• Wpisów: 2587
  • Średnio co: 15 godzin
  • Ostatni wpis: wczoraj, 21:54
  • Licznik odwiedzin: 297 754 / 1718 dni
 
abc.atlant
 
Schyliłem się, starając się stać niewidoczny dla potencjalnego zagrożenia, ale pomiędzy liśćmi nie mogłem nic wypatrzeć. Zrobiłem krok naprzód na grubej gałęzi, ale za późno zdałem sobie sprawę z tego, że stopy oplątuje mi ogromna pajęcza sieć. Potknąłem się i runąłem w dół, ale na szczęście, a może właśnie na nieszczęście, nie roztrzaskałem się o podłoże, ale wylądowałem w gigantycznej pajęczynie. Gigantycznej i lepkiej. A tuż nade mną zawisł olbrzymi pająk, który natychmiast okręcił mnie obrzydliwą siecią. Nie mogłem się nawet ruszyć.

Kiedy ocknąłem się z dziwnego letargu olbrzymi pająk próbował właśnie zaciągnąć mnie do swojego leża. Oceniłem sytuację i kiedy pochylił się nade mną, żeby rozpocząć konsumpcję, w jego odwłok wbił się mój mieczyk. Nie spodziewał się tego. Na tyle na ile mogłem wydostałem się z pajęczego kokonu, male w moja stronę już zmierzały dwa kolejne pająki. Kryjąc się za drzewem, przypomniałem sobie o pierścieniu, ukrytym w mojej kieszeni i czym prędzej wsunąłem go na palec.
- Zabić ich... Zabić... Zjedzmy ich, póki krew w ich krąży... - to były głosy pająków. - Mają grubą skórę, ale pod nią pyszne soki... - mówiły o krasnoludach. Rozejrzałem się, szukając wzrokiem kompanów. Znalazłem ich szybko. Wokół wisiało dokładnie trzynaście kokonów, mniej więcej tego samego rozmiaru. Właśnie dobierały się do biednego Bombura, który usiłował jeszcze walczyć.
- Uczta! Uczta! Uczta! - skandowały. - Zjeść ich żywych! - cichcem zaszedłem stwory od tyłu i odrzuciłem od siebie konar, podniesiony z ziemi. Uderzył o inne drzewo, a zaciekawione pająki pobiegły w tamta stronę. Tego, którego bardziej interesował obiad z krasnoluda, ciąłem mieczem.
- Do diaska! Gdzie on jest?! Gdzie jest? - zasyczał. nie mógł mnie przecież zobaczyć. Zsunąłem pierścień  z palca i doskonale widzialny nadziałem go na ostrze.
- Żądło... Zabierz... - zasyczał jeszcze i zdechł. Martwy spadł z drzewa i z łoskotem uderzył o ziemię.
- żądło... - uśmiechnąłem się do siebie. - To dobre imię. Żądło. - powtórzyłem bojowo i ruszyłem na ratunek krasnoludom. Odcinałem kokony od lepkiej sieci, a one miękko opadały na ziemię. Dalej krasnoludy radziły sobie same, ale świetnie im szło. Zaciekle walczyły z pająkami, które już zorientowały się, że obiad im ucieka. Ja szukałem pierścienia, który wypadł mi podczas walki z pająkiem. I może to właśnie wtedy znów zostałem rozdzielony z kompanią. Podniosłem z ziemi błyskotkę i biegiem ruszyłem ku krasnoludom, których głosy słyszałem spomiędzy drzew, ale to co ujrzałem, zatrzymało mnie w miejscu. Kołem otaczali ich elfowie.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego