Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 2 lipca 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Kate skończyła przebierać się w piżamę i wróciła do pokoju gościnnego, gdzie jej przybrana mama czytała książkę przy lampce nocnej.
- Zabrałaś mi książkę. - zauważyła.
- Tylko pożyczyłam. - uśmiechnęła się pani Irena. - Rzadko czytam fantastykę, ale ta mi się podoba. - Kate mruknęła coś niewyraźnie, wsuwając się pod kołdrę. - Zmęczona? - domyśliła się nauczycielka. Dziewczyna skinęła głową, a chwilę potem pokój pogrążył się w ciemności. Kate przewróciła się na plecy, ale mimo zmęczenia nie mogła zasnąć.
- Mamo, śpisz? - odezwała się.
- Nie jeszcze nie. - odpowiedziała pani Irena. Wobec tego dziewczyna wypełzła spod kołdry, pakując się do łóżka przybranej mamy.
- Co się stało? - spytała nauczycielka, siadając w pościeli.
- Przepraszam, że cię zbudziłam wczoraj w nocy. - Kate podciągnęła kolana pod brodę.
- Przecież to nie twoja wina. Kate... Martwisz się czymś? - dziewczyna pokiwała głową. - Cassandrą, tak?
- Boję się, że ona wróci. Że już nigdy się od niej nie uwolnię. Boję się odrzucenia i braku miłości. Ty myślisz, że jestem silna, dzielna... Inteligentna i... Wyjątkowa. Że zawsze mam wszystko pod kontrolą. Ale to nieprawda. staram się jak mogę, ale co jeszcze mam zrobić, żeby zasłużyć sobie na miłość? Czy zawsze muszę być najlepsza i najmądrzejsza? - w oczach Kate wzbierały łzy.
- Nie płacz. - pani Irena objęła ją ramieniem. - Kate, nie zawsze musisz być najlepsza, żeby czuć się kochaną. Na miłość nie trzeba sobie zasługiwać. Miłość jest bezinteresowna. Jak myślisz, dlaczego cię adoptowałam? - dziewczyna pokręciła głową przecząco.
- Nie wiem. - odpowiedziała cicho.
- Adoptowałam cię, bo jesteś najcudowniejszą licealistką jaką znam. To po pierwsze. Po drugie potrzebowałaś pomocy. Uznałam, że kiedy wracam do pustego, cichego mieszkania, czegoś mi brakuje. Obie byłyśmy same. I obie potrzebujemy siebie nawzajem. - Kate uśmiechnęła się przez łzy.
- Przepraszam... - odezwała się. - Ostatnio zdecydowanie za często płaczę. pani Irena odwzajemniła uśmiech i mocno przytuliła do siebie przybraną córkę.

Kate wyszła z pokoju, przebrana w koronkową sukienkę i dołączyła do reszty rodziny na dworze. Pogoda była wręcz idealna na grilla, dlatego zdecydowano, że rocznicę ślubu joli i Janusza będzie się świętować w ten właśnie sposób. Dziewczyna usiadła przy stole i nałożyła sobie na talerz pikantnej sałatki z kurczakiem. Jej kiełbaska też zdążyła się już upiec. Kate zjadła, z uśmiechem przyglądając się jak wujek Romek i pan Janusz walczą z grillem, który zaczął dymić.
- Jak samopoczucie? - spytała pani Irena, siadając obok.
- W porządku. - odpowiedziała Kate. Czuła się o wiele lepiej, czując dłoń przybranej mamy na ramieniu.
- Jutro o tej porze będziemy już w drodze. Nie wiem jak ty, ale ja już nie mogę się doczekać. - uśmiechnęła się pani Irena.
- Tak, ja też. - dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
- Co to za sekrety moje drogie? - zaszczebiotała ciocia Krysia. - Wczoraj wieczorem też o czymś zawzięcie rozmawiałyście. Możemy zostać wtajemniczone? - Kate w jednej chwili przestała się uśmiechać i pokręciła głową przecząco.
- Coś się stało? - spytała ciocia Jola. Dziewczyna znowu zaprzeczyła, ale zaraz potem po policzkach znowu poleciały jej łzy, które otarła niezgrabnie wierzchem dłoni.
- Kate, my ci chcemy tylko pomóc. - dodała ciocia.
- Tak? To trzeba było o tym pomyśleć cztery lata temu! - Kate zerwała się z miejsca. - Wtedy kiedy naprawdę byłam sama i kiedy najbardziej was potrzebowałam! Jak myślicie, jak ja się czułam, cały czas sama i zdana tylko na siebie?!
- Przesadzasz Kate. - odpowiedziała ciocia Krysia.
- Przecież przysyłaliśmy ci pieniądze. - dodała ciocia Jola. - Pomagałam ci płacić rachunki.
- I myślisz, że mi chodzi o rachunki czy o twoje pieniądze?! Nigdy się mną tak naprawdę nie zainteresowałaś. Nigdy żadne z was nie spytało jak się czuję, czy czegoś mi nie brakuje. Wiedzieliście, że nie daję sobie rady sama, a nigdy nie zaproponowaliście mi przeprowadzki do któregoś z was.
- Wiesz, że nie mogliśmy sobie na to pozwolić. - odpowiedziała ciocia Jola. Kate znów otworzyła usta do krzyku, ale z gardła wyrwał jej się tylko histeryczny szloch. Pani Irena przytuliła córkę mocno do siebie.
- Możecie mnie znienawidzić... - powiedziała. - Ale ona ma rację.
  • awatar Hanti: Nie dziwie się, że Kate zrobiła awanturę. Dobrze, że im o tym powiedziała.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ech... "Przecież przysyłaliśmy ci pieniądze."... No cios poniżej pasa... Szkoda mi Kate... :(.
  • awatar Komercyjne: Lubię szczerość nawet jeśli prawda jest okrutna. Kochana Kate :) szkoda tylko, że wtedy nie poprosiła nikogo o pomoc, cztery lata temu, a teraz szlocha z bólu... Powinna była poprosić o pomoc, prawda? Choć... to jednak nie jest takie oczywiste :)... bo... ja też bym nie poprosiła :) No i ta odpowiedź pani Ireny, czemu adoptowała Kate, jest super. Obie potrzebowały siebie nawzajem, więc są razem. Po prostu :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

abc.atlant
 
Na dworze od dawna panowały ciemności. Siadałem właśnie do kolacji, wciąż ciesząc się, że udało mi się tak sprytnie uniknąć przygód. Są przecież brudne, śliskie... Można się przez nie spóźnić na kolację. Zabierałem się już do jedzenia, kiedy ciszę miłego wieczoru przerwał dzwonek do drzwi. Otworzyłem, że zdziwieniem spostrzegając, że na zewnątrz stoi krasnolud.
- Dwalin, zawsze do usług. - odezwał się na powitanie.
- Bilbo... Baggins... Wzajemnie. - odpowiedziałem, wielce zdziwiony, że w moim domu pojawił się krasnolud, którego nigdy wcześniej nie widziałem i jeszcze zażyczył sobie kolacji. Niedługo po nim zjawił się następny, Balin. A zaraz potem dwaj kolejni.
- Nie, nie możecie tu wejść, pomyliliście adres. - wyrzuciłem z siebie, zatrzaskując im drzwi przed nosem.
- Zaraz... To wszystko odwołane? - odezwał się ten ciemnowłosy, wpychając miedzy drzwi a framugę swój skórzany but.
- Co...? Nie, nic nie odwołane. - wypowiedzenie tego było błędem. Krasnolud odetchnął z ulgą, odepchnął mnie od drzwi i bezceremonialnie wszedł do środka, po drodze rzucając mi płaszcz i miecz w pochwie. Zaraz też we czterech zasiali spustoszenie w mojej spiżarni. Patrzyłem na to bezradnie, kiedy do drzwi znowu zadzwonił dzwonek, tym razem bardziej natarczywie.
- Nikogo nie ma w domu! - wrzasnąłem, z braku lepszych rozwiązań. - Już i tak za dużo krasnoludów mi się tu kręci. - szarpnięciem otworzyłem drzwi, co było kolejnym, ale zdecydowanie nie ostatnim błędem tego wieczoru. Pierwszy z nich przewrócił się, wskutek czego wszyscy wylądowali na podłodze. Za nimi stał...
- Gandalf... - odezwałem się z wyrzutem. Nie trzeba było dużo czasu, żeby krasnoludy sprawnie zrobiły w jadalni więcej miejsca, nakryły do stołu i oczywiście wyniosły ze spiżarki resztki jedzenia, które mi jeszcze zostały. Dobrały się do mojego najlepszego wina, zabrały pomidory z mojego ogródka, które tyle hodowałem, dodatkowo co chwilę rzucały jedzeniem i roznosiły jego resztki po całym domu, zaśmiewając się przy tym do rozpuku.
- Tyle błota jak żyję nie widziałem, że już nie wspomnę co narobili w łazience. Kanalizacja do wymiany! Nie rozumiem co oni robią u mnie w domu! - krzyczałem, nie dając dojść do słowa Gandalfowi, bo moje pokrzykiwania na krasnoludy i nieustanne zwracanie im uwagi nie odnosiło żadnych rezultatów.
- Czy można... - nie usłyszałem co ma do powiedzenia w tej sprawie czarodziej, bo jeden z nich podszedł do mnie. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale co mam zrobić z talerzem? - wtedy dopiero się zaczęło. Dookoła mnie latały talerze, miski i kubki, a krasnoludy śmiały się, śpiewając przy tym wcale wesołą piosenkę. Przerwały dopiero na dźwięk łomotania do drzwi. Jak na dobrego gospodarza przystało, poszedłem otworzyć. Na progu stał jeszcze jeden krasnolud, ale o niebo dostojniejszy od tych, które rozbijały się po moim domu. Wszedł do środka pewnym krokiem.
- Gandalfie, mówiłeś, że łatwo tutaj trafić. - powiedział. - Zgubiłem się dwakroć. Nie odnalazłbym ego domu, gdyby nie znak na drzwiach.
- Znak? - zdziwiłem się. - Nie ma żadnego znaku. Malowałem je tydzień temu.
- A jednak jest znak, sam go uczyniłem. - spojrzałem z wyrzutem na czarodzieja. A więc kolejny akt wandalizmu! - Bilbo, poznaj wodza naszej kompanii, Thorina Dębową Tarczę. - krasnolud obejrzał mnie dokładnie.
- A więc... To jest ten hobbit. - powiedział z uśmiechem. - Jaki styl walki preferujesz? Jaką broń byś wybrał?
- Całkiem nieźle celuję z procy jak chcesz wiedzieć. - odpowiedziałem z dumą. - Ale nie rozumiem czemu o to pytasz.
- Tak też myślałem. To raczej karczmarz niż włamywacz. - O jakim włamywaczu była mowa, tego nie wiedziałem. Wkrótce miałem się jednak dowiedzieć. Krasnoludy zasiadły wokół stołu, zachowując się teraz nad wyraz cicho i spokojnie. Wyraźnie wyczuwało się respekt, jaki czuły przed swoim wodzem. Rozmowa szła o skarby ukryte pod górą, o utraconą ojczyznę, oglądano niezwykłe mapy, a w końcu Gandalf wydobył z fałd swojej szaty stary klucz. Przysłuchiwałem się temu z ciekawością i niepokojem jednocześnie. Miałem przeczucie, że biorę udział w niezwykle ważnej rozmowie.
- Stąd potrzebny włamywacz. - odezwał się najmłodszy z krasnoludów, kiedy mówiono o smoku pilnującego złota.
- I to dobry. - palnąłem, zanim zdążyłem pomyśleć. - Prawdziwy fachowiec.
- Patrzcie, mówi, że z niego fachowiec! - krzyknął któryś z nich. Thorin natychmiast wcisnął mi w ręce wiele razy składany kontrakt. Przejrzałem go dokładnie, wciąż nie wiedząc jeszcze na co się piszę.
- Przewidziana zapłata, jedna czternasta zysku, jeżeli takowy będzie. Uczciwe. - mamrotałem do siebie, przeglądając kolejne kartki. - Kompania nie ponosi odpowiedzialności za poniesione obrażenia w tym... Rany cięte? Wypatroszenie? Zwęglenie?!
- Jak smok chuchnie to nie ma czego zbierać! Nawet kosteczka nie zostanie! - jeden z krasnoludów próbował mnie najwyraźniej pocieszyć. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. - To taki piec. Na skrzydłach! - odezwał się znowu. Uśmiechnąłem się słabo, równie słabo wypowiedziałem tylko; - Nie! - I zemdlałem.
  • awatar Hanti: Ma dużo wspólnego z książką, ale to nie jest dokładna kopia dlatego bardzo fajnie się czyta. Jestem ciekawa co będzie dalej pomimo tego, że znam tą historie na pamięć :D
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: No to nieźle xD. Jesz sobie spokojnie, aż tu nagle do domu wbijają Ci krasnoludy i roznoszą pół chałupy! Nie ma co! :D.
  • awatar Komercyjne: Ale zadyma xd ratunku :p
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›