Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 8 lipca 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Kate obudziła się, bo ptak przeleciał dokładnie nad jej głową. Otworzyła oczy i zobaczyła kępę leśnego sitowia, którego długie liście pokryte były rosą. Nad nią jaśniało niebo koloru gołębich skrzydeł. Bardzo powoli szybowała po nim cienka, zwiewna jak piórko, seledynowa chmurka. Zegarek dziewczyny wskazywał czwartą. Ptaki śpiewały jak szalone. Na wschodzie pokazywało się słońce - niebo tam już poróżowiało. Znów będzie piekielny upał - stwierdziła Kate. - Co robić, efekt cieplarniany. - To aż nie do wiary - spędziła całą noc nad samą wodą, leżąc na gołej ziemi i nie czuła ani trochę chłodu. Pewnie już w tej chwili było ze dwadzieścia stopni. Zajrzała cicho pod uchyloną płachtę namiotu. Pingwiny spały. Skipper oddychał powoli, więc chyba nie miał gorączki. Pani Irena właśnie się budziła. Kate uśmiechnęła się.
- Dzień dobry... - odezwała się.

Była godzina piąta z minutami, miasteczko wyglądało jeszcze na mocno zaspane. Wszędzie panowała błoga cisza, mury kamieniczek i domków różowiały w słońcu, a nad wszystkimi górowały oświetlone złociste wieże kościoła. Na samym początku wyboistej uliczki w niskiej oborze przytulonej do starej ceglanej zagrody wiejskiej ktoś brzękał wiadrami. Pani Irena zapukała uprzejmie w drewniane wrota obory. Drewniane skrzydło u wejścia odchyliło się i z obory wyjrzała brązowooka, pomarszczona babcia w białej chuście wiązanej pod brodą i białym fartuchu. Na widok obcych zajaśniała gościnnym uśmiechem i wytarła ręce ścierką.
- Dzień dobry. - odezwała się nauczycielka. - Proszę pani... My chcemy jechać na wybrzeże. to którędy mamy iść do przystanku PKS-u?
- A tędy, tędy, ciągle przez las i do szosy. A mleczka świeżego się napijecie? Prosto od krowy.
- O, bardzo chętnie, co, chłopcy? Jak to miło z pani strony. - wzruszyła się pani Irena i z wdzięcznością spojrzała na gościnną starowinkę. Pingwiny wymieniły spojrzenia i poglądy.
- Prosto z krowy. Pycha! - zauważył Kowalski.
- I nawet jeszcze z pianką! - zapewniła go staruszka, zachęcona zapewne wdzięcznym spojrzeniem pani Ireny. Nie minęła chwila jak babcia poprosiła ich do tonącego w kwiatach ogródka, posadziła za drewnianym stołem wśród ostróżek i margerytek i postawiła przed nimi sześć kubków świeżego mleka.
- Dycha za kubek. - poinformowała twardo, kiedy wypili już wszystko. Pani Irena, która na te słowa straciła mowę oraz szereg złudzeń co do natury ludzkiej, posłusznie wysupłała sześćdziesiąt złotych i wręczyła je staruszce. Odchodząc widzieli, jak z zapałem ogląda banknoty pod światło.

Ptaki darły się chórem, słońce wschodziło coraz wyżej i wyżej. Już zaczynało się robić gorąco, a pani Irena ani myślała zwolnić. Maszerowała przodem, nawet plecak zrobił się jakby lżejszy. Droga stawała się jednak coraz bardziej dzika i Kowalski zaczął podejrzewać, że zamiast zbliżać się do jakiejś szosy z PKS-em - oddalają się od niej coraz bardziej beznadziejnie. Ale już po półgodzinie okazało się, że pani Irena rzeczywiście ma kompas w głowie. Drzewa z wolna się przerzedziły i przez zielone krzewy błysnęła szara wstęga asfaltu. Wydostali się wreszcie z lasu na wprost krzywej, rozwalonej budki bez dwóch ścian, pomalowanej na żółto, z przekrzywionym znakiem PKS. Budka przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy i oczywiście nie było rozkładu jazdy, w przeznaczonej do tego żelaznej ramce widniały tylko strzępy wydartego kartonu. Na szczęście zza zakrętu właśnie wyłaniał się autobus, a pani Irena i Kate stanęły na skraju asfaltu, gorączkowo machając wszystkimi czterema rękami.
- Przecież nawet nie wiemy dokąd on jedzie! - zaprotestował Kowalski. Kate odwróciła się.
- A czy to ważne? - spytała, podnosząc z pobocza plecak.

Autobus potelepał się jeszcze trochę przez lasy, ale już niedługo potem wjechał w płaskie rozłożyste pola, ciągnące się aż po horyzont. Szosa była niemłoda, jej nawierzchnia - wyboista i dziurawa zarazem, toteż autobus podskakiwał bez przerwy. Panią Irenę zaczęła boleć głowa, a Skipper z chwili na chwilę był bardziej osowiały. Na szczęście zaraz wydostali się na szosę i pół godziny umknęło wprost niepostrzeżenie. Toczyli się teraz szybciej po gładkim asfalcie, zaś po obu stronach szosy wabiły oko zadbane domki z ogródkami i starannie uprawione pola. Pingwiny pozasypiały. Skipper, niestety, wyglądał żałośnie.
- Jak się czujesz? - spytała troskliwie nauczycielka, pochylając się ku niemu. Zrobiło się tłoczno. W Strzelnie wsiadło sporo ludzi i powietrze w autobusie praktycznie zanikło.
- Tak sobie. - odparł zwięźle Skipper. - Niedobrze mi, chyba będę wymiotować. - pani Irena rzuciła się do kierowcy i zatrzymała autobus, który chwile potem oddalał się, a oni stali na poboczu, pośród szerokich pól. Skipper krztusił się niedaleko, ale okazało się, że wymiotów tym razem nie będzie, a pingwinek potrzebował jedynie świeżego powietrza.
- Dalej chyba pójdziemy na piechotę. - odezwała się Kate, biorąc Skippera na ręce.
- Tak. - potaknęła nauczycielka. - Wypadałoby też postarać się o jakieś śniadanie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Taka podróż jest pełna przygód! :D. Ale już na początku ta babcia jakoś mnie zaniepokoiła... Strasznie miła była i to w dodatku do obcych ludzi... Ja na miejscu pani Ireny nie dałabym jej tych pieniędzy, nie ważne co by się działo...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Po nocnym starciu z trollami, krasnoludy zrobiły użytek ze swojego wyczulonego na złoto węchu i znalazły pod korzeniami starego dębu kryjówkę pełną skarbów, zgromadzonych przez te okropne trolle.
- Lepiej niczego nie dotykać. - odezwał się Gandalf, ale pozostali członkowie kompanii mieli w nosie jego dobre rady i znalazłszy niewielką skrzyneczkę, napełnili ją zlotem i kosztownościami.
- Szkoda by było tak to wszystko zostawić. - zastanawiał się na głos Bofur. - A jak ktoś to wszystko rozkradnie?
- To będzie lokata długoterminowa. - zaśmiał się Gloin, kiedy zakopywali swoje łupy. Zdążyłem się już zorientować, że ten konkretny krasnolud jest niezwykle łasy na złoto i że pożyczek lepiej mu nie udzielać (nigdy nie miało się gwarancji, że odda). Tymczasem Thorin dokładnie oglądał znaleziona bron.
- Tych mieczy nie zrobił żaden troll. - odezwał się, podając jeden z nich Gandalfowi.
- Spod ręki żadnego człowieka też nie wyszły. - dodał czarodziej. - Zostały wykute w Gondolinie. - powiedział, odczytując runy na rękojeści. Przez elfy zwane wysokimi. Nie znam ostrza lepszego niż to. - dodał, widząc, że Thorin zamierza odłożyć swoją zdobycz na miejsce. Wódz naszej kompanii wyjątkowo nie cierpiał elfów. Byłem ciekawy dlaczego i co takiego się wydarzyło. Wyszedłem z nory, podczas gdy krasnoludy kończyły zakopywanie swoich zdobyczy. miałem dosyć smrodu trolli jak na jeden dzień.
- Bilbo! - zawołał za mną Gandalf, a chwilę potem wręczył mi krótki mieczyk. - Weź go. Rozmiar w san raz dla ciebie.
- Nie mogę go wziąć. - zaprotestowałem.
- Ten miecz jest dziełem elfów, więc rozbłyśnie na niebiesko gdy orkowie lub gobliny będą w blisko.
- Ale ja nigdy nie walczyłem mieczem. - powiedziałem.
- I obyś nigdy nie musiał. Ale zapamiętaj; odważny będziesz nie zabijając wroga, lecz darując mu życie. - chciałem coś na to odpowiedzieć, ale usłyszałem gorączkowe nawoływanie Thorina.
- Ktoś się zbliża! Gotujcie broń!
- Obserwować las! - dołączył się Gandalf.