Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 8 sierpnia 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Skipper stał na poboczu, wciąż ocierając łzy. Udało mu się w miarę uspokoić, ale ciągle pochlipywał. Był naprawdę rozżalony.
- Trzymaj Skipper. - pani Irena włożyła mu w skrzydła kubek ciepłej herbaty. Traf chciał, że niedaleko była stacja benzynowa, więc można było zorganizować coś do picia, a nawet zjeść drugie śniadanie.
- Dziękuję. - wyszeptał pingwinek i od razu upił łyk herbaty. Wszyscy oprócz niego zjadali kupione kanapki, ale on nie miał ochoty na jedzenie, choć Kate próbowała go na to namówić. Nauczycielka usiadła obok niego na trawie.
- Jak samopoczucie? - zagadnęła przyjaźnie.
- Troszkę lepiej. - odpowiedział Skipper. - Przepraszam, że robiłem pani na złość. To niespecjalnie, słowo.
- Ja też przepraszam, że cię wtedy postraszyłam.
- Więc... - pingwinek zawahał się. - Nie założy mi pani pieluszki? - pani Irena parsknęła śmiechem.
- Pewnie, że nie. - odpowiedziała. - Wszyscy jesteśmy zmęczeni i zdenerwowani. Ale mogę ci obiecać, że jutro o tej porze będziemy się wylegiwać na brzegu jeziora. Trzeba tylko załatwić jakąś podwózkę.
- Dokąd pan jedzie? - zagadnęła w tym samym momencie Kate. Do samochodu stojącego obok wsiadał właśnie młody, przystojny mężczyzna.
- Miałem się spotkać z żoną na kempingu. - odpowiedział, poprawiając okulary. - A wy? Z plecakiem przez świat? Fajnie się maszeruje?
- Super! - zawołała dziewczyna. - I przypadkiem zmierzamy w tą samą stronę. - dodała podchwytliwie.
- To może was podrzucę, co? - mężczyzna naprawdę sprawiał wrażenie miłego. Pani Irena otrzepała spodnie z trawy, wstając.
- Byłoby miło. - odpowiedziała. - A co na to żona?
- Nie będzie miała nic przeciwko. Pakujcie się. - powiedział mężczyzna z uśmiechem.

To było całkiem niedaleko, jak się okazało. Kemping było widać nawet ze stacji benzynowej, to jest ze szczytu łagodnego wzgórza. Po drugiej stronie torów kolejowych i przytykającej do nich szosy zaczynało się wielkie podłużne jezioro o brzegach porośniętych lasem. stała tam gromadka domków kempingowych i widniało spore pole namiotowe.
- Pięknie panu dziękuję. - odezwała się pani Irena, kiedy sympatyczny mężczyzna, który przedstawił się jako "pan Robert", wysadził je pod bramą.
- Ależ nie ma za co. - uśmiechnął się teraz. - Może jeszcze na siebie wpadniemy. - rzucił na "do widzenia" i poprowadził samochód na leśny parking.
Chwilę potem pa ni Irena odłożyła plecak na trawę i sama też usiadła na ziemi. Wszystkie formalności mieli już za sobą, wystarczyło tylko rozbić namiot i cieszyć się zasłużonymi wakacjami. Nauczycielka zerknęła na skippera, który ziewał i przecierał oczy. Co prawda nie miał już temperatury, ale stan podgorączkowy wciąż się utrzymywał.
- Możemy iść pływać? - spytał Kowalski, patrząc na Kate ogromnymi, błyszczącymi oczami. Kiedy tylko pingwiny zobaczyły jezioro, od razu zapragnęły się w nim wytaplać. Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie.
- Rozbijemy namiot i pójdziemy pływać wszyscy. - odpowiedziała, a widząc niezbyt szczęśliwą minkę, którą pingwinek posłał jej w odpowiedzi, dodała jeszcze - Dziesięć minutek was nie zbawi.
- Właściwie to zbliża się już pora obiadu, może pójdziemy coś zjeść? - zaproponowała pani Irena, wstając z trawy. - Potem uporamy się z namiotem i pójdziecie pływać, co wy na to?
- moim zdaniem to dobry pomysł. - odparła Kate. - Daleko nie będziemy musieli szukać, bo niedaleko jest kempingowy bar. - skierowali się do baru, po drodze zahaczając jeszcze o ubikację i chwilę późnij siedzieli przy stoliku delektując się świeżutkimi polędwiczkami z mozzarellą.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Super spotkać kogoś miłego, kto podrzuci na stopa ^^. Dobrze, że się wszystkim humory poprawiły :). A takie polędwiczki sama bym zjadła :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Krasnoludy spały, zanurzone w świeżutkim sianie, pokrywającym znaczną część podłogi ogromnego domu. Kozy, które zamieszkiwały to domostwo najwyraźniej nie miały nic przeciwko naszemu towarzystwu. Upewniwszy się, że krasnoludy oraz Gandalf na pewno śpią, wyjąłem z kieszeni znaleziony w jaskiniach pierścień. Dokładnie przyglądałem się błyskotce, zastanawiając się jakie tajemnice jeszcze skrywa. Czy to przeznaczenie przywiodło go do mnie? Czy to przedziwne zrządzenie losu kazało mi go podnieść z kamiennego podłoża? Miałem dziwne wrażenie, że ten pierścień dający niewidzialność odegra jeszcze jakąś znacząca rolę. Nie wiedziałem tylko... Jaką.

Usiłowałem zasnąć, kiedy usłyszałem odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Przewróciłem się na bok, opierając głowę na ramieniu. Z tej pozycji mogłem doskonale obserwować pozostałą część izby, samemu pozostawiając wrażenie pogrążonego we śnie. Do domu weszła wysoka postać i stwierdziłem, że musiał to być Beorn. Był umięśnionym mężczyzną i sprawiał wrażenie silnego, dlatego jak najbardziej pasował mi do wizerunku kogoś, kto umie przeobrażać się w niedźwiedzia.

Musiałem zasnąć, bo rano obudziło mnie kilka ogromnych pszczół. Jedna z nich właśnie siadała mi na nosie, więc czym prędzej przepędziłem ją i wstałem z prowizorycznego łóżka. Krasnoludy siedziały już przy ogromnym stole, posilając się przed dalszą wędrówką. Beorn najwyraźniej zaakceptował nieproszonych gości, bo właśnie nalewał każdemu mleka do dużych drewnianych kubków. Usiadłem między nimi, przysłuchując się rozmowie.
- To ciebie nazywają Dębową Tarczą, tak? - odezwał się Beorn, spoglądając na Thorina. Krasnolud odwzajemnił spojrzenie. - Powiedz, czemu Azog Plugawy tak cię ściga?
- Wiesz o Azogu... - stwierdził Thorin. - Skąd?
- Moi przodkowie pierwsi zamieszkali w górach. A potem z północy pojawili się orkowie. To Plugawy zabił mi wielu moich krewnych. A niektórych wziął w niewolę. - spojrzałem na żelazne kajdany na nadgarstkach Beorna. Możliwe, że i on był więźniem orków. - Nie, żeby dla niego harowali. Ale dla rozrywki. Wsadził ich do klatek i torturował ich, bo to go bawiło.
- Czyli są też inni? - spytałem.
- Kiedyś było nas wielu. - Beorn posłał mi spojrzenie, znad dzbanka pełnego mleka.
- A teraz? - zadałem kolejne pytanie, ciekawy odpowiedzi.
- Teraz został jeden. - spuściłem wzrok. Nie powinienem tyle gadać. Na szczęście Beorn zgrabnie zmienił temat. - Musicie dotrzeć do Góry nim jesienne dni przeminą.
- Zanim skończy się Dzień Durina, tak. - odparł Gandalf.
- Czasu macie coraz mniej. - skwitował zmiennoskóry.
- Dlatego pójdziemy przez Mroczną Puszczę.
- Którą dawno już ogarnęła ciemność. Najczystsze zło pełza tam pośród drzew. Orkowie z Mori i czarnoksiężnik z Dol Guldur zawarli przymierze. Ja bym tam nie szedł. Chyba, że w ostateczności.
- Ale my pójdziemy droga elfów. - Gandalf był nadzwyczaj uparty. - Tam jest bezpiecznie.
- Bezpiecznie? - uśmiechnął się Beorn. - Elfy z Mrocznej Puszczy nie są jak inne. Są mniej rozważne i o wiele groźniejsze. - czy tylko ja odebrałem to jako groźbę? - Lecz to bez znaczenia. Na tych ziemiach jest pełno orków. I coraz więcej ich będzie. Jesteście pieszo, nie ma mowy, żebyście dotarli tam żywi. Nie lubię krasnoludów. Są zachłanne i ślepe. Nie zauważają tych, których mają za słabszych i gorszych od siebie... Ale orków nie lubię bardziej. - dodał po chwili. - Czego wam trzeba?
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Dobrze, że Beorn w ludzkiej postaci jest o wiele przyjaźniejszy, niż w postaci niedźwiedzia. Cieszę się, że podał swoim gościom pomicną dłoń :).
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Pomocną*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›