Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 25 listopada 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
- William... Poczekaj. - Liz złapała Willa za rękaw. Oboje siedzieli jeszcze w szalupie, a Barbossa powoli wchodził po sznurowej drabince na pokład Perły. - Muszę ci coś...
- Nie musisz mi o niczym mówić, Liz. - przerwał jej Will. - Wiem o wszystkim. O twoim ojcu, o Beckecie, o tym co zrobiłaś, żeby go chronić. - dziewczyna patrzyła na niego z przestrachem.
- Skąd to wszystko wiesz? - spytała.
- A czy to teraz ważne? - mężczyzna ujął jej twarz w dłonie. Liz zamknęła oczy, kiedy Will musnął warkami jej usta. Odwzajemniła pocałunek. Odwzajemniała każdy.
- Kocham cię Liz. - powiedział, patrząc jej głęboko w oczy.
- Ja ciebie też, William. - odpowiedziała. - Ale... Elizabeth.
- Liz... Dokonałem już wyboru. - dziewczyna spojrzała na niego.
- Chcę z tobą być. - powiedziała.
- To dobrze, bo ja... Chcę być z tobą. - Will znów ją pocałował.

Jack przechadzał się ponuro po celi pod pokładem Latającego Holendra. Wreszcie stanął przy kracie w drzwiach, wyglądając na zewnątrz. Wyglądało na to, ze go tu zostawili.
- Brawo! Trafiłeś na pokład holendra, zgodnie z zakładaną koncepcją. - kapitan odwrócił się na pięcie, słysząc za sobą znajomy głos.
- Posłuchaj... - odezwał się do stojącego za nim Jacka.
- Szacuneczek. - przerwał mu Jack. - Poza aresztowaniem poszło jak w zegarku. - Jack spojrzał na niego, potem przeniósł wzrok na Jacka.
- Wynocha. - powiedział dobitnie.
- Mamy wracać tam, gdzie nie istnieje czas? - spytał Jack.
- Tylko z tobą Jackie. - uśmiechnął się Jack.
- Dźgnij serce. I żyj całą wieczność jako dowódca Latającego Holendra. Ale z drugiej strony, skoro ty siedzisz za kratkami, to kto ma dźgnąć serce?
- Trochę to utrudnia dostęp do nieśmiertelności. - zgodził się Jack.

- Czarna Perła będzie naszym okrętem flagowym. - odezwała się Liz, wchodząc na pokład statku i zaraz umilkła, widząc Tię Dalme wyprowadzaną spod pokładu, związaną grubym sznurem. Kapłanka nie opierała się.
- Barbossa, nie możesz jej uwolnić. - zaprotestował Will.
- Dajmy Jackowi szansę. - poparła go Liz.
- Przykro mi Wasza Wysokość. - wysyczał przez zęby pirat. - Już nazbyt długo nie jestem kowalem własnego losu. Wystarczy. - powiedział, wyciągając dłoń do Elizabeth. Kobieta zacisnęła dłoń na niewielkiej muszelce, którą nosiła na szyi.
- Za daleko się posuwamy Barbossa. - odezwała się. Pirat uśmiechnął się tylko, wyszarpując nóż za paska. Will szarpnął się, gdy Barbossa wbił ostrze w żołądek Elizabeth i zerwał jej z szyi wisiorek, gdy osuwała się na deski pokładu.
- Elizabeth! - krzyknął mężczyzna, opadając przy niej na kolana.
- Will... - kobieta przyłożyła dłoń do jego policzka. - Przepraszam za wszystko, co się wydarzyło. - William ściskał ją za rękę, z trudem powstrzymując się od płaczu. - Will... Chcę, żebyś znalazł szczęście. Przy niej. - Liz uklękła obok. - Zajmij się moim narzeczonym.
- Zajmę się, bądź spokojna. - odezwała się.
- Przepraszam... - wyszeptała jeszcze Elizabeth, potem jej głowa opadła na bok.
- Istnieje jakiś rytuał lub zaklęcie? - spytał jeden z załogantów, kiedy Barbossa wrzucił do metalowej miski wisiorek, który nosiła Elizabeth, a który był talarem Sao Fenga i koraliki Jacka.
- Tak. - odpowiedział Hektor. - Wszystkie przedmioty są w jednym miejscu. Trzeba je spalić. A ktoś musi wypowiedzieć słowa "Calypso, wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa".
- I już? - spytał tamten.
- Ma to brzmieć jak wyznanie kochanka. - Calypso - zaczął podniosłym głosem. - Wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa. - Tia Dalme spojrzała na niego ponuro. ale nic się nie wydarzyło.
- I to już? - spytał znowu jeden z załogantów.
- Nie. - odpowiedział mu inny. - Źle to wypowiedział. Trzeba to prawidłowo wymówić. Calypso... - mężczyzna założył włosy kapłanki za ucho. Musiał palcami jej policzek. - wyzwalam cię z okowów człowieczeństwa. - kobieta westchnęła z rozkoszą. Przedmioty w misce natychmiast stanęły w ogniu.
- Tia Dalme! - Will rzucił się w jej stronę, ale został natychmiast odciągnięty. - Calypso... Kto podpowiedział Trybunałowi jak cię uwięzić? Kto cię zdradził? - kapłanka szarpnęła się.
- Wymień jego imię! - syknęła.
- Davy Jones... - wyszeptał Will. Kapłanka jęknęła w ekstazie i wygięła plecy w łuk, odrzucając głowę w tył. Jej ciało zafalowało, a kobieta zaczęła rosnąć. Załoganci cofnęli się w panice. Will objął ramieniem Liz, wciąż klęczącą przy ciele Elizabeth i odciągnął ją w tył. Barbossa wystąpił naprzód.
- Calypso! - zawołał, klękając przed kapłanką, która była teraz wysokości głównego masztu. Reszta załogi również opadła na kolana. - Przychodzę do ciebie jako sługa, kornie i uniżenie. Wypełniłem ślubowanie, a teraz... Proszę cię o łaskę. Oszczędź mnie, mój statek i załogę, a swą furię skieruj przeciw tym, co ośmielają się mienić twoimi panami. Lub moimi. - Calypso roześmiała się, odrzucając głowę w tył. Potem jej ciało się rozpadło, a pokład zasypała lawina krabów. Statek przechylił się, uwalniając niewielkie stworzenia. Will wypuścił z objęć Liz.
- To już? - zapytał, nie kryjąc zdziwienia.
- Żadnej z niej pomocy. - westchnął pan Gibbs. - Co teraz?
- Nic. - Barbossa odpowiedział westchnieniem. - Zawiodła nas ostatnia nadzieja. - Will pokręcił głową przecząco.
- To jeszcze nie koniec. - zaprotestował.
- Wciąż czeka nas walka. - dodała Liz. - Mamy przeciw sobie całą flotę.
- Holender nie da nam szans. - powiedział pan Gibbs. -Istnieje jedynie cień szansy. - Barbossa odwrócił się.
- Zemsta nie przywróci twemu ojcu życia. I nie jest to cel, za który pragnę zginąć. - powiedział.
- Słusznie. - przytaknęła Liz. - Więc za co przyjdzie nam zginąć? - pod wpływem impulsu przepchnęła się przez tłum i łapiąc się lin, wylazła na burtę. - Posłuchajcie mnie. Słuchajcie! - zawołała. - Oczy Braci kierują się ku nam. Ku Czarnej Perle. I co ujrzą? Przerażone szczury na pokładzie wraku? Nie! Ujrzą wolnych ludzi! I wolność! A wróg ujrzy blask naszych dział. Usłyszy szczęk naszego oręża... I zrozumie do czego jesteśmy zdolni! Wypracujemy to w pocie czoła. W trudzie zgiętych karków. W dzielności naszych serc. Panowie... Bandera na maszt...
- Bandera na maszt. - powtórzył Will, skinąwszy głową.
- Bandera na maszt! - poniosło się po pokładzie Perły. Liż uśmiechnęła się do Willa, a mężczyzna odwzajemnił uśmiech.
- Wiatr nam sprzyja chłopcy. - powiedział pan Gibbs. - Więcej nam nie trzeba. - Liz odwróciła się ku okrętom pirackim.
- Bandera na maszt! - wrzasnęła. w powietrzu zafalowały czarne flagi z trupimi czaszkami.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Szkoda mi Elizabeth... Ale nadal jakoś tak dziwnie patrzy mi się na to co się działo między Elizabeth, Liz, a Willem. Skoro nie wypaliło z Calypso, to ciekawe jak teraz sprawy się potoczą...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›