Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 16 lipca 2017

Liczba wpisów: 2

abc.atlant
 
Pingwiny szły przez las, śpiewając wesoła piosenkę i najprawdopodobniej płosząc przy tym wszystkie zwierzęta, bo jeszcze ani jednego nie spotkali, nawet najmniejszego. Kate wtórowała im niemal tak samo głośno. Żałowała, że nie może teraz wyjąć gitary z futerału. Pani Irena również się roześmiała, słysząc, że śpiew zakończył się wybuchem śmiechu.
- Błagam, ani jednej piosenki więcej. - powiedziała, wyjmując z plecaka butelkę wody i upiła kilka łyków, potem podając wodę córce. upał wciąż był tak samo okropny.
- Nie jesteście głodni? - spytała nauczycielka. Od ostatniego postoju i śniadania pod kasztanowcem rzeczywiście minęło mnóstwo czasu, ale pingwiny tylko pokręciły głowami. O wiele bardziej chciało im się pić. Oprócz tego zdążyły się nieźle zmęczyć, więc pani Irena zarządziła krótki przystanek i sama również klapnęła na trawę. Kate puściła w obieg butelkę z wodą. Skipper za to zaczynał dosyć wyraźnie odczuwać nacisk na pęcherz. Gorączka co prawda mu spadła, ale pic chciało się okropnie, nic więc dziwnego, że teraz musiał za potrzebą. Na śniadanie nie zjadł prawie nic, ale za to sporo wypił. Sytuacja nie była jeszcze aż tak bardzo tragiczna, ale pingwinek nie miał pojęcia, jak długo będzie w stanie wytrzymać.
- Skipper, zmierzymy gorączkę? - spytała, pani Irena, wyjmując z plecaka termometr, który chwilę potem włożyła mu do dzioba. - Trzydzieści siedem i pół. Nie jest źle. - stwierdziła, tarmosząc go pieszczotliwie po piórkach.
- Idziemy? - spytała Kate. - Chciałyśmy dzisiaj minąć co najmniej jedną miejscowość. - Skipper ożywił się na sekundę. Może będzie okazja, żeby pójśc do ubikacji. Albo w ogóle... Gdziekolwiek. Pingwinek przestąpił z nogi na nogę. Zaczynał naprawdę pilnie potrzebować toalety. Zaczynał się bacznie przyglądać mijanym zaroślom. Mógłby na chwilę zostać w tyle i przykucnąć w trawie, nikt by raczej nie zauważył. Potem by ich dogonił. Tyle, że Kate na pewno zorientuje się, że go brakuje, więc ten pomysł odpadał. Skipper przystanął, mocno ściskając nogi. Miał wrażenie, że wypita woda przelewa mu się w brzuszku, a pęcherz z każdą chwilą ma coraz pełniejszy. Podbiegł do reszty, jednocześnie zaciskając skrzydło w kroczu. Na policzki wypływał mu zdradziecki rumieniec. Rozglądał się nerwowo za jakimś ustroniem, tyle że akurat w tej okolicy, jak na złość, nie było ani jednego krzaka. Same drzewa. Kate przysiadła na zwalonym pniu z westchnieniem.
- Poczekaj, zmęczyłam się. - odezwała się.
- Minęło dopiero pół godziny. - pani Irena zerknęła na zegarek. Skipper jęknął w duchu. Dopiero pół godziny? widząc, ze pingwiny również wdrapały się na zwalone drzewo, z wahaniem dołączył do nich.
- Masz coś przeciwbólowego pod ręką? - zagadnęła Kate.
- Boli cię coś? Nic nie mówiłaś. - zaniepokoiła się pani Irena.
- Tylko brzuch. - uspokoiła ją dziewczyna. - No wiesz... Miesiączka. - dodała konspiracyjnym szeptem, biorąc od nauczycielki opakowanie tabletek. Skipper siedział sztywno na pniu, mocno ściskając nogi. Czuł ucisk w podbrzuszu, co było naprawdę niekomfortowe. W pewnym momencie poczuł jednak, że już mu poleciało i z jękiem pochylił się wprzód. Do oczu napłynęły mu łzy.
- Boli cię brzuszek? - zaniepokoił się Szeregowy, łapiąc Kate za rękaw. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Nic mi nie będzie, skarbie. - uspokoiła go. - Możemy iść. - po policzkach Skippera leciały łzy. Z każdym kolejnym krokiem czuł coraz większy nacisk na pęcherz, podbrzusze pulsowało jednostajnym, tępym bólem.
- Kate... - odezwał się pingwinek przez łzy, łapiąc ja za rękaw. - Ja muszę... Do ubikacji... - Kate przykucnęła przy szlochającym pingwinku.
- Skipper, bardzo ci się chce? - spytała. Pingwinek nerwowo pokiwał głową. - Długo trzymasz? - kolejne potaknięcie. - Nie płacz, nic się nie dzieje. - dziewczyna otarła mu łzy dłonią.  - Chodź, dogonimy resztę i coś wymyślimy. - powiedziała, sadzając go sobie na ramionach. Pingwinek zacisnął skrzydło w kroczu, drugim objął Kate za szyję.
- Ja już... Nie wytrzymam... - zaszlochał nerwowo. - K-kate...
- Ćśś... Cichutko... - dziewczyna odwróciła głowę, patrząc na niego. - Jeszcze chwilkę, nie płacz.
Cała reszta czekała na nich na ławce przy przystanku autobusowym. Kate bez słowa przeszła obok nich, sadzając skippera na ławce. Pingwinek natychmiast pochylił się do przodu, zaciskając skrzydło w kroczu. Nie dbał o to, co pomyślą sobie koledzy. Cały się trząsł, po policzkach leciały łzy.
- Wytrzymasz jeszcze chwilkę? - spytała Kate, kucając przy nim. Skipper pokręcił głową przecząco. - Siedź tu, zaraz do ciebie przyjdę. - dziewczyna zerwała się z miejsca i odciągnęła na bok przybraną mamę.
- Coś się stało? - spytała pani Irena.
- Nie... Tak. - plątała się Kate. - Ja muszę ze skipperem na stronę. Tylko zupełnie nie wiem, gdzie...
- Uspokój się, spokojnie. - przerwała jej nauczycielka. - Tu rzadko kiedy coś jeździ, niech się wysiusia na poboczu. Ja się zajmę chłopakami. - Kate pokiwała głową, a chwilę potem przykucnęła na poboczu, przytrzymując pingwinka nad ziemią. Skipper ciągle jeszcze szlochał, kręcąc się nerwowo w jej objęciach, ale powoli zaczynał się uspokajać i po upewnieniu się, że Kate - szepcząca kojące słówka - na pewno ma zamknięte oczy, spróbował się rozluźnić. Na drobniutki żwirek poleciała cieniutka strużka, która potem zmieniła się w obfity strumyk. Skipper drgnął, czując ból przeszywający podbrzusze i odruchowo zacisnął oba skrzydła w kroczu.
- Już? - zagadnęła Kate, ale pingwinek pokręcił głową przecząco. - Nie śpiesz się, reszta poczeka na nas tak długo, jak będzie trzeba. - Skipper otarł łzy skrzydłem i uspokojony, reszcie zrobił swoje. Odetchnął głęboko. Naprawdę mu ulżyło. Kate wyjęła z kieszeni bluzy paczkę chusteczek higienicznych, pingwinek doprowadził się do porządku i oboje dołączyli do pozostałych.
- Już? - spytała pani Irena, a Kate potaknęła, biorąc Skippera na ręce. - Skipper, w porządku? - pingwinek też pokiwał głową. - Następnym razem jak wytniesz taki numer, to ci założę pieluszkę. I mówię poważnie. - dodała nauczycielka.
- Przepraszam... - wyszeptał Skipper.
- Nie strasz go, nic się przecież nie stało. - odezwała się Kate.- Już po sprawie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Fajnie tak maszerować sobie przez las ^^. Ale poważnie... Skipper musi w końcu trochę wyluzować ze swoim wstydem... Wiem, że to nie jest łatwe, ale jak tak dalej będzie, to młody będzie miał w życiu przerąbane...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Kolejny dzień w Rivendell spędzaliśmy głownie w pokoju "kominkowym". Elfki z harfami i fletami towarzyszyły nam oczywiście i tutaj, wygrywając swoje przepiękne melodie. Krasnoludy wydawały się nareszcie z nimi dogadywać, bo zabawiały przedstawicieli tej dumnej i szlachetnej rasy, opowieściami i legendami, charakterystycznymi dla krasnoludów. Zwłaszcza Elrond słuchał z ogromnym zaciekawieniem. Legolas i Katrin również do nas dołączyli. Panna Katrin tańczyła tak pięknie. Miałem wrażenie, że stopami wcale nie dotyka ziemi, tylko wdzięcznie wiruje tuż nad podłogą. Nie tylko ja byłem oczarowany jej wdziękiem. Widziałem, że Thorin, który wciąż okazywał swoją nienawiść do elfów na każdym kroku, również rzucał jej ukradkowe spojrzenia. Po obiedzie również i ja zdecydowałem się zaśpiewać kilka piosenek mojego ludu, co jak się okazało, nie było wcale złym pomysłem. Gandalf śmiał się zwłaszcza z piosenki o gospodzie, krowie i księżycu, którą sam ułożyłem, a która właśnie przyszła mi na myśl. Elrond też wydawał mi się rozbawiony, a kiedy skończyłem właśnie on zaczął klaskać jako pierwszy. Wkrótce zjawili się elfowie ze srebrnymi tacami, pełnymi przysmaków, wśród których przeważały przepyszne ciasteczka z migdałami i miodem, których miałem już okazję tutaj spróbować. oprócz tego zjedliśmy sytą kolację, po której postanowiłem przespacerować się chwilę po tarasach domu naszego gospodarza. Wciąż nie mogłem wyjść z podziwu dla piękna tego miejsca. Kiedy z rozmarzeniem spoglądałem w dal, z jednego z tarasów położonych najwyżej, dołączył do mnie Elrond.
- Nie jesteś z towarzyszami? - zagadnął przyjaźnie.
- Nie będą za mną tęsknić. - odpowiedziałem, jednocześnie w końcu decydując się na opowiedzenie komuś o tym, co mnie niepokoiło. Krasnoludy od początku nie były zbyt zadowolone z uczestnictwa mojej osoby w ich wyprawie.
- Myślą, że nie powinienem ruszać na tę wyprawę. - wyjaśniłem, patrząc na elfa.
- Czyżby? Podobno hobbity są bardzo wytrzymałe. - wpatrywałem się w niego, nie wiedząc co chce przez to powiedzieć.
- Naprawdę? - wykrztusiłem tylko. Elrond pokiwał głową.
- Podobno lubią też domowe wygody. - dodał.
- Podobno nie warto prosić elfa o radę. - odpowiedziałem. - Bo zawsze mówi i "tak" i "nie". - Elrond spojrzał na mnie z niemym wyrzutem w oczach i kiedy już chciałem go zapewnić, że nie miałem nic złego na myśli, na jego twarzy pojawił się uśmiech. Również się uśmiechnąłem. Naprawdę bałem się, że mogłem go urazić.
- Możesz tu zostać, jeśli chcesz. - powiedział Elrond, kładąc mi dłoń na ramieniu, po czym odszedł, zostawiwszy mnie z moimi myślami. Spojrzałem na zachód słońca nad Rivendell. Propozycja była naprawdę kusząca.
  • awatar Hanti: Ale to nie w stylu Bilba :)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Dobrze, że wszyscy się trochę czymś zajęli :P. Przynajmniej mogą odsapnąć od wyprawy ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›