Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 4 grudnia 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Jack wymknął się z kajuty i zaraz uniósł ręce nad głowę w geście poddania. Skrzynia z łomotem upadła na deski pokładu. Tuż przed nim stał Davy Jones z zastępem swoich ludzi.
- Popatrzcie no, chłopcy... - odezwał się. - Zbłąkany wróbelek... Zbłąkana ptaszyna, która nie nauczyła się latać...
- Ku swojemu wielkiemu żalowi. - Jack podniósł skrzynię z desek i cofnął się aż do burty. - Aliści... Na naukę nigdy nie jest za późno. - uśmiechnął się, łapiąc za linę przywiązana do burty i kopnięciem odłamał kawałek deski. Czepiając się liny zgrabnie przeskoczył na pokład Czarnej Perły, pewnie lądując na maszcie głównym. Niebo przecięła błyskawica, rozległ się grzmot. Jack zamarł w bezruchu.
- Skrzynia. Oddaj mi ją. - usłyszał Davy'ego Jonesa, a zaraz potem poczuł ostrze szabli na karku.
- Mogę cię uwolnić. - powiedział, również dobywając szabli.
- Już dawno temu pożegnałem się z wolnością. - Jones zamachnął się szablą. Jack zachwiał się niebezpiecznie na trapie, ale odpowiedział atakiem.

Will machał szablą na lewo i prawo. Na pokładzie Perły roiło się od oślizgłych podwładnych Davy'ego Jonesa. Mężczyzna obejrzał się na zaciekle walczącą niedaleko dziewczynę.
- Liz! Liz... - zawołał. Dziewczyna zerknęła a niego i przemknęła pod ramieniem kolejnego rybowatego, wypychając go za burtę. Dopadła do Williama. - Wyjdziesz za mnie?
- To chyba nie jest najlepsza chwila. - odpowiedziała, oglądając się.
- Innej może nie być. - Will zatopił ostrze w ciele kolejnego wroga. - Kocham cię. Dokonałem wyboru. A ty? - Liz popatrzyła prosto w jego orzechowe oczy.
- Barbossa! - wrzasnęła. - Udziel nam ślubu!
- Chwilowo jestem zajęty! - odkrzyknął Hektor, leżąc na deskach pokładu pod ciężarem jednego z rybowatych. Liz i William na powrót rzucili się w wir walki, nie przestając ściskać się za ręce.
- Barbossa! - krzyknął ponaglająco Will.
- No dobrze! - Hektor przeszył wroga szablą i podniósł się z desek pokładu. - Moi drodzy, zebraliśmy się tu dziś, by... Przybić ci flaki do masztu francowata zarazo. - dokończył nabijając na szablę kolejnego rybowatego. Liz spojrzała na niego zniesmaczona.
- Liz Harrington, czy bierzesz mnie za męża? - spytał Will, odpierając kolejny atak.
- Tak! - odkrzyknęła dziewczyna.
- Świetnie. - uśmiechnął się William.
- Willu Turnerze, czy chcesz mieć we mnie... żonę? - Liz przerwała, okręcając się na pięcie. - W chorobie i zdrowiu... - zamachnęła się szablą. - Choć na to drugie nie ma co liczyć. - dodała, przebijając ostrzem rybowatego.
- Chcę. - odpowiedział Will. Liz uśmiechnęła się.
- Jako kapitan ogłaszam was teraz... - odezwał się Barbossa, jednocześnie odpierając atak dwóch przeciwników. - Możesz pocałować... Możesz pocałować... Całujcie się! - pirat machnął ręką. Will przyciągnął do siebie dziewczynę. Liz objęła go ramieniem. Na kilka minut świat stanął w miejscu. Pocałunek trwał nieskończenie długą chwilę. Liz spojrzała w oczy mężczyzny, kiedy wreszcie odjął wargi od jej ust. W jego ciepłe, orzechowe oczy. A potem zamachnęła się szablą, kątem oka dostrzegając czającego się na nią rybowatego. Will zrobił dokładnie to samo, pozbawiając życia wroga stojącego za nim.

Jack chwiał się coraz bardziej, stojąc na belce masztu. Z całej siły starał się utrzymać równowagę. W jednej dłoni ściskał uchwyt skrzyni z sercem Davy'ego Jonesa, w drugiej ręce trzymał szablę. Jego przeciwnik uśmiechnął się drwiąco.
- Bez klucza nic nie zdziałasz. - powiedział.
- Klucz już mam. - odpowiedział mu uśmiechem Jack.
- Nie masz. - Jones również się uśmiechał. Jack zamachnął się szablą, odcinając mackę, w której tamten ściskał klucz. Potem złapał go w locie.
- Mówisz o tym? - spytał z uroczym uśmiechem, ale mina mu zrzedła, kiedy zobaczył, że Davy Jones celuje do niego z broni palnej. - Ale to mój pistolet. - odezwał się jeszcze, zanim tamten przestrzelił mu nadgarstek. Skrzynia wyślizgnęła się Jackowi z palców, a on zatoczył się na trapie. Ból promieniował na cały jego organizm. Potem on sam również osunął się w ciemność. Spadł z masztu, po drodze łapiąc się jeszcze olinowania. Skrzynia łupnęła o deski pokładu tuż za plecami Willa, który natychmiast wziął ją w dłonie.
- Dzięki Jack. - wyszeptał i wyciągnął z kabury pistolet, przymierzając się do przestrzelenia kłódki. Zaraz potem jeden z załogantów Davy'ego Jonesa rzucił się na niego z nożem. Mężczyzna spojrzał w jego twarz. W znajome oczy, teraz puste i pozbawione uczuć. - To ja! Will! - wrzasnął. - Twój syn!
Liz zgrabnie przedostała się na pokład Holendra, niemal od razu stając twarzą w twarz z Davy'm Jonesem.
- Nie okażę ci litości. - wysyczał tamten.
- Dlatego mam przy sobie to. - odpowiedziała, wysuwając z pochwy ostrze. Starła się z wrogiem, chcąc pomścić ojca, nie oczekując jednak cudów. Szabla szybko została jej wyrwana z dłoni, a ona sama padła ciężko na schody, uderzając głową w drewniane stopnie. Jak przez mgłę widziała jeszcze Jacka, który natarł na wspólnego wroga z grubą deską w dłoniach, jednak i on szybko został pokonany. Jack z jękiem padł na deki pokładu, czekając na śmierć. Otworzył oczy. Cudownym zrządzeniem losu tuż przed nim leżał klucz do skrzyni, który zaraz chwycił w zakrwawioną dłoń.
Will przygwoździł ojca do burty.
- Nie zabiję cię. - powiedział, wbijając w burtę nóż. - Dałem ci słowo. - dodał i odwrócił się od ojca. Nie... To już nie był jego ojciec, a kolejny pomiot Davy'ego Jonesa. Zaraz potem ogarnęła go furia, kiedy patrzył, jak mackowaty stwór jednym pchnięciem posyła na deski pokładu Liz. Wyszarpnął z pochwy szablę i wbił ją w ciało Jonesa, w miejsce, gdzie powinno bić serce.
- Pudło. - odezwał się Jones z uśmiechem. - Czyżbyś zapomniał? Jestem łajdakiem bez serca. - powiedział, wyciągając ostrze ze swojego ciała. Will zamknął oczy, uderzając głową o deski pokładu. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Liz natychmiast szarpnęła się ku niemu. Jones prychnął wzgardliwie. - Miłość... Budzące grozę pęta. A jednak tak łatwo je przeciąć. Powiedz mi Williamie Turnerze, czy lękasz się śmierci? - spytał, przystawiając nóż do gardła Willa.
- A ty? - Jones odwrócił się. Za nim stał Jack, ściskając w dłoni wydobyte ze skrzyni serce. - To lepsze niż trunek, trzymać w ręce życie i śmierć. - Davy Jones wyprostował się.
- Okrutny z ciebie człowiek, Jacku Sparrow. - odezwał się.
- Okrucieństwo to dość względne pojęcie.
- Nie uciekniesz przed moim wyrokiem...
- Skończcie to wreszcie! - wrzasnęła zniecierpliwiona Liz. Jack spojrzał na nią, potem przeniósł wzrok na Willa.
- A, tak... - opamiętał się, wyszarpnął zza paska nóż i jednym, płynnym ruchem wbił go w serce. Davy Jones zamrugał zaskoczony.
- Calyspo... - wyszeptał i skonał z imieniem ukochanej na ustach.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Scena ślubu mnie powaliła. Z jednej strony była komiczna, ale z drugiej strony przerażająca, w takich okolicznościach... No to po Davy'm Jones'ie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›