• Wpisów: 2621
  • Średnio co: 16 godzin
  • Ostatni wpis: wczoraj, 13:38
  • Licznik odwiedzin: 299 813 / 1750 dni
 
abc.atlant
 
- Co się stało z komodorem? - spytał pan Gibbs, kiedy już wszyscy poza komodorem właśnie, wrócili na Czarną Perłę.
- Został w tyle. - odpowiedział mu Jack (w dalszym ciągu hołubiąc słój).
- Cieszmy się raczej z tego, że wróciłeś. I to bez żadnych kłopotów. - wtedy właśnie powietrze przeszył huk fal, a pod wody wynurzył się Latający Holender z Davym Jones'em na pokładzie.
- Ja się tym zajmę. - odezwał się Jack z szerokim uśmiechem na ustach, rzucając załodze uspokajające spojrzenia. - Hej, rybia mordo! - wrzasnął. - Zgubiłeś coś?! - Liz wpatrywała się w niego, zastanawiając się gorączkowo, co zamierza zrobić. Jack uniósł ku górze słoik pełen piachu. - Chcesz negocjować oślizgły palancie? Patrz co mam! Mam słoik pełen ziemi. I zgadnij co jest w środku. - zanucił kapitan i przeparadował przed załogą, zastanawiającą się, co też tym razem strzeliło mu do głowy. Jedynie Liz z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Ale zaraz potem mina jej zrzedła kiedy Holender wytoczył działa.
- Eee... Prawo na burt? - odezwał się Jack.
- Prawo na burt! - podchwyciła natychmiast dziewczyna. Wśród załogi zawrzało. Natychmiast rzucili się stawiać żagle, pan Gibbs stanął za sterem. Holender odpowiedział na ich wysiłki ogniem. Kule armatnie dziurawiły statek, który jednak szybko oddalał się od zagrożenia.
- Pokaż nam co potrafisz Perełeczko... - Liz pogładziła dłonią burtę.
- Udało się! Uciekliśmy mu! - wrzasnęła Elizabeth.
- Jesteśmy szybsi? - Will obejrzał się na okręt Jonesa.
- Pod wiatr niekoniecznie, ale z wiatrem... - uśmiechnął się pan Gibbs. - Zyskujemy przewagę. - załoga podniosła okrzyki zachwytu. Jedynie Will pozostał sceptyczny.
- Co się dzieje? - odezwała się Liz, podchodząc do niego.
- To jeszcze nie koniec. Davy Jones nie podda się tak łatwo.
- O nie... - dziewczyna wychyliła się przez burtę. Wiedziała co teraz nastąpi. Ogromny stwór morski wylezie spod wody, zatopi Perłę. Tak samo jak zatopił okręt jej ojca. I okręt angielski, na którym przebywała tak niedawno. Jakby na potwierdzenie jej myśli statek zadrżał i zatrząsł się.
- To kraken! - wrzasnął któryś z załogantów.
- Wytoczyć działa! Do broni! - wrzasnął Will. - Liz, nie stój tak! - dziewczyna oprzytomniała i podbiegłą do mężczyzny, biorąc od niego strzelbę. Po drodze minęła Jacka, klęczącego na pokładzie i przesypującego miedzy palcami piach z rozbitego słoja. Serce Jonesa zniknęło.
Wkrótce potem Perłę zaczęły otaczać gigantyczne macki. Załoga skupiła się na środku pokładu i w ładowni. Liz stanęła przy panu Gibbsie nie mogąc uspokoić rozszalałego serca. W jej żyłach płynęła czysta adrenalina.
- Wil... - odezwała się. Macki oplotły burtę, sięgały ku masztom.
- Will... - zawtórowała jej Elizabeth.
- Spokojnie... Spokojnie. - William obserwował poczynania morskiego potwora. - Ognia! - wrzasnął, kiedy macka owinęła się wokół masztu. Okręt zatonął w huku dział i wystrzałów ze strzelb. Macki cofnęły się, ale nie zrezygnowały. Wsunęły się pod pokład, chcąc wypatroszyć Perłę ze wszystkiego co żywe. Kolejni członkowie załogi ginęli w odmętach oceanu.
- Odwrócimy jego uwagę. Ładować proch do sieci w ładowni! - krzyczał Will. Załoganci od razu podchwycili jego pomysł, rozumiejąc czego oczekuje. - Nie waż się chybić. - powiedział mężczyzna, wciskając strzelbę w dłoń narzeczonej.
- Kiedy już będziesz bezpieczny. - odpowiedziała Elizabeth. Na podłodze w ładowni rozciągnięto ogromną siatkę, do której ładowano teraz beczułki z prochem.
- Mamy problem. - odezwał się pan Gibbs, widząc przechodzącego obok Willa. - Mamy tylko sześć beczułek prochu. - Will zamarł jak podcięty, ale zaraz odzyskał zwykły animusz.
- Wiec ładujcie rum. - polecił. Pan Gibbs zrobił zbolałą minę.
- Ładujcie rum. - powtórzył nie patrząc na załogę, wpatrującą się w niego z niemym błaganiem w spojrzeniu. Wkrótce siatkę pełną beczek z ładunkiem gotowym wybuchnąć w zetknięciu z ogniem wciągnięto na maszt.
Elizabeth uniosła strzelbę, ale nie mogła nacisnąć spustu, kiedy jej ukochany bujał się na siatce pełnej beczek prochu i rumu, usiłując odwrócić uwagę załogi od wciskających się wszędzie macek. Zaraz jednak z przerażeniem dostrzegła, że Will zaplątany w siatkę nie jest w stanie się wyswobodzić.
- Elizabeth, strzelaj! - wrzasnął wreszcie, jednocześnie usiłując przeciąć liny. - Strzelaj! - uniosła strzelbę, ale nie była w stanie wystrzelić. Ręce jej się trzęsły, za nic nie mogła wycelować.
- Dawaj to! - Liz wyrwała jej broń z ręki. Oddała strzał w tym samym momencie kiedy liny wreszcie puściły i Will runął ciężko na pokład.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego