Wpisy użytkownika Kate - Writes z dnia 22 listopada 2017

Liczba wpisów: 1

abc.atlant
 
Liz siedziała zrezygnowana pod ścianą kajuty, w której była przetrzymywana razem z Tią Dalme. Nie rozumiała dlaczego Jack kazał ją zamknąć. Bo wreszcie dostrzegła jaki z niego palant? I co stało się z Willem? Dlaczego zniknął tak nagle? Czy i z tym miał związek Sparrow? Dziewczyna walnęła pięścią w ścianę.
- Nienawidzę go... - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- Nie ty jedna. - odezwała się, stojąca przy oknie kapłanka. - Jack Sparrow to niezwykle przebiegłe stworzenie.
- Powiedz mi, naprawdę jesteś tą boginią? Calypso? - Tia Dalme uśmiechnęła się, siadając na wprost dziewczyny.
- Opowiem ci historię. - powiedziała. - Historię pewnej miłości. - kapłanka musnęła palcem wisior na szyi. I zaczęła opowieść.
- ...To była męka. Być uwiezioną w tej jednej postaci. Odciętą od morza. Od wszystkiego co kochała. Od niego. Dziesięć lat poświecił, by wykonywać zlecony przez nią obowiązek. Przez dziesięć lat zajmował się tymi, którzy zginęli na morzu. Aż w końcu, kiedy mogli być znów razem, nie zjawiła się.
- Dlaczego jej nie było? - spytała Liz.
- Taka już jej natura. - kapłanka uśmiechnęła się. - Bywał różny. Davy Jones. Lecz nigdy okrutny. Sprzeniewierzył się swojemu przeznaczeniu i sobie samemu. I schował w ukryciu to, co powinno należeć do niej. - dziewczyna słuchała jak urzeczona.
- Swoje serce. - wyszeptała. Tia Dalme skinęła głową. I podjęła opowieść.

Liz rozglądała się niepewnie wokół, kiedy szalupa wpływała do Zatoki. Pozwolono jej wziąć udział w zebraniu. Była przecież piratką. Od niedawna, ale jednak.
- Nie było takiego zgromadzenia za naszego życia. - westchnął Barbossa, obrzucając spojrzeniem wiele kotwiczących tu statków.
- I każdemu z nich jestem winien pieniądze. - wymamrotał pod nosem Jack. Barbossa rzucił mu nieokreślone spojrzenie.
Pirat wszedł do sali zgromadzenia i trzykrotnie walnął ciężką kulą w stół, wokół którego tłoczyli się wszyscy przedstawiciele pirackiej braci. Panująca wrzawa natychmiast ucichła.
- Wezwałem was tu by rozpocząć obrady czwartego Trybunału Braci. - zaczął Barbossa. - By potwierdzić swoją pozycję i prawo zabierania głosu, poproszę teraz kapitańską brać o okazanie talarów. - Liz dokładnie przyglądała się temu, co było składane do przekazywanego z rąk do rąk koszyka.
- To nie talary. - odezwała się w końcu. - To śmieci.
- Pierwotnie mieli zebrać dziewięć talarów by uwięzić Calypso. - pan Gibbs pośpieszył z tłumaczeniem. - Ale na pierwszym Trybunale wszyscy cienko przędli.
- Nazwijcie to inaczej. - dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Jak? "Dziewięć sztuk tego, co akurat macie w kieszeni"? Tak, to brzmi bardzo piracko.
- Chciałem zauważyć... - odezwał się Jack, gdy koszyk dotarł do niego. - Iż brak nam jednego z wodzów. I jestem na to jak na lato by zaczekać na Sao Fenga.
- Sao Feng nie żyje! - Liz odwróciła się gwałtownie, słysząc znajomy głos. Do sali właśnie wchodziła Elizabeth. - Za sprawą Latającego Holendra. - dodała, wrzucając do koszyka ostatni talar.
- Mianował cię zastępcą? - parsknął Jack. - Rozdają te tytuły komu popadnie. - Elizabeth spiorunowała go wzrokiem.
- Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale zaczynałam się martwić. - odezwała się Liz. - Gdzie tyle byłaś?
- Długa historia, później opowiem. - zbyła ją Elizabeth. - Ktoś zdradził gdzie jesteśmy. - dodała głośniej. - Jones służy pod rozkazami Becketa, płyną tu.
- Kto zdradził? - spytał jeden z piratów.
- Raczej nikt z tu obecnych. - uspokoił go Barbossa.
- Gdzie Will? - wyszeptała Elizabeth, nachylając się do Liz.
- Jest nieobecny. - odpowiedział Jack, zanim dziewczyna zdążyła choćby otworzyć usta. Elizabeth spojrzała pytająco na koleżankę.
- Zniknął którejś nocy, ale nikt nie wie gdzie jest. Chodzą słuchy, ze nasz kochany kapitan posłał go na pastwę Davy'ego Jonesa. - Elizabeth spojrzała na Jacka.
- Ty kanalio... - wysyczała.
- Mniejsza o to. - Barbossa załagodził sprawę. - Ustalmy co robić, skoro już do tego doszło.
- Jak to co, walczyć! - Elizabeth huknęła dłonią w stół. I popatrzyła zdziwiona po zgromadzonych, kiedy piraci wybuchnęli śmiechem.
- Zatoka Rozbitków to forteca. - odezwała się jedyna na sali kobieta (nie licząc Elizabeth i Liz). - Dobrze strzeżona forteca. Po co mamy walczyć skoro jest niezdobyta?
- Jest też i trzecie wyjście. - odezwał się Barbossa. - Kiedyś w tym miejscu Trybunał Braci pojmał boginię mórz, by ją zakląć w ludzką postać. To był błąd. Obłaskawiliśmy dla siebie wody, otworzyliśmy też furtkę Becketowi i jemu podobnym. Lepiej było gdy władza na morzu nie pochodziła z paktu z upiorami, a była owocem potu czoła i wysiłku zgiętych karków. Wiecie, że mam rację. Panowie... Panie... Musimy uwolnić Calypso.
- Odstrzelić go! - zawołał ktoś z tłumu, gdy wybuchła wrzawa.
- Wyrwać język! - dodał inny.
- Odstrzelić, wyrwać język i odstrzelić język. - zapalił się do pomysłu Jack. - I przystrzyc te kudły.
- Sao Feng zgodziłby się z Barbossą. - odezwał się ktoś.
- Calypso była i jest naszym wrogiem.
- A ja bym się zgodził z Sao Fengiem... Uwolnijmy Calypso.
- To obłęd! A nieprzyjaciel się zbliża.
- Jeśli już go tu nie ma... - westchnęła Elizabth.
  • awatar Cukierkowy lot: Ja uwielbiam go :-)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: Czyżby Liz i Elizabeth zaczęły się do siebie przekonywać? :P. "Odstrzelić, wyrwać język i odstrzelić język.", padłam xD.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›