Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 26 sierpnia 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Siadali już do kolacji. Wyczyścili stolik, nakryli go papierowymi serwetkami, a na środku postawili wielką, niegasnąca na wietrze świece oraz kilka szyszek, żeby było odświętnie. Kolacja składała się z pasztetu żurawinowego na przystawkę, szaszłyków z szynką (też na przystawkę), risotto oraz wielkiej miski sałatki z sosem sezamowym. Jedli, rozmawiając o pobycie w stadninie. W końcu jednak pingwinom się znudziło i we czwórkę pobiegły na plac zabaw.
- Cudowny wieczór. - zauważyła pani Irena. - Nawet tyle kilometrów od domu rzadko udaje nam się pobyć we dwie.
- To prawda. - Kate spojrzała na przybraną mamę. Uśmiechnęły się do siebie i siadły do mocnej herbaty i sernika z malinami, który wypatrzyły w pobliskiej cukierni. Rozglądały się po sąsiadach, którzy dokładnie tak jak oni przed chwilą (tylko w większych grupkach, przy złączonych stołach) jedli mięso z grilla, zakąszali sałatkami z wielkich misek i popijali winem. Najgłośniej zachowywali się Duńczycy koło nich. Kilka razy pokazali im ręką, żeby się do nich dołączyły. Kiedy grzecznie podziękowały, zostały obdarowane kilkoma dużymi porcjami smakowitego mięsa.

- Bo tak sobie pomyślałam... - odezwała się pani Irena, kiedy razem z Kate praktykowała letni rytuał. - Skoro wyszłyśmy z domu z mocnym planem dostania się na wybrzeże, to czemu by nie spróbować tego osiągnąć?
- Znowu piechotą? - spytała Kate.
- Zdecydowanie nie. Mam dosyć przedzierania się przez chaszcze. Jutro po południu mamy pociąg. Do Szczecina.
- Dobrze. - Kate pokiwała głową. - Masz ochotę na spacer?
- Po ciemku? W nocy? - spytała nauczycielka. - Możemy zostawić chłopaków samych?
- Nic im nie będzie. - zapewniła dziewczyna. - Idziemy?
Las pełen był szelestów i nocnych odgłosów. Nigdy nie panowała w nim całkowita cisza, ale właśnie to Kate najbardziej w nim lubiła. Szły obok siebie, zagłębiając się coraz dalej, przy czym żadna nie zaczęła jeszcze rozmowy.
- Coś cię martwi. - odezwała się w końcu pani Irena.
- Skąd wiesz? - Kate spojrzała na nią spłoszona. - Czy ty czasem nie umiesz czytać w myślach?
- Nie, ale daj mi trochę czasu, a z pewnością zacznę to robić. Nieomylne oko pedagoga. - uśmiechnęła się nauczycielka, ale zaraz na powrót spoważniała. - Coś się stało?
- Nie... - zaczęła niepewnie dziewczyna. - Tak. - dodała po dłuższej chwili. - Pamiętasz jeszcze rocznice ślubu cioci i wujka? Zrobiłam wtedy niezłą awanturę, ale to wszystko co wtedy powiedziałam... Ja naprawdę tak myślę.
- Wyjaśnisz? - pani Irena spojrzała na nią.
- Tak. Przez te lata, kiedy siedziałam sama  Warszawie, nie interesowali się mną, ani odrobinkę. Zaczęli dopiero wtedy, kiedy wzięłaś mnie do siebie, przygarnęłaś. A zaczęli się wtrącać wyłącznie dlatego, że byłaś dla nich obcą osobą. według nich nie miałaś do mnie żadnych praw. Oni za to tak, bo byli - przynajmniej teoretycznie - moją rodziną, ale jakoś nie kwapili się do okazywania mi miłości. Czasem zastanawiam się, czy oni w ogóle mnie kochają. I czy to, co brałam za przejawy dobrej woli, nie było czasem... No wiesz... Litością. - wyrzuciła z siebie jednym tchem.
- Oj ty mój Sherlocku... - westchnęła pani Irena, pieszczotliwie kładąc jej dłoń na głowie. - Trudne zagadnienie sobie wybrałaś. Potrafisz jakoś zdefiniować pojęcie "miłości"?
- Nie, ale... - Kate urwała, żeby potem dokończyć. - Każdy rozumie to chyba trochę inaczej.
- Owszem. - potaknęła nauczycielka. - I właśnie dlatego jestem pewna, że jesteś przez nich kochana. Okazują ci miłość na swój sposób, bo nie potrafią inaczej.
- Na swój pokręcony sposób.
- Nie przerywaj, dobrze? Nie mieli z tobą tak częstego kontaktu jak ja mam teraz, więc tak naprawdę niewiele o tobie wiedzą. Nie mają pojęcia czego się po tobie spodziewać. - Kate wbiła wzrok w podłoże.
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Ale skoro interesowali się mną... Po swojemu... To dlaczego nawet do mnie czasem nie zadzwonili? Chcieli w ten sposób leczyć poczucie winy?
- To za trudny temat na jedną noc, a ja jestem zmęczona. Wrócimy do tego jutro. Obiecuję.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Fajnie, że Kate ma taką osobę, z którą może porozmawiać na każdy temat ;). Widzę, że tak polubiłaś Sherlock'a, że nawet użyłaś jego imienia względem Kate, która jest pewną częścią Ciebie ^^. Wiem coś na ten temat :P. Też lubię się choć trochę identyfikować z postaciami, które w jakiś sposób zwróciły na siebie moją uwagę :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Najciszej jak potrafiłem wślizgnąłem się do komnaty pełnej złota i aż rozdziawiłem usta w zdumieniu. Złoto rozlewało się płynną rzeką po całej komnacie i sięgało mniej więcej do połowy jej wysokości. Jak w tej całej górze skarbów miałem znaleźć jeden niepozorny klejnot? To mi zajmie wieki! Monety brzęczały i osypywały mi się spod stóp, kiedy przemierzałem komnatę w poszukiwaniu arcyklejnotu. Dokładnie obejrzałem każdy kamień, który mógł choć trochę przypominać niezwykły klejnot, ale żaden z nich nie wyglądał zbyt przekonująco.
- Arcyklejnot... - wyszeptałem do siebie. - Wielki, biały klejnot... No to mi pomogłeś Balinie... - podniosłem z góry klejnotów złoty puchar, chcąc zobaczyć co jest pod nim, a monety osypały się, ukazując... Smocze oko. To było oko smoka! Całe szczęście, że śpiącego smoka. Który... Właśnie się budził. Właśnie zdecydowałem, że najlepszym posunięciem będzie ucieczka, kiedy z góry złota wynurzyła się bestia.
- Pięknie... Rabuś... - usłyszałem syczący głos smoka, który pociągnął nosem. - Słyszę twój oddech... Czuję twoją woń... Gdzie jesteś? No, gdzie jesteś? - spanikowałem i rzuciłem się do ucieczki, ale smok natychmiast zagrodził mi drogę. - Chodź... Nie wstydź się... Nie chowaj się w ciemności. Ty w sobie coś masz... A raczej przy sobie... Coś, co jest ze słota... - Pierścień! Powoli wychynąłem zza kolumny, za którą się chowałem.
- Ja nie chcę... Nie chciałem cię okraść... - zacząłem drżącym głosem. - O Smaugu, bogaczu nad... Bogaczami. Chciałem tylko popatrzeć na twoją wspaniałość. Zobaczyć, czy naprawdę jesteś tak wielki jak mówią legendy. - smok wyprężył się dumnie. - Legendy nawet w połowie nie potrafią oddać twej... Wielkości, o Smaugu najwspanialszy. - kontynuowałem skołowaciałym ze strachu językiem.
- Sądzisz, że pochlebstwa cię uratują? - pokręciłem głową przecząco. - Nie wiem, skąd ty znasz moje imię, bo ja nie przypominam sobie twojego zapachu. Jak cię zwą i skąd przybyłeś jeśli łaska? - wtedy go ujrzałem. Arcyklejnot. Leżał sobie jak gdyby nigdy nic... Tuż obok mnie... Świecił własnym wewnętrznym światłem i był... Przepiękny. Balin mówił prawdę, mówiąc, ze od razu go poznam. Ale teraz miałem smoka na karku.
- Ja pochodzę spod Pagórka. - odpowiedziałem. - I nad i pod pagórkami wiodła moja ścieżka. I przez powietrze, bo ja chodzę niewidzialny.
- Imponujące... I co jeszcze ciekawego mi powiesz?
- A zwą mnie... Chodzące Szczęście... I Zagadkotwórca. Pogromca Beczek. - smok roześmiał się.
- Beczek... To dopiero ciekawe. a powiedz, gdzie są krasnoludy, twoi druhowie? Gdzie się chowają?
- Krasnoludy? Nie. Nie, nie ma krasnoludów. Coś pomyliłeś. - odpowiedziałem, czując się coraz pewniej.
- Raczej nie, Pogromco Beczek. Kazali ci tu przyjść, posłużyli się tobą, a sami schowali się gdzieś na zewnątrz.
- Uwierz mi, to nieprawda, o Smaugu, pierwsza i najgorsza plago naszej ery. - postąpiłem kilka kroków ku klejnotowi.
- Masz doskonałe maniery. Jak na złodzieja. I jeszcze łgarza. - zaryczał Smaug. - dobrze znam zapach i smak krasnoluda. Lepiej niż inni. Wszystko przez złoto. One lgną do skarbu, jak muchy do martwego ciała. Myślisz, że nie spodziewałem się, że przyjdzie ten dzień?! Kiedy gromada obłudnych krasnoludów powróci i przypełznie pod moją Górę?! Król pod górą nie żyje! Zasiadłem na jego tronie! Zabijam kogo chcę... Kiedy chcę... Mam zbroję jak stal. Żadne ostrze mnie nie przebije! - rzuciłem się do ucieczki, jednocześnie goniąc arcyklejnot, który osuwał się po górze monet. Smaug deptał mi po piętach. Byłem zgubiony... - To Dębowa Tarcza! Ten łajdak, uzurpator... On cię tutaj przysłał. - Arcyklejnot był tak blisko. Tak niewiele brakowało. - Po arcyklejnot, prawda? Wykorzystano cie, złodzieju. Dębowa Tarcza ocenił wartość twojego życia i wyszło mu... Zero. - nie, nie, to nie była prawda. Nie mogła być. - Co ci obiecał? Część wielkiego skarbu? Ani jednej monety nie dostanie! Moje kły są jak miecze, moje szpony jak włócznie, moje skrzydła jak huragan. Kusi mnie, żeby dać ci go wziąć... Żeby zobaczyć jak Dębowa Tarcza cierpi... Jak klejnot go niszczy i wiedzie do szaleństwa. A może jednak nie? Powiedz mi, złodzieju, jaką zadać ci śmierć? - nie czekając aż smok zionie ogniem, wsunąłem pierścień na palec i zgarnąwszy arcyklejnot z góry złota pobiegłem z powrotem po schodach. W duchu zwymyślałem się za to, że nie wpadłem na to wcześniej.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Tak mało brakowało! Jak przeczytałam fragment o oku smoka, to też się zaczęłam zastanawiać, dlaczego Bilbo nie założył pierścienia po wejściu do komnaty :P. No cóż, zdarza się, że czasemnw takich sytuacjach trudno jest myśleć racjonalnie :P.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Czasem w*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›