• Wpisów: 2509
  • Średnio co: 15 godzin
  • Ostatni wpis: wczoraj, 17:04
  • Licznik odwiedzin: 293 682 / 1658 dni
 
abc.atlant
 
Ścieżka przez Mroczną Puszczę była długa i kręta. Skręcaliśmy coraz częściej, drzewa nad naszymi głowami trzeszczały złowrogo, szliśmy górą, dołem, przez gałęzie i pod korzeniami. Szliśmy gęsiego. Zdawało nam się, że droga przez las będzie krótka i szybka, ale wkrótce znienawidziliśmy puszczę serdecznie. Pod sklepieniem drzew, powietrze stało nieruchome, bez najlżejszego powiewu, wciąż jednakowo ciemne i duszne.
- Powietrza! Duszę się! - słyszałem gdzieś z tyłu któregoś z krasnoludów.
- Moja głowa! Niedobrze mi! - skarżył się inny. Nagle wpadłem na tego, który stał przede mną, bo czoło kolumny zatrzymało się nagle.
- Nori, dlaczego stoimy? - spytał zdenerwowany Thorin.
- Bo ścieżka... Zniknęła... - odpowiedział mu tamten.
- Co tu się dzieje?! Zgubiliśmy ścieżkę! Niemożliwe! Szukajcie wszyscy! Szukajcie ścieżki! - po lesie poniosło się zrozpaczone nawoływanie krasnoludów.
- Jakbym tu był pierwszy raz... Niczego nie poznaję. - odezwał się Balin, opierając się plecami o stare, zmurszałe drzewo.
- Ale musi gdzieś tu być. - odpowiedział Dori, patrząc pod nogi. Usiadłem na kamieniach, obserwując krasnoludy. Czułem, Że z wolna się duszę. Przyglądałem się dziwnej narośli na jednym z pni, a w końcu zaciekawiony trąciłem ją palcem. Była dziwnie sprężysta. A dotknięta podrygiwała.
Znowu szliśmy przez las. Patrzyłem pod nogi, wypatrując ścieżki, ale chyba zaczynałem mieć halucynacje. Miałem wrażenie, że zamiast posuwać się wprzód, wciąż się cofam. Westchnąłem ciężko i obejrzałem się za siebie, ale zamiast ujrzeć tam Doriego, który przecież szedł za mną, zobaczyłem... Mnie. To naprawdę było dziwne. Zakręciło mi się w głowie i miałem wrażenie, że zaraz zemdleję, ale do przytomności przywrócił mnie głos Oriego.
- Patrzcie. - odezwał się, podnosząc coś z ziemi.
- To przecież kapciuch. - powiedział Dori, biorąc od brata dziwny przedmiot. - Gdzieś tu mieszkają krasnoludy.
- Jest zupełnie taki sam jak mój. - dodał Bifur.
- Bo to twój kapciuch. - powiedziałem. - Nie rozumiesz? My się kręcimy w kółko. Zgubiliśmy się.
- To nieprawda. Wciąż idziemy na wschód. - powiedział Thorin.
- Gdzie tu jest wschód?! Nie widać słońca! - zawołał któryś z krasnoludów. Zadarłem głowę do góry. Przez jesienne liście przedzierały się słabe promienie. Słońce. Musimy znaleźć słońce... Do góry... Dotarło do mnie wreszcie i zacząłem wspinać się na najbliższe drzewo, zostawiając w dole kłócące się krasnoludy.
Szło mi dosyć mozolnie, ale kiedy wreszcie wytknąłem głowę nad wierzchołek drzewa, mogłem głęboko odetchnąć. Powietrze tu na górze było czyste i świeże. Moją twarz owiewały cudowne, kojące podmuchy wiatru. A wokół latały chmary błękitnych motyli. Rozejrzałem się wokół. W świetle zachodzącego słońca wiele mogłem dojrzeć.
- Widzę jezioro! - zawołałem. - I... I rzekę! I Samotną Górę! Już niedaleko! Słyszycie?! - krzyknąłem w dół, do krasnoludów. - Wiem, w którą stronę iść! Ejże! - krzyknąłem znowu, kiedy nikt mi nie odpowiedział. Dziwne, nie słyszałem nawet odgłosów ich kłótni. - Ejże... - dodałem, już mniej pewnie. Usłyszałem trzask łamanych gałęzi. Coraz bliżej. Coś się zbliżało. I chyba nie miało przyjaznych zamiarów.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków