Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 20 lipca 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Stoczyliśmy się głęboko pod ziemię. Kiedy spadaliśmy długim tunelem miałem wrażenie, że nigdy się nie skończy, ale wreszcie wylądowaliśmy jeden na drugim, na drewnianym pomoście, wiszącym nad przepaścią. Natychmiast zaatakowały nas gobliny, z którymi radziliśmy sobie lepiej, lub gorzej, ale ta walka z góry była skazana na przegraną. Udało mi się odruchowo opaść na czworaki, kiedy wlokły nas i popychały, najprawdopodobniej do swojego przywódcy. Niezauważony przez żadnego z nich odczołgałem się na bok. Jeszcze chwilę patrzyłem za krasnoludami, mając nadzieję, że uda im się uratować. Zostałem całkowicie sam w podziemiach. Mój mieczyk lśnił na niebiesko, kiedy pokonywałem kolejne korytarze i pomosty. W pewnym momencie jednak z ciemności wyskoczył na mnie goblin. Nie potrafiłem z nim walczyć, a skończyło się na tym, że obaj runęliśmy w nieprzenikniona ciemność.

Musiałem długo leżeć nieprzytomny w ciemnościach. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem obok siebie cuchnące truchło goblina. W jego stronę coś pełzło. Było chude i czarne. I mamrotało coś do siebie. Podziękowałem losowi, że wylądowałem nie tuż obok goblina, a wśród dziwnych roślin, które zapewniły mi nie najlepszą może, ale zawsze to jakąś kryjówkę. Stworzenie zagulgotało i zabrało goblina ze sobą, ciągnąc go za nogi, a kiedy zorientowało się, że wciąż jeszcze żyje, ogłuszyło go uderzając kamieniem w głowę i powlokło ze sobą, wciąż mamrocząc i pojękując. Kiedy tylko zniknęło, wyczołgałem się z kryjówki, zabierając ze sobą mieczyk. W jego słabym blasku, zobaczyłem błysk złota gdzieś w dole i ziemi podniosłem... Pierścień. Skąd wziął się tutaj? Na dnie jaskini? Czy należał do tego stwora? Nie zastanawiałem się nad tym więcej, bo gdzieś w oddali usłyszałem jego ryk i sycząca mowę. Słowa, których nie potrafiłem rozróżnić. Siedział na kamieniu, kawałek ode mnie, pożerając żywcem goblina, którego zabrał. Mój miecz przestał świecić, kiedy tamten stwór zakończył żywot. Znalazłem sobie kolejną kryjówkę, wśród skał, pokrywających dno jaskini, ale kiedy wyjrzałem na zewnątrz, dziwnego stwora nie było już na tamtym kamieniu. Zaraz potem zorientowałem się, że siedzi tuż nad moją głową.
- Pięknie nam się trafiło, skarbie... - odezwał się, syczącą mową, zeskakując na ziemię, tuż u moich stóp. - Cóż za smaczny kąsek... - spróbował zbliżyć się do mnie, ale natychmiast i niemalże odruchowo przystawiłem mu ostrze do gardła.
- Precz! - odezwałem się, wstając. - Zostaw mnie... Ostrzegam cię... Nie podchodź do mnie...
- To jest ostrze elfów, ale on nie jest elfem... - znów mówił sam do siebie. - Co to jest skarbie? Co to jest...?
- Nazywam się... Jestem Bilbo Baggins. - sam nie wiedziałem, dlaczego odpowiedziałem na to pytanie, które najprawdopodobniej nie było wcale skierowane do mnie.
- Baggins, tak? A co to... Baggins?
- Jestem hobbitem. - odpowiedziałem, wciąż trzymając go na odległość miecza. - Z Shire.
- Lubimy gobliny, nietoperze i ryby, ale hobbita jeszcze nie jedliśmy. - zastanowił się stwór. Czy jest miękki i soczysty? - spytał, podchodząc coraz bliżej.
- Stój! - wrzasnąłem, wymachując mieczem. - Ani kroku! Użyję go, jak mnie zmusisz. - stwór zaryczał w odpowiedzi, ale znów machnąłem mieczem. - Nie chcę żadnych kłopotów, rozumiesz? Tylko mi pokaż, którędy stąd wyjść i już mnie tu nie ma.
- Co, zabłądził? - zaryczał stwór.
- Tak. Tak i chciałbym odbłądzić. - odpowiedziałem.
- O, wiemy. Wiemy, którędy hobbit wyjdzie. I to bezpiecznie, przez mrok. Cicho bądź! - wrzasnął zaraz.
- Ale... Ja jestem cicho. - nic a nic z tego nie rozumiałem. Nie chciałem rozumieć.
- Nie do ciebie mówiliśmy. - warknął znowu. - O, tak, przecież mówiliśmy do niego.
- Słuchaj... Ja nie wiem, co to za zagadki... - teraz nie rozumiałem już kompletnie nic. Albo i mniej.
- Zagadki? - stwór podskoczył radośnie. - Och, uwielbiamy zagadki. A on je lubi? Lubi? Lubi zagadki?
- Dobrze. Będą zagadki. - odpowiedziałem. - Ale jeśli wygram, to powiesz mi, jak stąd wyjść, tak?
- A jak on przegra to się go zje. Jak Baggins przegra, zjemy go w całości. - zastanowiłem się przez chwilę. Ale czy miałem inne wyjście?
- Może być. - odpowiedziałem, chowając miecz i zadałem mu pierwszą zagadkę. Trwało to dość długo, wykorzystałem wszystkie zagadki, które znałem, aż w końcu przypadkowo włożywszy rękę do kieszeni, wyczułem tam okrągły przedmiot. Znaleziony pierścień.
- Co takiego... Mam... W mojej kieszeni? - nieświadomie wypowiedziałem myśli na głos.
- To nieuczciwe. - zaprotestował stwór piskliwie. - To wbrew zasadom. Zapytaj o coś innego.
- Nie. Nie, nie, nie, powiedziałeś "zadaj pytanie", więc to jest moje pytanie. Co takiego mam w kieszeni?
- Trzy próby skarnie. - zawarczał stwór. - Musi dać nam trzy.
- Trzy próby? Proszę bardzo, zgaduj. - czułem się coraz pewniej.
- Rękę. - odpowiedział natychmiast, a ja natychmiast uniosłem w górę obie dłonie. Wściekły zaczął mamrotać coś do siebie. - Nóż! - wrzasnął w końcu.
- Znowu źle. - odpowiedziałem. - Dalej.
- Nic... Albo nic. - uśmiechnąłem się wbrew sobie.
- To dwie odpowiedzi i obydwie złe. No, idziemy. Obiecałeś, że pokażesz mi jak stąd wyjść.
- Co to takiego ma w kieszeni? - stwór odwrócił się w moją stronę z dziwnie wściekłym wyrazem twarzy. Powinienem zacząć się niepokoić?
- To już nie twoja sprawa. - odparłem. - Okazja przepadła.
- Czyżby? - zdecydowanie powinienem zacząć się niepokoić. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że powinienem uciekać i to jak najszybciej. Rzuciłem się biegiem przez labirynt skalnych korytarzy, a ścigał mnie dziki wrzask tego obrzydliwego stwora. Usiłowałem właśnie przecisnąć się przez wyjątkowo ciasną szczelinę w skale, żeby móc pobiec dalej, kiedy wypadł zza zakrętu. Wcisnąłem się głębiej w ścianę. Sporo schudłem kiedy wędrowaliśmy całymi dniami bez jedzenia, ale ostatni czas spędzony w Rivendell sprawił, że mój brzuszek znowu przyjemnie się zaokrąglił, co niestety w tej sytuacji okazało się zgubne. wreszcie udało mi się przedrzeć przez skały, chociaż pogubiłem przy tym wszystkie guziki od kamizelki, ubranie się postrzępiło, a na moim ciele przybyło sporo nowych zadrapań. Gonił mnie głos tego dziwnego stwora i piekielny jazgot. Wołał za mną coś w stylu "Złodziej!", a ja zaczynałem rozumieć, że pierścień, który znalazłem, należał do wcześniej do niego. Rozmyślanie nie sprzyjało ucieczce, bo w pewnym momencie potknąłem się o własne nogi, a pierścień, który ściskałem w garści wskoczył mi prosto na palec. Chude stworzenie przemknęło nade mną, nawet mnie nie zauważając, co wydało mi się dziwne. Siedziało teraz w wylocie tunelu, którym biegłem, a zaraz potem ukryło się wśród skał, kiedy korytarzem równoległym do tego, w którym stałem, przemknęła kompania krasnoludów z Gandalfem na czele. Westchnąłem. Nie mogłam do nich teraz dołączył. Oddzielał mnie od nich ten cuchnący stwór, który w pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy... Ale nie patrzył na mnie, tylko przeze mnie. I uświadomiłem sobie w tamtej chwili, że on mnie nie widzi, a dzieje się to za sporawą błyskotki, którą mam na palcu. Wysunąłem mieczyk z pochwy i przyłożyłem mu do gardła, gotów odciąć mu ten jego obmierzły łeb, ale coś mnie powstrzymało. Nie chciałem niepotrzebnie zabijać. Kiedy na niego patrzyłem, czułem... Litość. I jego zwątpienie... Schowałem miecz z powrotem i mocno odbiwszy się nogami od kamiennego podłoża, przeskoczyłem nad nim i pognałem za krasnoludami. Gonił mnie jego piskliwy głos, wrzaski i wycie, ale nie mogąc mnie zobaczyć, nie mógł mnie też gonić.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Straszne... Dobrze, że skończyło się to tak a nie inaczej... Chyba nie chciałabym zobaczyć zjadanego żywcem Bilba :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›