Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 6 lipca 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Siedzieli teraz wszyscy na skraju szosy, tonąc w bezlitosnym skwarze. Słońce chyliło się, co prawda, lekko ku zachodowi, ale z nieba nadal lał się żar. Było cicho, brzęczały małe, dokuczliwe muszki, czasem zabuczał trzmiel. Skipper czuł się okropnie. Nie mógł myśleć, męczyły go dreszcze, był też okropnie wściekły. Głównie na panią Irenę.
- Kate... - odezwał się Kowalski. - Pić mi się chce...
- A mnie boli brzuch. - dołączył się buntowniczo Skipper. - I myślę, że gdybyśmy nie wysiedli w Inowrocławiu, już byśmy byli na wybrzeżu. - pani Irena nawet nie podniosła głowy.
- Cholera, cholera! - wrzasnął Skipper. - I po co to wszystko, po co?
- Skipper... - włączył się oczywiście Szeregowy. - Nie drzyj się tak na panią profesor. I nie używaj słów rynsztokowych.
- A ty się nie wtrącaj do rozmowy!!! - Skipper był okropnie rozdrażniony, trząsł się, a w dodatku zaczynało mu być niedobrze.
- To nie jest żadna rozmowa, tylko ty się drzesz na panią profesor. Kate, powiesz mu, żeby się nie darł.
- Ja się nie drę! - wrzasnął Skipper. - Tylko ja tu nie chcę siedzieć jak głupi. - pani Irena objęła rękami kolana, kładąc na nich głowę.
- Mamo, co ci jest? - spytała Kate.
- Chyba mi trochę słabo. - przyznała nauczycielka. - Nic groźnego, to od tego bólu głowy. Ja tak zawsze w upał.
- Nie zemdlejesz? - zaniepokoiła się Kate, patrząc na nią.
- Raczej nie. - odparła bez przekonania. Skipper spojrzał na szosę. Asfalt był tak okropnie rozgrzany, że zdawał się lśnić. Powietrze nad nim drgało. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby pani Irena zemdlała! Wszystko jak zwykle na mojej głowie - użalił się nad sobą Skipper. - Nauczycielka półżywa, Szeregowy dziecinny, Kate wkurzająca, tak samo zresztą jak i Kowalski, i pilnuj ich tu człowieku, wlecz się z nimi przez ten upał. Z daleka, po lewej, mignął nagle w słońcu metaliczny błysk.
- Coś jedzie. - powiedział ponuro Skipper. Pani Irena uniosła głowę i trochę się ożywiła. Od strony stacji kolejowej nadjeżdżał autobus wycieczkowy. Na gorączkowe machanie nauczycielki zareagował właściwie. Zatrzymał się powoli i zaraz ktoś ze środka otworzył drzwi. Wpuszczono ich z bagażami. Pani Irena podziękowała kierowcy i zaczęła się przepychać przez duszne do niemożliwości wnętrze, przeskakując przez nogi, tobołki i plecaki, ku wolnemu siedzeniu pod oknem. Autobus ruszył powoli, kołysząc się na boki. Pani Irena zaraz oparła głowę o szybę i zamknęła oczy.Skipper poczuł lęk i coś w rodzaju osamotnienia. A co, jeśli nauczycielka teraz umrze? Na szczęście chyba tylko zasnęła. Autobus jechał i jechał, kiwał i kiwał i Skipperowi też zaczynało się robić słabo, a nawet niedobrze. Na samo wspomnienie zjedzonych frytek żołądek podskoczył i ścisnął się boleśnie.

Pani Irena obudziła się w dusznym wnętrzu autobusu z ciężkiego snu i stwierdziła, że na jawie jest jeszcze gorzej. Głowa pękała jej z bólu, przed oczami błyskały świetliste wężyki, a ręce miała zupełnie lodowate. Przestraszyła się, że zemdleje. Autobus właśnie wjechał w jakąś małomiasteczkową ulicę i przystanął na chwilę przed skrzyżowaniem.
- Chodźcie, wysiadamy. - odezwała się nauczycielka i ostatkiem sił wyszła na dwór. Jak długo spała w tym autobusie? Nie miała pojęcia. Nie wiedziała też, gdzie się właściwie znajdują, lecz w tym momencie było jej to najzupełniej obojętne. Przed nimi ciągnęła się pusta, cicha uliczka o wąskich chodnikach, poprzerastanych trawą i zielskiem. Ulica prowadziła oczywiście do rynku, podobnego do wszystkich innych rynków z małych miasteczek. Pośrodku był skwer, w jednym z rogów - kościół, a wokół rynku piętrzyły się różnorakie miejskie kamieniczki i wiejskie domki, były sklepy, była i restauracja.
zostawili cały bagaż w wytwornej szatni i zasiedli w prawie pustej sali, w miłym chłodzie. Stolik nakryty był lśniąco białym, wykrochmalonym obrusem, aż sztywnym ze świeżości. w zielonym wazonie stały białe róże, serwetki też były zielone. Ledwie usiedli pojawiła się kelnerka. ani Irena zamówiła coś zimnego do picia dla pingwinów, a dla siebie - mocną herbatę. Miała nadzieję, że ukochany napój, wraz z aspiryną, pomoże jej zlikwidować ten morderczy ból głowy. Tymczasem Skipper usiłował walczyć z własnym żołądkiem, ale była to walka z góry przegrana.
- Kate, będę wymiotować. - odezwał się słabo, a zaraz potem rzeczywiście zwymiotował, wprost na podłogę. Skipper wymiotował, Szeregowy walił go w plecy, bo mu się mylnie przypomniały zasady pierwszej pomocy w przypadkach zakrztuszeń, a pani Irena miała ochotę umrzeć na miejscu. Na szczęście kelnerce minął już pierwszy szok. Przyniosła z zaplecza kubełek ciepłej wody i szmatkę i zabrała się do sprzątania.
- Niech no pani idzie go umyć. - powiedziała, patrząc na nauczycielkę.
- Siedź mamo. - Kate natychmiast położyła jej dłoń na ramieniu. Wzięła na ręce Skippera i poszła z nim do toalety, gdzie umyła mu dziób, skrzydła, a także górną część tułowia. Skipper najwyraźniej wciąż jeszcze nie umiał dojść do siebie po przebytym upokorzeniu. Kate zamierzała go właśnie - czystego i pachnącego - wyprowadzić z toalety na salę, ale tu trafiła na kamienny opór. Skipper oświadczył, ze za nic w świecie nie pokaże się na sali, czyli że po prostu nie zamierza opuścić toalety. Pomogła dopiero interwencja kelnerki, która zaproponowała, żeby pingwinka położyć choć na kwadrans w biurze kierownika lokalu na wersalce.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: No to niezłe przygody mieli... Nie powiem... Dobrze, że chociaż ten autobus się zatrzymał i kelnerka zachowała się zależycie ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Przez calutki dzień jechaliśmy w deszczu. Przemokliśmy wszyscy, nie było na nas ani jednej suchej nitki. Nie tylko my przemokliśmy, bagaże również.
- Przepraszam, panie Gandalfie, może by pan coś zrobił z ta ulewą? - spytał wreszcie Dori. Mimo lejących się z nieba strug wody, wyglądał jak zwykle nienagannie. Świadczyło to nie tylko o jego wieku i statusie, ale dzięki starannym warkoczom zaplecionym z brody, wyglądał bardzo mądrze. Taki też był. Lubiłem ucinać sobie z nim pogawędki. Zawsze odnosił się do mnie z uprzejmością, o którą u większości krasnoludów było trudno. w dodatku niezwykle cenił sobie luksusy, co czyniło nas choć odrobinę podobnymi do siebie.
- Toż to tylko deszcz, mój drogi. - skwitował jego prośbę Gandalf. - Ma to do siebie, że pada, dopóki nie przestanie. Jeśli chcesz zmieniać pogodę na świecie, szukaj sobie innego czarodzieja.
- A są inni? - spytałem, mając nadzieję na kolejną ciekawą historię.
- Jest nas pięciu. Największy spośró nas jest Saruman. Biały. Poza tym dwóch czarodziejów błękitnych Wyleciały mi z głowy ich imiona.
- A piąty czarodziej? - dopytywałem się.
- A piąty jest Radagast. Bury. - odpowiedział w zamyśleniu Gandalf.
- Czy to wielki czarodziej, czy... Taki jak ty? - spytałem drwiąco. Gandalf jednak nie poznał się na żarcie.
- To jest bardzo wielki czarodziej. - odparł nadzwyczaj poważnie. - W pewnym sensie. Jest bardzo wrażliwy i woli towarzystwo drzew i zwierząt. Jego przenikliwe oko strzeże potężnych lasów i puszcz daleko na wschodzie. I całe szczęście. Bo w tamtych stronach zło tylko czyha by zdobyć przyczółek.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Pięciu czarodziejów? Nigdy nie zastanawiałam się nad tym ilu ich jest :D. Ech... Też wolałabym, żeby nie padało jakbym była na takiej wyprawie ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›