Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 6 grudnia 2017

Liczba wpisów: 3

abc.atlant
 
- Ciągnie nas na dno! - wrzasnął Barbossa zza steru. - Zwijać się, bo wszyscy skończymy w otchłani. - wystrzelona z armaty kula strzaskała maszt Czarnej Perły, ale okręt znów stanął w pionie na falach i wypłynął z morskiego wiru, w który coraz bardziej osuwał się Holender.
Will znów dobył szabli, kiedy spod pokładu wylazły oślizgłe kreatury pod rozkazami Jonesa. Ich kapitan leżał martwy na pokładzie, ale nie miało to dla nich wielkiego znaczenia. Chcieli zemsty. I chcieli jej teraz.
- Liz, uciekaj! - wrzasnął Will, odpierając pierwsze ataki. - Jack, zabierz ją stąd! - kapitan posłuchał. Odciągnął na bok zupełnie osłupiałą dziewczynę. Zgarnął z pokładu swój pistolet. Rzucił się ku linom. Objął Liz ramieniem i przestrzelił dokładnie tą linę, która miała być przestrzelona. Oboje unieśli się w górę na prowizorycznym spadochronie z żagla. Liz rozszlochała się, patrząc na otoczonego przez śluzowate kreatury Willa. Wtuliła się mocno w płaszcz Jacka. Nie chciała widzieć jak Holender idzie na dno. Jack jęknął z bólu. Lina wrzynała się w przestrzeloną przez Jonesa dłoń, a po chwili wyślizgnęła się z ręki. Kapitan mocniej objął dziewczynę, kiedy oboje polecieli do oceanu.


Liz z trudem wpełzła na pokład Perły i oparła się o burtę, nie mogąc ustać na nogach. Niemal od razu znów wybuchnęła płaczem. Zaraz też poczuła jak obejmują ją czyjeś ramiona i przyłożyła policzek do szorstkiego materiału płaszcza. Podniosła wzrok na tulącego ją Jacka.
- Jack, ty krwawisz... - odezwała się, ocierając nos wierzchem dłoni i dotknęła zalanej krwią ręki kapitana. - Pozwól mi. - poprosiła, przykładając do rany niezbyt czystą szmatkę, a następnie obwiązując ją własną bandaną.
- Bogu dzięki, Jack... - przed załogantów przepchnął się pan Gibbs. - Flota nas dogania. Nieustraszony na sterburcie. Chyba trzeba się uciec do prastarej, szlachetnej pirackiej tradycji.
- Nie należę do miłośników tradycji. - odpowiedział Jack, odwracając się od niego i stanął przy burcie. - Ostro na wiatr! - rozkazał. Przez tłum przepchnął się Barbossa.
- Nie zmieniać kursu! - zaprotestował.
- Nie słuchać go! - wrzasnął znów Jack.
- Zmiotą nas... - zaczął niepewnie pan Gibbs.
- Nie słuchać tego! Nie słuchać! - miotał się kapitan.

- Na co oni czekają? - zapytał jeden z Anglików.
- Spodziewają się, że dotrzymamy warunków umowy. - odpowiedział mu lord Becket. Uśmiechnął się. Z luków wysunęły się działa. Okręt ruszył na statek piracki.
- Nic do ciebie nie mam, Jack. - odezwał się szeptem lord.

Liz obejrzała się, kiedy na pokład statku wtoczył się ociekający wodą Will. Dziewczyna natychmiast podbiegła do niego.
- Ty żyjesz. - wyszeptała, obejmując go mocno.
- Żyję. - odszepnął mężczyzna. - Uciekłem. - wysapał, wciąż zmęczony po długotrwałym wysiłku. Jack powiódł wzrokiem za dziewczyną z niemym żalem. Lubił tę zwariowaną istotkę. Will odsunął od siebie świeżo poślubioną Liz.
- Ładować działa! - wrzasnął. - Damy radę Anglikom!
- Stawić wszystkie żagle! - krzyknął za nim Jack.
- Jest stawić wszystkie! - odkrzyknął Barbossa. Załoga znów zapaliła się do walki. Czarna Perła natarła na Nieustraszonego.
- Co rozkażesz kapitanie? - spytał pan Gibbs, stając obok Jacka. Kapitan spojrzał na niego.
- Ognia. - odezwał się.
- Ognia! - wrzasnął pan Gibbs. Okrzyk poniósł się po pokładzie, Perła zatonęła w huku dział. Wykorzystując element zaskoczenia, pociski strzaskały burty angielskiego żaglowca. Lord Becket patrzył na to wszystko z mostku kapitańskiego. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie. I spokój.
- Jakie są rozkazy? - spytał jeden z żołnierzy, dopadając do niego. - Rozkazy, Panie! - Becket nie odpowiedział. Słowa w ogóle do niego nie dotarły. - Opuścić pokład! - wrzasnął wreszcie komodor. Lord Becket wciąż wpatrywał się w pustkę przed sobą. Niewidzącym wzrokiem ogarniał pokład Nieustraszonego, schodząc powoli z mostku kapitańskiego. Burty zostały strzaskane przez pociski Czarnej Perły. Żołnierze angielscy konali na deskach pokładu, ranieni odłamkami drewna, szkła, lub dosięgnięci kulami. Becket rzucił ostatnie spojrzenie na piracki okręt, zanim i jego dosięgła śmierć. Żaglowiec poszedł na dno.

- Zawracają! - krzyknęła Liz, wychylając się za burtę. Flota angielska rzeczywiście powoli znikała za horyzontem. Załoga Perły podniosła okrzyki radości, wyrzucając w górę kapelusze i to co mieli pod ręką. Na innych statkach pirackich również już wiedziano o zwycięstwie. Liz rzuciła się w ramiona Willa, który poderwał ją do góry. Jack patrzył na to beznamiętnie. Czuł w sercu dziwny ucisk.
- Panie Gibbs... - odezwał się. - Możesz rzucić mój kapelusz.
- Tak jest! - zawołał natychmiast tamten i rzucił w powietrze własność swojego kapitana z kolejnym radosnym okrzykiem.
- A teraz idź i go przynieś. - dodał Jack. Mina Gibbsa natychmiast stężała, ale posłusznie zszedł z mostku kapitańskiego. Spojrzenie Jacka znów powędrowało ku Liz, opowiadającej coś z zapałem Willowi. Nie miał pojęcia czym było odczucie, którego doznawał.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Jej! Udało się :D. Coś w tej Liz jest takiego, że przyciąga do siebie facetów :P. PS Ta walka, choć wiem, że była poważna, to jakoś tak skojarzyła mi się z grą przeglądarkową Mutiny na stronie nitrome :P. Jak będziesz chciała, to sobie zobacz :P.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
”Prosto z serca” to opowiadanie może nie niezwykłe, ale też nie zupełnie zwyczajne. To opowiadanie, do którego powstawania przyczyniły się liczne osoby z otoczenia, a którym mogę teraz złożyć najserdeczniejsze podziękowania za to, że zjawiły się z moim życiu i niejednokrotnie wywróciły je do góry nogami. Jest ono inspirowane wydarzeniami z mojego życia prywatnego, jednak opisana historia nigdy się nie wydarzyła. Wszystkie postacie są fikcyjne, a podobieństwo wyglądu, lub zbieżności imion i nazwisk najzupełniej przypadkowe, a wszystko to jedynie osadzone w świecie realnym. Nie jest to ani autobiografia, ani pamiętnik. Nie jestem Kate. A Kate nie jest mną.
Jest to opowieść o niezwykłej sile. Sile miłości, ale nie tylko. Jest to opowieść  o przywiązaniu, które choć z pozoru nic nieznaczące, może wiele zmienić w życiu pojedynczego człowieka. Wykreowany przeze mnie świat, a także jego istnienie w czasoprzestrzeni (bo ktoś kiedyś pięknie powiedział ”gdy w wyobraźni pisarza rodzi się nowy świat, na niebie rodzi się kolejna gwiazda”) jest dowodem na to, jak wiele może się zmienić w stosunkowo krótkim czasie. Może wszystko, co zostało tu przeze mnie opisane było jednym, wielkim zbiegiem okoliczności, a może właśnie przeznaczeniem.
Jest to także historia młodej dziewczyny. Sieroty, odizolowanej od świata, która powoli odzyskuje zaufanie zarówno do rówieśników jak i innych z jej otoczenia. A staje na nogi dzięki pewnej osobie, która jako pierwsza wyciągnęła do niej pomocną dłoń, kiedy wszyscy inni jedynie nią pogardzali. Każdy z nas ma w swoim sercu miejsce dla wyjątkowej osoby. Dla chłopaka, przyszłego męża, wyjątkowej przyjaciółki. Kate oddała swoje serce komuś, kto je uratował. Komuś, kto pozwolił jej na zaczęcie życia od nowa.
I za to ja również dziękuję. To opowiadanie nie powstałoby, gdyby w moim życiu nie zjawiła się osoba, która ocaliła moje serce. Nie będę jej wymieniać z imienia i nazwiska, ani w jakiś sposób odznaczać, ale właśnie ta osoba, czytając te właśnie słowa, domyśli się, że są skierowane do niej. A przynajmniej mocno  to wierzę.
Po takim wstępie możecie nie mieć ochoty na więcej, ale o jedno proszę. Dajcie szansę Kate i jej historii. Bo jest to historia wyjątkowa i przejmująca. Przesycona cierpieniem, ale i miłością. Tak bezgraniczną, jak bezgranicznie może kochać nastoletnie serce.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Już mi się podoba! :D. Trzeba przeczytać, w końcu tyle na to czekałam, a nie czytałam wcześniej, bo wolałam przeczytać wpisy po kolei ;).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

abc.atlant
 
Nazywam się Kate Evans i niedługo skończę szesnaście lat. Nic niezwykłego, prawda? Ale odkąd pamiętam tułam się sierocińcach w całej Polsce, nigdzie nie pomieszkując dłużej niż dwa lata. Mój tata zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat i zostałam sama z mamą. Kilkakrotnie próbowała się pozbierać po jego śmierci, ale jej się nie udawało. Nie potrafiła poradzić sobie ze swoim żalem i wyrzutami sumienia. Wciąż było jej ciężko i smutno. Trzy lata później umarła na raka trzustki. Długo chorowała, o czym dowiedziałam się o wiele, wiele później. Od ósmego roku życia umiałam prać i prasować, szykowałam sobie do szkoły kanapki i zawsze miałam poodrabiane lekcje. Musiałam sobie jakoś radzić. Bo właśnie wtedy trafiłam do poznańskiego domu dziecka. W tym czasie wyrobiłam sobie pewną przydatną później umiejętność: potrafiłam być przezroczysta, zlewałam się z tłem i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dzięki temu przez wiele lat unikałam natręctwa obcych ludzi, a nawet kolegów i koleżanek w klasie i nikt specjalnie nie interesował się moim życiem, bo też nikomu nigdy nie chwaliłam się, że jestem sierotą. Nie miałam rodzeństwa, ani żadnej bliskiej rodziny. Czasem pomagali mi sąsiedzi, a potem szkoła, w sumie wiec nie było tak źle. Miałam jakiś dom, szkołę, w której dobrze się uczyłam i swoją wielką tęsknotę za mamą i tatą, których właściwie zdążyłam zapomnieć. Przez wiele lat wierzyłam, że zdarzy się cud, że odnajdzie się jakaś wspaniała, zabawna ciocia, która mnie przygarnie. Nic takiego nie nastąpiło. Jednak cud się stał. Niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwałam, ale jednak...

Nota od autorki; Zgodnie z obietnicą na wasze ręce składam pierwszy rozdział opowiadania, które miało być dramatem psychologicznym, a koniec końców stało się zwykłą obyczajówką. Kate już znacie, tak jak i więcej postaci, które się tu pojawią, jednak nie wiążcie tej historii z poprzednimi. To zupełnie inna opowieść. Rozdziały będą znacznie krótsze, ale głownie dlatego proszę was o zostanie tu dłużej. Może właśnie spodoba wam się historia Kate?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›