Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 7 listopada 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Po tej przerwie wracam z nowymi rozdziałami fanfica pirackiego. Mam nadzieję, że jeszcze pamiętacie, co się stało w siódmym rozdziale i że nie macie mi za złe tak długiej przerwy.

Jack Sparrow pociągnął nosem i pożądliwie spojrzał na niewielki orzeszek leżący na talerzu. Zawiązał pod szyją serwetkę i nabił orzeszka na widelec, ale zanim zdążył włożyć go do ust, został zastrzelony przez... Jacka Sparrowa.
- Mój fistaszek. - powiedział pirat, wkładając go do ust. Rozejrzał się po okręcie. - Panie Sparrow... - odezwał się, podchodząc do jednego z załogantów.
- Tak jest, kapitanie. - Jack wyprostował się natychmiast.
- Jak oceniasz stan tego takielunku?
- Po mojemu jak się patrzy.
- Jak się patrzy? - zdenerwował się Jack Sparrow. - Nie jest ani jak się patrzy, ani jak trzeba. Ani zadowalający, ani należyty. Jest w stanie wołającym o pomstę do nieba. - kapitan odwrócił się do reszty załogi. - Właśnie takie rozumowanie wpędziło nas w tarapaty. Straciliśmy prędkość, a co za tym idzie, czas. Cenny czas. Który raz utracony staje się nie do odzyskania. Zrozumiano?
- Tak jest! - odpowiedział kapitanowi Jack Sparrow.
- Czy aby na pewno? - Jack obnażył szablę. - Wszystko trzeba poprawiać. Wszystko! - krzyknął, przeszywając ostrzem Jacka. - Niech to będzie dla wszystkich nauczka! Panowie! W obliczu tego dziwactwa umywam ręce! - zawołał, chwytając oburącz linę i zeskoczył z pokładu Czarnej Perły, lądując na jasnym podłożu, przypominającym ni to śnieg ni to piach.
- Nie ma wiatru... - powiedział śliniąc palec. - Oczywiście, że nie ma, do cholery! Oddałbym duszę za bryzę. Za podmuch, zefirek, maleńkie, minimalne tchnienie. - przerwał, obrzucając spojrzeniem leżący u jego stóp kamień. Następnie odrzucił go jak najdalej od siebie. Wrócił z powrotem do Perły i pociągnął za cumę. Lina upadła mu do stóp. Obok znów leżał biały kamień. Jack podniósł go nieufnie powąchał i dla pewności jeszcze polizał.
- Kamień... - odezwał się, odkładając go z powrotem. - Sio... powiedział i znów pociągnął za cumę. Zakotwiczony statek ani drgnął. Jack znów przeniósł wzrok na kamień, który wpatrywał się w niego czarnymi, błyszczącymi oczkami. Puścił cumę i padł na ziemię, mdlejąc.
Otworzył oczy, kiedy padł na niego cień. Podniósł się do siadu. Czarna Perła płynęła. Płynęła niesiona przez tysiące białych kamieni. W rzeczywistości przyjaźnie nastawionych krabów. Chwilę przyglądał się temu fenomenowi. I rzucił się biegiem za okrętem.

Liz gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc, wypełzając na piaszczysty ląd. Podniosła się na nogi, kaszląc i prychając. Odgarnęła mokre loki z twarzy.
- To doprawdy miejsce zapomniane przez Boga. - odezwał się pan Gibbs. Will spojrzał na kapitana Barbossę.
- I co teraz? - spytał. - Utknęliśmy tu przez ciebie, tak samo jak Jack. - powiedział oskarżycielsko. Tia Dalme odwróciła się ku nim z uśmiechem, głaszcząc białego kraba.
- Przebiegły Jack jest bliżej, niż się nam wydaje. - powiedziała. Zza piaszczystej wydmy powoli wysuwały się znajome maszty. Czarna Perła sunęła po piasku, zachowując się tak samo jak na morzu. Załoga przyglądała się z niedowierzaniem, jak statek niesiony przez tysiące małych krabów wypływa na morze.
- Niemożliwe... - odezwała się Liz. - To Perła...
- To Jack! - krzyknął pan Gibbs, kiedy na ląd rzeczywiście wylazł Jack Sparrow. - Kapitan! Balsam dla oczu...
- Spodziewam się, że mi wyjaśnisz swoje poczynania. - odezwał się Jack. - Na statku panuje chaos i rozprężenie. Dlaczego? Dlaczego, pytam. - pan Gibbs nie zdążył odpowiedzieć.
- Jack Sparrow! - odezwał się Barbossa, wychodząc przed szereg.
- Hektor! - uśmiechnął się kapitan. - Od ostatniego spotkania minął szmat czasu, pamiętasz?
- Isla de Muerta. Zastrzeliłeś mnie. - mina Jacka zrzedła.
- Nieprawda. - zaprotestował. - Tia Dalme... - westchnął, spoglądając na kapłankę. - Nosi cie po świecie, co? Wniesiesz uroczy akcent makabreski w każde delirium.
- Bierze nas za halucynacje. - stwierdził odkrywczo Will.
- Powiedz... - zaczął Jack, podchodząc do niego. - Przybywasz tu, by ocalić pewną potrzebującą damę, czy raczej... Damę w potrzebie... Jedno z dwojga. - William pokręcił głową.
- Nie. - odpowiedział.
- Inaczej byś tu się nie zjawił. Wiec nie możesz tu być. Wniosek? Tak naprawdę cię tu nie ma. - kapitan złożył ręce na piersi.
- Jack? - odezwała się Elizabeth. - To rzeczywistość. Jesteśmy tu.
- Przybyliśmy by cię ratować. - dodała Liz.
- Co ty powiesz? - Jack zerknął na nią. - Bardzo wam się to chwali. Choć wydawałoby się, ze skoro to ja mam statek, a wy nie, to raczej was trzeba ratować. - Liz pokręciła głową.
- Becket ma serce Davy'ego Jonesa! Dowodzi Holendrem!
- Przejmuje władzę nad morzami. - dodała Tia Dalme. - Pieśni już rozbrzmiały. Zwołano piracką brać.
- Spuszczam was na chwilę z oka i wszystko schodzi na psy. - podsumował Jack, wyjmując swój kompas.
- Świat cię potrzebuje, a ty potrzebujesz załogi. - powiedział Will.
- A po co miałbym was werbować? Czworo z was chciało mnie ukatrupić. Jednej się udało. - William spojrzał na Elizabeth, która odwróciła wzrok, rumieniąc się. - Nie powiedziała ci? No to czekają was długie rozmowy. Podnieść kotwicę! Za chwilę wypływamy! - dodał, najwyraźniej zmieniwszy zdanie.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Ło matko! Gdzie oni są? :P. Oj, Jack powiedział Willowi o Elizabeth... No to ciekawa jestem co się między nimi wywiąże...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›