Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 7 lipca 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Skipper leżał tuż przy brzegu jeziora, na karimacie, okryty kocem. Pozostałe pingwiny usiłowały pomagać w rozbijaniu namiotu, ale i Kate i jej mama radziły sobie doskonale same. Wszędzie panowała już cisza, woda odbijała wiernie żółtawe niebo z rumieńcem po zachodniej stronie. Wciąż było bardzo gorąco, ale od jeziora napływały lekkie podmuchy wiatru. Noc będzie na pewno pogodna i ciepła. Zaszurało płótno i z namiotu na czworakach wyszła Kate, która podeszła do Skippera.
- Trzymaj, zmierz gorączkę. - powiedziała, wkładając mu w skrzydło termometr. - I chodźmy już spać.
- Trzydzieści osiem. - zameldował pingwinek.
- Świetnie. - westchnęła Kate. - Bądź grzeczny i przez chwilę poleż spokojnie, bo my idziemy się kąpać.
- Kąpać się?! A ja co, a ja mam tylko patrzeć?!
- Przecież nie będziesz się kąpać z gorączką!
- Przecież mi spadła!
- Ale jeszcze nie całkiem.
- To wy się też nie kąpcie! - wrzasnął Skipper, ze łzami w oczach. Chwilę potem jednak rozległ se plusk wody i radosne popiskiwanie Kowalskiego. głosy niosły się po wodzie czysto i wyraźnie. Skipper padł płasko na karimatę. Nie cierpiał ich wszystkich! Przynajmniej w tej chwili...

Wciąż jeszcze nie było naprawdę ciemno. Jezioro świeciło metalicznym blaskiem, który wydobywał się jakby spod powierzchni. Niebo było ciemnoszare, po zachodniej stronie rozjaśnione do barwy liliowej. Na samym końcu piaszczystego cypla, tuż nad wodą, Kate wyżłobiła dość głęboki krąg przeciwpożarowy. pośrodku umieściła ustawiony w stos chrust, a na podpałkę przeznaczyła większą ilość szeleszczącego, gorzko pachnącego zielska, którego całe łany, wypalone tygodniami bez padającego deszczu, otaczały jezioro i las. Pingwiny naznosiły też kawałków kory sosnowej i zeschłego igliwia. Zachwycone, dorzucały do ognia to chrustu, to zielska, to znów podpalały cieniutkie patyczki, którymi potem kreśliły ósemki w powietrzu.
- A to, moi drodzy, jest bylica. - zauważyła nagle pani Irena, oglądając w świetle ognia długie łodygi i liście pokryte srebrzystym meszkiem. - Bylica piołun, Artemisia absinthium. O, powąchajcie jak to pachnie. - roztarła garść zielska i posunęła pingwinom. Nauczycielka podniosła głowę, słysząc dochodzące od ogniska dźwięki gitary. Kate uśmiechnęła się do niej. Siedziała na jednym z pniaków, które zdążyła przytachać znad jeziora, wodząc dłonią po strunach gitary.
- Mam pianki. - odezwała się dziewczyna, podnosząc do góry nierozdarte jeszcze opakowanie. Pani Irena natychmiast zajęła strategiczne miejsce przy córce.
- A czekoladę? - spytała. Kate wyjęła z plecaka dwie tabliczki "mlecznej puszystej", a nauczycielka pisnęła radośnie i zabrała się do nabijania pianek na patyki, a czekoladę rozpuściła w niewielkim kubeczku.
- Zagraj kochanie. - poprosiła, piekąc swoje pianki nad ogniskiem. Kate wzięła głęboki wdech i zagrała. Piosenka była piękna; melodia powolna i magiczna, bardzo oryginalna, choć w zasadzie prosta. Pani Irena z zaciekawieniem słuchała głosu córki. Ten był czysty i chłodny, niezbyt dobrze wyszkolony, a więc tym bardziej czytelny. A w gruncie rzeczy nieśmiały i czuły. Kate skończyła śpiewać i zdjęła sobie piankę z patyka przybranej mamy. Kowalski zerknął na Skippera, siedzącego jak najdalej od nich. Był smutny i obrażony. Pingwinek zanucił w myślach stara wojskową piosenkę. Pamiętał wszystkie słowa. w nagłym przypływie śmiałości wstał.
- Pałacyk Michla, Żytnia, Wola... - zanucił słowa pierwszej zwrotki. Kate natychmiast dostroiła gitarę i od refrenu zaczęła grac. Kowalski coraz mniej onieśmielony, śpiewał coraz głośniej, a potem przyłączyli się do niego Szeregowy i Rico. Skipper patrzył na Kowalskiego spode łba, ale westchnął i chwilę potem śpiewał razem z nimi. Pani Irena roześmiała się, klaszcząc.
- Chodźmy wreszcie spać. - odezwała się.

Kate długo gasiła ognisko, potem patrzyła na dym, snujący się ponad powierzchnią wody. Nie było wcale ciemno. Niebo wciąż jeszcze promieniowało utajonym blaskiem. Wzrok bez trudu rozróżniał wszystkie kształty. Świecił wielki, niebieskawy księżyc. Kate poszła znów na skraj wody, wlokąc za sobą koc. Rozłożyła tam sobie legowisko, wpatrując się w wodę. Gdzieś we wsi, za jeziorem, daleko, zaczął ujadać pies, szczekał tak długo, aż ochrypł. Kate położyła się na kocu. Wreszcie usnęła.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Jak dobrze, że w końcu się poukładało ;). Sama bym się pokąpała w jeziorze ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Całą noc jechaliśmy w deszczu. Thorin pozwolił się zatrzymać dopiero następnego dnia. Zsiadłem z konia, chcąc dokładniej obejrzeć zgliszcza, które kiedyś były zadbaną chatką.
- tu mieszkał jakiś farmer. - odezwał się Gandalf, również dokładnie oglądając drewniane pozostałości. - Chyba będzie rozsądniej pojechać dalej. Najlepiej do ukrytej doliny.
- Już ci raz mówiłem... - zaczął Thorin, ale więcej nie usłyszałem, bo krasnolud ściszył głos konspiracyjnie. Razem z czarodziejem odeszli na bok, ale rozmowa najwyraźniej nie szła po myśli Thorina, bo jego mina nie była zbyt radosna. W końcu Gandalf stwierdził, że dalsza dyskusja jest jałowa, bo pokręcił głową i zdenerwowany odszedł.
- Wszystko dobrze? - spytałem zaniepokojony. - Gandalfie, dokąd idziesz?
- Szukać towarzystwa osoby, która ma choć trochę rozumu.
- Czyli kogo? - dopytywałem się.
- Samego siebie! - wrzasnął Gandalf. Najwyraźniej coś mocno wyprowadziło go z równowagi. - Dosyć mam krasnoludów na dzisiaj. - rzucił jeszcze na odchodne.

Zapadał zmrok, Bombur już dawno zajął się przygotowaniem kolacji, a ja wciąż wypatrywałem w ciemności czarodzieja.
- Coś długo go nie ma. - odezwałem się, opuszczając wreszcie swoje stanowisko na skraju obozu.
- To czarodziej. Kto by za nim trafił? - machnął ręka Bofur. Zawsze był taki beztroski i... Optymistyczny. Nawet w obliczu tak groźnej wyprawy. - Zrób coś dla nas. - poprosił mnie, podając mi miski gulaszu. - Trzymaj, zanieś to reszcie. - w końcu i ja postanowiłem przestać przejmować się Gandalfem,a  przerzucić się na myśli o moim pustym żołądku, bo gulasz pachniał fantastycznie. Bombur naprawdę znał się na rzeczy. A Gandalf przecież by nas tak nie zostawił. Zaniosłem posiłek braciom - siostrzeńcom Thorina - którzy pilnowali kuców, ale oni nawet nie zwrócili na mnie uwagi.
- Co się stało? - spytałem, spoglądając to na jednego, to na drugiego.
- Thorin kazał nam pilnować kuców... - zaczął Kili.
- Ale tak się składa, że jest mały problem. - dodał Fili.
- Mieliśmy szesnaście. - odezwał się znowu Kili
- A jest czternaście. - dokończył jego brat.
- To niedobrze. - stwierdziłem. - A nawet bardzo niedobrze. Powiemy Thorinowi? - jeśli o mnie chodzi, wolałbym nie.
- Eee... Nie. Po co go martwić? - Kili spojrzał na mnie.
- Jesteś naszym włamywaczem, więc... Może się tu rozejrzysz? - przeniosłem wzrok na Filego.
- Zdaje się, że coś dużego wyrwało te drzewa. - zacząłem, starając się sprawiać wrażenie doświadczonego w swoim fachu. - Coś bardzo dużego. I pewnie... Niebezpiecznego. - chwilę potem we trzech kucaliśmy za zwalonym pniem drzewa, obserwując migoczące w oddali światło. Wolałem nie wiedzieć co tam się czai. Wolałbym natomiast kontynuować podróż. Najlepiej natychmiast.
- To trolle. - odezwał się Kili. Krasnoludy podbiegły bliżej ogniska tych ogromnych stworów, a ja z animi. Nie chciałem, żeby zostawili mnie samego w lesie.
- Zrób coś. - powiedział Kili. - Nawet cię nie zauważą, bo są strasznie głupie i powolne. - próbowałem protestować, ale krasnolud nie dał mi dojść do słowa. - Nic ci nie grozi. Będziemy tuż za tobą.
- A jakby coś się działo huknij dwa razy jak puszczyk i raz jak puchacz. - dodał fili, wyjmując mi z dłoni miski gulaszu, które wciąż niosłem ze sobą. Zostałem brutalnie wypchnięty na polankę i nie miałem już większego wyboru, jak tylko iść naprzód. A kiedy się obejrzałem, nikogo już za mną nie było. Wziąłem się w garść i niezauważony podszedłem do ogniska, przy okazji słuchając ich kłótni na temat przyrządzenia ukradzionych nam koni. Usiłowałem rozwiązać sznur, związujący prowizoryczną zagrodę, ale zdałem sobie sprawę z tego, że nie mając czegoś ostrego, nic nie zdziałam. Wtedy dostrzegłem sztylet, który jeden z trzech trolli miał przy pasku. Usiłowałem go właśnie wyciągnąć, kiedy stwór złapał mnie i zostałem potraktowany jak chusteczka do nosa. Cały ociekałem smarkami trolla, a ci trzej gorączkowo zastanawiali się kim, a raczej czym jestem. Wreszcie ten, który doprowadził mnie do obecnego stanu, zrzucił mnie na ziemię, a ja dość nieudolnie starałem się uciec.
- Coś ty za jeden? - zapytał wreszcie jeden z nich.
- Jestem włamy... - zdałem sobie sprawę z głupoty swych słów. - Hobbitem.
- Jak? Włamyhobbitem? - odezwał się jeden z nich.
- A może go zjemy? - droga ucieczki była odcięta, nie miałem jak wrócić do krasnoludów.
- Nie najemy się ta chudziną. Nawet na przystawkę to za mało.
- A może kręci się tu więcej takich stworków? Może na zupę wystarczy? - jeden z nich złapał mnie i zawisłem w powietrzu głową w dół.
- Powiedz no, czy twoi koledzy też gdzieś się tu kręcą?
- Nie, jestem sam. - odpowiedziałem, mając nadzieję, że to uratuje mi skórę. Wtedy właśnie z krzaków wyłoniły się krasnoludy i rzuciły do walki z trollami. Ogromne stwory raz po raz obrywały mieczami i toporami, ale to rozwścieczyło je tym bardziej i nie minęło zbyt wiele czau, a wszyscy leżeliśmy na trawie, upchani w śmierdzących workach, a część moich kompanów opiekała się właśnie na rożnie. Kłóciły się jak nas przyrządzić, aż wreszcie padły słowa o promieniach słońca. Przypomniałem sobie historia o trollach, które słyszałem i o tym, że wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca, zamieniają się w kamień.
- Czekajcie! - wrzasnąłem, postanawiając grać na czas. - Popełniacie straszną pomyłkę. Chodziło mi o tę... O szałwię. Wąchałeś ich? Potrzebujecie czegoś mocniejszego niż szałwia, żeby dało się ich przełknąć. Żeby przyrządzić krasnoluda to... Trzeba ich najpierw... Obedrzeć ze skóry. - krasnoludy leżące za mną zaczęły się awanturować. Nie rozumiały jeszcze, co próbuję osiągnąć.
- Co to są znów za brednie?. - odezwał się jeden z trolli. - Zjadłem już ich setki ze skórą, a nawet z butami i w skarpetkach. - kątem oka dostrzegłem pierwsze promienie słońca i Gandalfa przemykającego się między drzewami.
- On ma rację. Nie ma to jak krasnolud na surowo. - drugi z trolli usiłował wpakować sobie do paszczy Bombura, więc błyskawicznie zareagowałem.
- Nie, jego nie jedz, on jest chory! I to bardzo. Ma robaki. Wszyscy mają robaki. - dodałem, kiedy Bombur wylądował z powrotem na ziemi. - Straszne glisty i tasiemce, więc ja tam bym nie ryzykował.
- Wcale nie mamy tasiemców! - wrzasnął Kili i cały projekt wziął w łeb. Ale zaraz wreszcie zrozumieli o co mi chodzi i tym razem zaczęli przekrzykiwać się jeden przez drugiego, na co chorują i ile mają tasiemców.
- No to co mamy zrobić? Wszystkich wypuścić? - uśmiechnąłem się słabo. Wtedy właśnie usłyszałem Gandalfa.
- Świt przyniesie wam zgubę! - krzyknął, uderzając laską o głaz, na którym stał. Tamten rozpadł się na pół, odsłaniając pierwsze promienie słońca. trolle natychmiast skamieniały. Odetchnąłem z ulgą. No, było blisko...