzrokiem za dziewczyną z niemym żalem. Lubił tę zwariowaną istotkę. Will odsunął od siebie świeżo poślubioną Liz.
- Ładować działa! - wrzasnął. - Damy radę Anglikom!
- Stawić wszystkie żagle! - krzyknął za nim Jack.
- Jest stawić wszystkie! - odkrzyknął Barbossa. Załoga znów zapaliła się do walki. Czarna Perła natarła na Nieustraszonego.
- Co rozkażesz kapitanie? - spytał pan Gibbs, stając obok Jacka. Kapitan spojrzał na niego.
- Ognia. - odezwał się.
- Ognia! - wrzasnął pan Gibbs. Okrzyk poniósł się po pokładzie, Perła zatonęła w huku dział. Wykorzystując element zaskoczenia, pociski strzaskały burty angielskiego żaglowca. Lord Becket patrzył na to wszystko z mostku kapitańskiego. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. I spokój.
- Jakie są rozkazy? - spytał jeden z żołnierzy, dopadając do niego. - Rozkazy, Panie! - Becket nie odpowiedział. Słowa w ogóle do niego nie dotarły. - Opuścić pokład! - wrzasnął wreszcie komodor. Lord Becket wciąż wpatrywał się w pustkę przed sobą. Niewidzącym wzrokiem ogarniał pokład Nieustraszonego, schodząc powoli z mostku kapitańskiego. Burty zostały strzaskane przez pociski Czarnej Perły. Żołnierze angielscy konali na deskach pokładu, ranieni odłamkami drewna, szkła, lub dosięgnięci kulami. Becket rzucił ostatnie spojrzenie na piracki okręt, zanim i jego dosięgła śmierć. Żaglowiec poszedł na dno.

- Zawracają! - krzyknęła Liz, wychylając się za burtę. Flota angielska rzeczywiście powoli znikała za horyzontem. Załoga Perły podniosła okrzyki radości, wyrzucając w górę kapelusze i to co mieli pod ręką. Na innych statkach pirackich również już wiedziano o zwycięstwie. Liz rzuciła się w ramiona Willa, który poderwał ją do góry. Jack patrzył na to beznamiętnie. Czuł w sercu dziwny ucisk.
- Panie Gibbs... - odezwał się. - Możesz rzucić mój kapelusz.
- Tak jest! - zawołał natychmiast tamten i rzucił w powietrze własność swojego kapitana z kolejnym radosnym okrzykiem.
- A teraz idź i go przynieś. - dodał Jack. Mina Gibbsa natychmiast stężała, ale posłusznie zszedł z mostku kapitańskiego. Spojrzenie Jacka znów powędrowało ku Liz, opowiadającej coś z zapałem Willowi. Nie miał pojęcia czym było odczucie, którego doznawał.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Jej! Udało się :D.
    Coś w tej Liz jest takiego, że przyciąga do siebie facetów :P.

    PS Ta walka, choć wiem, że była poważna, to jakoś tak skojarzyła mi się z grą przeglądarkową Mutiny na stronie nitrome :P. Jak będziesz chciała, to sobie zobacz :P.