Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 18 sierpnia 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Nad ranem, nad Mazurami przeszła burza. Połamała drzewa i niemal przed każdym namiotem zostawiła pamiątkę w postaci kałuży. Susząc i porządkując rzeczy po burzy, zjedli późne śniadanie złożone z mikroskopijnych jajek (które kupili w sklepie przy recepcji), pomidorów i pszennych bułek. Potem poszli do pobliskiego zoo, kupili pokarm dla kóz i nakarmili i tak najedzone już zwierzaki. Szli według schematów w ulotce, szukając - bez powodzenia - ar araraun. Nigdzie ich nie było. Były tylko hiacyntowe, wielkie i połyskliwe, ale Kate prychnęła pogardliwie na ich widok i odciągnęła towarzystwo dalej. Konkretnie w okolice Willa Dracula. W przypominającym jaskinię bunkrze z grubymi foliami przy drzwiach spędzili ponad pół godziny. Gdy tylko weszli, otoczyły ich miły chłód i wilgoć oraz charakterystyczne popiskiwanie wylatujących ze wszystkich stron nietoperzy. Powietrze było gęste od ciemnych skrzydeł, pachniało lekkim niepokojem. We wszystkich zakamarkach wisiały bezradne czarne ciałka, ignorując zarówno latających kolegów, jak i zwiedzających. Kiedy wreszcie Kate (mimo braku nietoperza we włosach) poczuła się nasycona, zdecydowali się wyjść.
- Wspaniałe były, wspaniałe! - zachwycała się dziewczyna.
- Co? - zapytał Skipper, usiłując zasłonić oczy.
- No, te nietoperze. Takie nieprzewidywalne, rozszalałe, precyzyjne.
- Jakie nietoperze. - całkiem poważnie spytał Skipper.
- No, jak to jakie? Te w środku.
- To tam były jakieś nietoperze? - szczerze zdziwił się pingwinek.
- Czym ty się zajmowałeś, człowieku? - zirytowała się Kate. Skipper odsunął grubą folię, wsadził do środka głowę i natychmiast ją wyjął.
- Rzeczywiście, wspaniałe te nietoperze. - powiedział z całkowitą powagą. Potem poszli oglądać rodzinę goryli.

Pingwiny łaziły po rozległym polu namiotowym, dyskutując o czymś zawzięcie. Zwłaszcza skipper miał wyjątkowo dużo do powiedzenia i łaził za biednym Kowalskim papląc o czymś zawzięcie, podczas gdy tamten usilnie próbował mu uciec.
- Ciekawe, co tam się dzieje. - odezwała się Kate, wodząc wzrokiem za Kowalskim, który wyrywał się dowódcy, gdy tylko ten łapał go za skrzydło. Na policzkach płonął mu rumieniec.
- To ich sprawa. - odpowiedziała pani Irena, leżąca obok, na trawie. Kate oparła głowę na dłoni. - Bardziej mnie ciekawi, czy oni wreszcie przyjdą. Zresztą... Nie, niech nie przychodzą. Skipper jest niemożliwy, cały czas się mnie czepia.
- Ale ty się nie dawałaś. Byłaś bardzo dzielna.
- Tak mi proszę mówić i to jak najczęściej. Zdecydowanie za mało jestem chwalona. - nauczycielka odłożyła książkę i przeciągnęła się.
- Trzeba zrobić kolację. - Kate zerknęła na zegarek. - Jak wrócą, to będą na pewno głodni.
- Kate, są wakacje. Wakacje. Pamiętasz, co to takiego? Każdy robi co chce, nikt się nikim nie przejmuje. Będą głodni, to sobie coś zrobią. Wrócą po nocy, to też się nic nie stanie. - Kate westchnęła. Martwiła się jednak i nie potrafiła tego ukryć.
- Czy mnie węch myli, czy znowu jajka? - odezwał się Skipper, kiedy pingwiny wróciły do obozowiska (bo Kate zdecydowała się jednak zrobić kolację). - Nie ma czegoś innego? - skrzywił się. - Czuję, że obrastam wapienną skorupką. - oświadczył wspaniałomyślnie.
- Nie ma. Kolacja jest adhezyjna. - odparła pani Irena.
- Jaka? - do rozmowy włączył się Kowalski.
- Adhezyjna. Bierzesz to co jest, albo spadaj. - wyjaśniła Kate. - Nie znacie tego słowa? To prawnicze określenie. Umowa nienegocjowalna. Jecie jajka czy nie?
- No dobrze już. - westchnął Skipper, siadając na trawie i wziął od dziewczyny kanapkę z jajkiem, którą hojnie posypał solą.
- Co tak ładnie pachnie?! - zawołał Szeregowy, przybiegając do nich. Do tej pory bawił się grzecznie na placu zabaw, ale tak jak pozostali, zdołał już zwietrzyć posiłek. - Jajeczka! Kocham jajeczka. - powiedział, biorąc od Kate bułkę. Skipper miał szczerą ochotę dać młodemu w zęby.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

abc.atlant
 
Bard na powrót wszedł do izby z długim pakunkiem zarzuconym na ramię, który położył na stole i rozwinął z miękkiej skórki. W środku były młoty, włócznie, ale ani jednej sztuki broni. W tym momencie byłem naprawdę rad, że udało mi się zachować mój mieczyk. Krasnoludy niemalże od razu zaczęły narzekać (jak to zwykle bywało), ale niechętnie wzięły po jednej sztuce "broni" i oglądały dokładnie, jakby szacując na co może im się przydać.
- Co to jest? - odezwał się Thorin, przyglądając się temu, co miał w ręce.
- To jest włócznia. Przerobiona z harpuna. - wyjaśnił Bard. Kili podniósł do góry inne narzędzie. - A to jest zgniatacz. Zrobiony z młota kowalskiego. Dosyć ciężki owszem, ale lepsze to niż nic.
- Miałeś nam przynieść broń! - zaprotestował Gloin. - Topory! Miecze! Za to zapłaciliśmy! - jeśli nie wiadomo o co chodzi Gloinowi, to z pewnością chodzi mu o pieniądze.
- To chyba żart! - dołączył się Bofur. Krasnoludy zaczęły się przekrzykiwać jeden przez drugiego.
- Tylko w arsenale można by szukać lepszej broni! - uciął dyskusję Bard. - Ale arsenał jest dokładnie strzeżony. - tu mógłbym przysiąc, że Thorin wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Dwalinem.
- Thorinie, może weźmy co jest i chodźmy. - odezwał się Balin, jak zwykle rozsądnie. - Poradzimy sobie. Nie jest źle. Powinniśmy ruszać.
- Nigdzie nie pójdziecie. - odparł stanowczo Bard.
- Co powiedziałeś? - zdenerwował się Dwalin.
- Mój dom wciąż obserwują, a szpiedzy są wszędzie. W każdym zaułku... Poczekajcie do zmroku. - krasnoludy znów wymieniły spojrzenia.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Racja, lepsze to niż nic. Chociaż wiem co czują krasnoludy... Dobry miecz nie jest zły :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›