Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 16 sierpnia 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Płynęliśmy długo, aż wreszcie całkiem blisko ukazał się kamienisty brzeg. Osobiście byłem wykończony i miałem nadzieję, że tutaj wreszcie wyjdziemy z wody.
- Gonią nas jeszcze?! - zapytał Thorin.
- Nikogo nie widać! - odkrzyknął w odpowiedzi Balin.
- Chyba ich zgubiliśmy! - dodał Bofur.
- Bombur prawie utonął! - dodał Dwalin, zerkając na grubego kompana.
- Płyńcie do brzegu! - zdecydował Thorin, co było kolejną rozsądną decyzją na jego koncie. Z trudem wygramoliliśmy się na kamienie pokrywające brzeg. Dwalin pomagał wydostać się z beczek bardziej zmęczonym krasnoludom. Ja dopiero teraz zauważyłem, że Kili jest ranny. Musiał postrzelić go jakiś ork, kiedy umożliwił nam ucieczkę. Bofur popatrzył na niego z niepokojem.
- To nic takiego. - odezwał się Kili, starając się grać twardego, ale grymas bólu na jego twarzy mówił sam za siebie.
- Kili jest ranny. Trzeba opatrzyć mu nogę. - odezwał się Fili, klęcząc przy bracie.
- Ściga nas zgraja orków! - zaprotestował Thorin. - Musimy ruszać.
- Ale dokąd? - spytał zrezygnowany Balin.
- Do... Do Góry. To już blisko. - odpowiedziałem, trzęsąc się z zimna.
- Tylko, że po drodze mamy jeszcze jezioro. Wpław go nie pokonamy. - Balin  najwyraźniej zaczynał wątpić w powodzenie naszej wyprawy. Ja wręcz przeciwnie - byłem pełen nowej nadziei.
- To je obejdziemy. - odpowiedziałem.
- Orkowie nas wtedy dopadną. To jasne jak słońce. - odezwał się Dwalin. Czyżby wszyscy nagle zaczęli wątpić? - Nie mamy broni, nie poradzimy sobie.
Zagrożenie pierwszy dostrzegł Ori. Na kamienistym wzgórzu stał człowiek z olbrzymim łukiem w dłoni. I celował wprost w najmłodszego krasnoluda. Dwalin stanął między nimi z konarem drzewa w dłoniach, w który chwilę potem wbiła się strzała. Kili chciał rzucić kamieniem, ale strzała wtrąciła mu go z ręki.
- Zróbcie to jeszcze raz a zginiecie. - odezwał się człowiek, znowu napinając łuk.
- Wybacz, ale jesteś - jeśli się nie mylę - z miasta na jeziorze. - zaczął Balin, podchodząc do niego. Najwyraźniej miał plan. - Czy tej barki o tam... - skinął na łódź, którą najwyraźniej przypłynął nasz napastnik. - Nie dało by się przypadkiem... Wynająć?
- Dlaczego myślicie, że wam pomogę? - zapytał chwilę potem łucznik, wtaczając beczki, którymi płynęliśmy na pokład swojej barki.
- Twoje buty widziały lepsze dni. Tak jak i płaszcz. - mówił dalej Balin. - No i na pewno musisz wyżywić rodzinę. Ile szkrabów?
- Chłopak i dwie dziewczyny. - głos mężczyzny złagodniał.
- A żona jak przypuszczam jest piękna, prawda?
- Tak... Była. - twarz Balina stężała.
- Wybacz, nie chciałem... - powiedział.
- Dobra, dobra, dosyć tych uprzejmości. - warknął Dwalin.
- A skąd ten pośpiech? - zapytał łucznik. - Chciałbym wiedzieć kim jesteście. I co robicie w tej okolicy.
- Jesteśmy zwykłymi kupcami. Z Gór Błękitnych. - właśnie odkryłem, że Balin miał talent do negocjacji. Ciekawe, czy można będzie to jeszcze wykorzystać? - Podróżujemy do krewnych z Żelaznych Wzgórz.
- Potrzebujemy wody, prowiantu i broni. - do rozmowy włączył się Thorin, co nie wróżyło najgorzej. - Pomożesz nam?
- Wiem skąd są te beczki. - odezwał się mężczyzna. - Nie wiem z jakiego powodu byliście u elfów. Ale coś wam źle poszło. Żeby wejść do miasta trzeba mieć zgodę władcy. Elfy przynoszą mu całkiem niezłe dochody. Prędzej was uwięzi niż zaryzykuje wściekłość ich króla.
- Targuj się. - Thorin kiwnął głową na Balina.
- Na pewno da się wejść do miasta niepostrzeżenie.
- Tak. O ile tylko znajdziecie przemytnika.
- Któremu zapłacimy. Podwójnie. - to przeważyło szalę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

abc.atlant
 
Płynęliśmy barką po jeziorze, na którym widać było gdzieniegdzie pękające kry i odłamki lodu. Bard sprawnie radził sobie z łodzią, co sugerowało, że wychował się w Mieście na Jeziorze. Bard. Tak miał na imię. Uciąłem sobie z nim krótką pogawędkę, po której stwierdziłem, że można mu ufać. Może nie bezgranicznie, ale jednak można. Kiedy jednak z mgły wyłoniły się ruiny kamiennych budowli, krasnoludy wpadły w panikę.
- Co ty robisz? Chcesz nas utopić? - warknął Thorin.
- Urodziłem się i wychowałem na tych wodach. - odpowiedział mu Bard. - Gdybym chciał was utopić, to na pewno nie tutaj.
- Mam dosyć tego bezczelnego siusiumajtka. - odezwał się Dwalin. - Wyrzućmy go za burtę i będzie po sprawie.
- Bard. Ma na imię Bard. - odpowiedziałem.
- A skąd to wiesz? - zaciekawił się Bofur.
- Aaa... Zapytałem. - odpowiedziałem, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Pytać o imię człowieka, który może być tak naszym sprzymierzeńcem, jak i wrogiem.
- Nie obchodzi mnie jak ma na imię. Nie lubię go. - marudził dalej Dwalin.
- Nie musimy go lubić. - odpowiedział Balin. - Musimy mu zapłacić. Dobrze moi drodzy, opróżnijcie kieszenie. - dodał, przeliczając pieniądze. Krasnoludy niechętnie sięgnęły do sakiewek. - Mamy pewien problem... O dziesięć za mało. - Thorin spojrzał na rudowłosego krasnoluda.
- Gloin, nie udawaj. - odezwał się. - Dawaj co tam masz. - i to był właśnie powód, dla którego nigdy nie robiłbym z tym krasnoludem żadnych interesów. Zbyt mocno kochał złoto.
- Ale ja nic nie mam! - zaprotestował Gloin. - Nie mam zupełnie nic. Nic, albo i mniej. Z całej ej wyprawy jaki to ja mam zysk. Żaden, tylko kłopoty i troski. - zaraz jednak podniósł się z miejsca, tak jak i pozostałe krasnoludy. Na horyzoncie było widać Samotną Górę. Ogromną i... Piękną. - Na mą brodę... - westchnął Gloin. - Trzymaj, bierz wszystko. - dodał, podając Balinowi sakiewkę. Odchrząknąłem znacząco, dając innym do zrozumienia, że Bard się zbliża.
- Pieniądze, szybko. Dawajcie. - odezwał się.
- Zapłacimy, kiedy będziemy na miejscu. - zaprotestował Thorin. - Dopiero wtedy.
- Jeśli cenicie sobie wolność, zapłacicie teraz. Tam są strażnicy. - odpowiedział Bard. To był argument nie do podważenia.
Z powrotem wleźliśmy do beczek. Były ciasne i niewygodne i krasnoludy bez przerwy marudziły. Na szczęście w mojej znalazła się niewielka przerwa w deskach, przez którą mogłem obserwować naszego przemytnika.
- Bard z kimś rozmawia. - odezwałem się, kiedy krasnoludy wypytywały, co tam się dzieje. - Pokazuje dokładnie na nas. Ściskają sobie dłonie.
- To łajdak, zwyczajnie nas sprzedał! - usłyszałem Dwalina. Zaraz potem spadła na mnie cała góra oślizgłych i mokrych ryb.