• Wpisów: 2587
  • Średnio co: 15 godzin
  • Ostatni wpis: wczoraj, 21:54
  • Licznik odwiedzin: 297 799 / 1718 dni
 
abc.atlant
 
Proch wybuchł. Macki potwora - na wpół spalone, na wpół jeszcze płonące - osunęły się po burcie z powrotem do oceanu.
- Zabiliśmy go? - spytała Liz, wychylając się za burtę.
- Nie. - odpowiedział pan Gibbs. - Tylko go rozjuszyliśmy. Kapitanie, rozkazy! - zawołał, podbiegając do Jacka.
- Opuścić statek. Wszyscy do szalupy. - odpowiedział kapitan, nawet nie zaszczyciwszy go spojrzeniem.
- Jack! - zawołał pan Gibbs, przytrzymując go w miejscu. - A Perła?
- To tylko statek. - kapitan wzruszył ramionami, ale w jego głosie dało się słyszeć nutę żalu. Liz ścisnęło się serce.
- Trzeba płynąć do lądu. - odezwała się.
- Spróbujemy. - Will położył jej dłoń na ramieniu. - Uciekniemy, gdy będzie zatapiał Perłę. - członkowie załogi popatrzyli po sobie. - To... Jedyne wyjście. - dodał mężczyzna.
W ponurych nastrojach spuścili szalupę na wodę i powoli schodzili teraz po drabince sznurowej.
- Wiedziałam, że dobry z ciebie człowiek. - odezwała się Elizabeth, podchodząc do kapitana. Jack pogładził dłonią to, co zostało z masztu. Naprawdę żal mu było opuszczać okręt, który tak wiele znaczył dla niego. - Jack... - Elizabeth położyła mu dłoń na ramieniu i ... pocałowała. Pocałunek trwał długo. Za długo. Will wyciągnął dłoń do Liz, mającej problemy z drabinką sznurową, ale jego dłoń zamarła wpół drogi do dłoni dziewczyny. Przez dziurę w burcie, powstałą za sprawą krakena dostrzegł Elizabeth i Jacka złączonych w pocałunku.
- Dalej Will! Z życiem! - pogonił go pan Gibbs, przesłaniając mu narzeczoną. William ocknął się z zadumy i wreszcie chwycił dłoń Liz, pomagając jej wsiąść do szalupy. Dziewczyna zdążyła jeszcze obejrzeć się za siebie i dojrzeć dokładnie to samo, czego świadkiem był Will.
Elizabeth całowała Jacka z namiętnością i zapałem, jednocześnie kierując się w stronę masztu. Po macku wyczuła pod palcami kajdany i przykuła kapitana do drewnianej konstrukcji.
- Ściga ciebie, nie statek. - powiedziała. - Nie chodzi mu o nas. To jedyny sposób, rozumiesz? I nie żałuję... - dodała jeszcze i pobiegła do szalupy. Will przyglądał się jej wnikliwie.
- Gdzie Jack? - spytał, patrząc na nią z niemym wyrzutem.
- Został na statku, by zwiększyć nasze szanse. - odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. - Płyń!
Tymczasem jack zorientował się, że został uwięziony na Czarnej Perle. Szarpnął dłonią, mając złudną nadzieję, że kajdany puszczą. Powiódł wzrokiem za szybko oddalającą się szalupą. A chwilę potem roztrzaskał o maszt lampę oliwną. Nadgarstek wysmarowany tłuszczem powoli wysunął się z kajdan. Wtedy właśnie okręt przechylił się na jedną stronę, na pokład wpełzły macki, a potwór zaryczał wściekle. Jack odwrócił się powoli dobywając szpady. I odważnie rzucił się prosto w paszczę krakena. Załoga siedząca w szalupie obserwowała jak Czarna Perła zostaje wciągnięta pod wodę.

Liz wpatrywała się w Willa siedzącego pod ścianą. Znajdowali się teraz w domu starej wieszczki Tii Dalme, nie wiedząc co dalej począć. Ciszę zakłócał jedynie stuk noża, który William raz po raz wbijał w stół.
- Proszę. - kapłanka podała dziewczynie kubek ciepłego płynu. - Na zimno i na smutek. - dziewczyna z wahaniem upiła łyk z kubka. - Szkoda. - odezwała się Tia, podając kubek Willowi. - Mając Perłę mógłbyś schwytać diabła i uwolnić duszę swojego ojca.
- To już nieistotne. - westchnął mężczyzna. - Perła poszła na dno. Razem ze swoim kapitanem.
- Świat wydaje się bardziej ponury. - odpowiedziała Liz.
- Wodził nas za nos do samego końca. Ale zwyciężyła w nim uczciwość. - dodał pan Gibbs wznosząc toast. - Za pamięć Jacka Sparrowa!
- Drugiego takiego kapitana już nie będzie! - Liz podniosłą kubek w toaście.
- Był dobrym człowiekiem. - dodała Elizabeth z nutą żalu w głosie. Will posłał jej nieokreślone spojrzenie.
- Gdyby można było zrobić coś by wrócił... - odezwał się.Kobieta poderwała głowę w nagłym przypływie nadziei.
- Zrobiłbyś to? - spytała Tia. - A ty? - przeniosła wzrok na Elizabeth. - Co byś zrobiła? Co bylibyście gotowi dla niego zrobić? Czy bylibyście w stanie popłynąć na koniec świata i dalej, by przywieźć stamtąd cwanego Jacka i jego bezcenną Perłę? - Liz spojrzała na Willa.
- Tak. - odpowiedział mężczyzna. Reszta załogi potwierdziła.
- Tak. - powiedziała dziewczyna. Elizabeth pokiwała głową.
- Świetnie. Skoro chcecie się zmierzyć z niesamowitymi i nawiedzonymi ławicami na krańcu świata to wówczas będziecie potrzebować kapitana, który zna tamte wody. - kapłanka zrobiła krok w tył, kiedy na schodach rozległy się kroki.
- Barbossa... - wyszeptał Will. Liz w milczeniu wpatrywała się w pirata. Nie znała go, choć chyba powinna, ale byłą gotowa popłynąć z nim na nieznane wody. Choć nie tylko po Jacka...

PS No, teraz kiedy Jacka wreszcie zeżarł kraken i pojawił się Barbossa, akcja nabrała tempa i już nie będzie się trzymać ściśle filmowej fabuły. Będzie trochę skoków w bok, zacznie się wyjaśniać co nieco o Liz, da o sobie znać jej burzliwa przeszłość no i coś trzeba będzie począć z tą Elizabeth. Jak słusznie zauważyła Hanti "narzeczona to stan przejściowy". Na jutro zapowiadam się z kolejnym rozdziałem "Mistrzyni i Uczennicy" oraz recenzją "Przeminęło z wiatrem".

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego